poniedziałek, 11 czerwca 2012

DLACZEGO?! tak posępnie...



Dlaczego dzisiejszy świat jest tak zajęty wyglądem , że otacza nas narzuconymi normami piękna przez które zaczynamy sobą gardzić, bo czyż to nie chore by nawet piękne kobiety czuły się brzydkie?
Nawet piękno dziś traci na wartości, potem walą się ekonomie, waluty, rynek pracy i wartość studiów, na które się nas posyła bądź posyłamy siebie.
Dziś cały dzień po pracy spędziłam na łóżku by uśmierzyć ból mięśni spowodowany żmudną pracą przez długi weekend przy remontowaniu sypialni moich rodziców, co powinno przysporzyć mi powodów do dumy ze względu na pracę fizyczną, którą wykonałam, czy satysfakcję mojej mamy czy też bezinteresowną pomoc jaką zaoferowałam bliskiemu.
Ale siedzę tu i czuję do siebie wstręt. Czuję się obleśnie. Myślę, że nie taką chcą mnie ludzie widzieć. Nie z takim nastrojem. Chowam się za laptopem i kolejną notką więc.
Dlaczego nie tylko media, ale wychowuje się tak wiele dzieci bez wiary we własne siły. Dlaczego więcej się nas karci niż chwali? Przecież nie każde dziecko potrafi to znieść i wynieść z tego siłę na dorosłe życie. Nie każda zasada aplikuje się do wszystkich.
Dlaczego czułam takie poczucie winy by zamówić sobie Fast fooda na którego najzwyczajniej w świecie miałam ochotę. Dlaczego ważniejsza była myśl,  że urośnie mi brzuch? Obejrzałam film, w którym pokazano typowo amerykański bar przydrożny i zapragnęłam frytek i hamburgera i biłam się 5 godzin z tym pragnieniem aż poległam. Potem przeniosłam się do średniowiecza i miałam niepohamowaną ochotę na wykwintny ser i przepyszne czerwone wino do tego. W końcu wylądowałam ze stertą frytek i kurczakburgerem w łóżku. Co za zdrada i nieudany romans!
Dlaczego czasami czuję się najgorszą osobą na świecie?
Dlaczego całe życie trzeba przejść na porządnym wdechu, bo boimy się krytyki innych? By nie pokazać rosnącego brzucha, wdech by zatrzymać nerwy, wdech by nie wypowiedzieć na głos prawdy.
Dlaczego istnieją okropne choroby? Czy to kara natury, karma na nas się odbijająca za to jak nie dbamy o siebie i środowisko? Dlaczego tak cierpimy? Czy człowiek nie czasami częściej się smuci niż czuje radośnie podczas swojego życia? Dlaczego dzieci przeżywają swoich rodziców, bądź rodzice swoje dzieci? Dlaczego musimy umierać? Tak się boję, że wszystko może po prostu zniknąć.
Tyle tych DLACZEGO w mojej głowie dziś krąży, że połowa która przed chwilą we mnie siedziała gdzieś uciekła.
A może to DLATEGO, pms po prostu.
Gdybym miała językiem angielskim wyrazić dziś swoje uczucia to byłyby to słowa: morbid, self-loathing, stream of consciousness.
To woła o smutny głos. A zatem:


wtorek, 5 czerwca 2012

Imię ojca? - Przypadek.

Czyli o dzieciach z przypadku słów kilka. Chyba jednym z największych koszmarów każdego dziecka, ale i nawet dorosłego jest doczekać dnia, w którym usłyszą, bądź przypadkiem dowiedzą się, że są dzieckiem-wpadką lub, że są adoptowani. Życie takich osób, zwłaszcza to wewnętrzne, zmienia się  diametralnie, bo jak tu żyć normalnie, gdy się dowiadujemy, że byliśmy niechciani, ktoś nie wyczekiwał nas z niecierpliwością i radością ze strony obojga rodziców. Jak żyć, gdy co noc zastanawiamy się czy byliśmy wybrykiem pijackiej nocy, która pewnie trwała parę minut i bliżej jej było do sprośności niż miłości. 

Temat myślę konieczny do poruszenia, bo zaczyna otaczać nas wydaję się wszędzie. Zewsząd otaczają nas młode "zabrzuszone" mamy i ich niezadowolone raczej miny. Nie wiem, może akurat to przez poranne nudności, może przez bolący kręgosłup lub kłótnię z rodzeństwem, ale może jednak przez to, że nie pomyślała dwa razy, i jej partner też, zanim poszli do łózka? Po raz kolejny słyszę o „parze” oddzielonej znaczną różnicą wieku, kiedy to po raz kolejny mężczyźnie wydawało się chyba, że strzela ślepakami, a prezerwatywa to wystarczające zabezpieczenie. Dziewczyna była młoda i schlebiało jej, że pragnie ją chłopak o 10 lat starszy, więc jak tu nie zgodzić się na stosunek z przypuszczalnie doświadczonym kochankiem? A może obydwoje byli nierozsądni, albo ulegli namiętności. Co człowiek, to pewnie przyczyna. Nie oceniam, martwię się tylko o te czekające na przyjście na świat istotki. Ale po co wchodzić do łóżka tak pochopnie i kończyć to ciążą – jedną z rzeczy dla najbardziej doświadczonych kobiet? Dziś i tak mamy luksus cesarskiego cięcia, leków znieczulających i ginekologów i położnych, które się nami i dzieckiem zajmą. Zdajemy sobie w ogóle sprawę jak było kiedyś?

"Kobieta w ciąży jedną nogą do grobu dąży" - przestrzegało stare gaskońskie przysłowie. Do połowy XIX wieku ryzyko śmierci przy porodzie było równie duże jak na polu bitwy pod Grunwaldem i zagrażało tak samo chłopce i królowej. A czasem położnikowi. Np. sir Richard Croft zastrzelił się, gdy jego pacjentka, 21-letnia księżniczka Charlotta, jedyna córka Jerzego IV Hanowerskiego, późniejszego króla Wielkiej Brytanii i Irlandii, umarła w 1817 roku po sześciu dniach porodu. Kilka godzin wcześniej wydała na świat martwego syna.”
Dziś sam poród już nie przestrzega młodych kobiet przez przedmałżeńskim seksem, bo medycyna poszła do przodu. Co mnie zdziwiło to informacja usłyszana ostatnio w radio. Mianowicie, że jesteśmy na 209 miejscu na 222 krajów pod względem dzietności. Rodzimy coraz mniej dzieci, a na co dzień widzę co to nowsze „brzuszki”. Dlaczego rodzimy coraz mniej? Z powodu braku odpowiedniej polityki prorodzinnej. Mówi się, że gdyby edukacja i opieka zdrowotna były tańsze może dzieci chciałoby się mieć częściej i z miłości?
Przestrogą zatem może będą liczby. Wylicza się, że na jedno dziecko do jego 19 roku życia człowiek wydaje średnio 176 tysięcy złoty! Niebagatelna suma, wartość mieszkania, które mi się marzy! Krew mnie zalewa, gdy młodzi ludzie zaliczają „wpadki”, jak to się potem na osiedlu potem mówi, i wciągają w to swoich rodziców, rodzeństwo i zsypują się na mieszkanie. Szczęśliwi ci, których rodziców stać na utrzymanie jeszcze własnych wnucząt. Mam dwoje młodszych braci, którym o stały związek trudno, ale o seks nie. Liczę na ich odpowiedzialność, ale co jeśli? 

