środa, 4 maja 2011

tęczowa rodzina.

Wyobraźcie sobie setki krzyków, pisków o najwyższej częstotliwości na raz podczas przerw, które wyczulają Twój słuch i powodują ból głowy przez co szmery i szeptanie na lekcji jest jak skrobanie po tablicy paznokciami tylko, że po tablicy Twojego mózgu. Ale dziś widziałam tęsknotę, wyciszenie i chęc każdego dziecka opowiedzenia mi o czymś. Bo nie każda rozłąka dzieli, ale i łączy. I znów mnie to napadło. Przychodzi z nienacka, rozmiękcza serce, a zaraz potem zasmuca. Niektórzy pragną swojego Williama czy Kate Middleton. Moje pragnienie pojawiło się dawno i towarzyszy mi cały czas czy tego chcę czy nie. Nie wiem skąd się bierze, z wnętrza, serce czy rozumu. Ale jest i nie da się tego racjonalnie wyjaśnic. Ciągle różne opinie ludzi nie pomagają w podjęciu tej i tak już trudnej decyzji. Z drugiej strony co to, kogo obchodzi? Czasami sobie tłumaczę, że po co przynosic dziecko na tak nienawidzący świat? że mam względnie wygodne i spokojne życie i po co je sobie odbierac? Ale nawet te myśli nie zabijają tego pragnienia.  Tej wewnętrznej troski jaką mam dla każdego małego człowieka. Nie ma dnia bym nie myślała o dziecku. My na spacerze z małym M. i ciągłe spojrzenia i uśmiechy do siebie. To było coś, czego chcę. Spacery z synem bądź córką, odpowiadanie na ich dociekliwe pytania o otaczający świat, tłumaczenie im co jest czym, rozróżnianie dobra od zła. Bo przecież wszyscy dzielimy takie same wartości. Na nasze rodziny mówi się "tęczowe rodziny". Można to zrozumiec na różne sposoby. Ja na to patrzę tak, że wychowywałabym dziecko tak, by poznało wszystkie kolory świata, odcienie szarości, jego zagrożenia i radości. Można też interpretowac, że tęczowe rodziny nie zawsze są takie kolorowe, bo w końcu każdy związek może się rozpaśc, bez względu na jego orientację. Ale obalmy w końcu te mity. Wychowanie w rodzinie homoseksualnej nie wpływa na preferencje dziecka, jeśliby tak było to czemu każdy homoseksualista rodzi się w rodzinie heteroseksualnej? Następnie, tak dziecko może byc stygmatyzowane przez rówieśników, ale to przez to, że wynosi to niestety od rodziców. I nie udowodniono odchyłów od normy co do rozwoju emocjonalnego dzieci. W Polsce ok 57 tys. dzieci wychowywanych jest w "tęczowych rodzinach", więc jest na kim przeprowadzac na badania, a nie zmyślac. Może nigdy nie będę miec swojej tęczowej rodziny, może nigdy nie usłyszę "mamo", bo ciocia mi nie wystarczy, może nawet gdybym ją miała to by wcale nie było tak kolorowo jak sobie wymarzyłam, ale wiem, że walczyłabym o to każdego dnia. Bo jestem tradycjonalistką, która czeka na pierścionek, która chciałaby wyjśc w  przecudownej białej sukni  w stronę ołtarza i byc w tym banalnym dla tak wielu centrum uwagi choc przez jeden dzień i by mówili o mnie, że wyglądam dziś najpiękniej, bo pragnę sakramentalnego TAK i dopóki śmierc nas nie rozłączy..bo wieśc o tym, że bratowa właśnie trafiła na porodówkę i zbliżający się dzień matki przynoszą radośc i smutek. Więc, gdy ostatnio odprowadzając dzieci mały siedmioletni Robert szedł ze mną i opowiadaliśmy sobie o ulubionych częściach Indiany Jones'a nagle zmienił temat mówiąc: Najgorsze jest to, że mama już z nami nie mieszka..I jego totalna niewiedza i niezrozumienie dlaczego tak się stało i nadzieja na to, że rodzice się jeszcze zejdą, bo po prostu się "pokłócili" łamało mi serce. Miałam ochotę go przytulic i powiedziec, że wszystko będzie dobrze. Bo dzieci mi ufają, bo dzieci mnie kochają, bo byłabym dobrą tęczową matką.

piątek, 29 kwietnia 2011

Każdy chce swoją Katę bądź swojego William'a?

