czwartek, 20 października 2011

Trzy najbardziej przerażające literki świata - PMS.


„Istnieją znaczne różnice między męskim a żeńskim mózgiem. Kobiece mózgi mają większy hipokamp, co sprawia, że mają lepszą pamięć i możliwość koncentracji. Męskie mózgi mają za to większy płat ciemieniowy, co pomaga skuteczniej bronic się przed atakiem. Męskie mózgi radzą sobie inaczej z wyzwaniami i problemami niż mózgi kobiece. Kobiety są przywiązane do komunikowania się przez słowa, przywiązane do szczegółów, do empatii… Mężczyźni? Niekoniecznie. To nie oznacza, że są oni mniej zdolni do odczuwania emocji. Potrafią rozmawiać o swoich uczuciach, chodzi po prostu o to, że w większości przypadków wolą tego nie robić.”
Czy możemy uciec od tego, czym uczyniła nas natura i fizjonomia? Czy ludzie mają jakąkolwiek zdolność przemiany, zmiany? Bo jeśli nie to po co się w ogóle starać, prawda? Strasznym byłoby do pomyślenia, że nie mamy zupełnie wpływu na to kim jesteśmy i jacy jesteśmy. To znaczy, że świat ciągle będzie taki, jaki jest? 
Na przykład ja, wierzę, że inna struktura naszych mózgów jak i hormonów wpływa ogromnie na nasze zachowania i charaktery. PMS. Trzy literki, na których widok i dźwięk drży miliony mężczyzn i samych kobiet. Czasami nie potrzeba kalendarzyka, by wyliczać cykl miesiączkowy. Wystarczy zauważyć różnicę kiedy wszystko  i wszyscy zaczynają Cię nieziemsko drażnić. Do granic absurdu. Gdy masz ochotę rozszarpać gardło ojcu, który obleśnie mlaska przy obiedzie. Masz ochotę rzucić czymś o ścianę, bo choć dom pełen ludzi, to nikomu nie chce się ruszyć tyłka otworzyć drzwi, gdy dzwoni dzwonek do drzwi. Gdy masz ochotę rozwalić głośniki w restauracji, w której leci durna muzyka, w ogóle nie pasująca do romantycznego nastroju posiłku we dwoje. Gdy Twoja lepsza połówka zapomni o czymś, o czym mówiłaś 100 razy i masz ochotę wtedy nią potrzasnąć i wykrzyczeć okropne rzeczy. Wkurza cię, że wracasz do domu i obiad na ciebie nie czeka. Że naczynia w zlewie stoją ciągle brudne, a tłuszcz na nich dawno zaschnął i trzeba będzie go ostro szorować. Gdy krzyk dzieci podczas lekcji i na przerwach sprawia, że pociąga on za struny Twoich zakończeń nerwowych, doprowadzając na skraj wyczerpania psychicznego i fizycznego. Gdy zimno jesiennych dni sprawia, że kierownica samochodu jest lodowata i nie masz ochoty jej dotykać, a rękawiczki zostały w domu i nie masz już czasu się po nie wrócić, bo spóźnisz się do pracy, więc modlisz się by ogrzewanie zaczęło szybko działać.
To brzmi jak wyznania okropnie niezrównoważonej kobiety na skraju załamania nerwowego. Ale nic na to nie poradzę, że raz  w miesiącu burza hormonów czyni ze mnie, no za przeproszeniem dla samej siebie, psycholkę. Nic nie poradzę, że są dni kiedy mój słuch i węch stają się wybitnie wyczulone. PMS stał się piętnem i zarazem stereotypem określającym płeć żeńską. Wiem, że niektóre nie przechodzą go tak drastycznie, a właściwie wcale, więc tłumaczenie przez mężczyzn „czepialskiego” się humoru kobiet wiecznie PMSem nie jest sprawiedliwe. Jednak w moim przypadku termin PMS rzeczywiście istnieje. Na ten jeden tydzień, bądź kilka dni lub więcej staję się najgorszą wersją siebie, za którą potem się wstydzę. I w te dni naprawdę proszę o wyrozumiałość, bo wiem, że to nie prawdziwa ja. Każdy ma swoje wady i zalety. Naszym zadaniem jest ukrywanie tych wad by żyło się nam, jak i innym lepiej. PMS dla mnie niestety jest okresem kiedy na wierzch wychodzą ze mnie najbardziej diaboliczne cechy. Moje słowa potrafią wtedy ciąć i ranić jak ostry nóż. Moje zachowania potrafią być zimne jak Antarktyda. I nie mogę tego zwalczyć, jestem świadoma tego, że to burza hormonów i nie potrafię jej do końca powstrzymać. Potrafię ugryźć się w język, gdy gromadzi się w nim jad. Ale jad myśli nadal pozostaje w mojej podświadomości czyhając na okazję do krzyku. 
Po tym sztormie przychodzą dni spokojnej tafli wody, jak dziś. Na nowo zachwycam się pięknem otaczającej mnie rzeczywistości. Poruszają mnie różne dźwięki, ludzkie zachowania. Mam ochotę dalej zmieniać siebie i świat pomimo tych paru dni uprzedniego załamania. Potrafię nastawić złamane myśli i ducha niczym pogruchotane kości. Być wykonawczynią i wcieleniem zmian, które sama chcę wprowadzać. Dziś zapoznałam się z nowym serialem HBO „Enlightened” o kobiecie, która po nieudanym romansie z kolegą z pracy zostaje upokorzona i zdegradowana i przechodzi załamanie nerwowe. Wyjeżdża na Hawaje do ośrodka terapeutycznego i wraca olśniona. Zmienia totalnie swoje nastawienie do życia, do ludzi i za cel obiera sobie wprowadzanie ciągłych zmian na lepsze. Wraca natchniona i twardo postanawia zmienić firmę, w której pracuje na przekór chciwości i dwulicowości korporacyjnych Stanów Zjednoczonych. Walczy ze swoim wewnętrznym gniewem i chce zwalczać korupcje. Momentami jest przedstawiana jak jedna z wielu nawiedzonych osób, hippisek, fanek yogi, opierająca swoje życie na serii kilku poradników. Jednak ma w sobie coś głębokiego i inspirującego co sprawiło dziś, że piszę tę notkę o tym jak trudno zmienić siebie i swoje wewnętrzne instynkty, naturę, budowę ciała czy hormony. Ale pomimo wszystko mogą przyjść dni kiedy spojrzymy w górę i nagle niebo, sufit w naszym biurze, widok zza okna doda otuchy i chęci działania, bo o to co piękne, zawsze warto walczyć.  
                                                     
Polecam osobom szukającym odrobiny inspiracji:)

poniedziałek, 10 października 2011

anonimowe przestępstwa Internetu.