Czy dzieci się jeszcze chce? Tak szczerze? Planuje? Chociaż planowanie dla mnie też ma jakiś pejoratywny wydźwięk, bo nie ma w nim miejsca na czystą miłość, ale obliczanie, szukanie za i przeciw decyzji, rozplanowywanie mieszkania na kołyskę. Czasami się zastanawiam czy ja nie byłam wpadką. Czy w dzisiejszym pędzącym świecie, nieustannym szukaniu pracy lub lepszych zarobków jest czas, żeby zapragnąć na ten świat wydać dziecko świadomie i z chęcią? Wiem, że gdzieś tam są pary, które o tym nie dyskutują, tylko po ślubie pewnego dnia żonie spóźnia się okres, udaje się do lekarza, który obwieszcza jej radosną nowinę, całą rodzinę ogarnia radość. Te narodziny nie przerodzą się w plotkę, ale sklepową dobrą wiadomość i chwalenie babci na osiedlu. To dziecko będzie czuło się kochane i będzie raczej wychowywane w bezstresowych warunkach, bo nie będzie czuło w powietrzu, że może nikt się go na świecie nie spodziewał, a rodzice zanim zdążyli się pokochać, woleli powymieniać się płynami. Kochajmy dzieci równo, nieważne skąd się wzięły, tylko tego pragnę.  

piątek, 1 czerwca 2012

Bądźmy dziś dziecmi.

Idealna piosenka Dla Was na ten dzień:)

Dzień Dziecka zazwyczaj budzi we mnie sprzeczne, mieszane uczucia. Zwykle pewien żal do tej niesprawiedliwości w Polsce, która sprawia, że dziecka w sposób jaki bym chciała się nie doczekam. Ale dziś właśnie nie chcę znowu poświęcic tych słów na użalanie się nad sobą, ale spojrzenie na ten dzień z innej perspektywy.
Kogo by innego jak nie dziecka? Jeden z moich ulubionych cytatów głosi: "posiadanie dzieci przypomina odkrywanie nowych, niezwykłych pokoi w domu, w którym mieszkało się całe życie".
Więc ja dziś chcę oddac cześc dzieciom przez spojrzenie na świat z ich perspektywy, ich oczami, pozazdrościc im fantazji, wyobraźni i dystansu do świata. Zatęsknic do chwil dzieciństwa i uszanowac każde uczucie dziecka. To, że czasami psocą, bo przecież są tylko dziecmi. Za to, że są nieznośne i nie tolerują zawsze decyzji dorosłych, bo w końcu nie zawsze pojmują konsekwencje swoich działań tak jak dorośli widzą to z wyprzedzeniem. Często płaczą, gdy coś im nie wyjdzie, przewrócą się, a my każemy im nie beczec, bo przecież aż tak nie bolało, ale czy nie jesteśmy wtedy nie czuli, bo przecież dziecko ma mniejszą tolerancją na ból i najczęściej wyraża się przez łzy? Szuka wtedy troski, nie karcenia. Pocałujmy to zbite kolano, a nie karzmy im znosic to mężnie i przestac się mazac, bo nie są już dziecmi. W świecie, gdy dzieci z dzieciństwa wychodzą bardzo szybko i w wieku 10 lat potrafią już spróbowac alkoholu i smaku papierosa nie powinnyśmy im tego procesu przyspieszac. Dajmy im może jeszcze trochę poskakac po murkach, popłakac, gdy się lekko uderzą, pośmiac z niekoniecznie śmiesznego dla nas psikusa, poprosic o loda, gdy jeszcze troszkę za zimno. Nie myślmy dziś gorzko, nie o tym, że dzieci ciągle się brudzą, trzeba o nie dbac, za nimi latac i nadążac, gdy nam uciekają i wyzywac, gdy nie słuchają. Dziś nie...

Nie mogłam znaleźc lepszego czasu na czytanie książki przedstawionej z perspektywy dziecka, które jest niesłychanie bystre, ma niesamowitą wyobraźnię i wyszukane poczucie humoru.
"Strasznie głośno, niesamowicie blisko" Jonathan'a Safran'a Foer'a jest niesamowitą przygodą w głąb psychiki dziecka, które próbuję pogodzic się ze śmiercią ojca, który zginął śmiercią bezsensowną i niepojętą dla tak małej istoty w zamachach na World Trade Center. Usiłuje to uczynic poprzez szukanie sensu w życiu za pomocą odnalezienia zamka pasującego do tajemniczego klucza. Mały Oscar Schell przypomina mi jak mało fantazjujemy. Marzymy, ale nie fantazjujemy, nie wyobrażamy sobie alternatywnych rzeczywistości, nie tworzymy nowych pomysłów, nie jesteśmy tak kreatywni. Dziś czerpię z niego inspirację i z tego jak on wymyślając w głowie różne niespotykane wynalazki radzi sobie z bólem życia codziennego pozbawionego ukochanego ojca. Przytoczę Wam dwa fragmenty.

""Fascynujące było to, co wyczytałem w "National Geographic",a mianowicie, że obecnie żyje więcej ludzi, niż zmarło ich w całej historii ludzkości. Innymi słowy, gdyby wszyscy jednocześnie chcieliby zagrac Hamleta, nie mogliby, bo zabrakłoby czaszek!
 A gdyby tak powstały drapacze chmur dla zmarłych, które budowałaby się w dół? Mogłyby się znajdowac pod drapaczami chmur dla żywych, które wznoszą się w górę. Czasami myślę sobie, że byłoby niesamowite, gdyby istniał drapacz chmur, który jeździłby w górę i w dół, podczas gdy windy stałyby w miejscu. Tak że gdyby człowiek chciał wjechac na dziewięcdziesiąte piąte piętro, nacisnąłby tylko guzik i to piętro podjechałoby samo do niego. Byłoby to też bardzo praktycznem, bo gdyby na dziewięcdziesiątym piątym piętrze i gdzieś niżej uderzyłby samolot, budynek zwiózłby wszystkich na dół, na ziemię, i ludzie byliby bezpieczni."