Wszyscy pamiętamy historie do poduszki z dzieciństwa..bucik pasuje do stopy Kopciuszka..żaba zmienia się w księcia..śpiąca królewna przebudzona pocałunkiem.. i wszyscy żyli długo i szczęśliwie..wszyscy zapomnieliśmy już o tych baśniach dziecięcych lat. W dzisiejszym czasach spełniają się raczej te mroczne historie opowiadane przed snem by nas przestraszyc. Te które zaczynają się w słoneczny dzień, a kończą się mroczną, burzliwą nocą. W nocy nie czeka na nas książę z bajki, ale morderca naszych marzeń, energii, planów i optymizmu. Świat nie oferuje nam życia z bajki, dlatego ja się wcale nie dziwię tym miliardom ludzi przed telewizorami oglądającymi ślub Kate i William'a. Ja sama z podeskcytowaniem patrzyłam na Kate wysiadającą z samochodu, słuchałam słów przysięgi: I, Kate Elizabeth take thee.. Czekałam na scenę balkonową i William'a uroczo pytającego Kate czy pocałują się jeszcze raz. W każdym z nas drzemie jeszcze dziecko liczące na szczęśliwe zakończenie. Po tylu skandalach i rozwodach w rodzinie królewskiej w końcu pojawiło się jakieś pozytywne wydarzenie, a dzięki Kate rodzina zyskała na popularności i sympatii. Podlicza się koszta, liczy zaproszonych gości. Dowiadujemy się, że z okazji dnia wolnego gospodarka brytyjska straci dziś 5mld funtów. Nikogo to nie obchodzi, ludzie wspinają się na słupy, wchodzą do fontanny, przepychają przez barierki by zobaczyc bajeczną parę. Jedni widzą w tym wielki chwyt komercyjny i banał, inni chcą wierzyc, że to wielka miłośc ich połączyła, a nie chęc Kate zdobycia tytułu szlacheckiego i prestiżu. Nie oszukujmy się, życie księżnej nie jest usłane różami. Intercyza zakładająca ich ewentualny rozwód odbierze jej dzieci, możliwośc ich wychowywania czy wyboru drogi edukacji. Odbierze tytuł i nie dostanie ani grosza. Jednak, gdy tak na nich patrzyłam wydawali się zwyczajną, uśmiechniętą parą podśmiechującą się w kościele. Miliardy oglądają dziś ten ślub, bo tęsknią do Disneyowskiej krainy snów, karoc, limuzyn i prestiżowych gościa w co dziwniejszych kreacjach i kapeluszach. Każdy chcę swojego Kate i William'a, nie każdy przyzna to głośno, nie każdy zdaje sobie z tego jeszcze sprawę. Więc póki magia trwa, nie kłócmy się, rozkoszujmy się widokiem małych druhenek, podziwiajmy kreację Kate i niech nasze serca rozpuszczają się na widok ich pocałunków i szczęścia, nawet jeśli jest na pokaz. Niech bańka mydlana dziś nie pęka, oddajmy się dziś marzeniom o naszej królewnie bądź królewiczu na białym koniu.

wtorek, 26 kwietnia 2011

dziecko Czarnobyla.

Tak żartobliwie nazywa się ludzi urodzonych w 1986 roku. Gdy pytani ile mają lat, odpowiadają, że są dziecmi Czarnobyla i chyba tylko osoby urodzone przed tym rokiem wiedzą co ma się na myśli. Pamiętacie co robiliście w tym okresie albo opowieści Waszych rodziców? Cała ta panika i strach przed chmurą radioaktywną, która może miała wpływ na nasze zdrowie i matki zaprowadzające nas do lekarzy by to sprawdzic. Dziś mija 25 lat od tego wydarzenia i nic się nam nie stało. Tyle spisków, teorii, czytam komentarze ludzi mówiące na przykład, że skutki są przecież takie, że tyle chorujemy na raka, tarczycę, albo ze duży odsetek debili urodził się w tamtych czasach. Wiecznie szukamy dziury w całym zamiast w sobie, albo w takich ludziach jak ja, którzy chcą coś opisac w sieci, bo mają do tego takie prawo, w końcu wolnośc słowa u nas istnieje, tak samo wolnośc czytania. Nikt nie musi u mnie zostawac i się odzywac. Dziś w Czarnobylu nadal pracuje ok. 3 i pół tysiąca ludzi jeżdżących kolejkami do elektrowni by zadbac o sarkofag kryjący uszkodzony reaktor. Niektóre rodziny powróciły do swoich domów i żyją tam normalnie. Na tle opustoszonej, niegdyś 50-tysięcznej Prypeci, którą dziś porosły różne gatunki roślin, a jedynymi mieszkańcami są dzikie zwierzęta, które wbrew teoriom wszelakim nie są wynaturzone, ale całkiem normalne. Opuszczony szpital, basen czy wesołe miasteczko opisuje się jako nadające się do horrorów, ponieważ straszą swoim rozpadem. Mnie dziś zdjęcia zardzewiałego diabelskiego młynu czy samochodzików wzruszyły i zasmuciły. Sprawiły, że wsiadłam do melancholijnej kolejki górskiej prowadzącej do lat dzieciństwa i tamtejszych zabaw. Wczoraj w jednym z komentarzy jedna osoba napisała, że jest coś w tym, że internet odbiera nam coś w tych czasach. Upośledza komunikacyjnie. Dzieci bawią się ze sobą w wirtualu zamiast latac po drzewach. Tak wiem, nie wszystkie takie są, ale jeśli by pewnie zliczyc czas spędzony przed komputerem, a na dworze, obawiam się, że wygrałoby to pierwsze. Zarzucono mi wczoraj użalanie się nad sobą i publiczne męczęństwo. Wydaje mi się, że każde pokolenie i osoba ma swój Czarnobyl. Co jest Czarnobylem dzisiejszego świata, Polski? Co gdyby Czarnobyl zdarzył się dziś? Czarnobyl dla mnie ostatnimi czasy, gdy śledzę media to wzajemne obelgi, nienawiśc i brak szacunku dla siebie nawzajem i cudzych poglądów. Każdy ma swój Czarnobyl i każdy radzi sobie z nim inaczej. Ten mały zardzewiały samochód na zdjęciu przypomniał mi utracone wartości wszelkiego rodzaju, społecznego, rodzinnego czy politycznego. Śmierc beztroski i tradycyjnych zabaw, dlatego gdy widzę dzieci na ulicach rysujące kredą po ulicy uśmiecham się w duchu, a gdy widzę wesołe miasteczko, to pierwsze co mam ochotę zrobic to wskoczyc do samochodziku i poobijac się z innymi śmiejąc się do rozpuku, wrócic do dziecka Polski we mnie.
   

niedziela, 24 kwietnia 2011

Facebookojajnia przy śniadaniu.


