czwartek, 24 listopada 2011

serce złamane, szacunek utracony.


Mam żałobę. Powinnam zacząć nosić czerń, omijać imprezy i alkohol, bo on zmarł. Zmarł...
Zmarł szacunek do moich rodziców. Urodził się razem ze mną, towarzyszył mi całe życie, z nim się wychowałam, według niego żyłam, postępowałam i podejmowałam różnorodne decyzje w swoim życie. I nagle parę dni temu... zmarł. Chorował już od jakiegoś roku, ale niedawno odszedł ostatecznie. Ostatnio w moim życiu, nieważne z jak bardzo pozytywnym zamiarem się za coś zabieram, to kończy się to porażką. Kończy się kompletnie błędną interpretacją moich dobrych zamierzeń. Jestem w wieku i miejscu swojego życia, kiedy moja kariera zawodowa jest zadowalająca jak na dzisiejsze warunki pracy. Całą swoją energię, czas, radość z życia i pieniądze mogłabym, powinnam przeznaczać na siebie, ale życie to przewrotny żart, który śmieję się nam w twarz i rujnuje plany. Nie zasługuję na takie traktowanie. Całe życie patrzyłam na rodziców z niejakim podziwem, szacunkiem. Że pomimo kiepskiej ekonomii, takiej ilości dzieci potrafili zawsze nam zapewnić wystarczającą liczbę dóbr. Nie brakowało nigdy jedzenia, dobrych ubrań, zabawek. Przy dzisiejszej ekonomii powyższe równanie się totalnie odwróciło, tak samo cele i zadania mieszkańców tego domu. Dziś mi każe się być dorosłą utrzymującą dom, w którym nie mieszkam tylko ja, a mój ojciec ucieka od dorosłych decyzji jakie musi podjąc.  
Całe życie ten szacunek pozwalał mi nie załamać się nerwowo. Powtarzał mi ile rodzice dla nas zrobili, to teraz ja mam okazję się odwdzięczyć. Jednak nie można mylić pomocy z wyzyskiem, brakiem wdzięczności i ciągłym obrażaniem i życiem pod presją. Moi rodzice stali się rozwydrzonymi bachorami, a ja osobą, która musi trząsnąć pięścią w stół by się uspokoili. I tak też ostatnio zrobiłam. Pewna sytuacja zmusiła mnie do bycia matką dla mojego brata i powiedzieć na głos to, co każdy myślał. Rodzice nie powinni wybierać stron pomiędzy dziećmi, nie powinni bronic jednego bardziej od drugiego. Moja matka wybrała. Źle wybrała. I złamała mi serce. Nie wstawiła się za mną, nie obroniła, gdy wyzywano mnie od suki totalnie niezasłużenie. Za to zapłakała za niewdzięcznym synem. Wygrał. Wszyscy wygrali. Ja się wyprowadzam. Wczoraj oglądałam genialny film poruszający temat rasizmu, jednak ja najbardziej wzruszyłam się na słowa, gdy matka wyznaje wiecznie niedocenianiej córce "Nigdy wcześniej nie byłam z ciebie tak dumna jak teraz". 
Całe życie jestem niewystarczająca. Matura była nie wystarczająca dobrze zdana. Studia ukończone z wynikiem 4+ miały odzew: a czemu nie 5? Wybór zawodu nie był zadowalający, ciągła usłużność nie spełnia wymagań, pieniędzy ciągle za mało, prezenty ciągle odkładane do kąta, lodówka nieustannie za mało pełna. Dziś rodzice nie rozmawiają ze mną, bo wychowali mnie na człowieka, który musi za nich mówić i bronic ich dóbr i rozpadającego się domu. Traktują mnie jak powietrze, bo postąpiłam słusznie.
Oscar Wilde kiedyś napisał: "Dzieci zaczynają od kochania rodziców, gdy dorastają zaczynają ich osądzac. Czasami im wybaczają".


P.S. Notka jest pisana dla mnie by osiągnąc wewnętrzny jakiś względny spokój, a nie po to by wylewac konkretne brudy mojej rodziny na głównej stronie Onetu, to już nie ja wybieram polecane notki i to czy przypadną one do gustu nie zależy ode mnie, więc skargi proszę nie do mnie przesyłac, ale do redakcji;). Kto nie umie czytac między wierszami, nie musi czytac dalej i tyle. 

hate.


jakkolwiek żałośnie to zabrzmi
dziś będzie krótko, zwięźle i na jeden konkretny temat,
mianowicie:
I hate my life...
so much.

piątek, 11 listopada 2011

Czy usłyszę kiedyś słowo: mamo ?