Czyż nie fascynująco Oscar kreuje w głowie własną rzeczywistośc i pomysły pomagające mu znaleźc sens w życiu?
Kolejny wynalazek jego autorstwa, który mnie urzekł:

"Tej nocy przed zaśnieciem wymyśliłem specjalny system drenów, które byłyby zainstalowane pod każdą poduszką w Nowym Jorku i łączyłyby się ze zbiornikiem w Central Parku. Kiedy ludzie płakaliby w łóżku, wszystkie łzy spływałyby w jedno miejsce i rano facet of prognozy pogody mógłby informowac, czy poziom łez w zbiorniku podniósł się, czy opadł, i wiedziałoby się, czy cały Nowy Jork jest w dołku, czy nie."

:)

Jeśli ktoś nie ma funduszy na zakup książki, polecam też adaptację filmową. Ja obejrzałam najpierw film, który mnie urzekł, a teraz sięgnęłam po książkę i w ogóle nie psuje mi to frajdy i podziwiania niezwykłej wyobraźni i ekspresji autora. Polecam!

My dorośli, bądźmy dziś dziecmi.


środa, 30 maja 2012

czy to jest przyjaźń?...

Czym jest dla was przyjaźń? wiele zacnych cytatów i złotych myśli mówi, że przyjaciel to ten, którego nie widzisz miesiącami, latami, ale potraficie przysiąśc do stołu po takiej rozłące i nadal czuc tą więź i gadac jakbyście widzieli się wczoraj. To siedzenie obok siebie w milczeniu, gdy potrzeba. To czas na śmiech, gdy jest z czego i płakac, gdy jest za kim. Dzielic każde uczucia. Tak naprawdę nie dzielimy połowy z nich, ukrywamy je w półsłówkach, zakrapianych alkoholem wieczorach. Prawda w przyjaźni już też powoli wychodzi z mody. Prawda jest w porządku póki jest bohaterem negatywnym, gdy chcemy przejśc na ciemną stronę mocy widzimy znaczny spadek zainteresowania rozmową, zakłopotanie, przewracanie oczami, zmienianie błyskawiczne tematu.
I widzicie ja nie potrafię zakopac tego czasu rozłąki i zakleic go super glue. U mnie ta luka zostaje i tworzy pustkę w sercu, którą po czasie przepełnia gorycz i pretensje i smutek. Bo co jeśli w tym czasie ciszy stało się coś ważnego, co nas ominęło? Gdzie był wtedy ten przyjaciel, żeby chociażby pomilczec, skoro nawet telefonu nie odebrał? Więc dziś twierdzę, że znów przyjaciół nie mam.
Dlatego pozdrawiam tych wirtualnych, bo są ze mną częściej niż Ci realni. Realni ranią mnie realnie i czasami mają to gdzieś. Zawsze mi zarzucano, że to ja się oddalam i nie dbam o przyjaźń. Ja nie pcham się po prostu tam gdzie mnie nie chcą. To po prostu wygodne wytłumaczenie własnej nieobecności. Ja ostatnio się nie oddalam, szukam, wyciągam rękę, gdy ktoś boi się odezwac po długim czasie. Bo bywam trudna i ludzie boją się moich pretensji. Wiem. Pamiętam to, co złe i może ludzi z obawy wypomnienia tego, co złe sięnie odzywają? Nie wiem już.  Ciężko wybaczam, bywam pamiętliwa. Ale w głębi ducha jestem dobrym pogodnym człowiekiem, z którym popołudnia i wieczory spędza się lekko.


A zatem gdzie jesteście moi "przyjaciele?" Dlaczego nie zadzwoniłaś w sprawie tego grilla? Dlaczego nie zadzwoniłaś, że jesteś w mieście i muszę to się dowiedziec z oznaczeń na durnych zdjęciach z FB? Dlaczego myślisz, że bardziej zależy mi na tym głupim opóźnionym prezencie urodzinowym niż na rozmowie z Tobą przy winie i  Twoich pysznych muffinach?
Wczoraj zadzwoniła Ksena. bez zawahania, zastanawiania, przegadałybyśmy pewnie cały wieczór, gdyby nie ograniczenia kasy na koncie i obowiązków dookoła:) Tak po prostu, istnieją ludzie, którzy są i nie trzeba ich zmuszac. Przynoszą niespodziewaną radośc, pukają bez ostrzeżenia i wchodzą do naszego życia na całe życie.

Tęskniłam, bardzo długo tłumiłam, żeby się nie czepiac, teraz przechodzę w fazę złości.

Więc moja Aniu, Ksenko, Jakubku, każdemu komentującemu; Silnakobieta, Karioka, Mieteor, Malawiart, Karolina S. Marta Z., Nashi, Kathi, Myself i cała rzesza, o której też pamiętam, przypominacie mi, że jesteście i ja jestem i dziękuję Wam za tę cenną i bezcenną obecnośc! Za Wasze słowa i notki, rozmowy nocami, inspiracje, pocieszenia, gratulacje, śmiech i łzy. Wy wiecie ;* 

Dla Was cover Beatlesów z jednego z moich ulubionych musicali! :)


Dziękuję mojej najlepszej przyjaciółce. Mojej Dziewczynie:*:)

poniedziałek, 28 maja 2012

"nie jestem szalona, tylko trochę uszkodzona"

Całymi dniami
Wpatruję się w sufit

Zawieram przyjaźnie z cieniami na ścianie

Całą noc

Słyszę głosy, które każą mi zasnąć

Bo jutrzejszy dzień może się na coś przyda

Trzymajcie mnie

Czuję jakbym zmierzała ku upadkowi

I nie mam pojęcia dlaczego

Ale ja nie jestem szalona, trochę tylko mi źle ze sobą

Ale zostańcie na chwilę,

Może wtedy zobaczycie drugą stronę mnie

Nie jestem szalona, tylko trochę uszkodzona

Wiem, że teraz wam wszystko jedno

Ale całkiem szybko pomyślicie o mnie

I o tym jak byłam

SOBĄ.