Co mam przez to na myśli? To, że od pewnego czasu święta u nas to nie święta, czy to bożonarodzeniowe czy wielkanocne. Nie jesteśmy rodziną, która jakoś szczególnie obchodzi bądź zbliża się do siebie podczas świąt, choc kiedyś na pewno było lepiej. Każdy wyrósł z roli dziecka, nie malujemy pisanek, nie szukamy prezentów od zająca, nie wstajemy rano w mokry poniedziałek i skradamy się specjalnie wcześniej do czyjegoś pokoju by być pierwszym, który kogoś spryska. Kiedyś nasz dom był cały mokry, uciekaliśmy przed sobą na ulice nawet by uniknąc oblania z butelki. Tęsknie do beztroski w moim domu. Ostatnio ciągłe stresy, łzy, straty, oddalenia. Wiem, że jesteśmy dorośli, a ceną dorastania jest  utrata niewinności i beztroski. Z roku na roku ubywa tematów do rozmów, śmiechu, atmosfera gdzieś się zagubiła pomiędzy bólem a strachem przed tym, co przyniesie nowy dzień. Ale w tym roku przeszliśmy samych siebie. Tego roku święta spędzamy w jeszcze mniejszym gronie. Siostra przyjechała z kacem, następny brat też i drugi. Dla mnie święta to nawet ten cały wir sprzątania i możliwośc pomocy mamie, bo gdy słowa zawodzą to chociaż tym pokażę jej, że jestem blisko i banalnym umyciem podłóg czy łazienki bądź zrobieniem sałatki mówię jej, że ją kocham. Moje rodzeństwo dawno o tym zapomniało. Nie widzą mamy łez, mają je gdzieś. Czasami czuję, że cały ten jej ciężar mnie kiedyś przygniecie. Wstałam dziś rano wcześnie by zabrac mamę do kościoła, bo jeszcze tylko my chodzimy do niego w święta. Wróciłyśmy i szybko zabrałam się za pomoc przy śniadaniu. Usiedliśmy. Brat przeglądał program telewizyjny, by zobaczyc co leci po południu. Tata jak automat corocznie przeskakuje po kanałach. Siostra opowiadała ile wina wczoraj wypiła i o durnych wpisach jej znajomych na facebooku. Kolejny brat nie zdążył nawet skończyc jeść, a przyniósł laptopa do stołu z włączonym facebookiem, by pokazac zdjęcie psa, które go rozbawiło. Przy okazji poinformował nas, że siostra, która spędza święta u teściów na drugim końcu kraju również siedzi na facebooku w porze śniadaniowej. Brat przerwał czytając żart „świąteczny”: 
przechodzi nimfomanka obok kościoła, zauważa super przystojnego młodego księdza. Wbiega za nim do pustego kościoła i woła:
 -bierz mnie natychmiast tu i teraz
 zrywa z siebie bluzkę, stanik, spódnicę, kładzie się na ołtarzu i woła:
 - no bierz mnie na co czekasz???
 przerażony ksiądz stojąc przy ołtarzu krzyczy:
 -Jezu!! co mam robić???
 i słyszy:
 ODEPNIJ MNIE IDIOTO
Wszyscy wybuchają śmiechem przy stole.  Nie powiem, że ja też nie. Co chcę powiedziec, to boli, mnie, że przy śniadaniu dzieliliśmy się facebookiem, zamiast jajkiem bądź powagą i radością ze świąt. Zgubiliśmy gdzieś szacunek pomiędzy uzależnieniem od Internetu a oddaleniem. Facebook łączy ludzi? Facebook – Disconnecting people. A co ja robię? Musiałam aż tu przyjść, żeby o tym napisac i wyrzucic z siebie. Nikt nie pomyślał nawet życzyc sobie smacznego przy śniadaniu… więc mówię: smacznego.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Don't want to be a Polish idiot.