Technologia pozwoliła nam być okrutnym bez ponoszenia konsekwencji. Początkowo błogosławieństwami Internetu, które miały go uczynić wyzwalającym, miały być równość i anonimowość. Ludzie mieli tu zostawiać za sobą wszystkie pułapki przeciętnego życia. Praca, rodzina, wszystko co nas dręczy, zostawało na zewnątrz. Wizją Marka Zuckerberg’a przy tworzeniu Facebooka było sprawienie by ludzie czuli się tak jak rodzina, jakby byli w akademiku studenckim z najlepszymi znajomi, a miejsce pracy było miejscem, gdzie współpracownicy są również naszymi przyjaciółmi. Niektórzy mieli dobre intencje, nie zawsze niestety takimi pozostały. Oprócz tego, Internet stał się również oazą dla pornografii, pełnych nienawiści ludzi, uwodzicieli, hakerów i twórców wirusów. Istnieje długa lista przestępstw popełnianych za pomocą Internetu i takich jakie powstały wraz z jego rozwojem. Zaczynając od internetowego nękania czyli tzw. harassment. Może przybrać wiele form. Poczynając od nękających, obraźliwych maili, poprzez wysyłanie znienawidzonej osobie mnóstwa spamu, kończąc na wysyłaniu wirusów na różne sposoby do ofiary. Harassment nie musi być bezpośredni. Możemy wcielać się w rolę ofiary i wysyłać szkodzące jej wiadomości w jej imieniu. Przerabiać jej zdjęcia i umieszczać bez pozwolenia na Internecie. Mamy również cyberstalking, którego celem jest nękanie, śledzenie i przez to wzbudzanie strachu poprzez Internet, e-maile bądź jakikolwiek rodzaj technologii. Jednak jedną z najbardziej absurdalnych form przemocy, którą umożliwia anonimowość dostarczana przez Internet to happy-slapping. Ten obłęd polega na policzkowaniu obcych ludzi, upamiętnianiu tego za pomocą filmu video na telefonie i umieszczanie tego później na Internecie. Nie trudno się domyślić jak łatwo ta „moda” się rozpowszechniła. Spójrzmy na jakiekolwiek fora internetowe. Kipią nienawiścią.
Kiedyś za obrażanie innych w cztery oczy  dostawało się w gębę. Żyjemy w kulturze obelg. Wciąż bombarduje się nas obrazami ludzi bogatszych, seksowniejszych i szczęśliwszych od nas, i przez to czujemy się źle. Gnoimy ich, mieszamy  z błotem, obrażamy, bo chcemy się poczuć lepiej. Czepiamy się wszystkiego, gdy tylko się nam coś nie podoba. Jak nie treści, wyglądu, poglądów, wykształcenia, zaplecza kulturowego, to obrażamy cokolwiek, jakąkolwiek cechę, bądź rodzinę, byleby ktoś nie miał racji. Nie poprzestajemy na sławach, ale robimy to z każdym.
Anonimowość nie pociąga konsekwencji. Ale to co najgorsze: przestaje nam przeszkadzać nieczułość. Czy w ogóle zdajemy sobie sprawę, że te anonimowe obelgi mogą faktycznie w kogoś trafić, dobić kogoś, obrazić, rozszarpać? Pomyślcie, jak lepszy byłby świat, gdyby zamienić te obelgi w pochwały. Spróbujmy podzielić się swoim zdaniem w sposób inteligentny, logiczny i pokojowy, by móc stać się częścią konstruktywnej dyskusji, a nie krzyczeć bez celu? Spróbujmy może dla odmiany się kimś, czymś zachwycić?

czwartek, 6 października 2011

zapoznaj się z ulotką, zanim zaczniesz życ.


Czasami mam wrażenie, że żyjemy w czasach kiedy człowiek zapomniał o swoim człowieczeństwie. Zapomnieliśmy co znaczy być godnym człowiekiem. Czasami wstydzę się za swój własny gatunek, bo już zwierzęta ze względu na swój instynkt bardziej mogą sobie ufać i nawzajem ochraniać i pomagać. A z drugiej strony jesteśmy jak zwierzyna łowna, czyhają na nas zza rogu niebezpieczeństwa, kły drapieżników, gotowe wbić się w nas, w postaci zimnego ostrza noża wbitego w plecy, gdy zdradza nas przyjaciel, współpracownik czy współmałżonek; rana w postaci rozczarowania, braku wdzięczności, okrucieństwa ludzkich słów. Nigdy nie czułam się tak samotnie, jak ostatnimi czasy. Czuję, że nie mam na kogo liczyć, kogo poprosić o pomoc, wyżalić się. Wszyscy gdzieś zajęci swoimi sprawami. Tylu „znajomych”, tyle milczenia. 
Zatracamy podstawowe ludzkie wartości, jak wdzięczność, dobroć, bezinteresowność i szacunek. Zapominamy o wysiłku i cierpieniu przeszłych pokoleń, dzięki którym jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Wychowano mnie w poszanowaniu dla tradycji, osób starszych i ojczyzny. Dziś uczniowie podczas apelu ku czci ofiar wojen oglądają paznokcie, sufity, ściany, smsy. Choć żadna partia nie zasługuje na mój głos, bo żaden polityk nie interesuje się tak naprawdę Polską i Polakiem, to pójdę na wybory, bo nie można stać bezczynnie, a potem marudzić na polski rząd.
Ostatnie wydarzenia w pracy, problemy rodzinne, ludzkie zachowania, brak ludzkiej wdzięczności i słowa tej piosenki sprawiają, że codziennie moje serce rozdziera się o kolejny centymetry, wlewając do serca gorycz, żal i smutek. Do tego słowa tej piosenki :
„Tylko Bóg wie, co kryje się w tych słabych, pijanych sercach, tylko on wie, co kryją te słabe, tonące oczy. Ognisty tłok zmutowanych aniołów, biorących miłość, nie dających nic w zamian. Tylko Bóg wie, co kryje się w tym świecie małych konsekwencji, za łzami, w środku kłamstw tysiące powoli umierających zachodów słońca. Gdybym tylko miała rozum, byłabym zimna jak głaz i bogata jak głupiec, który odtrąca wszystkie te dobre serca”
Gdybym miała rozum nie przejmowałabym się tyle, zamieniłabym serce w oziębły głaz, który przestałby wykonywać pracę za innych, który nie traciłby swoich oszczędności dla osób, które nie są za to wdzięczne, nie wylewała łez przez podupadającą ludzkość. Przez przyjaciela, który nie potrafi znieść gorzkiej prawdy wypowiedzianej głośno, a nie umieszczanej między wierszami. Czy przyjaciel, który nie potrafi wybaczyć i znieść odrobiny krytyki, był tak właściwie naszym przyjacielem? Jak takiemu przyjacielowi powiedzieć, że się za nim tęskni, gdy sam nie szuka kontaktu? Całe moje życie ostatnio wydaje się być ciągłą walką z wiatrakami. Więc nie dziwię się małżeństwu, które zdecydowało żyć bez Internetu, komputera, telefonów komórkowych i Latte i powrócić do czasów PRLu.
Ten postęp ludzkości, technologii, marketing, reality show nakazujące się zmieniać, wabiące reklamy bombardujące nas z każdej strony przypominające nam o tym czego nie możemy mieć lub co powinniśmy natychmiast zakupić. Coraz to nowocześniejsze telefony, laptopy, bez których nie będziemy na czasie. Zabawki, bez których nasze dzieci będą głupsze czy mniej szczęśliwe. Farby, bez których nasze włosy nie będą błyszczeć. Kremy, bez których nasze skóry nie będą wiecznie młode. Diety, bez których nie będziemy atrakcyjni. Samochody, bez których nie będziemy wyglądać bogato. Tabletki, bez których nie będziemy zdrowsi. Kochani, zapoznajmy się najpierw z ulotką zaczniemy konsumować ten świat z ludzką godnością.
People help the people
 And if you're homesick, give me your hand and I'll hold it
People help the people
And nothing will drag you down
Oh and if I had a brain, Oh and if I had a brain
 I'd be cold as a stone and rich as the fool
That turned, all those good hearts away

God knows what is hiding, in that world of little consequence
Behind the tears, inside the lies
A thousand slowly dying sunsets
God knows what is hiding in those weak and drunken hearts
I guess the loneliness came knocking
No on needs to be alone, oh save me

poniedziałek, 3 października 2011

Zmieniła status na "w związku małżeńskim z..."