Tłumacząc niegdysiejszą moją piosenkę-hymn ciągle chętnie do niej wracając i do zespołu ją wykonującego. Naszło mnie słuchając tysiaca piosenek w moim odtwarzaczu, dziś zatrzymuję się tutaj i w tamtych czasach.
Myśląc o mojej siostrze, która pokazała mi, że muzyka to więcej niż powód do tańca, ale i przemyśleń. Właściwie pokazała mi swoim gustem, że muzyka to nie tylko dźwięki, ale i znaczenie i przebicie się prosto do duszy i serca. Byłam jeszcze dzieckiem, ale uczyłam się tym i języka angielskiego i życia. Chyba nie wie do dziś, że za to Ją podziwiałam i trochę zazdrościłam będąc dzieckiem:) Dlaczego rodzinie wyznac uczucia najtrudniej?
Matchobox Twenty na dziś. Jej do dziś ukochany zespół, a chyba przede wszystkim wokalista.

Gdy świat każe Wam się zmieniac, a wy zastanawiacie się czy warto...


Gdy boicie się, że kogoś utracicie...

 

I najważniejsze: gdy potrzebujecie pomocy, ale wolicie ją wykrzyczec piosenką...


If I fall along the way
Pick me up and dust me off
And if I get too tired to make it
Be my breath so I can walk

If I need some other love
Give me more than I can stand
And when my smile gets old and faded
Wait around I'll smile again

Shouldn't be so complicated
Just hold me and then
Just hold me again

Can you help me I'm bent
I'm so scared that I'll never
Get put back together

No ok jeszcze jedna:)

Gdy ukochana osoba wybiera większe miasto i karierę zamiast Ciebie..ile się na tym naryczałam. 
(plus by udowodnic, że na żywo to on śpiewac też umie:)


Ech czasami mam wrażenie, że tak jak piosenka może coś naprawic, tak samo może uszkodzic. Choc dziś bardziej to pierwsze, bo człowiek z czasem uczy się patrzec na przeszłośc z daleeeekim dystansem :)

a Wy Kochani? Mieliście kogoś, kto przedstawił Wam najlepszę kochankę życia Muzykę i zapewnił stały związek na całe życie?:)

czwartek, 24 maja 2012

Duma z Pani M(ogę) G(ówno) R(obic)


Parę tygodni temu miało miejsce jedne z ważnych wydarzeń w moim życiu. Zawsze wypatrywałam go i uważałam za przełomowe, ponieważ wychowano mnie w wierze, że bez wykształcenia nic nie osiągniesz i najważniejsze jest wykształcenie wyższe, bo to ono Cię określa w życiu zawodowym, ale i prywatnym. Tak więc dla mnie nigdy nie było pytania „czy pójdę na studia i zostanę magistrem” tylko KIEDY to nastąpi. 
Mój okres edukacji i zdobycia tytułu magistra wydłużył się trochę ze względu na pewne zmiany, więc odebrano mi jakoś radość z uzyskania tego tytułu. Poza tym moja promotor była tak zniechęcająca, krytyczna i nie mająca odwagi powiedzieć tego w twarz tylko wypisując w mailach, że pisałam pracę tylko i wyłącznie sama, według własnego pomysłu, własnych poszukiwań i starań i tak stworzyłam pracę, z której ja jestem bardzo dumna.
W ramach naszej rodzinnej tradycji moi rodzice towarzyszyli mi na obronę choc nalegałam by tego nie robili, bo będzie to dziwnie wyglądać, ale mimo wszystko nie naciskałam jakoś bardzo, bo liczyłam, że ich nie zawiodę i chciałam zobaczyć ich reakcję wtedy.
Tak więc wchodząc na egzamin od niechcenia, wyszłam z rękami ułożonymi w geście triumfu, ponieważ moja praca została oceniona na 5, a egzamin magisterski zdałam na 4,5 i uzyskałam najlepszy wynik. Gdy podobny uzyskałam na egzaminie licencjackim ojciec odparł: dlaczego nie 5? I podciął po raz kolejny skrzydła. Tym razem nie mieli mi nic do zarzucenia. Zrobiłam wszystko jak chcieli.
I nikt mnie do dziś nie zapytał jak to jest. Jakie to uczucie w końcu zadowolić rodzica, którego wydawało się, że zadowolić się nie da. Jak to jest dojść do punktu, do którego dążyło się całe życie. Powiem Wam, że nijako, nie wiem jak, bo ten dzień nie miał w sobie magii. Nie wiem czy to ze względu na te wlekące się studia i totalny brak szacunku wykładowcy wobec studentów, ich wydawanych pieniędzy i poświęcanego czasu czy może dlatego, że nie czułam powagi tego dnia z niewiadomych przyczyn. Nie wiem kiedy to nastąpiło, ale dzień, który miał być tak ekstremalnie ważny został sprowadzony do dnia, w którym zdobędę kolejny tytuł naukowy i wiążącą się z tym podwyżkę.
Nie wiem czemu nie chciałam chwalić się tym wydarzeniem w pracy, nie czułam potrzeby mówienia komukolwiek prócz osobom, które wiem, że na to czekały. Właściwie, gdy spojrzę daleko wstecz to od dziecka miałam problem z mówieniem o sobie dobrze i ogłaszaniem swoich sukcesów. Nie czułam, że czymś wielkim jest wygrywać konkursy przedmiotowe, jeśli mój ojciec nie potrafił pokazać, że jest dumny. Nie cieszyłam się z dobrze zdanej matury, gdy nie usłyszałam z ust ojca, że jest ze mnie zadowolony. Jako jedyna w rodzinie dostałam się na dzienne studia na jednej z lepszych uczelni w Polsce, a jemu ciągle było mało. Dostałam stypendium naukowe za dobre wyniki w nauce i nadal to nie wystarczało. Na absolutorium moje nazwisko wyczytano z okazji otrzymania nagrody za najlepszy blog studencki pisany w języku angielskim no i wtedy pojawił się cień dumy.
Tak więc kochani mówię Wam dziś, że większość życia idę z chorą ambicją zdobywania dobrych wyników głównie dla mojego ojca i tak było i w ten dzień. Po wyjściu z ogłoszenia wyników mojego egzaminu podeszłam do rodziców podnosząc ręce w górę w geście zwycięstwa i nie wiem czy cieszyłam się bo wygrałam z wredną panią promotor czy z ojca ciągłym rozczarowaniem moją osobą. Ale wtedy ojciec odparł : chociaż jedno dobre wydarzenie w tej rodzinie w czasach dla tej rodziny okropnych. I mnie zaskoczył, bo wiem, że był to jeden z jego najlepszych komplementów. I ten dzień czułam, ze był mój, że byli dla mnie i nie sprzeciwiali się mnie, bo w końcu nie mieli mi nic do zarzucenia, bo wiedzą, że dałam z siebie wszystko i zwyciężyłam. Tradycją jest też zabrać rodziców na „magisterski” obiad, zatem udaliśmy się na Stary Rynek i nie kazałam im oszczędzać tylko wybierać co chcą, widziałam ich poczucie winy, bo za tę cenę kupilibyśmy towaru do domu na cały tydzień obiadów. Widziałam, że mamie jest przykro, że nie stać ich na prezent dla mnie w nagrodę. W nagrodę za trzymanie kciuków to ja jej kupiłam nowe klapki. Spacerowałam z nimi przez miasto i czułam, że są dumni, a tata powiadomił nawet swoje rodzeństwo. Wracając postanowiłam jeszcze zrobić szybkiego grilla. Mój brat przyjechał z ukochanym bratankiem, który wręczył mi bukiecik kwiatów, a ukochana dziewczyna przywiozła kwiatka i wymarzony prezent:)
Ten dzień miał być szczególny, ale trudno o coś wyjątkowego w tym ciągle mrocznym okresie dla mojej rodziny, ale wtedy wieczorem, gdy już się wykąpałam, mama nalegała, że pozmywa, a ja mam sobie odpoczywać na kanapie z piwem w ręku, stało się coś niesłychanego. Tata oddał stery telewizora w moje ręce, co uwierzcie jest rzadkością, i pozwolił mi oglądać nowy odcinek Gry o Tron w telewizji. Po chwili dołączyła do nas mama, która rzadko ogląda tak okrutne sceny, ale nie narzekali.
Ale najbardziej mnie zaskoczyło, zdziwiło, wprawiło w uczucie ciepłe jak i przedziwne, ponieważ nieznane – przytulenie przez moją mamę. Mama usiadła, wzięła moją rękę pod swoją i zwyczajnie się we mnie wtuliła, jak bezbronne dziecko potrzebujące miłości. Głaskałam jej rękę aż zasnęła, a potem kazałam pójść do łóżka, żeby ją kark nie bolał.
Zbliża się Dzień Matki i postaram się jak mogę widzieć w ten dzień tylko taki Jej obraz, a nie ten, który w większości czasu mnie wyniszcza psychicznie. Dziś znów wyszła z niej wspaniała kobieta mająca swoje własne skrywane historie. Skrywane, ponieważ nie wierzy, że ktoś by je wysłuchał z zainteresowaniem. Przedwczoraj wróciłam z wycieczki klasowej z moimi dzieciakami z Wrocławia i dziś mama zamieniła się znów w tą fascynującą kobietę pewną ciekawych opowiadań z dzieciństwa, która odwiedzała ciocię we Wrocławiu jak miała ok. 12 lat, która pozwalała jej sama poruszać się po Wrocławiu, jeździć tramwajem, odwiedzać dom towarowy, że pamięta jak ciocia była dziwna, bo spała w szafie. Zaczęła znów opowiadać o babci i prababci, jak szyła piękne koronkowe firany i obrusy i żałuję, że je spaliła. Przypomniała, że ani ona ani babcia nie skończyły szkoły, ale babcia dostała się do liceum i zdołała ukończyć pierwszą klasę, co wtedy było nie lada wyczynem, ale przerwała ją ze względu na biedę w rodzinie i obowiązki w domu. Może dlatego mama zawsze też napierała i jest tak dumna, że jej czwarte dziecko uzyskało tytuł magistra i Jej dumę tego dnia czułam najbardziej i mam nadzieję, że tę wdzięczność okażę Jej też w Dzień Matki o ile mi na to pozwoli zważając na Jej ciężki charakter i niechęć do pochwał, prezentów i bycia w centrum uwagi. Ciekawie po kim to mam;)