Green Day już parę dobrych lat temu śpiewało, że nie chcą być amerykańskimi idiotami kontrolowanymi przez media i propagandę. I bardzo słusznie, bo nie wiem czy wiecie, ale z roku na rok Stany Zjednoczone stają się coraz głupszym krajem. To jak duża liczba dzieci czeka na Supermena, który wyrwie ich z biedy i przypisanej szkoły jest przerażające. Przyszłosc uczniów z ubogich dzielnic jest zależna od losowania a la Lotto. Jeśli Twój numerek zostanie wywołany dostaniesz się do dobrej szkoły, jeśli nie, tkwisz w tej z kiepskimi nauczycielami i zastraszająco niską skalą zdawalności egzaminów. Ponieważ w USA jakośc szkoły zależy od zamożności dzielnicy, w której się znajduje. Taka dostaje więcej godzin, zajęcia nawet w soboty, lepszych nauczycieli, lepsze pomoce dydaktyczne. Wiele zależy od nauczycieli. System edukacji w USA broni jednak każdego z nich, niestety przede wszystkim  tych słabych z niską wydajnością. Broni ich ustawa dająca im posadę do końca życia. Nie można zwolnic żadnego nauczyciela, nieważne jak kiepski jest. Tak po prostu, u nas jeśli jesteś kiepskim nauczycielem nie ma problemu ze zwolnieniem. W głowie mi się to nie mieści. Oglądając ostatnio film dokumentalny o sytuacji szkół w USA „ Czekając na Supermena” przekonałam się ile mamy udogodnień, a ile dzieci w Stanach nigdy nie wyrwie się z biedy chociaż są wysoce inteligentne. Pada tam świetne zdanie: świetny nauczyciel jest jak dzieło sztuki, powinnyśmy patrzec na niego jak na zdolnego malarza, muzyka czy atletę. A nas rzadko nagradza się za wysiłek, raczej wypomina się to, że mamy za dużo wolnego. USA w każdej dziedzinie nauki plasuje się na szarym końcu. Są na pierwszym miejscu jedynie w jednej kategorii. Mianowie pewności siebie. Żaden naród nie jest tak przekonany o swojej wielkości i inteligencji jak Amerykanie. Jednak pytani na ulicach o to kim jest Fidel Castro, odpowiedzą, że piosenkarzem. Starszy przechodzień odpowie, że były trzy wojny światowe. Gdy zapytamy gdzie leży Europa bądź poprosimy o wymienienie kraju na literkę U, żadne nie wpadnie na USA, będą odpowiedac Utopia, Ugoslavia i Utah. To są autentyczne odpowiedzi. My, Polacy odpowiedzielibyśmy na te pytania bez problemu, dlaczego więc nie mogę oglądac wiadomości i słuchac radio, bo razi mnie nasza głupota i zaślepienie? USA to przecież Dolina Krzemowa, Harvard, IVY League , a jednocześnie kraj z największą liczbą przestępstw, w USA corocznie ok. 12 000 osób ginie od postrzału, podczas, gdy w Europie kilkadziesiąt. Żaden kraj nie jest tak napędzany przez media, przemoc i konsumowanie. Kraj mieniący się postępowym, w którym nadal w większości stanów dozwolona jest kara śmierci, która wcale, jak widac, nie działa jak odstraszacz. Kraj, gdzie 20 stanów dopuszcza karę cielesną na uczniach.  Nauczyciele mają prawo bic uczniów za złe zachowanie batem, kijem, każdy stan ma swoją politykę co do „broni”, podczas gdy w naszym kraju „wychowawcze” dawno zniesiono. Kraj, gdzie niedawno zapytano nastolatków czy popierają przemoc i terror wobec potencjalnych terrorystów i czy zgodziliby się zabic owego terrorystę bez udowodnienia winy, 60% młodych odpowiedziało, że tak. Kraj, gdzie ponad 60% społeczeństwa jest otyłych do niebywałych rozmiarów. A Polska? W tym świetle wypada bardzo dumnie i poprawnie. Więc dlaczego w rocznicę katastrofy w Smoleńsku nie chciałam nawet włączac telewizora i słuchac tyh przemówień i kolejnych kłótni i gierek politycznych.  Pan  Jarosław swą przemowę rozpoczął od powiedzenia, że zawiedliśmy pasażerów tego samolotu, bo jesteśmy słabi i trzeba to zmienic. Jestem słaba i dlatego zginęło 96 osób? Ile jeszcze tego będzie? Przecież to zwykły nieszczęśliwy wypadek wykorzystywany do gier politycznych. Wydarzenie, które miało połączyc naród, podzieliło go jeszcze bardziej. Jesteśmy chodzącą patologią społeczną. Oglądając dokument Ewy Ewart nie można temu zaprzeczyc. To tragedia przede wszystkim tych rodzin, nie nasza narodowa. Kto nam dał prawo do decydowania gdzie złożą ciała tych biednych ludzi, a ich groby stały się miejscem wycieczek? Do tego stopnia, że Pani Surówka przy każdych odwiedzinach na grobie męża musi prosić o przejście i zostaje wyzwana, że jest kolejka? To jakaś niebywała paranoja. Na drugi dzień po obchodach poseł PIS na antenie radio spiera się, że policja podaje błędne dane co do ilości ludzi znajdujących się pod Wawelem w dniu obchodów. Obliczył to po tym, że zebrano 7 ton zniczy, co by oznaczało, że ludzi było 8 razy więcej niż podano krzycząc jakie to oszustwo. A przepraszam, co takiego mierzy ilośc przybyłych na obchody pod grób ś.p. Państwa Kaczyńskich? Bo na pewno nie mierzy żalu rodzin. Kiedy w końcu skończy się to liczenie, porównywanie, spieranie? Kiedy politycy przestaną sięgac po absurdalne metody obrażania siebie nawzajem, jak np. zakupy w lokalnym sklepie i nazwanie klientów Biedronki biednymi, by udowodnic, że za rządów Tuska wszystko drożeje? Kogo to obchodzi jak nikt tego nie rozwiąże? Polska podzieliła się na obrońców krzyża, na jego przeciwników i tych, którym to obojętne. Ja zgłaszam się do grupy ostatniej. Nie chcę być polską idiotką. Don’t want to be a Polish idiot. Nie chcę być obrońcą krzyża. Chcę być obrońcą godności swojej i swojego narodu, o co w tym kraju trudno.

wtorek, 29 marca 2011

o ciele słów kilka...