Są chwile kiedy obezwładnia mnie wszechogarniający, paniczny strach, że nigdy nie będę matką. W takich momentach oczy samoistnie wypełniają się po brzegi łzami, spływają po policzkach i lądują na pustych kolanach, na których nigdy nie przytulę, nie ukołyszę do snu swojego dziecka. To momenty,  gdy na przykład oglądam jakiś film poruszający temat relacji córka-matka. Kiedy obserwuję trudy wychowania dookoła. W swojej pracy, gdy widzę wdzięczność dzieci wobec rodziców z okazji dnia matki czy ojca. Ich ciągłe opowieści, obserwowanie jak rosną, rozwijają się, zmienia się ich postrzeganie świata, dojrzałość i poglądy. Widzę jak kształtują się ich charaktery i będąc nauczycielem mogę mieć jedynie namiastkę roli rodziciela-wychowawcy. Nie chcę by za parę lat patrzono na mnie jak na tą zdziwaczałą nauczycielkę-starą pannę bezdzietną, która mieszka z kotami i zabija czas piekąc placki. Widzę jak z podekscytowaniem dzieci witają rodziców po lekcjach i opowiadają im wydarzenia z dnia. Jednak ja nie jestem osobą, która chce dziecka póki jest małe, słodkie  i niewinne, bo potem dorasta i przestaje Cię doceniać i postrzegać jako autorytet. Ostatnio na spotkaniu kadry i rodziców z panią psycholog przypomniała mi ona prostą prawidłowość. Otóż jako rodzic trzeba nieustannie uważać na to, co się do dziecka mówi, w jaki sposób odnosimy się do jego ciała, jego osiągnięć. Musimy uważać na to jak sami odnosimy się do swoich partnerów, mężów, żon, ponieważ dziecko jest najbystrzejszym i najbardziej uważnym obserwatorem i największą wiedzę czerpię z tego co widzi w domu. Więc to w jaki sposób odnoszono się do nas i do innych w dzieciństwie kształtuje nasze postrzeganie mężczyzn, kobiet, wzajemnych relacji jak i nas samych.  W końcu nie bez powodu, każdy, kto korzysta z pomocy psychologa, spotkania zaczyna od wracania do dzieciństwa. Więc ja słyszałam też ostatnio, że żyjemy w świecie, w którym matki niewystarczająco kochają swoje dzieci. Niedbałe, złe matki. Ale matka też jest dzieckiem. Ja nie chciałabym doprowadzić do tego, by moje dziecko musiałoby czekać całe życie na to, bym stała się dla niego/niej matką, która zawsze chciał/a żebym była. Tak jak ja… Chciałabym ukształtować zdrowe postrzeganie ludzi i świata u mojego dziecka. Nie doprowadziłabym do tego, że patrzyłoby w lustro i siebie nienawidziło za każdym razem, gdy zawiedzie czyjeś oczekiwania, a przede wszystkim zawiedzie siebie. Nie uchroniłabym go/jej przed pierwszym złamanym sercem, rozczarowaniami, ale byłabym przy nim/niej, gdyby świat im się zawalił. Nie jako kumpel, bo gdy rodzic staje się dla dziecka kumplem, to dziecko staję się półsierotą. Byłabym ostoją, silną belką, której może się schwytać, gdy spada w przepaść smutku, samotności i rozczarowań. Moje dziecko wiedziałoby, że mogłoby ze mną porozmawiać kiedy czułoby taką potrzebę, i mogłoby ze mną posiedzieć w milczeniu, gdyby i tego wymagała jego/jej sytuacja czy humor. Wiem, że matki mi powiedzą, że mogę sobie tak obiecywać, postanawiać jaka będę bądź nie będę jako matka, bo nic mnie nie jest w stanie na to przygotować. Jednak jestem skora podjąć to wyzwanie bycia matką.
W niektóre dni czuję się jakby cały świat sprzymierzył się przeciwko mnie, a wszyscy dookoła wydają się być tacy złośliwi i nieuprzejmi. Czasami aż goreję z nienawiści. W takie dni też bywam złośliwa. Nie chcę nienawidzić, chcę być dobra i zarażać tą dobrocią innych. Usłyszałam ostatnio, że jeśli skupimy się, uspokoimy i rozglądając się dookoła na ludzi zaczniemy na nich patrzeć jakby kiedyś byli naszymi matkami, to serce nam zmięknie. Ta pomarszczona w autobusie kobieta, której twarz rysuje ciężkie życie, była moją matką, która tuliła mnie, gdy byłam smutna. Ta kobieta z bluetooth’em w uchu wyglądająca na wiecznie zajętą była matką, która tak wiele dla mnie poświęciła. I tu jest i tam jest, otacza mnie z każdej strony. Ostatnio martwię się o swoją matkę, widzę jak życie z niej uchodzi, ochota do życia, zdrowie. Codziennie narzeka na zdrowie, przelewa na mnie swoje zmartwienia, ale potem powtarzam sobie, że ona też jest dzieckiem. Więc koniec z oczekiwaniem na to byś była idealną matką. Będę cierpliwa. Będę troskliwa. Będę matką, którą zawsze chciałam, żebyś była.
Wydaje się nam, że prawdziwa miłość to jedyna rzecz, która może zmiażdżyć Ci serce, że jest rzeczą, która pochłonie całe Twoje życie i nada mu blask albo je zniszczy…i nagle…zostajesz matką. Matką prawdziwą, matką dla ucznia, dla przyjaciela. Matką dla własnej matki.

środa, 2 listopada 2011

upadek tradycji - Halloween vs. Grobbing.


Całkiem niedawno trąbiono o zaskakujących wynikach wyborów parlamentarnych. Zanim ogłoszono wyniki kampania opierała się na nienawiści, obłudzie i wytykaniu sobie błędów. Gdy na przekór połowie Polaków, jak nie większości, do pierwszej trójki wszedł pan Palikot, wywołało to salwy śmiechu, pogardy, jak i miłego zaskoczenia i satysfakcji. I polski cyrk, potocznie zwany polską polityką, zaczął się na nowo. Zrobiło się głośno o palikotowych przewrotnych planach politycznych. Zwłaszcza po programie Tomasza Lisa, w którym przedstawiciele partii Palikota sprzeczali się z PO i PiS o krzyż wiszący w sejmie. Każdy, zaczynając od szanownej pani prof. Środzy i panu Biedronie, kończąc na przedstawicielach kościoła, europośle Cymanśkim i Jeziorańskim, wszyscy dolali oliwy do i tak już rażącego ognia nienawiści. Nie wspominając o kompletnej błazenadzie i 50 minutach rozrywki i śmiechu jaki ten program mi dostarczył. Tematem bya ponownie walka o krzyż. Walka o tradycje. Walka chrześcijaństwa ze świeckością państwa. Walka, walka, walka. Czy 10 kwietnia już dawno nie minął?
Media zalewają nas kłótniami, walkami, starciami, katastrofami. Trudno więc wstać rano i uśmiechnąć się przy kawie i pierwszej stronie jakiejkolwiek czytanej gazety. Ludzie nie nastrajają się nawzajem pozytywnie, a media nam w tym nie pomagają. Gdy ucichną jedne spory pojawiają się następne. Dzień jak co dzień. Poniedziałek 31 października, a tu w każdej stacji dyskusje między etnografami, antropologami, a ludźmi wierzącymi na temat Halloween, zwyczaju, który poniekąd godzi w polską tradycję Wszystkich Świętych. Gdy dziś uczniowie opowiadali mi jak niektóre osoby, do których drzwi pukały je traktowały uznałam to za zdecydowaną przesadę. Polewanie dzieci wiadrem wody? Krzyki, że nie wierzą i wyznają szatana? Przecież one nawet tego nie rozumieją. Nie ma boga, który nazywa się Halloween, żeby dzieci w ten dzień miały wyznawać jakiegoś innego boga. Dla nich to frajda i fajna zabawa. Nikogo się w ten dzień nie obraża. Na drugi dzień idą one tradycyjnie z rodzicami na groby bliskich i zapalają symboliczny, tradycyjny znicz, nie robiąc krzywdy nikomu. Rozumiem ewentualną niechęć do tego dnia, ze względu na np. amerykanizację społeczeństwa. Są osoby, które nie cierpią walentynek, można też nie cierpieć Halloween, ale żeby od razu zarzucać niewinnym dzieciakom brak wiary i łamanie tradycji?
Ja wam powiem, co jest łamaniem tradycji. Bo my się sami już chrześcijaństwa nie trzymamy. Obłuda nadawana przy śniadaniu w wiadomościach, a potem spotkana na mszy na cmentarzu, sprawia, że ów śniadanie podchodzi mi do gardła i pragnie się z niego wyrwać wraz z dwulicowością ludzką. Z roku na rok widzę jak coraz mniej ludzi przychodzi na groby. Jest to parada nowych kolorów włosów, fryzur, kozaczków, płaszczy i mocnego makijażu. Dzień wyciągania najlepszych ubrań z szafy. Idąc alejką na grób dziadków, ciotek, wujów, czułam się zestresowana jak na jakimś wybiegu. Tap Madl jak nic. Ludzie przeszywają cię wzrokiem, bo nie mają co robić. Nie słuchają wcale kapłana i jego kazania, nie oddają się zadumie, nie tęsknią do bliskich, bo nie pamiętają już w większości jak wyglądali, a może nawet ich za życia nieszczególnie lubili. Wieczorem nie wybieramy się podnownie na spacer po cmentarzu dla modlitwy, ale dlatego, że znicze uroczo wyglądają w ciemności, a i pary mogą siebie za dłoń złapać i przeparadować chwaląc się swoją nowo nabytą bądź ciągle stałą drugą połówką. Więc ja się pytam, czemu czepiamy się tego Halloween, krzyża, czegokolwiek godzącego w nasz pozorny chrześcijanin? A gdzie przestrzeganie przykazań na co dzień? Nie pożądaj żony bliźniego  swego, nie kłam. Nadstawianie drugiego policzka, gdy nas się atakuje? Teraz odpieramy ataki, atakujemy czynem, słowem, gestem, spojrzeniem. Jakieś obraźliwe ponownie uwagi? Ten, kto jest bez grzechu, niech rzuci kamień pierwszy. Chrześcijanizm i tradycje, ot co! Niedługo 11 listopada, ciekawe kto ten dzień spędzi zgodnie z tradycją i należytym patriotyzmem w sercu. 