wtorek, 22 maja 2012

Trolle w ataku!

Dla niezorientowanych chodzi o komentarze pod notką http://infatuation-junkie.blog.onet.pl/Rodzaj-ludzki-nijaki,2,ID471642969,n

Właśnie mi się przypomniało, dlaczego nie przepadam za"polecaniem na głównej Onetu":) Nigdy nie nadziwię się wytworowi ludzkiemu, który zwie się trolling i osób, który swój czas przeznaczają na wytykanie ludziom ledwo zauważalnych błędów językowych czy gramatycznych co bawi mnie niezmiernie, bo NIE JESTEM POLONISTKĄ, więc śmiało mogą mnie w tej kwestii obrażac, bo idealna w składni nie jestem, a dziennikarstwa też nie ukończyłam:) Więc przypominam, usuwam komentarze nie wnoszące nic do dyskusji prócz prowokowania do złości i nienawiści, poprawienie mnie nie dotyczy w ogóle treści notki, a co nie jest pisane na temat nie chcę by zaśmiecało miejsce, gdzie inni zostawiają swoje cenne poglądy, uczucia, opinie i krytykę bardzo dla mnie cenne.
Może porównanie będzie to drastyczne i nieadekwatne, ale jestem w trakcie czytania (zabawne, że posądzało się mnie dziś też, że nie czytam wystarczająco:) "Dziewczyna w Zielonym Sweterku: Historia Ocalenia Krystyny Chiger" i nasunęła mi się pewna myśl. Natomiast, by się nie przejmowac takimi ludźmi, bo gdyby to porównac do zdarzeń sprzed kilku dekad to można dzisiejszy trolling nazwac formą represji. Ludzie nie cenią daru życia, jego wartości, dziś nie mierzy się nam pistoletem w głowę, przyjaciel nie wydaje przyjaciela na pewną śmierc po to by samemu przetrwac. Nienawiśc rodziła nienawisc i przemoc, to niestety nie zmieniło się do dziś. Tylko, że dziś nikt do Nas nie strzela, nic Nam nie grozi i zamiast to cenic, to wynajdujemy durne nowe formy nienawiści obrażające pamięc poległych w skutek nienawiści oprawców.
Więc Kochani zanim znowu zaczniemy się obrażac, to zastanówmy się czy warto sobie i innym psuc krew. Posądzono mnie dziś też o zazdrośc i nienawisc, tak, mam ją również w sobie wobec osób marnujących życie i kierujących je w inne strony, i tak, oceniam kierunek jaki obrali, tak jak i mnie się ocenia przez pryzmat tego, co piszę. Daję Wam tyle ile zechcę, to jak to zinterpretujecie nie należy do moich obowiązków:)ale buduje kolejne przemyślenia, za co serdecznie dziękuję i zapraszam częściej nawet do obrażania, bo jeśli ktoś myśli, że mnie czymś zniszczył, to właściwie w tym miejscu postawił fundament pod wybudowanie czegoś nowego:)

niedziela, 20 maja 2012

Rodzaj ludzki - nijaki.

Rodzaj ludzki nigdy nie przestanie mnie zadziwiac. Głównie ze względu na to, że gdy wydaje mi się niesamowity, za chwilę okazuje się nijaki. Rzadko kiedy opisuje konkretne sytuacje z życia wzięte, ale gdy rasa ludzka przejawia się jako najmniej ludzka to trudno przejśc obok tego obojętnie. Sytuacja może nie jakaś ogromnie skandaliczna, ale we mnie włączyła wszystkie czerwone lampki. Czasami żartobliwie mówię, że nienawidzę bogatych ludzi. Często to też mówię, że wierzę, że w żarcie zawiera się 50% prawdy, a 50% faktycznego żartu. Ten dzień potwierdził moją sporadyczną niechęc do ludzi nie znających nigdy biedy. 

Zatem weszłam do kawiarni zamówic dwie kawy na wynos w naszej zacnej mieścinie i stojąc przy ladzie prawie 10 min napotkałam różny szereg ludzi. Jednak, że kawiarnia jest ta raczej uważana za wykwitną, głównie ze względu na "wykwintne" ceny, klientela nie należy zazwyczaj do biednych, ja tu jednak lubię przychodzic głównie ze względu na tą kawę na wynos jedyną w mieście. Pierwszy wszedł mężczyzna mający nie tylko w stroju, ale na twarzy i w postawie ciała zapisane wywyższenie się i pewnośc siebie wynikającą ze zdecydowanej większej ilości zer na koniec niż taka przeciętna ja. Potwierdził to wyjmując przy mnie plik kilku "stów" przy płaceniu za tort, robiąc to oczywiście od kompletnego niechcenia, a jednak ostentacyjnie. Jednak najbardziej moją uwagę przykuła rodzina siedząca za mną. Matka i dwie córki plus syn jednej z nich. Chłopiec ok. 4-letni ubrany od stóp do głów markowo, a ja że fanka zegarków ogromna i wierna ich kolekcjonerka, spojrzałam na jego zegarek, szczęka mi opadła, że miał go przede wszystkim założonego na bluzę, a nie pod nią, a po drugie, że był wart kilkaset złotych. Matka jak i córki zatapiające zachłannie oczy w szereg trufli, o których ja tylko marzę, bo kto normalny kupi parę gramów wartych kilkadziesiąt złotych. No ale kto to oczywiście zrobił? Panie powoli robiły się oburzone czekaniem na zamówienie, gdy nagle do kawiarni wszedł ktoś, kto oburzył je jeszcze bardziej. 

Był to mężczyzna może 30sto kilkuletni. Nie był szczególnie urodziwy, nie pachniał drogimi perfumami, garderoba składała się z koszuli w kratę, za dużych spodni ze sztruksu, skromnej teczki i butów ortopedycznych. Miał widoczną wadę postawy i problemy z chodzeniem, stąd te buty. Stąd też jego trzęsienie się i trochę niebezpieczny widok. Ale zwykły człowiek ot co, który przyszedł popatrzec na menu, bo może napiłby się kawy, rozejrzał się i jednak wyszedł. Dlaczego? Bo zobaczył je. Ich pożerające go oczy, ale co tam oczy! Ich wytykające palce, pozycja nachylona do wspólnego obgadywania, niezbyt cichego pragnę nadmienic. Oburzone były, że "wpuszczono tu bezdomnego!" Jakiego bezdomnego pomyślałam?! Miałam ochotę do nich podejśc, trzasnąc każdą w twarz, albo chociaż w stół i kazac im się opamiętac i wyciągnąc łby ze swoich portfeli i kieszeni i spojrzec na człowieka jak na istotę ludzką, a nie podczłowieka! 

Nie dziwię się temu mężczyźnie, że wyszedł. Bo czy my wszyscy nie czujemy się zdefiniowani przez pieniądze? Gdy ja widzę wykwitną restaurację bądź sklep z odzieżą, na którą mnie mnie pewnie nie stac nie wejdę nie dlatego, że jest tam za drogo, ale dlatego, że boję się dziwnych, oceniających, gardzących spojrzeń i sprzedawczyń okrążających mnie dookoła obawiających się kradzieży i jako wymówki do podejścia do mnie zadają to znienawidzone pytanie świata: "pomóc w czymś pani?"

Dziwię się za to ogromnie takim ludziom, którym pieniądze odebrały chyba resztki nie tylko człowieczeństwa, ale i taktu. Ale czy to tylko przez pieniądze obracamy się za każdą "odmiennością"? Za Hindusem tudzież "ciapatym", Niemcem czy tam "szwabem", Afroamerykaninem potocznie zwanym "asfaltem", kobietą o męskiej posturze i o męskim stylu ubierania, czy też niejaka "lesba", mężczyzną metroseksualnym czy też "ciotą" jak wolicie, obrócimy się bez dwóch zdań. Czy to niewidomym z laską, głuchoniemym mówiącym językiem migowym, inwalidą z amputowaną nogą. I tak cud, że na takie osoby nie wynaleziono jeszcze obraźliwych określeń. 

Ja jednak nigdy nie zapomnę widoku pewnej dziewczyny w pociągu ok. 5 lat temu. Była niemal niewidoma, więc cokolwiek chciała przeczytac musiała to przysuwac pod sam nos, co przykuwało uwagę oczywiście całego przedziału. Ja patrzyłam z zafascynowaniem i uśmiechem w kącikach ust. Dlaczego? Bo była cudowna, nie przejmowała się niczym i nikim dookoła. Z jej twarzy emanowała taka radośc, optymizm i życiowa witalnośc, że miałam ochotę dosiąśc się do niej i zapytac jak ona to robi i skąd to bierze. Co chwilę dostawała smsy i odczytywała je trzymając telefon przy nosie, ale uśmiechając się przy tym tak cudownie, szczerze i radośnie jak dziecko dostające swój pierwszy rower. Potem do ręki wzięła książkę i przesuwając nosem po kartkach uśmiechała się ciągle do siebie, jakby ten nos wssysał jednocześnie każde uczucie przewodzone w tej książce, a ona je chłonęła, interpretowała i odczuwała po swojemu. Mam wrażenie, że jakby nawet czytała jakiś dramat i tak uśmiechałaby się tak dalej. Pewnie większośc myślała, że jest dziwna, bo kto na zdrowym umyśle tyle się uśmiecha sam do siebie w tłumie w pociągu? Ona jest dla mnie ciągłym przypomnieniem by nie przejmowac się ludźmi dookoła, do dziś zazdroszczę jej niejakiej odwagi nie zwracania uwagi na to czy ludzie patrzą i tym bardziej co myślą. Bo ja powinnam podejśc wtedy do stolika tych "bogaczek" i zapytac je, że gdybym ja też miała na czole wypisane lesbijka tak samo by mnie tu nie chciały i czy nie wstydzą się nazywac się niby "człowiekiem"?

środa, 16 maja 2012

refleksyjnie na temat słowa "prawdziwy".

Krótki wstęp:) :  Ze względu na ciągłe awarie blog.onet.pl i strach przed utratą ponad dwuletnich wypocin, postanowiłam pójść w ślady innych współblogowiczów i sklonować bloga na inny serwer. Choć była to praca dosyć automatyczna, to nie sposób było nie wybrać się w podróż do przeszłości. Zatem witam wszystkich starych i nowych czytelników i zapraszam na tego, bloga który właściwie załaduje się pierwszy:) 

118 postów w ciągu 26 miesięcy, kilkaset stron, kilkadziesiąt tysięcy słów, które nigdy nie przelały się na karty Internetu z nudów czy od niechcenia, ale wypływały z różnych potrzeb, emocji, wydarzeń ze świata czy mojego życia. Obecnie ponad 360 tysięcy osób, których pokręcone ścieżki Internetu przyciągnęły do mnie, a 2455 osoby poruszyły w sposób pozytywny lub negatywny moje słowa i postanowiły zostawić swoje opinie, słowa przychylne bądź karcące i obrażające. Komentarze dla mnie równie cenne jak słowa, które tworzę sama, bo bez czytelników nie mielibyśmy inspiracji i motywacji. Wywołujecie śmiech, poruszenie, wzruszenie, zastanowienie, jak i też łzy. To jest mój czwarty blog, ale dla mnie najważniejszy, dlatego nie chcę pozwolić by zniknął. Dlaczego? 

Całe życie człowiek dąży do tego by sprostać jakimś standardom wyznaczonym lub narzuconym przez świat, bliskich albo też nas samych. Gdy zakładałam tego bloga, zamierzenie i cel miałam jedno i staram się go trzymać za każdym razem, gdy zasiadam do pisania. Mianowicie być prawdziwą i autentyczną. Nie musieć się chować przed osądzającymi spojrzeniami, przed krytyką, nie musieć dorastać do wymagań innych. Pisać o tym, co chcę, co czuję i co mnie porusza nawet jeśli czasami to ma bolec. Ale koniec końców przynosi katharsis.

Nie ma co sobie oczu mydlic, słowa „prawda” i „autentyczność” dawno wyszły z mody, a w ich miejsce wszedł fałsz, obłuda, spełnianie cudzych oczekiwań, dwulicowość i niska samoocena. Moją główną wytyczną tutaj jest pisanie prawdy prosto z mostu, nie ubranej w piękne obrazki, epitety. Prawdę nie przefiltrowaną strachem przed krytyką, odkryciem, wstydem. Choć prawda pisana oczami jednej osoby nie może być obiektywna, to jednak wierna grupka czytelników udowadnia i przypomina mi, że ta prawda tyczy się nie tylko mnie i nie dotyka tylko moich zakończeń nerwowych.
Skąd to nagłe skupienie na prawdzie? Odpowiedź prosta, a zarazem zawiła. Otóż dostałam olśnienia jak przymiotnik „prawdziwy” i wszelkie jego odmiany jako jedyny potrafi przebić się przez wszystkie tkanki, żyły, naczynia krwionośne i trafić, wbić się ostro w moje serce. Nie używam tutaj przenośni, ponieważ jest to autentyczne fizyczne odczucie. Tego olśnienia doznałam ostatnio w kinie i obiecałam sobie o tym napisać. Wybierając niebanalną komedię „Nietykalni” wzruszyłam się i oczy napełniły mi się łzami na samych napisach początkowych „Film oparty na PRAWDZIWEJ historii…”. Nie od dziś wiadomo jak kocham filmy oparte na faktach, bo co innego wzrusza i przybliża nas bardziej do bohaterów filmu niż to, że istnieli, bądź istnieją, oni naprawdę. Nie wiem czy te łzy przypłynęły szturmem, ponieważ czytałam wcześniej prawdziwą historię znajomości głównych bohaterów. Myślę jednak, że to uczucie wywołało to małe, ale jakże kontrowersyjne słowo „prawdziwej”. To samo ukłucie w sercu poczułam na „W ciemności” na początku filmu jak i na końcu, gdy to dowiadujemy się o dalszych losach pana Sochy. Film się skończył, zapalili światła i na koniec zrzucają na widza taką bombę, że ja miałam ochotę siedzieć w tym kinie przez przynajmniej kolejną godzinę i wyć wniebogłosy nad okrutnym losem p.  Sochy i nad okrucieństwem tego świata.

Pomyślcie, czy słowo „prawdziwy” nie jest jednym z silniejszych na świecie? W samym języku angielskim, gdy dodajemy przysłówek „truly” ma on na celu podkreślenie prawdziwości danego stwierdzenia.
„I truly love you, I truly miss you, I truly hate you”. Naprawdę Cię kocham. Kocham Cię prawdziwie. Szczerze Cię nienawidzę. Gdy w języku polskim mamy ochotę coś wyeksponować, upiększyć lub nasilić  też użyjemy słów pochodzących od prawdy.

Boje się, że jesteśmy tak otoczeni dookoła kłamstwami, że zapominamy o wartości prawdy. Zapominamy o prawdziwych uniesieniach. Czytając jakikolwiek materiał w mediach jesteśmy narażeni na uszczerbek kłamstwa, bo trudno o 100% autentyczny przekaz medialny czy polityczny. Skupiam się uparcie na słowie „prawda”, ale czy ona nie kryje się też w gestach? W tych łzach, które płyną po moich policzkach odnajduje swoją autentyczność i bywam zła, że dzisiejszy świat sprawia, że publicznie np. w kinie trzeba je tłumic, bo wyglądałoby się dziwnie. Odbiera się nam czasami prawo do prawdy, autentycznych uniesień, uczuć wyższych i niższych, bo postrzegane by były jako dziwne. Prawda pisana prostu z mostu budzi w ludziach uczucie zmieszania. Wiem, że gdybym choćby w 30% przypadków pisała prawdziwie co czuję w danej chwili np. na profilu na Facebook’u ludzie czytaliby to z uczuciem zażenowania. Ludzie często zamiast pisania prawdy docinają sobie, wchodzą w potyczki słowne, krążą dookoła sedna sprawy, zamiast rzucić coś prosto z mostu. A potem się dziwic historiom ludzi skączących z mostów, bo dusili w sobie zbyt wiele, może coś ich przytłoczyło, ktoś okłamał, zataił prawdę bądż nie dawał szansy jej wyjawienia...