A właściwie o dzisiejszym kulcie ciała czy też masochizmie obecnego świata i obsesji związanej z figurą. Od jakiegoś czasu, mianowicie z nieubłagalnie zbliżającą się wiosną i wyższą temperaturą, Onet, różne inne portale, czasopisma, gazety bombardują nas milionami sposobów na zgubienie zbędnego tłuszczyku, który jakimś cudem, nadmiernie szybko pojawił się zimą wprowadzając ludzi w wiosenną i letnią panikę, wręcz fobię przed włożeniem stroju kąpielowego w sezonie kąpielowym. Gdzie nie spojrzę widzę nagłówki: 5 najpopularniejszych diet, wypróbuj sam! ; Zrzuc kilogramy na wiosnę!; Jak uzyskac płaski brzuch w tydzień? Sprawdź!. Jak przy takim wysypie tego typu reklam nie spojrzec w lustro i policzyc swoich kilogramów? Ja pierwszy raz od..właściwie zawsze, należę do osób, które przytyły zimą 5 kilogramów, które objawiają się pokaźnym mieśniem piwnym i boczkami, które wszyscy zauważają i komentują. Koleżanki kiedyś pełne zawiści, teraz cieszą oczy patrząc, że każdy chudy może przytyc. Nie oszukujmy się, że moje ciało podoba mi się tak jak dawniej, bo tak nie jest. Każdy ma w sobie narcystyczne ego, które lubi byc łechtane. Nie wierzę, że istnieją osoby niezakompleksione, tylko takie, które potrafią to dobrze ukryc. Każdy lubi dobrze wyglądac nago, móc pokazac swoje ciało bezwstydnie partnerowi w sypialni, dodaje nam to pewności siebie w łóżku. Lubimy prężnie chodzic po plaży, a nie tak wciągac brzuch, aż nas rozboli i zrobimy się sini od wstrzymywania powietrza. Lubimy spojrzec w lustro i uśmiechnąc się do samych siebie, powiedziec do siebie, cytując słynną scenę z "Milczenia Owiec" : przeleciałbyś mnie? Ja bym siebie przeleciał". Każdy chce wyglądac tak, jakby sam chciał pójśc ze sobą do łóżka. Ile razy w życiu słyszałam w łóżku jaka jestem chuda, jaki mam zajebisty brzuch, ciało itepe itesre.  Oczywiście schlebiało mi to. Ale do niczego nigdy nie doprowadziło. Nie sprawiło, że osoby, które kocham zostały ze mną. Więc gdy zostałam sama postanowiłam pic i jeśc co i kiedy będę tylko chciała. Nigdy więcej nie przejmę się tym, co pomyśli potencjalna partnerka łóżkowa. Chcesz mnie, to bierz mnie taką jaką jestem. Tak też robiłam przez ostatnie pół roku. Dziś patrzę w lustro i nie chcę przeleciec siebie. Wpadłam w wir poszukiwań sposobów na schudnięcie. To czym gardziłam do tej pory. Staram się jeśc jak najmniej, dbam o to by ostatnim posiłek jaki zjem był obiad, a potem ewentualnie tylko jabłko, bo to zawsze skutkowało, niestety nie tym razem. I choc teraz bardzo mam ochotę na pierogi domowej roboty i barszcz czerwony do tego, nie zejdę i nie zjem, bo gdybym spojrzała potem na swój brzuch a la świeżo napompowana piłka do zabaw na plaży, byłabym na siebie zła. Wychodzę codziennie wieczorem i mijam ludzi biegających, jeżdzących na rolkach, uprawiających Nordic Walking i wśród nich ja. Biegnę w stadzie, nie chcę zostac w tyle. Wracam do domu i zabieram się jeszcze za brzuszki, po którymś z kolei przerywam i mówię głośno: kogo ja chcę oszukac. Przecież wiadomo, że nie wytrwam, wiadomo, że nie mam kondycji, wiadomo, że nie znoszę tego robic. Wpisywac się w schematy i cwiczyc, bo wszyscy dookoła wywierają na mnie taką presję. Mówi się, że w zdrowym ciele, zdrowy duch. Staram się bardziej wykonywac jakąkolwiek formę aktywności fizycznej, bo przez pracę nie mam okazji nawet daleko się przejśc, a co dopiero jakiś sport uprawiac. Portale więc reklamują wiosnę pięknymi zdjęciami kwitnącej natury na przemian z zapytaniami o to czy zrzucamy tuszę na wiosnę. Zawsze cieszyłam się na tę porę roku. Kwitnąca zieleń przyniosiła nadzieję na lepsze dni. Tymczasem wiosna i to, że dni się wydłużają i coraz dłużej jest jasno napawa mnie przerażeniem przed pokazywaniem siebie i odkrywaniem coraz większej ilości partii ciała. No cóż, będę chodzic po plaży i wciągac to powietrze ile się da. Wiosna, wiosna ach to Ty! (?) Sadło, sadło poszło Ty! 

czwartek, 24 marca 2011

to wy jesteście salą samobójców...

"Nie chcieliśmy takiego zakończenia, chcieliśmy żyć... Ten świat nie ma miłości, ten świat umiera, ten świat na nas nie zasłużył, dlatego musimy odejść... Nasza historia już została opowiedziana, my odchodzimy, a wy zostaniecie... Zabijacie się powoli sami o tym nie wiedząc... To wy jesteście salą samobójców."