czwartek, 20 października 2011

Trzy najbardziej przerażające literki świata - PMS.


„Istnieją znaczne różnice między męskim a żeńskim mózgiem. Kobiece mózgi mają większy hipokamp, co sprawia, że mają lepszą pamięć i możliwość koncentracji. Męskie mózgi mają za to większy płat ciemieniowy, co pomaga skuteczniej bronic się przed atakiem. Męskie mózgi radzą sobie inaczej z wyzwaniami i problemami niż mózgi kobiece. Kobiety są przywiązane do komunikowania się przez słowa, przywiązane do szczegółów, do empatii… Mężczyźni? Niekoniecznie. To nie oznacza, że są oni mniej zdolni do odczuwania emocji. Potrafią rozmawiać o swoich uczuciach, chodzi po prostu o to, że w większości przypadków wolą tego nie robić.”
Czy możemy uciec od tego, czym uczyniła nas natura i fizjonomia? Czy ludzie mają jakąkolwiek zdolność przemiany, zmiany? Bo jeśli nie to po co się w ogóle starać, prawda? Strasznym byłoby do pomyślenia, że nie mamy zupełnie wpływu na to kim jesteśmy i jacy jesteśmy. To znaczy, że świat ciągle będzie taki, jaki jest? 
Na przykład ja, wierzę, że inna struktura naszych mózgów jak i hormonów wpływa ogromnie na nasze zachowania i charaktery. PMS. Trzy literki, na których widok i dźwięk drży miliony mężczyzn i samych kobiet. Czasami nie potrzeba kalendarzyka, by wyliczać cykl miesiączkowy. Wystarczy zauważyć różnicę kiedy wszystko  i wszyscy zaczynają Cię nieziemsko drażnić. Do granic absurdu. Gdy masz ochotę rozszarpać gardło ojcu, który obleśnie mlaska przy obiedzie. Masz ochotę rzucić czymś o ścianę, bo choć dom pełen ludzi, to nikomu nie chce się ruszyć tyłka otworzyć drzwi, gdy dzwoni dzwonek do drzwi. Gdy masz ochotę rozwalić głośniki w restauracji, w której leci durna muzyka, w ogóle nie pasująca do romantycznego nastroju posiłku we dwoje. Gdy Twoja lepsza połówka zapomni o czymś, o czym mówiłaś 100 razy i masz ochotę wtedy nią potrzasnąć i wykrzyczeć okropne rzeczy. Wkurza cię, że wracasz do domu i obiad na ciebie nie czeka. Że naczynia w zlewie stoją ciągle brudne, a tłuszcz na nich dawno zaschnął i trzeba będzie go ostro szorować. Gdy krzyk dzieci podczas lekcji i na przerwach sprawia, że pociąga on za struny Twoich zakończeń nerwowych, doprowadzając na skraj wyczerpania psychicznego i fizycznego. Gdy zimno jesiennych dni sprawia, że kierownica samochodu jest lodowata i nie masz ochoty jej dotykać, a rękawiczki zostały w domu i nie masz już czasu się po nie wrócić, bo spóźnisz się do pracy, więc modlisz się by ogrzewanie zaczęło szybko działać.
To brzmi jak wyznania okropnie niezrównoważonej kobiety na skraju załamania nerwowego. Ale nic na to nie poradzę, że raz  w miesiącu burza hormonów czyni ze mnie, no za przeproszeniem dla samej siebie, psycholkę. Nic nie poradzę, że są dni kiedy mój słuch i węch stają się wybitnie wyczulone. PMS stał się piętnem i zarazem stereotypem określającym płeć żeńską. Wiem, że niektóre nie przechodzą go tak drastycznie, a właściwie wcale, więc tłumaczenie przez mężczyzn „czepialskiego” się humoru kobiet wiecznie PMSem nie jest sprawiedliwe. Jednak w moim przypadku termin PMS rzeczywiście istnieje. Na ten jeden tydzień, bądź kilka dni lub więcej staję się najgorszą wersją siebie, za którą potem się wstydzę. I w te dni naprawdę proszę o wyrozumiałość, bo wiem, że to nie prawdziwa ja. Każdy ma swoje wady i zalety. Naszym zadaniem jest ukrywanie tych wad by żyło się nam, jak i innym lepiej. PMS dla mnie niestety jest okresem kiedy na wierzch wychodzą ze mnie najbardziej diaboliczne cechy. Moje słowa potrafią wtedy ciąć i ranić jak ostry nóż. Moje zachowania potrafią być zimne jak Antarktyda. I nie mogę tego zwalczyć, jestem świadoma tego, że to burza hormonów i nie potrafię jej do końca powstrzymać. Potrafię ugryźć się w język, gdy gromadzi się w nim jad. Ale jad myśli nadal pozostaje w mojej podświadomości czyhając na okazję do krzyku. 
Po tym sztormie przychodzą dni spokojnej tafli wody, jak dziś. Na nowo zachwycam się pięknem otaczającej mnie rzeczywistości. Poruszają mnie różne dźwięki, ludzkie zachowania. Mam ochotę dalej zmieniać siebie i świat pomimo tych paru dni uprzedniego załamania. Potrafię nastawić złamane myśli i ducha niczym pogruchotane kości. Być wykonawczynią i wcieleniem zmian, które sama chcę wprowadzać. Dziś zapoznałam się z nowym serialem HBO „Enlightened” o kobiecie, która po nieudanym romansie z kolegą z pracy zostaje upokorzona i zdegradowana i przechodzi załamanie nerwowe. Wyjeżdża na Hawaje do ośrodka terapeutycznego i wraca olśniona. Zmienia totalnie swoje nastawienie do życia, do ludzi i za cel obiera sobie wprowadzanie ciągłych zmian na lepsze. Wraca natchniona i twardo postanawia zmienić firmę, w której pracuje na przekór chciwości i dwulicowości korporacyjnych Stanów Zjednoczonych. Walczy ze swoim wewnętrznym gniewem i chce zwalczać korupcje. Momentami jest przedstawiana jak jedna z wielu nawiedzonych osób, hippisek, fanek yogi, opierająca swoje życie na serii kilku poradników. Jednak ma w sobie coś głębokiego i inspirującego co sprawiło dziś, że piszę tę notkę o tym jak trudno zmienić siebie i swoje wewnętrzne instynkty, naturę, budowę ciała czy hormony. Ale pomimo wszystko mogą przyjść dni kiedy spojrzymy w górę i nagle niebo, sufit w naszym biurze, widok zza okna doda otuchy i chęci działania, bo o to co piękne, zawsze warto walczyć.  
                                                     