Może dlatego tyle radości daje mi praca z dziećmi, bo ich tej prawdy i autentyczności się jeszcze nie pozbawiło. Przykład?

Podchodzi do mnie ostatnio 7-letnia Laura po dosyć długim czasie „rozłąki” ze mną.
Ona: Nasza pani powiedziała nam dziś, że szkoła jest jak rodzina, a nauczyciele są naszymi matkami.
Spojrzała swoim niewinnym spojrzeniem dziecka i mocno objęła mnie w pasie. Zgodziłam się z nią mówiąc, że „a wy jesteście moimi dziećmi”.

Prawdziwie, autentycznie. Tak chcę iść przez życie i doznawać uniesień, radości, katharsis.

czwartek, 10 maja 2012

Karczochy, buraczki, sandacze i inne - czyli rewia osobowości wypełza w upale.


Nie raz pisałam już o  ludzkiej obsesji na punkcie ciała i wyglądu. Nie oszukujmy się, każdy uwielbia zimę z jednego względu. To wtedy (Bóg wie skąd!) narastające fałdki tłuszczu na brzuchu, udach czy rękach można ukryć pod jeszcze grubszą warstwą ubrań. Gdy nasz ukochany płaski brzuch pewnego dnia staję się brzucholem, możemy go przykryć szerszymi bluzkami.
Zima nie sprzyja tężyźnie fizycznej, bo komu w trzaskający mróz chce się ruszyć z domu? I tak trudno zgubić tłuszczyk świąteczny przez następne kilka miesięcy. Mnie ta cholera trzyma się do dziś!
Nadszedł terror i niewola ciepłych dni. Kiedy upał jest tak nieznośny, że nie da się dłużej kryć pod warstwą ubrań, ale co gorsze, trzeba wskoczyć w strój kąpielowy to wtedy budzi się w nas obrzydzenie, strach, niska samoocena. O zgrozo! Szczęśliwcy będą kroczyć po promenadzie lekko, dumnie bez wysiłku przeznaczonego na prostowanie się i wciąganie brzucha. W duchu będziemy przeklinać swoje obżarstwo i lenistwo. Ale jak tu odmówić sobie schłodzonego piwa w upalny dzień nad wodą i fryteczek na zagyzkę? Alkohol pomoże tez stłumić ciągłe spoglądanie na brzuch i przejmowanie się wyglądem.
Na wypad do jakiegokolwiek kurortu wypoczynkowego składa się spakowanie najlepszych ubrań i ciągłe rozglądanie się na ludzi i porównywanie. Wybierając się na wakacyjny obiad najlepiej wybrać lokal wzniesiony na tarasie, gdzie można obrać dobry punkt widokowy na przeróżnych ludzi, którzy bardziej niż dla wypoczynku przyjechali się pokazać, porozglądać, „wyhaczyć”, związać.
Oto moje trzy ulubione kategorie„dań”. Karczochy – grupa, do której przynależą mężczyźni z pokaźną masą mięśniową, wiecznie odsłoniętą. Ramiona szeroko rozstawione jak do wietrzenia pach,rytmiczne nimi bujanie, zazwyczaj mocno opaleni, okazyjnie tatuaż na zacnie wyrzeźbionym ramieniu. Chodzą jakby napompowali się całym powietrzem, jakie ich otacza i okupują zazwyczaj połowę chodnika. Często towarzyszą im blondynki w białych kusych, zwiewnych sukienkach w delikatnych sandałkach. Karczoch często w ręku tez dzierży smycz, na której trzyma równie potężnego psa, często boksera.
Buraczki, to kategoria trochę podobna do powyższej. Danie mniej mięsiwe, czasem trochę chucherkowate, mimo tonie przeszkadza im wiecznie chodzić bez odzienia górnego by pokazywać swoją opaleniznę, często niekoniecznie brązową, ale graniczącą z purpurą podobną dokoloru buraczków, stąd nazwa. Tatuaże mile widziane, a w ręku zamiast psa,trzymają któreś z kolei piwo, które przy znacznym spożyciu, zataczaniu się,rozbija się o chodnik chlapiąc moje nogi, co miało miejsce całkiem niedawno.Buraczki zazwyczaj ze względu na spore spożycie są niegroźne, lepiej po prostu ustępować im miejsca na ich "zawiłej" drodze.
Sandacze – mimo wszystko to chyba jedna z najbardziej pogardzanych grup. Ich totalny brak wyczucia stylu burzy nawet najbardziej obojętnych na trendy w modzie. Zbyt wysoko zaciągnięt espodnie, białe podkoszulki, które nadają się do noszenia tylko pod ubraniem,bądź T-shirty o mdławych barwach, ale gwoździem programu, a raczej do ich trumny, są białe skarpetki połączone z sandałami. Nie ma nic bardziej niemęskiego niż facet w "jezuskach", a dodatek skarpetkach. Nie rozumiem właściwie o co chodzi z mężczyznami i ich chęcią noszenia skarpetek wysoko czy też nawet w łóżku? Taki kompleks czy fetysz?
Kobiety też dzielą się na swoje kategorie. Są te rodzinne, co przyjechały się pokazać z mężem i nowym wózkiem. Są te, które towarzyszą karczochom i patrzy się na nie z nie lada pogardą, bo odsłaniają nieustannie więcej niż zasłaniają.Mamy też "fashion victims", którzy choć nieważne jak jest nieznośnie gorąco to założą na siebie trendy, markowe ciuchy i okulary. W oczy rzucają mi się też te kobiety, które są bagażem tylnym motocyklistów i wsiadają za nimi wtulone i może skwar lać się z nieba, ale te pary nigdy nie zdejmą swojego wierzchniego odzienia przeznacz ego na jazdę motorem. Są tez osoby, grupki znajomych, którzy przyjechali się po prostu dobrze bawić, popływać rowerem wodnym, kajakiem czyłodzią, poleżeć na kocu i wypić piwko. I choć chciałabym powiedzieć, że jestem tą ostatnią to nie zaprzeczę, że gdy przechodzą obok jakiegoś sklepu to niespojrzę w bok w swoje odbicie i nie zastanowię się czy nie bardziej trzeba wciągnąćten zimowy brzuchol, bo przecież wszyscy dookoła patrzą na mnie tymi samymi oceniającymi oczami.