Jak można się domyślec cytat pochodzi z filmu Sala Samobójców. Film, który dotknął wiele czułych punktów, poruszył wiele ważnych spraw, wykończył psychicznie. Jednak to inne zdanie przeszyło mnie bardziej. "Jesteś wrażliwy, dlatego boli Cię rzeczywistośc, dlatego jesteś wyjątkowy". Rzeczywistośc boli mnie każdego dnia. Nie wiem czy czyni mnie to wyjątkową czy wrażliwą, jednak wierzę i wiem, że są ludzie, których rzeczywistośc dotyka bardziej, a inni potrafią się od niej odgrodzic grubym murem. Mnie bolą ludzie, ich zachowania bądź ich brak, ich słowa, milczenie, krzyki. Bolą mnie kataklizmy i potem zdjęcia ukazujące załamanych ludzi. Boli dzisiejsze zdjęcie 60-kilogramowego 3-latka na Onecie. Boli śmierc ludzi walczących o siebie całe życie, jak wczoraj Elizabeth Taylor, o której jeszcze artykuł rok temu czytałam i podziwiałam za hart ducha. Boli, że prezydent nie wie jak się pisze "ból" i "nadzieii". Boli, że pan Kaczyński nazywa ludzi kupujących w Biedronce biedotą. , Boli, że sensacją tygodnia jest rozstania Nergala z Dodą tudzież Adama Darskiego i Doroty Rabczewskiej, bo przecież mają nazwiska. Boli, że ludzie w ogóle się tym przejmują do tego stopnia, że staje się to wiadomością nr 1 w porannych radiowych wiadomościach i jest powodem powstania kolejnych durnych grup na facebooku. Boli strach przed śmiercią, utratą, kolejnym cierpieniem, zranieniem, pękniętym sercem. Bolą kpiny z cudzej wiary, odmiennego koloru skóry czy orientacji seksualnej. Boli, że ludzie myślą, że nie ma Bogą. Widzą tylko krzyże przy drogach. Brakuje jakkiejkolwiek trwogi. Nie ma nieba, nie ma też piekła? Co jest w takim razie? Odkąd pamiętam wychodząc z domu, do szkoły czy do pracy mówię: zostańcie z Bogiem. Dziś się zastanowiłam dlaczego, to robię, po co to robię. Czy to ma jakieś dla mnie znaczenie czy to zwykła kropka w zdaniu przy pożegnaniu? Dlaczego nie chodzę do kościoła, a boli, gdy widzę znajomych kpiących z religii czy wyższych wartości? Gdzieś musi byc jakaś granica? Ilu z nas używa słowo: bosko. Jesteś boska, jest bosko, nieziemsko. Używamy porównań boskich nie mając tego świadomości, że przyznajemy wielkośc czegoś/ kogoś nadprzyrodzonego nad nami. Czy ten świat naprawdę umiera i nie ma w nim miłości? Boli mnie tego możliwośc, ta niewiadoma boli najbardziej. Co jeśli oprócz nieba, nie ma też miłości? Co jeśli ludzie wpadają na siebie, wypowiadają swoje czary-mary trwające jakiś czas, po czym odchodzą i szukają kolejnej ofiary swojej magii? Boli wzrastająca liczba rozwodów i brak chęci walki w ludziach. Umierają ludzkie starania. Boli, że za scianą moja siostra kłóci się z mężem i ilustruje właśnie takie małżeństwo kilkumiesięczne, które rozmawia, a raczej krzyczy tylko o rozwodzie. Nie chcę się rozwodzic nad wiecznym bólem i strachem. Chcę po prostu umierac w sobie i rodzic się na nowo, by móc każdego dnia doceniac to, co mam, kochac i byc kochaną nie na chwil kilka, bo chcę wierzyc, że miłosc jest i będzie. Każdy dzień przynosi zapach przeszłych dni, uczuc, obaw. Jednak ja nigdy nie przestałam walczyc i jestem z siebie dumna. Z bólem istnienia chwytającym czasem silnie za gardło, nienawiścią do odbicia w lustrze, niepohamowaną siła ciągnąca w dół, skaczę i żyję dalej. Może świat to więcej niż obraz nędzy i rozpaczy, krzyży przy drogach, wielkich łez? Nie chcę życ w sali samobójców. Może proste przyjdą dni.

piątek, 18 marca 2011

Sala samobójców.

Nie wiem czy wszyscy wiecie co to Second Life. Jest to darmowy, wirtualny świat, w którym można sobie stworzyc nieskończoną ilośc tożsamości, życ w nim, życ nim, właściwie zastąpic rzeczywistośc. Ja miałam zajęcia o nazwie Second Life jako narzędzie nauczania. Jednak nie o tym chciałam. W Second Life można robic praktycznie wszystko, poczynając od zarabiania prawdziwych pieniędzy, budowania miast, po zawieranie małżeństw. Dwoje ludzi z Irlandii poznało się właśnie w tym świecie i wzięło ślub. Gdy dziewczyna zaszła w ciążę, jej awatarowi normalnie urósł brzuch i urodziła też w wirtualnym świecie. Jednak w świecie rzeczywistym ta para zagłodziła swoje dziecko. Ceremonia pogrzebu odbyła się również w Second Life. Czy to skutek szaleństwa dzisiejszego świata i nowinek technicznych czy zwyczajna nuda dostępności wszystkiego? Cokolwiek to jest wzbudziło moją ciekawośc poprzez wywiad z Janem Komasą, reżyserem filmu Sala Samobójców, który niedawno wszedł do naszych kin. Nie dziwię się, że na bohatera i temat wybrał młodego chłopaka, który chcę się buntowac, ale nie ma przeciw czemu, paradoksalnie pragnie cierpiec, ale nie ma ku temu powodów, bo ma wszystko. Patrzę na moich uczniów i boli ten widok, bo nie wiedzą, że umarli za życia, a właściwie nie zaczęli życ. Mają założone nogi na stół i patrzą na mnie nie mając pojęcia dlaczego mogłam chciec zostac nauczycielem. Fascynujące patrzec na ich stagnację i trwonienie czegoś tak przemijającego jak młodośc. Nie doceniają tego, co mają. Dla nas minęły te lata, gdy wszystko wydawało się największe, najważniejsze, gdy złamane serce rozdzierało duszę po stokroc, gorzkie słowa ojca wydawały się nie do przełknięcia. Nieważne ile książek, artykułów, gazet przeczytam nie wrócę do swojej młodości, nie wejdę do ich umysłów i nie zrozumiem czemu nie chcą opuścic swoich sal samobójców. Zamykają się w swoich światach. Facebook, Youtube, Redtube, Nasza-Klasa, Demotywatory itd. Nie dziwię się ich nudzie, gdy mają wszystko. Przeraża mnie ich totalny brak ciekawości świata, brak zainteresowania czymkolwiek, ale czemu się dziwic, gdy zabija ich szeroka dostępnośc wszystkiego? O 7 rano wcinają chipsy, popcorn, lizaki popijąc Colą. Nie przypominam sobie by w naszych czasach mamy wkładały nam to wszystko do toreb lub by sklepiki oferowały taki asortyment, jeśli w ogóle szkoła posiadała sklep. Sama mam z czego wybierac, gdy częstują mnie śmieciowym jedzeniem od rana. Codziennie patrząc dookoła zastanawiam się jak nie nauczyc ich angielskiego, ale wartości, doceniania czegoś więcej niż tylko dóbr materialnych, które mogą zniknąc ot tak? Parę dni temu klasy gimnazjalne pojechały na Salę Samobójców do kina. Prosiłam ich by oglądali uważnie i poszukali przesłania i potem mi o tym opowiedzieli. Wrócili z wrażeniami, że w filmie pojawiały się przekleństwa, przez co opiekunom zrobiło się niezręcznie na sali. Tylko tę scenę potrafili opisac w każdym detalu. Walczę z wiatrakami? A może nie powinnam przyspieszac procesu dojrzewania? Każdy z nas buntował się przeciw czemuś, zwłaszcza institucjom takim jak szkoła. Ale to co innego. Serce mi się kraje, bo dzisiejsza młodzież żyję w swoich salach samobójców. Ze swoim brakiem zainteresowania, okropnym ocenianiem po wyglądzie. Chciałabym bardzo by młodzi samobójcy dzisiejszego społeczeństwa przeżyli w swoich życiach skok z wysoka, utratę wszystkiego i żeby w końcu zaczęli życ. Wyszli ze swoich sal samobójców i zaczęli życ...