Polecam osobom szukającym odrobiny inspiracji:)

poniedziałek, 10 października 2011

anonimowe przestępstwa Internetu.


Technologia pozwoliła nam być okrutnym bez ponoszenia konsekwencji. Początkowo błogosławieństwami Internetu, które miały go uczynić wyzwalającym, miały być równość i anonimowość. Ludzie mieli tu zostawiać za sobą wszystkie pułapki przeciętnego życia. Praca, rodzina, wszystko co nas dręczy, zostawało na zewnątrz. Wizją Marka Zuckerberg’a przy tworzeniu Facebooka było sprawienie by ludzie czuli się tak jak rodzina, jakby byli w akademiku studenckim z najlepszymi znajomi, a miejsce pracy było miejscem, gdzie współpracownicy są również naszymi przyjaciółmi. Niektórzy mieli dobre intencje, nie zawsze niestety takimi pozostały. Oprócz tego, Internet stał się również oazą dla pornografii, pełnych nienawiści ludzi, uwodzicieli, hakerów i twórców wirusów. Istnieje długa lista przestępstw popełnianych za pomocą Internetu i takich jakie powstały wraz z jego rozwojem. Zaczynając od internetowego nękania czyli tzw. harassment. Może przybrać wiele form. Poczynając od nękających, obraźliwych maili, poprzez wysyłanie znienawidzonej osobie mnóstwa spamu, kończąc na wysyłaniu wirusów na różne sposoby do ofiary. Harassment nie musi być bezpośredni. Możemy wcielać się w rolę ofiary i wysyłać szkodzące jej wiadomości w jej imieniu. Przerabiać jej zdjęcia i umieszczać bez pozwolenia na Internecie. Mamy również cyberstalking, którego celem jest nękanie, śledzenie i przez to wzbudzanie strachu poprzez Internet, e-maile bądź jakikolwiek rodzaj technologii. Jednak jedną z najbardziej absurdalnych form przemocy, którą umożliwia anonimowość dostarczana przez Internet to happy-slapping. Ten obłęd polega na policzkowaniu obcych ludzi, upamiętnianiu tego za pomocą filmu video na telefonie i umieszczanie tego później na Internecie. Nie trudno się domyślić jak łatwo ta „moda” się rozpowszechniła. Spójrzmy na jakiekolwiek fora internetowe. Kipią nienawiścią.
Kiedyś za obrażanie innych w cztery oczy  dostawało się w gębę. Żyjemy w kulturze obelg. Wciąż bombarduje się nas obrazami ludzi bogatszych, seksowniejszych i szczęśliwszych od nas, i przez to czujemy się źle. Gnoimy ich, mieszamy  z błotem, obrażamy, bo chcemy się poczuć lepiej. Czepiamy się wszystkiego, gdy tylko się nam coś nie podoba. Jak nie treści, wyglądu, poglądów, wykształcenia, zaplecza kulturowego, to obrażamy cokolwiek, jakąkolwiek cechę, bądź rodzinę, byleby ktoś nie miał racji. Nie poprzestajemy na sławach, ale robimy to z każdym.
Anonimowość nie pociąga konsekwencji. Ale to co najgorsze: przestaje nam przeszkadzać nieczułość. Czy w ogóle zdajemy sobie sprawę, że te anonimowe obelgi mogą faktycznie w kogoś trafić, dobić kogoś, obrazić, rozszarpać? Pomyślcie, jak lepszy byłby świat, gdyby zamienić te obelgi w pochwały. Spróbujmy podzielić się swoim zdaniem w sposób inteligentny, logiczny i pokojowy, by móc stać się częścią konstruktywnej dyskusji, a nie krzyczeć bez celu? Spróbujmy może dla odmiany się kimś, czymś zachwycić?

czwartek, 6 października 2011

zapoznaj się z ulotką, zanim zaczniesz życ.


Czasami mam wrażenie, że żyjemy w czasach kiedy człowiek zapomniał o swoim człowieczeństwie. Zapomnieliśmy co znaczy być godnym człowiekiem. Czasami wstydzę się za swój własny gatunek, bo już zwierzęta ze względu na swój instynkt bardziej mogą sobie ufać i nawzajem ochraniać i pomagać. A z drugiej strony jesteśmy jak zwierzyna łowna, czyhają na nas zza rogu niebezpieczeństwa, kły drapieżników, gotowe wbić się w nas, w postaci zimnego ostrza noża wbitego w plecy, gdy zdradza nas przyjaciel, współpracownik czy współmałżonek; rana w postaci rozczarowania, braku wdzięczności, okrucieństwa ludzkich słów. Nigdy nie czułam się tak samotnie, jak ostatnimi czasy. Czuję, że nie mam na kogo liczyć, kogo poprosić o pomoc, wyżalić się. Wszyscy gdzieś zajęci swoimi sprawami. Tylu „znajomych”, tyle milczenia. 
Zatracamy podstawowe ludzkie wartości, jak wdzięczność, dobroć, bezinteresowność i szacunek. Zapominamy o wysiłku i cierpieniu przeszłych pokoleń, dzięki którym jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Wychowano mnie w poszanowaniu dla tradycji, osób starszych i ojczyzny. Dziś uczniowie podczas apelu ku czci ofiar wojen oglądają paznokcie, sufity, ściany, smsy. Choć żadna partia nie zasługuje na mój głos, bo żaden polityk nie interesuje się tak naprawdę Polską i Polakiem, to pójdę na wybory, bo nie można stać bezczynnie, a potem marudzić na polski rząd.
Ostatnie wydarzenia w pracy, problemy rodzinne, ludzkie zachowania, brak ludzkiej wdzięczności i słowa tej piosenki sprawiają, że codziennie moje serce rozdziera się o kolejny centymetry, wlewając do serca gorycz, żal i smutek. Do tego słowa tej piosenki :
„Tylko Bóg wie, co kryje się w tych słabych, pijanych sercach, tylko on wie, co kryją te słabe, tonące oczy. Ognisty tłok zmutowanych aniołów, biorących miłość, nie dających nic w zamian. Tylko Bóg wie, co kryje się w tym świecie małych konsekwencji, za łzami, w środku kłamstw tysiące powoli umierających zachodów słońca. Gdybym tylko miała rozum, byłabym zimna jak głaz i bogata jak głupiec, który odtrąca wszystkie te dobre serca”
Gdybym miała rozum nie przejmowałabym się tyle, zamieniłabym serce w oziębły głaz, który przestałby wykonywać pracę za innych, który nie traciłby swoich oszczędności dla osób, które nie są za to wdzięczne, nie wylewała łez przez podupadającą ludzkość. Przez przyjaciela, który nie potrafi znieść gorzkiej prawdy wypowiedzianej głośno, a nie umieszczanej między wierszami. Czy przyjaciel, który nie potrafi wybaczyć i znieść odrobiny krytyki, był tak właściwie naszym przyjacielem? Jak takiemu przyjacielowi powiedzieć, że się za nim tęskni, gdy sam nie szuka kontaktu? Całe moje życie ostatnio wydaje się być ciągłą walką z wiatrakami. Więc nie dziwię się małżeństwu, które zdecydowało żyć bez Internetu, komputera, telefonów komórkowych i Latte i powrócić do czasów PRLu.
Ten postęp ludzkości, technologii, marketing, reality show nakazujące się zmieniać, wabiące reklamy bombardujące nas z każdej strony przypominające nam o tym czego nie możemy mieć lub co powinniśmy natychmiast zakupić. Coraz to nowocześniejsze telefony, laptopy, bez których nie będziemy na czasie. Zabawki, bez których nasze dzieci będą głupsze czy mniej szczęśliwe. Farby, bez których nasze włosy nie będą błyszczeć. Kremy, bez których nasze skóry nie będą wiecznie młode. Diety, bez których nie będziemy atrakcyjni. Samochody, bez których nie będziemy wyglądać bogato. Tabletki, bez których nie będziemy zdrowsi. Kochani, zapoznajmy się najpierw z ulotką zaczniemy konsumować ten świat z ludzką godnością.
People help the people
 And if you're homesick, give me your hand and I'll hold it
People help the people
And nothing will drag you down
Oh and if I had a brain, Oh and if I had a brain
 I'd be cold as a stone and rich as the fool
That turned, all those good hearts away

God knows what is hiding, in that world of little consequence
Behind the tears, inside the lies
A thousand slowly dying sunsets
God knows what is hiding in those weak and drunken hearts
I guess the loneliness came knocking
No on needs to be alone, oh save me

poniedziałek, 3 października 2011

Zmieniła status na "w związku małżeńskim z..."


Niektóre kobiety są stworzone do małżeństwa. Ich myśli od dzieciństwa zaprzątają marzenia o białym domku, wielkim ogrodzie, dzieciach bawiących się w piaskownicy i mężu, który będzie inteligentnym, przystojnym mężczyzną dbającym o swoją rodzinę. 
Zalogowałam się dziś do Facebook'a i momentalnie zbombardowały mnie zdjęcia trzech koleżanek z ich ślubu wraz z natychmiastową zmianą ich nazwiska oraz statusu związku na "w związku małżeńskim z użytkownikiem...". W jednym albumie pojawia się zdjęcie moich 3 koleżanek ze studiów - jedna z nich to panna młoda, a dwójka jest już ze 3 lata po ślubie. I myślę, że te to mają szczęście, bądź nieszczęście, bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wszyscy na tych zdjęciach błyszczą tak intensywnie, że ich wybielane uśmiechy i ich szczęście aż rażą w oczy w taki sposób, że dziwna siła ściska mi serce. Jedna z nich wyszła za mąż za Turka, więc doczekała się nawet dwóch ślubów, według tureckiego i polskiego zwyczaju. Patrzę na te zdjęcia, na nie i myślę, że widać, że czekały na ten dzień całe życie i faktycznie się doczekały. Teraz mogą zabierać swoich mężów na wesela innych, trzymać się siebie dumnie i ubierać ich w krawaty pasujące pod kolor swoich sukienek. Mogą brać wspólnie kredyt na dom, płodzić małe istostki i uczyć je, że wypada się uczyć, pracować ciężko i żenić się, by wydawać na świat kolejne pokolenia. Takie dla których małżeństwo i macierzyństwo są spełnieniem mają szczęście, gdy znajdą tego "jedynego" i zdaje się, że osiągnęły pełnię.
Druga grupa to ta bardziej szykanowana, choć jest owocem rozwijających się poglądów, zmieniających się obyczajów i świadomości praw kobiet. Określa się je mianem silnych i niezależnych. Mają po 25, 30 bądź 35 lat i nie widzą siebie wsadzonych w ramkę w role żon i matek. Ich nie określa powiedzenie "matka Polka", wzdrygają się na samą myśl porównania. I nie ma się im co dziwić, bo nie każdemu wypisano w losie „żyli długo i szczęśliwie”. Takie kobiety mają przynoszące korzyści finansowe i duchowe posady, które dostarczają im satysfakcji życiowej. Ich wyznacznikiem szczęścia nie jest partner i udane małżeństwo, ale to co same osiągną i na co sobie zapracują. Piętnuje się je i nazywa starymi pannami, nieszczęśliwymi, biurwami, kurwami, a czasami nawet lesbami, bo po prostu są po 30stce i są singielkami. Niektóre dumnymi, a niektóre cicho pragnące miłości. Bo to ludzka potrzeba być kochanym i potrzebnym i to żaden wstyd. Żaden też wstyd tego nie potrzebować i mieć rozwijającą się karierę zawodową. Są kobiety, które nie wyobrażają sobie biegającego i krzyczącego dziecka po domu, które krzyknie „mamo”. Nie chodzi o to, że nienawidzą dzieci, lubię cudze dzieci, czasem nawet stwierdzą, że są urocze, ale nie wyobrażają sobie wydać na świat własne i to nic złego. 
Żadna z tych grup nie jest gorsza od drugiej. Nie ma kur domowych, ani singielek. Jesteśmy my, kobiety z różnymi potrzebami, poglądami, uczuciami.
Potem jest trzecia grupa, która na to patrzy, czyli ja. Zmuszona udawać silną, niezależną singielkę, która nie uważa siebie za starą pannę, tylko musi wiecznie tłumaczyć zdziwionej rodzinie i znajomym, że „facet jej do szczęścia nie potrzebny”. Ja zmuszona, a ja prawdziwa to dwie różne osoby. Ta prawdziwa zawsze chciała wybrać swoją wymarzoną suknię ślubną, mieć dom z wielkim ogrodem, gdzie czytam z partnerką poranną prasę przy kawie, gdzie ucinamy sobie drzemki i czytamy książki, a wieczorami urządzamy grill dla znajomych i rodziny. Ja nigdy nie pragnęłam księcia z bajki ani księżniczki, pięknej czy bestii, śpiącej królewny czy Barbie. Chciałabym żyć w społeczeństwie, gdzie też mogłabym wstawić swoje zdjęcia ze ślubu w ramki i nie musieć się ich wstydzić. Móc zmienić status związku na chociażby związku”, od 3 lat.  

sobota, 10 września 2011

Świat po World Trade Center.

Czym był dla mnie 11 września 2001 roku? Dniem kiedy wróciłam ze szkoły, a oczom ukazał się przerażający widok ludzi wyskakujących z okien. Dzień, w którym nie zajrzałam do książek i zadań domowych, bo przez całe popołudnie i wieczór, nie chcąc iść spać, śledziłam wydarzenia, które wstrząsnęły chyba każdym. Dniem kiedy Nowy York przestał być znany dla mnie tylko ze względu na Times Square, Broadway, Empire State Building czy Statuę Wolności. To był dzień od którego World Trade Center stało się najsłynniejszym miejscem wycieczek milionów turystów z aparatami. Tylko co oni fotografują? Strefę Zero – ogromną dziurą przypominającą o ogromnych stratach i dowodzie, że każda największa budowla może runąć jak domek z piasku? 11 września był dniem kiedy zjednoczyli się nie tylko wszyscy Amerykanie, ale i chyba cały świat, chociażby przed telewizorami. Sondaże pokazują, że u Amerykanów tuż po atakach zauważono znaczny wzrost optymizmu. Ludzie czuli się pełni nadziei. Z roku na rok ten optymizm malał i ustępował miejsca strachowi. Dekada po World Trade Center nazywa się przez wielu obserwatorów dekadą strachu. Mnie osobiście niesamowicie szokowało, wręcz odrzucało, skręcało w żołądku, gdy widziałam obrazy  ludzi wyskakujących z okien, czy to pojedynczo, w parach, kurczowo trzymających się swoich toreb. Czy to dla taniej sensacji czy z osobistego szoku i chęci udokumentowania każdej chwili tej tragedii, nie rozumiem jak można było bombardować świat tragicznymi końcami, ostatnimi chwilami życia tych biednych ludzi uciekających przed ogniem. Ludzi, którzy musieli wybrać między śmiercią w płomieniach a niewyobrażalnie bolesnym upadkiem. Myślę, że to był moment kiedy to świadomie czy też nie, media już napędzały aparat strachu, który miał opanować Stany Zjednoczone na następne 10 lat. Początkowe poczucie zjednoczenia dawno zniknęło, pozostało chyba tylko już u niewielkiego procentu zwolenników Busha i głębokich patriotów. Zgniłym owocem tamtych dni jest do dziś odczuwalna niechęć wobec muzułmanów, nie tylko w USA, ale i na całym świecie. Bo czy my sami, gdy dostrzegamy człowieka z arabską urodą nie naśmiewamy się, że pewnie w plecaku chowa bombę? Choć poziom lęku spada, to jest przecież jeszcze mnóstwo obywateli amerykańskich twierdzących, że ciągle wisi nad nimi widmo ataku terrorystycznego. Choć nigdy nie byłam wielką fanką polityki Bush’a, to trzeba przyznać, że świetnie wykorzystał moment nienawiści i chęci zemsty Amerykanów i przemienił to w ogólnokrajową chęc odwetu i przekonał miliony, pod sloganem „wojny z terrorem”, do wojny z krajami arabskimi. Co śmieszniejsze, przekonał do tego wiele innych państw w imię solidarności z ofiarami. Wojna, która miała być błyskawiczną stała się 10-letnią pijawką wysysającą biliony dolarów z budżetu Stanów Zjednoczonych doprowadzając dziś potęgę na skraj bankructwa. Choć Osama Bin Laden resztę swoich dni musiał spędzić w 4 betonowych ścianach, nieustannie w ukryciu, to pośrednio udało mu się osiągnąć cel i sprawić, że Amerykanów opanowuję kryzys nie do pojęcia.  Ja dziś siadam i z niedowierzaniem patrzę, że ten cyrk trwa już 10 lat. Że ta tzw. wojna z terrorem nie ma zwycięzców tylko przegranych. Przegrane miliardy, przegrani weterani, za których terapie rząd USA musi teraz również płacić miliony; przegrane próby wprowadzenia demokracji, komórek, Internetu i asfaltu do krajów arabskich, ćwierć miliona ofiar tej wojny, ataków samobójczych. Rozpowszechnianie strachu w USA, nie jest niczym nowym. Oni są w tym ekspertami, chyba żadne media nie potrafią tak dobrze napędzać ludzkich uczuć jak amerykańskie. Przypomnijmy sobie paranoiczny strach i nagonkę na podejrzane, outsiderskie dzieci po ataku na Columbine w 1999 roku, kiedy to dwoje nastolatków weszło z bronią automatyczną (zakupioną w świeci typu Kaufland) do swojej szkoły oddając 900! Strzałów, zabijając 12 uczniów i 1 nauczyciela, raniąc mnóstwo innych. Chłopacy popełnili samobójstwo, więc do dziś nie wiadomo co nimi kierowało. Media, grupy religijne, politycy, psychologowie, socjologowie próbowali obwiniać wszystko i wszystkich, poczynając od Marilyna Mansona a kończąc na Internecie, brutalnych filmach, grach. Mało kto wypowiedział by głośno, że to wina ogólnodostępnej broni i wszechobecnemu strachowi w amerykańskich mediach. Po tym wprowadzono metalowe bramki w szkołach, dziecko posiadające chociażby pilniczek w plecaku zostało wydalane ze szkoły. Dziecko noszące szerokie spodnie było podejrzane, bo przecież takowe potrafią pomieścić mnóstwo broni. Zawieszono kiedyś dziecko, które wymachiwało w szkolnej stołówce kością od przed chwilą zjedzonego kurczaka, ponieważ objawiał niezdrowe zachowanie. Panika napędzana przez media podczas Halloween by nie bawić się w łapanie jabłek zębami, ponieważ w jednym z miasteczek ukryto w nim żyletki. Nie było cukierków ani psikusów dla dzieci tego roku. To nie bzdury, ale fakty. Więc dla mnie to, co zapowiadało się dekadą zjednoczenia i pokoju, stało się najbardziej bezsensowną dekadą od wieków w historii  Stanów Zjednoczonych. Jakby chcieli sobie odbić niewielki udział w wojnach światowych, rozpoczynając swoją własną trzecią wojnę światową, pochłaniając biliony dolarów i własny kraj. Szerząc więcej nienawiści i ksenofobii niż tolerancji. Przecież sama Statua Wolności nie jest nieskazitelna, początkowo była miejscem selekcji imigrantów przypływających do wybrzeży Nowego Yorku. Tak jak i bliskim zmarłych w katastrofie Tupolewa, tak i szczerze współczuję tylko i wyłącznie ocalałym i bliskim ofiar World Trade Center, których tragedię wykorzystuje się już pełną dekadę do szerzenia własnych poglądów i budowania wokół tego biznesu. Ale jak to powiedział policjant będący tamtego dnia pod wieżami, oburzony faktem robienia zdjęć temu gigantycznemu grobowcowi: „Ale co mogę zrobić? Taka jest ludzka natura. Zawsze i wszędzie można trafić na dupka”. 

czwartek, 25 sierpnia 2011

podróż sentymelna wspomnieniami Polskich Kolei Państwowych:)


Media przez ostatnie tygodnie pokazują nam lub też ostrzegają przed strajkami kolejarzy, by zastanowić się nad ewentualną alternatywną formą podróży, ponieważ pociągi staną w miejscu. Cóż za ironia, skoro nie wiele się to różni od powszechnego dnia na naszych polskich dworcach:) Kolejarze walczą o wyższe płace to i my pasażerowie powinnyśmy zastrajkować i wykrzyczeć swoje postulaty:) Każdy z nas marzy o punktualnym odjeździe i przyjeździe, o wagonie ocieplanym zimą, a chłodzonym latem, o wygodnych miejscach w pociągu, a właściwie w ogóle o miejscu siedzącym. Pragniemy czystej toalety, poszczędzimy już tego papieru toaletowego, można zaopatrzyć się w chusteczki higieniczne, ale chociaż niech już tak niemiłosiernie nie śmierdzi! Niech konduktor sprawdzający bilety przywita i poprosi nas z uśmiechem o bilet i legitymację, a niech nie patrzy jak na przestępcę, który potencjalnie może nie ma tego biletu bądź legitymacji. 
Cały ten zgiełk wokół strajków jak i facebookowy OnetBlog:) sprawił, że odżyło mnóstwo wspomnień z niezliczonych podróży naszym zacnym PKP:) 3 lata studiów dojeżdżałam codziennie na 50km trasie na studia i ciągle w miarę regularnie korzystam z usług polskich kolei, więc podróż sentymentalna do wspomnień związanych z polskimi pociągami nie powinna być trudna:)
Podczas 3letniego dojeżdzania na studia wyrobiłam się w krótkodystansowych sprintach z przystanku tramwajowego na dworzec by móc zdążyć dotrzeć do domu o ludzkiej porze. Uwielbiałam więc dni, kiedy biegłam ile sił w nogach by dobiec na pociąg o 18:59, a dolatując na dworzec dziwię się skąd tu takie tłumy i pociąg zapchany. Wpadając niczym gazela do pociągu bojąc się, że zaraz zamknie drzwi ledwo dysząc. Nie wystarczyły 2 sekundy bym dowiedziała się, że "pani nie miała co biec, nie odjechały jeszcze 2 poprzednie pociągi" :) Moim więc najdłuższym czekaniem były 4 godziny na jakikolwiek pociąg w moją stronę do domu. Oczywiste było, że nagle z wielkiego poznańskiego dworca zniknęli jacykolwiek konduktorzy czy pracownicy PKP w obawie przed zabiciem słownym przez rozwścieczonych pasażerów:) Ile razy człowiek musiał wskakiwac też bądź wyskakiwac z ruszającego już pociągu, to pomińmy:)
Podzielmy może te wspomnienia na różne kategorie. Przenieśmy się więc teraz do usterek pociągowych. Jedna z najczęstszych i moich ulubionych to było wyłączenie prądu i zgaszenie świateł w wieczornych pociągach. Z natury jestem osobą raczej otwartą i lubiącą rozładowywać napięcie dobrym żartem, dlatego stojąc w tłumie ściśniętych ludzi w ciemnościach, gdzie każdy ociera się o siebie zawsze z koleżanką krzyczałyśmy : kto złapał mnie za tyłek?!...niech zrobi to jeszcze raz!”
Ostatnią zimą wracałam pociągiem z plastikowymi siedzeniami. Weterani wiedzą, że te są najgorsze, bo najbardziej niewygodne i gdy grzeją w pociągu to plastik nagrzewa się również jak piec. Więc był to jeden z tych piekielnie zimnych dni, kiedy pociąg piekielnie przegrzano i tradycyjnie pociąg stanął w miejscu i szczerym polu na jakieś 20 min. Wszyscy zaczęli się pocić, zacne cztery litery znacznie przegrzewać. W chwilach, gdy w pociągu dzieje się coś tak denerwującego, że aż groteskowego to ludzie zaczynają na siebie spoglądać, jakby szukając sprzymierzeńców i towarzyszów własnej niedoli. Lubię widzieć, gdy ludzie wtedy się do siebie uśmiechają, bo już przecież nic innego nam nie pozostało i każdy wspólnie myśli, ok. niedługo ruszymy, a nie tylko mi się tu tyłeczek i nogi na ruszcie palą. I w tym momencie, gdy widziałam, że zbliża się konduktor powiedziałam: jak zaraz nie ruszymy to nie tylko się tu wszyscy ugotujemy, ale mi tyłeczek się spali, więc zaraz będę zmuszona wyskoczyć z pociągu i zamoczyć tyłek w tej górze śniegu za oknem”. Cały wagon w śmiech i o dziwo konduktor też się zaśmiał nie marudząc.
Jak już pisałam blogowej koleżance następna zabawna usterka to były zamarznięte drzwi przez które nie dało się wysiąść. Dlatego jeden z silniejszych przedstawicieli płci męskiej postanowił je kopnąć, by otworzyć. Ku naszemu zdziwieniu, a potem ogólnemu rozbawieniu, drzwi odpadły niczym lekkie piórko i rozsypały się jak ten lód. Widok bezcenny. Kolejna zabawna sytuacja to podróż do Warszawy na darmowy koncert Stinga w 2004 roku, pamiętam jak dziś. Pociąg tradycyjnie tak zatłoczony, że całą drogę z koleżanką stałyśmy w wąskim korytarzu Tanich Linii Kolejowych (tak nawiasem mówiąc, uwielbiam tę nazwę biorąc pod uwagę ich standard i cenę:)), gdy nagle przy 100km/h drzwi się otworzyły tworząc takie tornado, które podniosło każdej kobiecie bluzkę po samą szyję odsłaniając atrybuty piersi ku uciesze każdego mężczyzny. Śmiejąc się, krzyczałyśmy, że czujemy się jak w teledysku Jennifer LopezJ:) By drzwi zamknąć trzeba było wezwać konduktora by poprosił maszynistę o zwolnienie pociągu, ponieważ ciśnienie było zbyt duże, a ryzyko wypadnięcia jakiegoś śmiałka próbującego drzwi zamknąć,