Niektóre kobiety są stworzone do małżeństwa. Ich myśli od dzieciństwa zaprzątają marzenia o białym domku, wielkim ogrodzie, dzieciach bawiących się w piaskownicy i mężu, który będzie inteligentnym, przystojnym mężczyzną dbającym o swoją rodzinę. 
Zalogowałam się dziś do Facebook'a i momentalnie zbombardowały mnie zdjęcia trzech koleżanek z ich ślubu wraz z natychmiastową zmianą ich nazwiska oraz statusu związku na "w związku małżeńskim z użytkownikiem...". W jednym albumie pojawia się zdjęcie moich 3 koleżanek ze studiów - jedna z nich to panna młoda, a dwójka jest już ze 3 lata po ślubie. I myślę, że te to mają szczęście, bądź nieszczęście, bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wszyscy na tych zdjęciach błyszczą tak intensywnie, że ich wybielane uśmiechy i ich szczęście aż rażą w oczy w taki sposób, że dziwna siła ściska mi serce. Jedna z nich wyszła za mąż za Turka, więc doczekała się nawet dwóch ślubów, według tureckiego i polskiego zwyczaju. Patrzę na te zdjęcia, na nie i myślę, że widać, że czekały na ten dzień całe życie i faktycznie się doczekały. Teraz mogą zabierać swoich mężów na wesela innych, trzymać się siebie dumnie i ubierać ich w krawaty pasujące pod kolor swoich sukienek. Mogą brać wspólnie kredyt na dom, płodzić małe istostki i uczyć je, że wypada się uczyć, pracować ciężko i żenić się, by wydawać na świat kolejne pokolenia. Takie dla których małżeństwo i macierzyństwo są spełnieniem mają szczęście, gdy znajdą tego "jedynego" i zdaje się, że osiągnęły pełnię.
Druga grupa to ta bardziej szykanowana, choć jest owocem rozwijających się poglądów, zmieniających się obyczajów i świadomości praw kobiet. Określa się je mianem silnych i niezależnych. Mają po 25, 30 bądź 35 lat i nie widzą siebie wsadzonych w ramkę w role żon i matek. Ich nie określa powiedzenie "matka Polka", wzdrygają się na samą myśl porównania. I nie ma się im co dziwić, bo nie każdemu wypisano w losie „żyli długo i szczęśliwie”. Takie kobiety mają przynoszące korzyści finansowe i duchowe posady, które dostarczają im satysfakcji życiowej. Ich wyznacznikiem szczęścia nie jest partner i udane małżeństwo, ale to co same osiągną i na co sobie zapracują. Piętnuje się je i nazywa starymi pannami, nieszczęśliwymi, biurwami, kurwami, a czasami nawet lesbami, bo po prostu są po 30stce i są singielkami. Niektóre dumnymi, a niektóre cicho pragnące miłości. Bo to ludzka potrzeba być kochanym i potrzebnym i to żaden wstyd. Żaden też wstyd tego nie potrzebować i mieć rozwijającą się karierę zawodową. Są kobiety, które nie wyobrażają sobie biegającego i krzyczącego dziecka po domu, które krzyknie „mamo”. Nie chodzi o to, że nienawidzą dzieci, lubię cudze dzieci, czasem nawet stwierdzą, że są urocze, ale nie wyobrażają sobie wydać na świat własne i to nic złego. 
Żadna z tych grup nie jest gorsza od drugiej. Nie ma kur domowych, ani singielek. Jesteśmy my, kobiety z różnymi potrzebami, poglądami, uczuciami.
Potem jest trzecia grupa, która na to patrzy, czyli ja. Zmuszona udawać silną, niezależną singielkę, która nie uważa siebie za starą pannę, tylko musi wiecznie tłumaczyć zdziwionej rodzinie i znajomym, że „facet jej do szczęścia nie potrzebny”. Ja zmuszona, a ja prawdziwa to dwie różne osoby. Ta prawdziwa zawsze chciała wybrać swoją wymarzoną suknię ślubną, mieć dom z wielkim ogrodem, gdzie czytam z partnerką poranną prasę przy kawie, gdzie ucinamy sobie drzemki i czytamy książki, a wieczorami urządzamy grill dla znajomych i rodziny. Ja nigdy nie pragnęłam księcia z bajki ani księżniczki, pięknej czy bestii, śpiącej królewny czy Barbie. Chciałabym żyć w społeczeństwie, gdzie też mogłabym wstawić swoje zdjęcia ze ślubu w ramki i nie musieć się ich wstydzić. Móc zmienić status związku na chociażby związku”, od 3 lat.  

sobota, 10 września 2011

Świat po World Trade Center.

Czym był dla mnie 11 września 2001 roku? Dniem kiedy wróciłam ze szkoły, a oczom ukazał się przerażający widok ludzi wyskakujących z okien. Dzień, w którym nie zajrzałam do książek i zadań domowych, bo przez całe popołudnie i wieczór, nie chcąc iść spać, śledziłam wydarzenia, które wstrząsnęły chyba każdym. Dniem kiedy Nowy York przestał być znany dla mnie tylko ze względu na Times Square, Broadway, Empire State Building czy Statuę Wolności. To był dzień od którego World Trade Center stało się najsłynniejszym miejscem wycieczek milionów turystów z aparatami. Tylko co oni fotografują? Strefę Zero – ogromną dziurą przypominającą o ogromnych stratach i dowodzie, że każda największa budowla może runąć jak domek z piasku? 11 września był dniem kiedy zjednoczyli się nie tylko wszyscy Amerykanie, ale i chyba cały świat, chociażby przed telewizorami. Sondaże pokazują, że u Amerykanów tuż po atakach zauważono znaczny wzrost optymizmu. Ludzie czuli się pełni nadziei. Z roku na rok ten optymizm malał i ustępował miejsca strachowi. Dekada po World Trade Center nazywa się przez wielu obserwatorów dekadą strachu. Mnie osobiście niesamowicie szokowało, wręcz odrzucało, skręcało w żołądku, gdy widziałam obrazy  ludzi wyskakujących z okien, czy to pojedynczo, w parach, kurczowo trzymających się swoich toreb. Czy to dla taniej sensacji czy z osobistego szoku i chęci udokumentowania każdej chwili tej tragedii, nie rozumiem jak można było bombardować świat tragicznymi końcami, ostatnimi chwilami życia tych biednych ludzi uciekających przed ogniem. Ludzi, którzy musieli wybrać między śmiercią w płomieniach a niewyobrażalnie bolesnym upadkiem. Myślę, że to był moment kiedy to świadomie czy też nie, media już napędzały aparat strachu, który miał opanować Stany Zjednoczone na następne 10 lat. Początkowe poczucie zjednoczenia dawno zniknęło, pozostało chyba tylko już u niewielkiego procentu zwolenników Busha i głębokich patriotów. Zgniłym owocem tamtych dni jest do dziś odczuwalna niechęć wobec muzułmanów, nie tylko w USA, ale i na całym świecie. Bo czy my sami, gdy dostrzegamy człowieka z arabską urodą nie naśmiewamy się, że pewnie w plecaku chowa bombę? Choć poziom lęku spada, to jest przecież jeszcze mnóstwo obywateli amerykańskich twierdzących, że ciągle wisi nad nimi widmo ataku terrorystycznego. Choć nigdy nie byłam wielką fanką polityki Bush’a, to trzeba przyznać, że świetnie wykorzystał moment nienawiści i chęci zemsty Amerykanów i przemienił to w ogólnokrajową chęc odwetu i przekonał miliony, pod sloganem „wojny z terrorem”, do wojny z krajami arabskimi. Co śmieszniejsze, przekonał do tego wiele innych państw w imię solidarności z ofiarami. Wojna, która miała być błyskawiczną stała się 10-letnią pijawką wysysającą biliony dolarów z budżetu Stanów Zjednoczonych doprowadzając dziś potęgę na skraj bankructwa. Choć Osama Bin Laden resztę swoich dni musiał spędzić w 4 betonowych ścianach, nieustannie w ukryciu, to pośrednio udało mu się osiągnąć cel i sprawić, że Amerykanów opanowuję kryzys nie do pojęcia.  Ja dziś siadam i z niedowierzaniem patrzę, że ten cyrk trwa już 10 lat. Że ta tzw. wojna z terrorem nie ma zwycięzców tylko przegranych. Przegrane miliardy, przegrani weterani, za których terapie rząd USA musi teraz również płacić miliony; przegrane próby wprowadzenia demokracji, komórek, Internetu i asfaltu do krajów arabskich, ćwierć miliona ofiar tej wojny, ataków samobójczych. Rozpowszechnianie strachu w USA, nie jest niczym nowym. Oni są w tym ekspertami, chyba żadne media nie potrafią tak dobrze napędzać ludzkich uczuć jak amerykańskie. Przypomnijmy sobie paranoiczny strach i nagonkę na podejrzane, outsiderskie dzieci po ataku na Columbine w 1999 roku, kiedy to dwoje nastolatków weszło z bronią automatyczną (zakupioną w świeci typu Kaufland) do swojej szkoły oddając 900! Strzałów, zabijając 12 uczniów i 1 nauczyciela, raniąc mnóstwo innych. Chłopacy popełnili samobójstwo, więc do dziś nie wiadomo co nimi kierowało. Media, grupy religijne, politycy, psychologowie, socjologowie próbowali obwiniać wszystko i wszystkich, poczynając od Marilyna Mansona a kończąc na Internecie, brutalnych filmach, grach. Mało kto wypowiedział by głośno, że to wina ogólnodostępnej broni i wszechobecnemu strachowi w amerykańskich mediach. Po tym wprowadzono metalowe bramki w szkołach, dziecko posiadające chociażby pilniczek w plecaku zostało wydalane ze szkoły. Dziecko noszące szerokie spodnie było podejrzane, bo przecież takowe potrafią pomieścić mnóstwo broni. Zawieszono kiedyś dziecko, które wymachiwało w szkolnej stołówce kością od przed chwilą zjedzonego kurczaka, ponieważ objawiał niezdrowe zachowanie. Panika napędzana przez media podczas Halloween by nie bawić się w łapanie jabłek zębami, ponieważ w jednym z miasteczek ukryto w nim żyletki. Nie było cukierków ani psikusów dla dzieci tego roku. To nie bzdury, ale fakty. Więc dla mnie to, co zapowiadało się dekadą zjednoczenia i pokoju, stało się najbardziej bezsensowną dekadą od wieków w historii  Stanów Zjednoczonych. Jakby chcieli sobie odbić niewielki udział w wojnach światowych, rozpoczynając swoją własną trzecią wojnę światową, pochłaniając biliony dolarów i własny kraj. Szerząc więcej nienawiści i ksenofobii niż tolerancji. Przecież sama Statua Wolności nie jest nieskazitelna, początkowo była miejscem selekcji imigrantów przypływających do wybrzeży Nowego Yorku. Tak jak i bliskim zmarłych w katastrofie Tupolewa, tak i szczerze współczuję tylko i wyłącznie ocalałym i bliskim ofiar World Trade Center, których tragedię wykorzystuje się już pełną dekadę do szerzenia własnych poglądów i budowania wokół tego biznesu. Ale jak to powiedział policjant będący tamtego dnia pod wieżami, oburzony faktem robienia zdjęć temu gigantycznemu grobowcowi: „Ale co mogę zrobić? Taka jest ludzka natura. Zawsze i wszędzie można trafić na dupka”. 

czwartek, 25 sierpnia 2011

podróż sentymelna wspomnieniami Polskich Kolei Państwowych:)


Media przez ostatnie tygodnie pokazują nam lub też ostrzegają przed strajkami kolejarzy, by zastanowić się nad ewentualną alternatywną formą podróży, ponieważ pociągi staną w miejscu. Cóż za ironia, skoro nie wiele się to różni od powszechnego dnia na naszych polskich dworcach:) Kolejarze walczą o wyższe płace to i my pasażerowie powinnyśmy zastrajkować i wykrzyczeć swoje postulaty:) Każdy z nas marzy o punktualnym odjeździe i przyjeździe, o wagonie ocieplanym zimą, a chłodzonym latem, o wygodnych miejscach w pociągu, a właściwie w ogóle o miejscu siedzącym. Pragniemy czystej toalety, poszczędzimy już tego papieru toaletowego, można zaopatrzyć się w chusteczki higieniczne, ale chociaż niech już tak niemiłosiernie nie śmierdzi! Niech konduktor sprawdzający bilety przywita i poprosi nas z uśmiechem o bilet i legitymację, a niech nie patrzy jak na przestępcę, który potencjalnie może nie ma tego biletu bądź legitymacji. 
Cały ten zgiełk wokół strajków jak i facebookowy OnetBlog:) sprawił, że odżyło mnóstwo wspomnień z niezliczonych podróży naszym zacnym PKP:) 3 lata studiów dojeżdżałam codziennie na 50km trasie na studia i ciągle w miarę regularnie korzystam z usług polskich kolei, więc podróż sentymentalna do wspomnień związanych z polskimi pociągami nie powinna być trudna:)
Podczas 3letniego dojeżdzania na studia wyrobiłam się w krótkodystansowych sprintach z przystanku tramwajowego na dworzec by móc zdążyć dotrzeć do domu o ludzkiej porze. Uwielbiałam więc dni, kiedy biegłam ile sił w nogach by dobiec na pociąg o 18:59, a dolatując na dworzec dziwię się skąd tu takie tłumy i pociąg zapchany. Wpadając niczym gazela do pociągu bojąc się, że zaraz zamknie drzwi ledwo dysząc. Nie wystarczyły 2 sekundy bym dowiedziała się, że "pani nie miała co biec, nie odjechały jeszcze 2 poprzednie pociągi" :) Moim więc najdłuższym czekaniem były 4 godziny na jakikolwiek pociąg w moją stronę do domu. Oczywiste było, że nagle z wielkiego poznańskiego dworca zniknęli jacykolwiek konduktorzy czy pracownicy PKP w obawie przed zabiciem słownym przez rozwścieczonych pasażerów:) Ile razy człowiek musiał wskakiwac też bądź wyskakiwac z ruszającego już pociągu, to pomińmy:)
Podzielmy może te wspomnienia na różne kategorie. Przenieśmy się więc teraz do usterek pociągowych. Jedna z najczęstszych i moich ulubionych to było wyłączenie prądu i zgaszenie świateł w wieczornych pociągach. Z natury jestem osobą raczej otwartą i lubiącą rozładowywać napięcie dobrym żartem, dlatego stojąc w tłumie ściśniętych ludzi w ciemnościach, gdzie każdy ociera się o siebie zawsze z koleżanką krzyczałyśmy : kto złapał mnie za tyłek?!...niech zrobi to jeszcze raz!”
Ostatnią zimą wracałam pociągiem z plastikowymi siedzeniami. Weterani wiedzą, że te są najgorsze, bo najbardziej niewygodne i gdy grzeją w pociągu to plastik nagrzewa się również jak piec. Więc był to jeden z tych piekielnie zimnych dni, kiedy pociąg piekielnie przegrzano i tradycyjnie pociąg stanął w miejscu i szczerym polu na jakieś 20 min. Wszyscy zaczęli się pocić, zacne cztery litery znacznie przegrzewać. W chwilach, gdy w pociągu dzieje się coś tak denerwującego, że aż groteskowego to ludzie zaczynają na siebie spoglądać, jakby szukając sprzymierzeńców i towarzyszów własnej niedoli. Lubię widzieć, gdy ludzie wtedy się do siebie uśmiechają, bo już przecież nic innego nam nie pozostało i każdy wspólnie myśli, ok. niedługo ruszymy, a nie tylko mi się tu tyłeczek i nogi na ruszcie palą. I w tym momencie, gdy widziałam, że zbliża się konduktor powiedziałam: jak zaraz nie ruszymy to nie tylko się tu wszyscy ugotujemy, ale mi tyłeczek się spali, więc zaraz będę zmuszona wyskoczyć z pociągu i zamoczyć tyłek w tej górze śniegu za oknem”. Cały wagon w śmiech i o dziwo konduktor też się zaśmiał nie marudząc.
Jak już pisałam blogowej koleżance następna zabawna usterka to były zamarznięte drzwi przez które nie dało się wysiąść. Dlatego jeden z silniejszych przedstawicieli płci męskiej postanowił je kopnąć, by otworzyć. Ku naszemu zdziwieniu, a potem ogólnemu rozbawieniu, drzwi odpadły niczym lekkie piórko i rozsypały się jak ten lód. Widok bezcenny. Kolejna zabawna sytuacja to podróż do Warszawy na darmowy koncert Stinga w 2004 roku, pamiętam jak dziś. Pociąg tradycyjnie tak zatłoczony, że całą drogę z koleżanką stałyśmy w wąskim korytarzu Tanich Linii Kolejowych (tak nawiasem mówiąc, uwielbiam tę nazwę biorąc pod uwagę ich standard i cenę:)), gdy nagle przy 100km/h drzwi się otworzyły tworząc takie tornado, które podniosło każdej kobiecie bluzkę po samą szyję odsłaniając atrybuty piersi ku uciesze każdego mężczyzny. Śmiejąc się, krzyczałyśmy, że czujemy się jak w teledysku Jennifer LopezJ:) By drzwi zamknąć trzeba było wezwać konduktora by poprosił maszynistę o zwolnienie pociągu, ponieważ ciśnienie było zbyt duże, a ryzyko wypadnięcia jakiegoś śmiałka próbującego drzwi zamknąć,
jeszcze większe. Wracając do temperatur w pociągach, zatwardziali podróżnicy wiedzą, że PKP myli pory roku:) Zimą zazwyczaj marzniemy do szpiku kości, pamiętam te wieczory, gdy jesteś tak grubo ubrana, a i tak marzniesz, trzęsiesz się i przybierasz przedziwne pozy by czuc zimno jak najmniej dotkliwie. Zdarza się również, ze zimą pociągi są przegrzewane, do tego stopnia, że ludzie słabną. Jechałam wtedy jednym z wielu pociągów po 6 rano na zajęcia, udało mi się tradycyjnie wywalczyć miejsce na górze (ponieważ zawsze jeździłam dwupiętrówkami, w których najlepiej siadać u góry, bo okno da się w miarę otworzyć i wpuścić trochę powietrzaJ). Człowiek przyzwyczaja się do tego stopnia, że wiedziałam przy którym słupie na peronie trzeba stać, by pociąg zatrzymał się z drzwiami otwartymi tuż przed Tobą. I tego sennego dnia, w ścisku niemiłosiernym, upale w środku zimy, sen przerwał nam ciężki upadek. Mianowicie tuż nade mną zemdlała stojąca dziewczyna, która głową upadła tuż obok moich nóg, reszta umarłaby na zawał, huk był tak głośny. Współczułam jej bardzo, bo nie raz czułam się bliska omdlenia w tym ścisku, ale gdzie tu prosić o godne warunki podróży, nieszkodliwe dla zdrowia. Usterek pociągowych można by wymieniać i wymieniać, dlatego pójdźmy dalej, tudzież pojedźmy:)
Kolejna kategoria jaką można stworzyć jeżdżąc codziennie kolejami to ludzie, z którymi dzielisz podróż. Ci to dopiero potrafią być różnorodni i ciekawi, a także niesamowicie irytujący. Ludzie nie wiedzą, bądź udają, że nie wiedzą, że gdy słuchają głośno muzyki w słuchawkach, to o 6 rano rozbrzmiewa ona głośnym echem na cały wagon. Dlatego dziewczyna słuchająca kiedyś Rihanny „Please don’t stop the music” na cały regulator nie dająca spać innym pasażerom doprowadziła do tego, że w końcu powiedziałam „Please STOP the music”!:)
Jednak historie alkoholowe w pociągach bywają śmieszniejsze. Kiedyś wracając z Warszawy, mniej więcej w Kutnie zwolnił się prawie cały mój przedział, wsiadło do niego bodajże 5 mężczyzn w podeszłym wieku, zasłonili zasłonę, by nikt ich nie widział. Opanował mnie drobny strach i zastanowienie co zamierzają zrobić, ale spojrzeli na mnie i powiedzieli: proszę się nie martwic, nic Pani nie zrobimy. Na co wyciągnęli spirytus, w gazecie kabanosy, paluszki, plastikowe kubki iii słoik z ogórkami, albowiem ich popitą była, dosłownie, woda po ogórach:). Mój strach szybko przemienił się w wyciszony śmiech, zwłaszcza na ich niewinną propozycję dołączenia się i prób poczęstowania mnie paluszkami. Mniam, zważając na to jak ich dłonie były "czyste" po pracy:)
Wracając w nocy zdarzało mi się raz spotkać zboczeńca przed którym obronili mnie inni, zdarzyło się trafić na mężczyznę uzależnionego od hazardu, który podczas podróży opowiedział mi całe swoje życie i jak go żona zaczęła nienawidzić i wyrzuciła z domu. Chcąc skorzystać z toalety nie marzymy o czystości, papieru nie widziałam tam nigdy, ostatnio za to na podłodze toalety spał sobie pewien osobnik nie bacząc na zapachy dookoła, możliwe, że do spania uraczyło go kołysanie, bo każdy kto próbował wie, że w toalecie pociągowej rzuca i trzęsie najbardziej:)
Zdarzyło Wam się spotkać onanistę bądź kogoś zbliżonego? Mi dwa razy, niestety raz tuż przy mnie. Wracając jak zwykle zmęczona, rozłożyłam się wygodnie i oparłam głowę o szybę do spania. Miły pan zapytał uprzejmie i niegroźnie, czy może usiąść koło mnie, więc bez problemu pozwoliłam. Będąc już w półśnie poczułam, że budzi mnie rytmiczne szturchanie jego łokciem. Gdy postanowiłam otworzyć w końcu oczy z poirytowania dlaczego ten „miły” pan nie daje mi spać, zrozumiałam dlaczego:) Pan się jak gdyby nigdy nic, onanizował. Znając procedurę spotkania takiej osoby w pociągu, że nie ma co krzyczeć i się oburzać, wstałam i grzecznie się przesiadłam, to samo zrobiły 4 inne dziewczyny dookoła, po czym pan jak gdyby nigdy nic wstał i odszedł. Najbardziej jednak ciekawiło mnie, czemu nie zauważyła jego nagiego członka dziewczyna siedząca naprzeciwko niego i nad „nim” pisząca smsy. Może pstrykała zdjęcia na mmsy:) Wówczas mnie to bawiło, ale co jeśli dookoła siedziało by jakieś dziecko? Obowiązkiem jest to zgłosić i wyrzucić faceta z pociągu, ale z drugiej strony to kolejne opóźnienia;)
Rzeczywistość jest taka, że nasze PKP jest w opłakanym stanie, i technicznym, cenowym, obsługowym i w kwestii standardu, ale wspomnień i wrażeń dostarcza nieustannych. Można się z tym nauczyć żyć i nawet przyzwyczaić i reagować już tylko śmiechem, ale smutne jest to, że zaczynamy to z czasem traktować jako normę, bo przecież zasługujemy na godny transport osób, bo już paczki kurierskie mają chyba bardziej ludzkie warunki przewozu. Istnieją jednak sztuczki pozwalające oszukać system. Co tu zrobić, gdy spóźnisz się na osobowy, a następny jedzie pospieszny, a szkoda Ci na bilet? Najprościej w świecie udawaj, że go masz i że był już sprawdzany. Pewność siebie to klucz sukcesu. Gdy zdarzały mi się takie sytuacje to po prostu zaraz po wejściu do pociągu zajmowałam miejsce siedzące, ściągałam buty, rozkładałam się do spania i wyciągałam stary bilet kładąc go na półeczkę udając, że śpię, ponieważ konduktor zaglądający do przedziału i widzący ten bilet z góry zakłada, że był on już sprawdzany. Uwierzcie, wiele razy tak zaoszczędziłam na Tanich Liniach Kolejowych:)
Jakie są Wasze "bezcenne widoki"? Czy da się pokochać nasze PKP jednocześnie je nienawidząc, spojrzeć na nie z sentymentem i tym ironicznym uśmieszkiem i tak jak ja udać się w podróż sentymentalną raz jeszcze w polskie nasze wagony?:)

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

górskie przemyślenia marudy o krótkowieczności szczęścia.


Jest wiele spraw, rzeczy, pytań na świecie, których nie lubię. Nie bez przyczyny mówi się na mnie wybredna, choć ja wolę patrzeć na siebie jako osobę z konkretnym gustem. Nie lubię obojętnie jakiego soku pomarańczowego. Mięso nie może być kiepsko przygotowane czy przyprawione. Nie żałuję pieniędzy na dobre jedzenie. Ubranie nie może nie być praktyczne i rozwalić się po krótkim czasie i nie moja wina, że akurat cena dyktuje często jakość to też nie kupuje ubrań tanich. Alkohol nie może być byle jaki jeśli ma smakować do pewnych potraw. Wolę Coca-Colę od Pepsi. Chipsy tylko Lays. Nie jestem wybredna. Po prostu wiem, co lubię.
A to czego zawsze nie lubiłam to pytanie czy jestem szczęśliwa. Stwierdzenie, że jest się szczęśliwym wywołuje u innych zazdrość i niedowierzanie tak naprawdę. Gdy słyszę kogoś obwieszczającego dookoła pełnię szczęście patrzę z ukrytym w myślach grymasem i zastanawianiem, w którym momencie to szczęście przestanie być takie wszechobecne. Nie ma samych dni słońca. Czasem przychodzi deszcz, czasem chmura, czasem burza z piorunami. Jakże banalne porównanie, ale jak najbardziej trafne jeśli odniesiemy je do naszego życia i humorów. Nie wierzę w permanentne szczęście, nawet nie chcę w nie wierzyć, bo to by znaczyło koniec drogi i starań, skończylibyśmy się jako ludzie i wkroczyli chyba w erę bez uczuć, w jakiś bezstan i wieczne bezczucie. Można mi zarzucić, że ciągle mi czegoś brakuje, nie można mnie zadowolić, ciągle czegoś szukam i sama nie wiem czego. Ja osobiście lubię tę niepewność, niepokój, ciągłe zastanawianie się, okazjonalne łzy smutku i pustki, bo to sprawia, że ciągle się staram i szukam ciągle to nowszych rozwiązań i dążeń do tego wymaganego szczęścia. Czasami mam wrażenie, że dzisiejszy świat narzuca nam, wmusza wręcz, szczęście by pozostać normalnym. Bombarduje się nas różnymi produktami, które mają dać chwilowe szczęście. Spójrzmy na reklamy, według nich jesteśmy bezustannie za brzydcy, za grubi, za brudni, za biedni, za głupsi i kupno danego produktu ma polepszyc nasz byt. Nie możesz ich nie miec, nie możesz pokazac, że może jesteś nieudacznikiem. Tak samo, gdy spotykasz się z „niby” przyjaciółmi to przecież nie chcą tak naprawdę widzieć Twojego złego humoru, masz obowiązek założyć szczęśliwa maskę z wymuszonym uśmiechem, inaczej jesteś gburem i marudą. Nie jestem osobą, która lubi udawać, że wszystko jest w porządku, gdy nie jest. Więc nie przepadam za stwierdzeniami, że nie jestem szczęśliwa. Bo nie wierzę w ideały i wieczne szczęście, bo szczęście nie tkwi w wieczności, tylko w momentach. Właśnie wróciłam z wyjazdu w góry. Z ucieczki do natury, przepięknych wschodów słońca, zapierających dech w piersiach widoków, majestatycznych gór, które sprawiają, że czujesz się bliżej szczęścia i perfekcyjnego stanu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. A tu co się dzieję? Zamiast dzielic wspólnie to szczęście z towarzyszami wyprawy większość chwyta się za telefony i wstawia fotę na facebooka, żeby podzielić się chwilowym uniesieniem ze znajomymi przed komputerami zamiast z tymi, którzy są z nimi na wyciągnięcie ręki. Co to świadczy o naszym społeczeństwie? Pragniemy wiecznego szczęścia, a szukamy go w prostokątnym ekranie telefonów i komputerów zamiast w dłoni czy ramieniu kogoś bliskiego. Uśmiech wywołuje liczba powiadomień, „Lubień” i komentarzy na portalu społecznościowym niż dzielony uśmiech osób dookoła, gdy patrzysz na szczyty górskie w blasku słońca. I czemu mi się mówi, że przesadzam, gdy proszę by zejść z facebooka chociaż zanim zejdziemy z góry? Nie chcę urazic kogokolwiek, kto tak robi, ale nie trzeba tego robic na każdym przystanku, po powrocie do domu, jakby świat miał się skończyc, bo znajomi nie zobaczą gdzie jesteśmy i co robimy. Dlaczego nie czerpiemy tej radości z wnętrz siebie i bliskich osób dookoła? 
Ja jestem dumna, że mimo wszechobecnego Internetu i, nie ukrywam, własnego uzależnienia od niego, potrafię zostawić świat wirtualny za sobą i wkroczyć w ten rzeczywisty. Całe życie żyję snami w świecie rzeczywistym, który czasami czyni nas niewidzialnymi, a Internet mu w tym pomaga. Tam na górze czułam się widoczna, wysoka, rześka i szczęśliwa. Zawsze chciałam zmieniać świat, uwrażliwiać ludzi na zapomniane piękno dookoła, w naturze, małych szczegółach. Dziś znalazłam film mówiący o 28-letnim zdziwaczałym pracowniku biurowym, który wieczorem przebiera się za bohatera, który wierzy, że ma super moce i na przykład ratuje kobiety przed rabusiami. Film pokazuje gorzko-słodki smak bycia osobą wierzącą w niemożliwe – mianowicie poczucie misji w imię czynienia bezinteresownego dobra i niesienia pomocy bezbronnym ludziom, nie oczekując nic w zamian. Świat rzeczywisty uczynił go niewidzialnym, dlatego postanawia w masce stawać się anonimowym bohaterem. Zabija się jego ideały i karze dorosnąć. Zainspirował mnie do dalszych rozważań o wierze w ideały.
 I to wieczne szczęście. Interpretując słowa, które widziałam na jednym z wrocławskich pomników „Do nieba patrzysz w górę, a nie spojrzysz w siebie: Nie znajdzie Boga ten, kto go szuka tylko w Niebie”  - w górach, tak blisko nieba, człowiek czuję się najbliżej boskości, wręcz nieważkości. I ja w tamtych momentach czułam szczęście w sobie. Spojrzałam w siebie, potem dookoła, za siebie, przed siebie i wszystko krzyczało szczęściem pochodzącym od natury. Warto czasami odejść od tego pudła komputerowego, by potem móc wrócić i mieć o czym napisać ze względnym sensem :)

środa, 10 sierpnia 2011

rewolucja generacji NIC.


Znajomy pracujący w hotelu w dzielnicy Croydon w Londynie stoi na dachu i nie wierzy własnym oczom. Dzieciaki niespełne może 12-letnie najpierw plądrują sklep ze sprzętem AGD, nawet nie kradną telewizorów, po prostu niszczą wszystko doszczętnie. Po chwili dobierają się do sklepu rowerowego, kradną rowery, przywiązują telewizory do rowerów na kable i ciągną je za sobą tworząc niesamowity bałagan. 
Kolejny znajomy posiadający sklep i SPA wychodzi wieczorem przed sklep by bronic go przed ewentualnymi chuliganami, od godziny 18 do północy nie pojawił się żaden policjant, dopiero jeden po północy. 
Patrzyli jak płonął dom meblowy stojący tam od 150 lat, przetrwał pierwszą i drugą wojnę światową, a zniszczyli go gówniarze. 80letni właściciel nie jest w stanie tego pojąc. Ja też nie potrafię.
Bo zaczęło się od zastrzelenia czarnoskórego dilera narkotywego, tak? Miał broń, ale jej nie użył i to zapoczątkowało ten cały burdel? Nie od dziś przecież wiadomo, że osoba wyjmująca broń, może potencjalnie jej użyc, więc był realnym zagrożeniem. Nawet jeśli to była tzw. hate crime, czyli morderstwo na tle rasowym ze strony policji, to to co się dzieję na naszych oczach nie jest dla mnie do pojęcia i zrozumienia.
Po drugie, żaden to powód, tylko pretekst. Ludzie krzyczą, że w ten sposób odbierają swoje podatki. Jacy zresztą ludzie, to dzieci. Wyjęci spod prawa, bez uwagi rodziców. Nawet jeśli są biedni, nawet jeśli obcięto im zapomogi socjalne, to nie mają najmniejszego prawa ani sensownego powodu by tak spustoszyc Londyn i inne miasta. Ale co są im winni ludzie, którzy uczciwie zapracowali na swój zarobek? Skoro buntują się przeciwko polityce rządu, to niech niszczą budynki administracji rządowej, a nie domy zwykłych ludzi, lepszy samochód i każdy napotkany sklep i bankomat. Grecja, Hiszpania, Francja. Tam chociaż faktycznie o coś chodziło, o wyższą wartośc i walkę o swoje prawa. Ten motłoch o nic nie walczy, niszczy dla samego zniszczenia, dla ujścia agresji. Gotuje się we mnie, gdy widzę tych "bohaterów" kryjących się pod kapturami i maskami. Mam nadzieję, że skoro faktycznie czują się na tyle dojrzali, by niszczyc dorobek zwykłych obywateli, to są na tyle dojrzali by ponieśc karne konsekwencje. 
Całą tą spirale nakręcają serwisy społecznościowe jak Facebook i Twitter i telefony BlackBerry. Nazwa Blackberry Riots wydaje się tutaj właściwie. Telefony BlackBerry są jedynymi, w których nie można śledzic smsów i połączeń, więc jest to kolejna dobra wymówka. Dziś napotkałam gdzieś artykuł, w którym twierdzi się, że jesteśmy w tej chwili najmądrzejsi, osiągnęliśmy apogeum inteligencji. O zgrozo. To możemy stac się jeszcze głupsi? Pokolenie Facebooka, braku zainteresowań, wyższych wartości, idei wartych poświęcenia. Pokolenie z koktajlami Mołotowa w ręku zamiast CV w celu poszukania pracy i uczciwego zarobku. Lepiej życ z pieniędzy rządu. Uczciwych obywateli. W takim razie czy nasz postępowy świat powinien ograniczac dostęp do takich portali jak Facebook, gdy jest on wykorzystywany do tworzenia chaosu i burd? No cóż, taki świat sami stworzyliśmy, ta postępowośc w technologii jest naszą zasługą, powstrzymanie tego jest już niemożliwe.
Na ulicach Londynu zbiera się tzw. straż obywatelska. Ludzie z miotłami i rękawiczkami w dłoniach gotowych do sprzątania. Zbierają się niby pokojowo, ale na Facebooku również pojawiają się wydarzenia i grupy, które wyrażają chęc użycia ostrej broni wobec tych chuliganów. Żądają odcięcia całkowitych dotacji dla tych osób, nie chcą płacic podatków by potem utrzymywac tych ludzi w więzieniach. Czym więc różnią się jedni od drugich? Nienawiścią odpowiadają na nienawiśc.
Przypomina mi się film dokumentalny Pięc Kroków do Tyranii, o którym kiedyś pisałam. Prezentował on kilka eksperymentów psychologicznych udowadniających tę przeraźliwą tezę, której spełnienie widzimy teraz na własne oczy - że w każdym z nas drzemie ziarno zła, które może nas popchnąc do okropnych czynów. Eksperyment profesora Zimbardo, który miał na celu pokazanie, że gdy przypiszę nam się określone role, mimo wyraźnego podkreślenia, że jest to tylko eksperyment, to jesteśmy zdolni do niewyobrażalnego okrucieństwa. Eksperyment gwałtownie przerwano, ponieważ biorący w nich udział za bardzo wczuli się w rolę i zaczęli siebie faktycznie torturowac i poniżac. 
Dziś nie widzimy pięciu króków do tyranii. Widzimy jeden krok. Wystarczyło jedno wydarzenie by napędzic spiralę takiej nienawiści i agresji, że ludzią niszczą wszystko co napotkają niczym dzikie zwierzęta oddające się swoim pierwotnym instyntkom. Myślałam, że my ludzie, jesteśmy lepsi. że potrafimy wyjśc na przeciw siebie i powiedziec stop i podac sobie ręcę. Że kieruje nami moralnośc i wrodzone ziarno dobra. 
Jedna kobieta, do której domu wpadli chuligani gotowi go splądrowac, stanęła i krzyknęła: Co wy tu robicie?! Dzieciaki spojrzały na nią i uciekły. Pokonała ich słowem i swoją asertywnością. Prowadźmy dialog, nie nieme zło wypisane na profilach na facebooku czy twitterze. Bez kamieni, kijów, mioteł w rękach. Ze słowami na języku.
   


czwartek, 4 sierpnia 2011

Pominięte bohaterki z Utoyi.

1,5-godzinna strzelecka jatka na wyspie Utoya obiegła cały świat. Razem z nią informacje o bohaterskich czynach ludzi przebywających na pobliskich wyspach zaczęły rosnąc jak grzyby po deszczu. Słyszeliśmy o mężczyźnie, który po otrzymaniu telefonu od znajomych, że na sąsiedniej wyspie dzieje się coś złego, wsiadł w łódź i bez wahania popłynął po ocalałych. Jednak dziś portale grzmią o pominiętych dwóch kobietach. Toril Hansen oraz Hege Dalen uratowały 40 dzieci. Więc media po pierwsze pytają czy to przez to, że kobiety rzadko przedstawia się jako bohaterki zdolne do spontanicznych poświęceń? Obraz kobiety  w obliczu niebezpieczeństwa, to raczej ta krzycząca blondynka wbiegająca do góry po schodach, zamiast wybiegająca frontowymi drzwiami, gdy napotyka napastnika w domu. To ta ze zwichniętą kostką przez niezdarne chodzenie w szpilkach, niż ta z raną spowodowaną obroną niewinnych ofiar.
Toril i Hege jadły piknikową kolację, gdy nagle usłyszały krzyki i strzały. Bez wahania wsiadły w swą niewielką łódź i pod ostrzałem popłynęły ratowac dzieci wskakujące do wody, rozpaczliwie starające się uciec mordercy. Powtórzyły ten kurs 4 razy dzięki czemu 40 istot ocalało. Dziś nie potrafią się ogarnąc po tym wydarzeniu i są pod opieką psychologów.
Dziś tak naprawdę huczą portale homoseksualne, ponieważ Toril i Hege są lesbijkami. Na dodatek w związku małżeńskim. Dlatego przez pominięcie ich historii w przecież nie tylko norweskich mediach zadaje się mnóstwo pytań czy to z powodu ich orientacji seksualnej. Niektórzy twierdzą, że pokazanie lesbijskich bohaterek w mainstreamowych mediach mogłoby promowac tą orientację wśród młodych. Na dodatek mogłoby wyglądac na to, że rząd norweski propaguje też związki partnerskie ze względu na to, że kobiety są małżeństwem. Czy tak faktycznie jest? W końcu zwyczajnie media rzucałyby się z wywiadami na taki heroiczny wyczyn i trafiałby on na pierwsze strony gazet, a jednak wielu o tym nie słyszało. W Polsce informuje nas o tym serwis plotek.pl obok wiadomości o Dodzie czy Nergalu.
Czy powinno się o tym mówic? Czy to homoseksualna przesada i niepotrzebne wzbudzanie kłótni przez działaczy na rzecz praw gejów i lesbijek? Momentami myślę, że nie powinno się od razu wysnuwac takich wniosków i nie dac się zwariowac i wszędzie doszukiwac dyskryminacji. A czy może jednak po prostu pokazac światu, młodym ludziom, że na świecie, poza ideologicznymi psychopatycznymi mordercami, istnieją dobrzy ludzie, którzy popędzą na ratunek innym bez względu na ich kolor skóry, orientację seksualną, płec czy poglądy polityczne?

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

alkoholizm genetyczny.

Jestem kobietą lubiącą alkohol. Nie do pomyślenia fakt, że w czasach kiedy wszyscy zaczynali pic, ja się zapierałam, że go nigdy nie tknę, mówiąc jaka to beznadziejna forma prób dopasowania się i wyglądania "cool". Nie znosiłam widoku ludzi młodych zachlanych, okrytych własnymi wymiocinami, z nie przerwaną jeszcze błoną dziewiczą, ale desperacko tego pragnących drogą upojenia alkoholowego. Ale jak każdego, dopadła mnie presja grupy rówieśniczej, a właściwie osoby, która mi się podobała tamtego czasu. I tak moim pierwszym alkoholem był tradycyjnie tani winiacz, który wyzwolił we mnie pokłady radości i chęci robienia wszystkiego, co głupie czy zakazane. Jak nigdy wcześniej. Pomyślałam: kurde to da się przekłnąc i czuc przy okazji śmiesznie.
Dziś wracam do tych chwil i zastanawiam się dlaczego tak się temu kiedyś opierałam?
Bo alkoholizm to powszechny obraz w tle polskiej flagi i opinii międzynarodowej. Bo brat mojej matki to alkoholik. Bo jej drugi brat wypadł z okna pod wpływem i zginął. Bo alkoholizm innego członka rodziny doprowadził do jego silnej woli powieszenia się na klamce.
Ostra prawda, gorzka prawda, cała prawda. Więc ja się boję czy alkoholizm i poczucie wiecznej mizerności jest genetyczne? Dziś, ot tak sobie, ponownie zapragnęłam smaku piwa w swoich ustach. Bo kocham ten niewiążacy związek moich miękkich ust z moim kuflem. Gdy słyszę to namiętne pssss przy otwieraniu piwa i nutę kojącą, gdy przelewam je do kufla, albo prosto do swojego gardła z butelki. Z sokiem czy bez, smakuje wybornie. Ten smak sprawia, że jest on wart bólu głowy na drugi dzień. Rozpływam się, gdy wino łączy się z mozzarelą i pomidorami w sosie włoskim zagryzane pieczywem czosnkowym. Lubię jego czerstwośc i kwaśny posmak wytrawności na moim języku. Whiskey, nienawidzone przez jednych i ubóstwiane przez innych. Szybko przeszłam od jednych do drugich. Whiskey łamane samym lodem przyprawiające czasami o grymas na twarzy, ale szybko rozluźniające ciało, sprawiając, że nie mam kaca na dzień drugi, sprawiło, że bez problemu stała się moją "żoną". Picie whiskey robi z Ciebie twardziela. Ktoś, kto znosi taki smak, zniesie dużą dawkę bólu.
Dziś więc nie ważąc na brak makijażu, starą koszulę i spodenki i japonki na sobie, czerwony lakier na paznokciach u stóp z lekka już zdrapany, wyszłam do sklepu z drobniakami w kieszeni wyjmując 2 Tyskie z lodówki, dodając do tego chipsy i cukier. Z wprawą wirtuoza skręciłam w lewo za stoiskiem z warzywami, nachyliłam się, otworzyłam sobie lodówkę i sięgnęłam po upragniony napój. Uśmiechając się do sprzedającej, która widzi mnie niemal codziennie, i mówiąc, że po raz kolejny przyszłam po kolację i napój Bogów zarazem. Dodałam do tego cukier by miec pretekst do kupienia też artykułów życia codziennego. Co nie zmienia faktu, że miewam chwile, gdy czuję wstyd przychodząc jak ostatni żul po piwska do sklepu osiedlowego jak jeden z wielu rasowych alkoholików tam notorycznie bywających
I pomyślałam patrząc na swoje ubranie: matko czy zawsze muszę wyglądac idealnie, w końcu idę tylko do spożywczaka? Jestem kobietą, która lubi alkohol i gdy ma na niego ochotę to wyjdzie po niego w gaciach do sklepu? Może niekoniecznie, ale tak jak facet ma prawo łazic ze spoconymi pachami, bekac publicznie, pic piwo pod sklepem, to chyba ja też mogę wyjśc po swoje? Mężczyźni widzący mnie sięgającą po piwo, a nie soczek, bardzo się tym widokiem w końcu lubują. Nie wiem czy myślą: ha, ta to jest "Swoja" dziewczyna. Wiem, że alkoholizm nie jest dziedziczny, jesty procesem wynikającym często z ciężkiego losu. Mi do tego daleko, po prostu głośno pytam, gdzie on może się zacząc. Czasami sięgam po alkohol dla zabawy, czasami dla towarzystwa, czasami ze smutku, czasami z nudy, czasami z czystej ochoty, czasem z braku optymizmu. Zazdroszczę ludziom ciągle miłym, uśmiechniętym, widzącym teczę po burzy i rozwiązanie do każdej sytuacji. Optymizm jest jak dziecięca niewinośc, pewnego dnia, okrucieństwa życia nam go odbierają. Jak kobieta, która każe Ci patrzec na swoje blizny i znajdywac w szufladach zakrawiowne noże i kapselki po Tymbarkach z napisem "moje kochanie" splamione jej krwią. Gdy uczysz się, że ciemnych sekretów ludzi pochłoniętych własnymi demonami nigdy nie odgonisz sama. Ci którzy każą nieśc ze sobą te brzemię nie pytając czy masz jeszcze siłę, aż pewnego dnia znajdujesz te siłę w sobie by wstac i pobiec na pociąg do domu i nie wrócic.
Dziś jednak piję zdrowię szczęścia, szans nie straconych, ale odzyskanych, łyk złocistego piwa za zeszły tydzień i Ciebie, która znosi moje pesymistyczne ja, wiedząca, że optymizm gdzieś kryje się zawsze nad tym mięśniem piwnym, zwanym brzuchem. Bliższa lokalizacja - serce. Ciągle biję i ma się dobrze, czasem tylko brak ciepła Twojego zamiast świec.