to koniec? zabiliśmy w sobie wszystko?

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53668,9239331,Mloda_skora.html wywiad z reżyserem Sali Samobójców, Janem Komasą. Polecam.

piątek, 11 marca 2011

długa droga w dół.

Miał 17 lat i postanowił odebrac sobie życie. Mówił, że przeczucie jest najprawdziwszą prawdą i że nie może się go pozbyc. Że walczy w nim Ktoś i Nikt. Parę lat temu zamieszkał we mnie Nikt. Nie zapytał czy może wejśc, nie zapukał, napadł na mnie w biały dzień, a ja nie potrafiłam tego nikomu zgłosic. Najbardziej pchał się przed lustro by zasłonic Kogoś i wmówic mi, że nie mam w sobie nic i niczego w życiu nie osiągnę. Prowokował bym zbiła to lustro. Sprawiał, że grawitacja sobie ze mną pogrywała. Podłoga ciągle mnie przyciągała i kazała drapac paznokciami podłogę, by nie podrapac sobie skóry dłońmi pełnymi nienawiści. Nikt wymachiwał przede mną ostrymi przedmiotami i kazał spróbowac przeciągnąc nimi po skórze. W końcu dał do ręki pasek z cwiekami i kazał nim bic siebie. Nikt stoczył wiele walk z Kimś. Ktoś zaczął chowac się głęboko do szafy, słyszałam już tylko jego echo. Nikt rozprzestrzeniał się w moim ciele jak śmiercionośny wirus.

Z ilu odłamków jesteś sklejony?
Ile potrzeba dźgnięć,
aby w połamanym szkle
nic już nie było widać ?
Nikt kiedyś na swojej drodze spotkał Nienawiśc. Zaprzyjaźnili się od razu i Ktoś nie miał żadnego sprzymierzeńca. Nienawiśc podsycał Nikogo przez co biłam się w twarz, ciągnęłam za włosy byleby pozbyc się tej wiecznej ich walki w mojej głowie. Nienawiśc do siebie, rodziny, życia.

Nie mam już kontroli
Nad procesem myślenia
Kiedy w rogu pokoju
Siedzimy skulone
Ja i moja głowa
Śmierc była ciągle blisko mnie i niosła ze sobą pewną obietnicę. Pewnego dnia moja mama zwyczajnie robiła pranie, tata oglądał telewizję, większości rodzeństwa nie było w domu. Ja stanęłam na krawędzi mostu. Chwiałam się razem z wiatrem. Czułam spokój i siłę. Jedną nogą nie czułam już nic, druga próbowała trzymac równowagę. W pewnym momencie przestała. Przeważył ciężar duszy, Nikogo i Nienawiści. Skoczyłam i umarłam. Mama krzyknęła, że obiad już gotowy. Usiadłam do stołu jak gdyby nigdy nic. Nikt nie wiedział, że przed chwilą odebrałam sobie życie i że mogłam z tym życ. Więc Drogi Samobójco, skocz, wróc i żyj.

Samotność jest bańką
Połykającą własne ścianki
Te wiersze napisała 21-letnia Magda, o której artykuł przeczytałam prawie 2 lata temu i do dziś mnie porusza, gdy sobie przypomnę. Karze mi pamiętac o tym, że depresja jest poważną chorobą, a nie żadnym wstydem i powinno się ją leczyc, czego w Polsce się nie robi zbyt dobrze. W dniu, gdy Magda miała jechac na 10-tygodniowe leczenie wyszła jeszcze na spacer, jej mama czekała by ją zawieźc, znaleziono ją drugiego dnia kilometr od domu. Jej listu pożegnalnego rodzina nie życzyła sobie publikowac, lecz te 3 zacytowane z niego słowa są wystarczające przeszywające: please, please, please...
 Większośc ludzi, którzy naprawdę potrzebują pomocy psychologa czy psychiatry o nią nie poproszą i z niej nie skorzystają. Znam mnóstwo takich ludzi. Jest mnóstwo hipochondyrków, którzy szukają uwagi i kolejnego słuchacza i ich możnaby "wyleczyc" zwykłą pogadanką przy kieliszku wina. Tacy ludzie bardzo mnie drażnią w porównaniu z historią Magdy lub mnóśtwa innych stojących na krawędzi, gotowych do skoku.