jeszcze większe. Wracając do temperatur w pociągach, zatwardziali podróżnicy wiedzą, że PKP myli pory roku:) Zimą zazwyczaj marzniemy do szpiku kości, pamiętam te wieczory, gdy jesteś tak grubo ubrana, a i tak marzniesz, trzęsiesz się i przybierasz przedziwne pozy by czuc zimno jak najmniej dotkliwie. Zdarza się również, ze zimą pociągi są przegrzewane, do tego stopnia, że ludzie słabną. Jechałam wtedy jednym z wielu pociągów po 6 rano na zajęcia, udało mi się tradycyjnie wywalczyć miejsce na górze (ponieważ zawsze jeździłam dwupiętrówkami, w których najlepiej siadać u góry, bo okno da się w miarę otworzyć i wpuścić trochę powietrzaJ). Człowiek przyzwyczaja się do tego stopnia, że wiedziałam przy którym słupie na peronie trzeba stać, by pociąg zatrzymał się z drzwiami otwartymi tuż przed Tobą. I tego sennego dnia, w ścisku niemiłosiernym, upale w środku zimy, sen przerwał nam ciężki upadek. Mianowicie tuż nade mną zemdlała stojąca dziewczyna, która głową upadła tuż obok moich nóg, reszta umarłaby na zawał, huk był tak głośny. Współczułam jej bardzo, bo nie raz czułam się bliska omdlenia w tym ścisku, ale gdzie tu prosić o godne warunki podróży, nieszkodliwe dla zdrowia. Usterek pociągowych można by wymieniać i wymieniać, dlatego pójdźmy dalej, tudzież pojedźmy:)
Kolejna kategoria jaką można stworzyć jeżdżąc codziennie kolejami to ludzie, z którymi dzielisz podróż. Ci to dopiero potrafią być różnorodni i ciekawi, a także niesamowicie irytujący. Ludzie nie wiedzą, bądź udają, że nie wiedzą, że gdy słuchają głośno muzyki w słuchawkach, to o 6 rano rozbrzmiewa ona głośnym echem na cały wagon. Dlatego dziewczyna słuchająca kiedyś Rihanny „Please don’t stop the music” na cały regulator nie dająca spać innym pasażerom doprowadziła do tego, że w końcu powiedziałam „Please STOP the music”!:)
Jednak historie alkoholowe w pociągach bywają śmieszniejsze. Kiedyś wracając z Warszawy, mniej więcej w Kutnie zwolnił się prawie cały mój przedział, wsiadło do niego bodajże 5 mężczyzn w podeszłym wieku, zasłonili zasłonę, by nikt ich nie widział. Opanował mnie drobny strach i zastanowienie co zamierzają zrobić, ale spojrzeli na mnie i powiedzieli: proszę się nie martwic, nic Pani nie zrobimy. Na co wyciągnęli spirytus, w gazecie kabanosy, paluszki, plastikowe kubki iii słoik z ogórkami, albowiem ich popitą była, dosłownie, woda po ogórach:). Mój strach szybko przemienił się w wyciszony śmiech, zwłaszcza na ich niewinną propozycję dołączenia się i prób poczęstowania mnie paluszkami. Mniam, zważając na to jak ich dłonie były "czyste" po pracy:)
Wracając w nocy zdarzało mi się raz spotkać zboczeńca przed którym obronili mnie inni, zdarzyło się trafić na mężczyznę uzależnionego od hazardu, który podczas podróży opowiedział mi całe swoje życie i jak go żona zaczęła nienawidzić i wyrzuciła z domu. Chcąc skorzystać z toalety nie marzymy o czystości, papieru nie widziałam tam nigdy, ostatnio za to na podłodze toalety spał sobie pewien osobnik nie bacząc na zapachy dookoła, możliwe, że do spania uraczyło go kołysanie, bo każdy kto próbował wie, że w toalecie pociągowej rzuca i trzęsie najbardziej:)
Zdarzyło Wam się spotkać onanistę bądź kogoś zbliżonego? Mi dwa razy, niestety raz tuż przy mnie. Wracając jak zwykle zmęczona, rozłożyłam się wygodnie i oparłam głowę o szybę do spania. Miły pan zapytał uprzejmie i niegroźnie, czy może usiąść koło mnie, więc bez problemu pozwoliłam. Będąc już w półśnie poczułam, że budzi mnie rytmiczne szturchanie jego łokciem. Gdy postanowiłam otworzyć w końcu oczy z poirytowania dlaczego ten „miły” pan nie daje mi spać, zrozumiałam dlaczego:) Pan się jak gdyby nigdy nic, onanizował. Znając procedurę spotkania takiej osoby w pociągu, że nie ma co krzyczeć i się oburzać, wstałam i grzecznie się przesiadłam, to samo zrobiły 4 inne dziewczyny dookoła, po czym pan jak gdyby nigdy nic wstał i odszedł. Najbardziej jednak ciekawiło mnie, czemu nie zauważyła jego nagiego członka dziewczyna siedząca naprzeciwko niego i nad „nim” pisząca smsy. Może pstrykała zdjęcia na mmsy:) Wówczas mnie to bawiło, ale co jeśli dookoła siedziało by jakieś dziecko? Obowiązkiem jest to zgłosić i wyrzucić faceta z pociągu, ale z drugiej strony to kolejne opóźnienia;)
Rzeczywistość jest taka, że nasze PKP jest w opłakanym stanie, i technicznym, cenowym, obsługowym i w kwestii standardu, ale wspomnień i wrażeń dostarcza nieustannych. Można się z tym nauczyć żyć i nawet przyzwyczaić i reagować już tylko śmiechem, ale smutne jest to, że zaczynamy to z czasem traktować jako normę, bo przecież zasługujemy na godny transport osób, bo już paczki kurierskie mają chyba bardziej ludzkie warunki przewozu. Istnieją jednak sztuczki pozwalające oszukać system. Co tu zrobić, gdy spóźnisz się na osobowy, a następny jedzie pospieszny, a szkoda Ci na bilet? Najprościej w świecie udawaj, że go masz i że był już sprawdzany. Pewność siebie to klucz sukcesu. Gdy zdarzały mi się takie sytuacje to po prostu zaraz po wejściu do pociągu zajmowałam miejsce siedzące, ściągałam buty, rozkładałam się do spania i wyciągałam stary bilet kładąc go na półeczkę udając, że śpię, ponieważ konduktor zaglądający do przedziału i widzący ten bilet z góry zakłada, że był on już sprawdzany. Uwierzcie, wiele razy tak zaoszczędziłam na Tanich Liniach Kolejowych:)
Jakie są Wasze "bezcenne widoki"? Czy da się pokochać nasze PKP jednocześnie je nienawidząc, spojrzeć na nie z sentymentem i tym ironicznym uśmieszkiem i tak jak ja udać się w podróż sentymentalną raz jeszcze w polskie nasze wagony?:)