Boję się Nikogo, boje się, że kiedyś wróci ze swoją niszczycielską siłą. Były momenty kiedy miał nadę niebywałą przewagę i żadne słowa, żadna osoba, piosenka, film czy wschód słońca nie mogły go przegonic. Nawet, gdy teraz to piszę boję się, że wypełznie zza szafy by znowu zalac duszę czernią. Nie można lekceważyc depresji. Nie można też z niczego ciągle robic coś, bo się zwariuje.  Ale dziś spojrzałam na niebo i wyglądało jak namalowane na najlepszym płótnie, niesamowicie sprawnymi pociągnięciami pędzla malarza wybitnego. Patrząc na Japonię, gdzie tsunami zmyło mnóstwo budynków, wir wciągał statki i zaginął pociąg jadący wybrzeżem. I to nie jest kolejny film fabularny z serii katastroficznych typu Dzień Zagładay czy 2012. To dzieję się naprawdę na naszych oczach i myślę, że mam szczęście, że mieszkam w Polsce i nie zabierze mnie siła przypływu, tsunami, nie pochłonie ziemia, nie zaleje lawa. Jestem wdzięczna za swoje proste, głupiutke życie i jedyne co mnie zalewa to współczucie dla tych ludzi. please, please, please...

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,6731904,Please__please__please.html Genialne...

środa, 9 marca 2011

I'm Still Here...

Zacznę od tego, że nie wiem co pisac. Milczę i tłumaczę sobie to brakiem czasu bądź weny, bo ja nie piszę tutaj dla pisania, marudzenia, nudy. Piszę, gdy dopadają mnie słowa. Ostatnio gdzieś mi uciekły, nie mam czasu na wzruszenia, czytanie, oglądanie by coś mną wstrząsnęło, zadziwiło, zachwyciło. Bo o czym tu pisac? Braku czasu, ciągłej pracy, nieustannym zmęczeniu, uciekającym czasie i pieniądzach, rozmywających się drobnych marzeniach, ciężkiej sytuacji w domu? Wszystko co mam to Twoja dłoń. Reszta mnie nie dotyka. Lubię to uczucie, gdy słowa pchają się do mojej głowy drzwiami i oknami i czekają aż dotkną klawiatury by wylądowac tutaj. Przyciski pod palcami są dla mnie równie przyjemne jak miękki dotyk papieru starej książki. Zanim zacznę pisac witam się z nimi, muskam, dotykam aż słowa płyną same. Ostatnio tonę w stagnacji. Nawet teraz, patrzę i myślę. Nie musiałam tego wcześniej robic, literki pojawiały się same, a mój wzrok starał się za nimi nadążyc. Świat zrobił się bardziej nudny czy ja? Przecież codziennie dzieję się coś ważnego wspomnienia. Może, gdy to spisuję staję się trywialne? Nawet filmy mnie już tak nie wzruszają. Kinematografia zeszłoroczna nie obfitowała w wiele zacnych chwil. Oscary z roku na rok dla mnie coraz bardziej przewidywalne. Dlatego spróbowałam czegoś krótszego. Krótkometrażowego filmu Spike Jonze'a "I'm Here". Dawno coś tak krótkiego nie wywowało takiej burzy myśli, zastanawiania się nad sensem, doszukiwaniem się czegoś dla siebie. Film przedstawia alternatywny świat, w którym roboty koegzystują z ludźmi. Zwyczajnie, chodzą, imprezują, ubierają się, czekają na przystanku, pracują jako bibliotekarze, mają doła, cieszą się, troszczą się o siebie, kochają...To raczej ludzie przedstawieni są jako dziwny gatunek nieprzyjazny temu, co inne, jak chociażby roboty. Czy film jest o miłości między dwoma robotami? Czy może o tym jak ludzie stają się nieczuli i sami stajemy się takimi robotami? Cokolwiek było celem, dla mnie świetnie zoobrazowało uczucie. Prosta historia, chłopak poznaje dziewcznę na przystanku. Spotykają się, chodzą na imprezy, koncerty, ale jest jeden problem. Dziewczyna jest straszną niezdarą i ciągle gubi lub niszczy swoje częsci, czy to rękę czy nogę. Chłopak za każdym razem jest gotów dac jej częśc siebie, więc odkręca swoją nogę i przykręca ją do niej. Aż w końcu...dzieję się coś..no właśnie co? Polecam obejrzec by usłyszec Wasze opinie, to zaledwie 22 min Waszego czasu. Czy to film o tym jak oddajemy siebie w miłości kawałek po kawałku by drugiej osobie było dobrze? Czy może wręcz przeciwnie, o tym jak wiele jesteśmy w stanie poświęcic, gdy kochamy prawdziwie? O czym to ja chciałam pisac? O tym, że ostatnio moim mottem na życie jest zdanie z jednego filmu "Sometimes what's in your head isn't as crazy as you think". To co w twojej głowie nie jest tak szalone jak Ci się czasem wydaje. Dlatego tu piszę, by wszystko co szalone, normalne, zwyczajne wyrzucic z siebie w próżnię nawet jeśli czasami nie ma żadnego sensu.
Film I'm Here w częściach: