poniedziałek, 22 sierpnia 2011

górskie przemyślenia marudy o krótkowieczności szczęścia.


Jest wiele spraw, rzeczy, pytań na świecie, których nie lubię. Nie bez przyczyny mówi się na mnie wybredna, choć ja wolę patrzeć na siebie jako osobę z konkretnym gustem. Nie lubię obojętnie jakiego soku pomarańczowego. Mięso nie może być kiepsko przygotowane czy przyprawione. Nie żałuję pieniędzy na dobre jedzenie. Ubranie nie może nie być praktyczne i rozwalić się po krótkim czasie i nie moja wina, że akurat cena dyktuje często jakość to też nie kupuje ubrań tanich. Alkohol nie może być byle jaki jeśli ma smakować do pewnych potraw. Wolę Coca-Colę od Pepsi. Chipsy tylko Lays. Nie jestem wybredna. Po prostu wiem, co lubię.
A to czego zawsze nie lubiłam to pytanie czy jestem szczęśliwa. Stwierdzenie, że jest się szczęśliwym wywołuje u innych zazdrość i niedowierzanie tak naprawdę. Gdy słyszę kogoś obwieszczającego dookoła pełnię szczęście patrzę z ukrytym w myślach grymasem i zastanawianiem, w którym momencie to szczęście przestanie być takie wszechobecne. Nie ma samych dni słońca. Czasem przychodzi deszcz, czasem chmura, czasem burza z piorunami. Jakże banalne porównanie, ale jak najbardziej trafne jeśli odniesiemy je do naszego życia i humorów. Nie wierzę w permanentne szczęście, nawet nie chcę w nie wierzyć, bo to by znaczyło koniec drogi i starań, skończylibyśmy się jako ludzie i wkroczyli chyba w erę bez uczuć, w jakiś bezstan i wieczne bezczucie. Można mi zarzucić, że ciągle mi czegoś brakuje, nie można mnie zadowolić, ciągle czegoś szukam i sama nie wiem czego. Ja osobiście lubię tę niepewność, niepokój, ciągłe zastanawianie się, okazjonalne łzy smutku i pustki, bo to sprawia, że ciągle się staram i szukam ciągle to nowszych rozwiązań i dążeń do tego wymaganego szczęścia. Czasami mam wrażenie, że dzisiejszy świat narzuca nam, wmusza wręcz, szczęście by pozostać normalnym. Bombarduje się nas różnymi produktami, które mają dać chwilowe szczęście. Spójrzmy na reklamy, według nich jesteśmy bezustannie za brzydcy, za grubi, za brudni, za biedni, za głupsi i kupno danego produktu ma polepszyc nasz byt. Nie możesz ich nie miec, nie możesz pokazac, że może jesteś nieudacznikiem. Tak samo, gdy spotykasz się z „niby” przyjaciółmi to przecież nie chcą tak naprawdę widzieć Twojego złego humoru, masz obowiązek założyć szczęśliwa maskę z wymuszonym uśmiechem, inaczej jesteś gburem i marudą. Nie jestem osobą, która lubi udawać, że wszystko jest w porządku, gdy nie jest. Więc nie przepadam za stwierdzeniami, że nie jestem szczęśliwa. Bo nie wierzę w ideały i wieczne szczęście, bo szczęście nie tkwi w wieczności, tylko w momentach. Właśnie wróciłam z wyjazdu w góry. Z ucieczki do natury, przepięknych wschodów słońca, zapierających dech w piersiach widoków, majestatycznych gór, które sprawiają, że czujesz się bliżej szczęścia i perfekcyjnego stanu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. A tu co się dzieję? Zamiast dzielic wspólnie to szczęście z towarzyszami wyprawy większość chwyta się za telefony i wstawia fotę na facebooka, żeby podzielić się chwilowym uniesieniem ze znajomymi przed komputerami zamiast z tymi, którzy są z nimi na wyciągnięcie ręki. Co to świadczy o naszym społeczeństwie? Pragniemy wiecznego szczęścia, a szukamy go w prostokątnym ekranie telefonów i komputerów zamiast w dłoni czy ramieniu kogoś bliskiego. Uśmiech wywołuje liczba powiadomień, „Lubień” i komentarzy na portalu społecznościowym niż dzielony uśmiech osób dookoła, gdy patrzysz na szczyty górskie w blasku słońca. I czemu mi się mówi, że przesadzam, gdy proszę by zejść z facebooka chociaż zanim zejdziemy z góry? Nie chcę urazic kogokolwiek, kto tak robi, ale nie trzeba tego robic na każdym przystanku, po powrocie do domu, jakby świat miał się skończyc, bo znajomi nie zobaczą gdzie jesteśmy i co robimy. Dlaczego nie czerpiemy tej radości z wnętrz siebie i bliskich osób dookoła? 
Ja jestem dumna, że mimo wszechobecnego Internetu i, nie ukrywam, własnego uzależnienia od niego, potrafię zostawić świat wirtualny za sobą i wkroczyć w ten rzeczywisty. Całe życie żyję snami w świecie rzeczywistym, który czasami czyni nas niewidzialnymi, a Internet mu w tym pomaga. Tam na górze czułam się widoczna, wysoka, rześka i szczęśliwa. Zawsze chciałam zmieniać świat, uwrażliwiać ludzi na zapomniane piękno dookoła, w naturze, małych szczegółach. Dziś znalazłam film mówiący o 28-letnim zdziwaczałym pracowniku biurowym, który wieczorem przebiera się za bohatera, który wierzy, że ma super moce i na przykład ratuje kobiety przed rabusiami. Film pokazuje gorzko-słodki smak bycia osobą wierzącą w niemożliwe – mianowicie poczucie misji w imię czynienia bezinteresownego dobra i niesienia pomocy bezbronnym ludziom, nie oczekując nic w zamian. Świat rzeczywisty uczynił go niewidzialnym, dlatego postanawia w masce stawać się anonimowym bohaterem. Zabija się jego ideały i karze dorosnąć. Zainspirował mnie do dalszych rozważań o wierze w ideały.
 I to wieczne szczęście. Interpretując słowa, które widziałam na jednym z wrocławskich pomników „Do nieba patrzysz w górę, a nie spojrzysz w siebie: Nie znajdzie Boga ten, kto go szuka tylko w Niebie”  - w górach, tak blisko nieba, człowiek czuję się najbliżej boskości, wręcz nieważkości. I ja w tamtych momentach czułam szczęście w sobie. Spojrzałam w siebie, potem dookoła, za siebie, przed siebie i wszystko krzyczało szczęściem pochodzącym od natury. Warto czasami odejść od tego pudła komputerowego, by potem móc wrócić i mieć o czym napisać ze względnym sensem :)

środa, 10 sierpnia 2011

rewolucja generacji NIC.


Znajomy pracujący w hotelu w dzielnicy Croydon w Londynie stoi na dachu i nie wierzy własnym oczom. Dzieciaki niespełne może 12-letnie najpierw plądrują sklep ze sprzętem AGD, nawet nie kradną telewizorów, po prostu niszczą wszystko doszczętnie. Po chwili dobierają się do sklepu rowerowego, kradną rowery, przywiązują telewizory do rowerów na kable i ciągną je za sobą tworząc niesamowity bałagan. 
Kolejny znajomy posiadający sklep i SPA wychodzi wieczorem przed sklep by bronic go przed ewentualnymi chuliganami, od godziny 18 do północy nie pojawił się żaden policjant, dopiero jeden po północy. 
Patrzyli jak płonął dom meblowy stojący tam od 150 lat, przetrwał pierwszą i drugą wojnę światową, a zniszczyli go gówniarze. 80letni właściciel nie jest w stanie tego pojąc. Ja też nie potrafię.
Bo zaczęło się od zastrzelenia czarnoskórego dilera narkotywego, tak? Miał broń, ale jej nie użył i to zapoczątkowało ten cały burdel? Nie od dziś przecież wiadomo, że osoba wyjmująca broń, może potencjalnie jej użyc, więc był realnym zagrożeniem. Nawet jeśli to była tzw. hate crime, czyli morderstwo na tle rasowym ze strony policji, to to co się dzieję na naszych oczach nie jest dla mnie do pojęcia i zrozumienia.
Po drugie, żaden to powód, tylko pretekst. Ludzie krzyczą, że w ten sposób odbierają swoje podatki. Jacy zresztą ludzie, to dzieci. Wyjęci spod prawa, bez uwagi rodziców. Nawet jeśli są biedni, nawet jeśli obcięto im zapomogi socjalne, to nie mają najmniejszego prawa ani sensownego powodu by tak spustoszyc Londyn i inne miasta. Ale co są im winni ludzie, którzy uczciwie zapracowali na swój zarobek? Skoro buntują się przeciwko polityce rządu, to niech niszczą budynki administracji rządowej, a nie domy zwykłych ludzi, lepszy samochód i każdy napotkany sklep i bankomat. Grecja, Hiszpania, Francja. Tam chociaż faktycznie o coś chodziło, o wyższą wartośc i walkę o swoje prawa. Ten motłoch o nic nie walczy, niszczy dla samego zniszczenia, dla ujścia agresji. Gotuje się we mnie, gdy widzę tych "bohaterów" kryjących się pod kapturami i maskami. Mam nadzieję, że skoro faktycznie czują się na tyle dojrzali, by niszczyc dorobek zwykłych obywateli, to są na tyle dojrzali by ponieśc karne konsekwencje. 
Całą tą spirale nakręcają serwisy społecznościowe jak Facebook i Twitter i telefony BlackBerry. Nazwa Blackberry Riots wydaje się tutaj właściwie. Telefony BlackBerry są jedynymi, w których nie można śledzic smsów i połączeń, więc jest to kolejna dobra wymówka. Dziś napotkałam gdzieś artykuł, w którym twierdzi się, że jesteśmy w tej chwili najmądrzejsi, osiągnęliśmy apogeum inteligencji. O zgrozo. To możemy stac się jeszcze głupsi? Pokolenie Facebooka, braku zainteresowań, wyższych wartości, idei wartych poświęcenia. Pokolenie z koktajlami Mołotowa w ręku zamiast CV w celu poszukania pracy i uczciwego zarobku. Lepiej życ z pieniędzy rządu. Uczciwych obywateli. W takim razie czy nasz postępowy świat powinien ograniczac dostęp do takich portali jak Facebook, gdy jest on wykorzystywany do tworzenia chaosu i burd? No cóż, taki świat sami stworzyliśmy, ta postępowośc w technologii jest naszą zasługą, powstrzymanie tego jest już niemożliwe.
Na ulicach Londynu zbiera się tzw. straż obywatelska. Ludzie z miotłami i rękawiczkami w dłoniach gotowych do sprzątania. Zbierają się niby pokojowo, ale na Facebooku również pojawiają się wydarzenia i grupy, które wyrażają chęc użycia ostrej broni wobec tych chuliganów. Żądają odcięcia całkowitych dotacji dla tych osób, nie chcą płacic podatków by potem utrzymywac tych ludzi w więzieniach. Czym więc różnią się jedni od drugich? Nienawiścią odpowiadają na nienawiśc.
Przypomina mi się film dokumentalny Pięc Kroków do Tyranii, o którym kiedyś pisałam. Prezentował on kilka eksperymentów psychologicznych udowadniających tę przeraźliwą tezę, której spełnienie widzimy teraz na własne oczy - że w każdym z nas drzemie ziarno zła, które może nas popchnąc do okropnych czynów. Eksperyment profesora Zimbardo, który miał na celu pokazanie, że gdy przypiszę nam się określone role, mimo wyraźnego podkreślenia, że jest to tylko eksperyment, to jesteśmy zdolni do niewyobrażalnego okrucieństwa. Eksperyment gwałtownie przerwano, ponieważ biorący w nich udział za bardzo wczuli się w rolę i zaczęli siebie faktycznie torturowac i poniżac. 
Dziś nie widzimy pięciu króków do tyranii. Widzimy jeden krok. Wystarczyło jedno wydarzenie by napędzic spiralę takiej nienawiści i agresji, że ludzią niszczą wszystko co napotkają niczym dzikie zwierzęta oddające się swoim pierwotnym instyntkom. Myślałam, że my ludzie, jesteśmy lepsi. że potrafimy wyjśc na przeciw siebie i powiedziec stop i podac sobie ręcę. Że kieruje nami moralnośc i wrodzone ziarno dobra. 
Jedna kobieta, do której domu wpadli chuligani gotowi go splądrowac, stanęła i krzyknęła: Co wy tu robicie?! Dzieciaki spojrzały na nią i uciekły. Pokonała ich słowem i swoją asertywnością. Prowadźmy dialog, nie nieme zło wypisane na profilach na facebooku czy twitterze. Bez kamieni, kijów, mioteł w rękach. Ze słowami na języku.
   


czwartek, 4 sierpnia 2011

Pominięte bohaterki z Utoyi.

1,5-godzinna strzelecka jatka na wyspie Utoya obiegła cały świat. Razem z nią informacje o bohaterskich czynach ludzi przebywających na pobliskich wyspach zaczęły rosnąc jak grzyby po deszczu. Słyszeliśmy o mężczyźnie, który po otrzymaniu telefonu od znajomych, że na sąsiedniej wyspie dzieje się coś złego, wsiadł w łódź i bez wahania popłynął po ocalałych. Jednak dziś portale grzmią o pominiętych dwóch kobietach. Toril Hansen oraz Hege Dalen uratowały 40 dzieci. Więc media po pierwsze pytają czy to przez to, że kobiety rzadko przedstawia się jako bohaterki zdolne do spontanicznych poświęceń? Obraz kobiety  w obliczu niebezpieczeństwa, to raczej ta krzycząca blondynka wbiegająca do góry po schodach, zamiast wybiegająca frontowymi drzwiami, gdy napotyka napastnika w domu. To ta ze zwichniętą kostką przez niezdarne chodzenie w szpilkach, niż ta z raną spowodowaną obroną niewinnych ofiar.
Toril i Hege jadły piknikową kolację, gdy nagle usłyszały krzyki i strzały. Bez wahania wsiadły w swą niewielką łódź i pod ostrzałem popłynęły ratowac dzieci wskakujące do wody, rozpaczliwie starające się uciec mordercy. Powtórzyły ten kurs 4 razy dzięki czemu 40 istot ocalało. Dziś nie potrafią się ogarnąc po tym wydarzeniu i są pod opieką psychologów.
Dziś tak naprawdę huczą portale homoseksualne, ponieważ Toril i Hege są lesbijkami. Na dodatek w związku małżeńskim. Dlatego przez pominięcie ich historii w przecież nie tylko norweskich mediach zadaje się mnóstwo pytań czy to z powodu ich orientacji seksualnej. Niektórzy twierdzą, że pokazanie lesbijskich bohaterek w mainstreamowych mediach mogłoby promowac tą orientację wśród młodych. Na dodatek mogłoby wyglądac na to, że rząd norweski propaguje też związki partnerskie ze względu na to, że kobiety są małżeństwem. Czy tak faktycznie jest? W końcu zwyczajnie media rzucałyby się z wywiadami na taki heroiczny wyczyn i trafiałby on na pierwsze strony gazet, a jednak wielu o tym nie słyszało. W Polsce informuje nas o tym serwis plotek.pl obok wiadomości o Dodzie czy Nergalu.
Czy powinno się o tym mówic? Czy to homoseksualna przesada i niepotrzebne wzbudzanie kłótni przez działaczy na rzecz praw gejów i lesbijek? Momentami myślę, że nie powinno się od razu wysnuwac takich wniosków i nie dac się zwariowac i wszędzie doszukiwac dyskryminacji. A czy może jednak po prostu pokazac światu, młodym ludziom, że na świecie, poza ideologicznymi psychopatycznymi mordercami, istnieją dobrzy ludzie, którzy popędzą na ratunek innym bez względu na ich kolor skóry, orientację seksualną, płec czy poglądy polityczne?

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

alkoholizm genetyczny.

Jestem kobietą lubiącą alkohol. Nie do pomyślenia fakt, że w czasach kiedy wszyscy zaczynali pic, ja się zapierałam, że go nigdy nie tknę, mówiąc jaka to beznadziejna forma prób dopasowania się i wyglądania "cool". Nie znosiłam widoku ludzi młodych zachlanych, okrytych własnymi wymiocinami, z nie przerwaną jeszcze błoną dziewiczą, ale desperacko tego pragnących drogą upojenia alkoholowego. Ale jak każdego, dopadła mnie presja grupy rówieśniczej, a właściwie osoby, która mi się podobała tamtego czasu. I tak moim pierwszym alkoholem był tradycyjnie tani winiacz, który wyzwolił we mnie pokłady radości i chęci robienia wszystkiego, co głupie czy zakazane. Jak nigdy wcześniej. Pomyślałam: kurde to da się przekłnąc i czuc przy okazji śmiesznie.
Dziś wracam do tych chwil i zastanawiam się dlaczego tak się temu kiedyś opierałam?
Bo alkoholizm to powszechny obraz w tle polskiej flagi i opinii międzynarodowej. Bo brat mojej matki to alkoholik. Bo jej drugi brat wypadł z okna pod wpływem i zginął. Bo alkoholizm innego członka rodziny doprowadził do jego silnej woli powieszenia się na klamce.
Ostra prawda, gorzka prawda, cała prawda. Więc ja się boję czy alkoholizm i poczucie wiecznej mizerności jest genetyczne? Dziś, ot tak sobie, ponownie zapragnęłam smaku piwa w swoich ustach. Bo kocham ten niewiążacy związek moich miękkich ust z moim kuflem. Gdy słyszę to namiętne pssss przy otwieraniu piwa i nutę kojącą, gdy przelewam je do kufla, albo prosto do swojego gardła z butelki. Z sokiem czy bez, smakuje wybornie. Ten smak sprawia, że jest on wart bólu głowy na drugi dzień. Rozpływam się, gdy wino łączy się z mozzarelą i pomidorami w sosie włoskim zagryzane pieczywem czosnkowym. Lubię jego czerstwośc i kwaśny posmak wytrawności na moim języku. Whiskey, nienawidzone przez jednych i ubóstwiane przez innych. Szybko przeszłam od jednych do drugich. Whiskey łamane samym lodem przyprawiające czasami o grymas na twarzy, ale szybko rozluźniające ciało, sprawiając, że nie mam kaca na dzień drugi, sprawiło, że bez problemu stała się moją "żoną". Picie whiskey robi z Ciebie twardziela. Ktoś, kto znosi taki smak, zniesie dużą dawkę bólu.
Dziś więc nie ważąc na brak makijażu, starą koszulę i spodenki i japonki na sobie, czerwony lakier na paznokciach u stóp z lekka już zdrapany, wyszłam do sklepu z drobniakami w kieszeni wyjmując 2 Tyskie z lodówki, dodając do tego chipsy i cukier. Z wprawą wirtuoza skręciłam w lewo za stoiskiem z warzywami, nachyliłam się, otworzyłam sobie lodówkę i sięgnęłam po upragniony napój. Uśmiechając się do sprzedającej, która widzi mnie niemal codziennie, i mówiąc, że po raz kolejny przyszłam po kolację i napój Bogów zarazem. Dodałam do tego cukier by miec pretekst do kupienia też artykułów życia codziennego. Co nie zmienia faktu, że miewam chwile, gdy czuję wstyd przychodząc jak ostatni żul po piwska do sklepu osiedlowego jak jeden z wielu rasowych alkoholików tam notorycznie bywających
I pomyślałam patrząc na swoje ubranie: matko czy zawsze muszę wyglądac idealnie, w końcu idę tylko do spożywczaka? Jestem kobietą, która lubi alkohol i gdy ma na niego ochotę to wyjdzie po niego w gaciach do sklepu? Może niekoniecznie, ale tak jak facet ma prawo łazic ze spoconymi pachami, bekac publicznie, pic piwo pod sklepem, to chyba ja też mogę wyjśc po swoje? Mężczyźni widzący mnie sięgającą po piwo, a nie soczek, bardzo się tym widokiem w końcu lubują. Nie wiem czy myślą: ha, ta to jest "Swoja" dziewczyna. Wiem, że alkoholizm nie jest dziedziczny, jesty procesem wynikającym często z ciężkiego losu. Mi do tego daleko, po prostu głośno pytam, gdzie on może się zacząc. Czasami sięgam po alkohol dla zabawy, czasami dla towarzystwa, czasami ze smutku, czasami z nudy, czasami z czystej ochoty, czasem z braku optymizmu. Zazdroszczę ludziom ciągle miłym, uśmiechniętym, widzącym teczę po burzy i rozwiązanie do każdej sytuacji. Optymizm jest jak dziecięca niewinośc, pewnego dnia, okrucieństwa życia nam go odbierają. Jak kobieta, która każe Ci patrzec na swoje blizny i znajdywac w szufladach zakrawiowne noże i kapselki po Tymbarkach z napisem "moje kochanie" splamione jej krwią. Gdy uczysz się, że ciemnych sekretów ludzi pochłoniętych własnymi demonami nigdy nie odgonisz sama. Ci którzy każą nieśc ze sobą te brzemię nie pytając czy masz jeszcze siłę, aż pewnego dnia znajdujesz te siłę w sobie by wstac i pobiec na pociąg do domu i nie wrócic.
Dziś jednak piję zdrowię szczęścia, szans nie straconych, ale odzyskanych, łyk złocistego piwa za zeszły tydzień i Ciebie, która znosi moje pesymistyczne ja, wiedząca, że optymizm gdzieś kryje się zawsze nad tym mięśniem piwnym, zwanym brzuchem. Bliższa lokalizacja - serce. Ciągle biję i ma się dobrze, czasem tylko brak ciepła Twojego zamiast świec.

poniedziałek, 25 lipca 2011

"przeraźliwie metodyczny" weekend.


Mam na imię Annika, mam 15 lat. Nie wiem jeszcze dokładnie jaki zawód będę wykonywac w przyszłości, ale wiem, że chcę pomagac ludziom i otwierac ich umysły na piękno tego świata, uwrażliwiac ich, pomagac. Może będę robic to językiem filmu, a może zostanę psychologiem? Nie wiem i niestety się nie dowiem, bo zostałam zastrzelona przez Andersa Behringa Breivika... 
Jestem Naud i mam lat 17. Jestem chłopakiem z natury otwartym i nie rozumiem ludzkiej nietolerancji ze względu na kolor skóry czy inne zaplecze kulturowe. Leżę tutaj pod stołem i choc nigdy nie byłem blisko z Bogiem, to modlę się teraz do niego by strzelec mnie nie znalazł. Mam całe życie przed sobą i żałuję słów, których nie wypowiedziałem ani rzeczy, których nie zrobiłem. Nigdy nie całowałem się z dziewczyną i nigdy już tego nie poczuję, bo bezwględny zabójca upewnił się strzałem w moją głowę, że nigdy tego nie doświadczę...
Mam na imię Yrsa i mam 20 lat. Wstąpiłam niedawno do młodzieżówki Partii Pracy, bo zamiast ciągłego mówienia o zmianach przez polityków, ja chciałam ich faktycznie dokonywac. Moje pomysły na lepsze jutro i świat nigdy już nie przybiorą się w słowa, ponieważ utonełam w lodowatej wodzie uciekając przed mężczyzną, który strzelał do nas jak do kaczek. Walczyłam ile mogłam, ale przemarznięte ciało wygrało. 
Jestem Mika, leżę tutaj ranny pod innymi ciałami i udaję martwego. To miał byc mój pierwszy obóz, godzinę wcześniej rozmawiałem jeszcze z dziewczyną, która mnie oczarowała i wierzyłem, że będzie moją pierwsza wielką miłością. Teraz kątem oka widzę jej piękne blond włosy zanurzone w kałuży krwi. Wydaję mi się, że już nie oddycha...
Jestem Amy i mam 27 lat. Nie wiedziec czemu, los, życie, geny bądź Bóg obdarzyły mnie rzadkim głosem, który porywa miliony. Jednak spokojne życie  gwiazdy pop nie jest dla mnie. Nikt nie zmusi mnie do pójścia na odwyk, do bezpiecznego seksu i bycia wierną. Żyję dla siebie i żyję na najwyższych obrotach. Z roku na rok trwonię swoje pieniądze i talent. Nie potrafię już nawet wyjśc trzeźwa na scenę i przypomniec sobie tekstów własnych piosenek. W sobotę zostałam znaleziona na podłodze hotelu. Żyłam szybko, zmarłam młodo.

Nie wiem o czym myślały młode ofiary Andersa tuż przed tym, gdy wycelował w nich bronią. Może nawet nie zdążyły pomyślec o czymkolwiek. Ale powyższe myśli mogły byc właśnie tymi ostatnimi i to nie może mi wyjśc z głowy w związku z tymi wydarzeniami. Nie to dlaczego to zrobił, czy ktoś mu pomagał. Tylko to jak przerażone musiały byc te dzieci, gdy Anders w imię nienawistnych idei zabijał je w "przeraźliwie metodyczny" sposób. Czym one mu zawiniły? Tego pojąc nie mogę. Jak okrutne musiało byc chowanie się przed mordercą i czekanie na wybawienie. Jak te minuty musiały wydawac się wiecznością. To jak te sceny będa do nich wracac w koszmarach, podczas najprostszych chwil życia. Czy istnieje gorsza trauma niż ta, która spotkała tak młode osoby? Czy kiedykolwiek uciekną od tego piętna. Piętna ocalałego?
   

To zdjęcie przedstawia ocalałe...
Tym bardziej denerwuję fakt, że na portalach społecznościowych typu facebook, ludzie przejmują się, ogłaszają, współczują śmierci Amy Winehouse. Kobiety, która, nie oszukujmy się, z pełną świadomością i na własne życie wyniszczała swoje zdrowie narkotykami i alkoholem, powoli popełniała samobójstwo na oczach milionów. Zalicza się ją teraz do Klubu 27, czyli przedwcześnie zmarłych gwiad typu Janis Joplin, które również zmarły w wieku 27lat. Ja jednak do tej kategorii bym jej nie zaliczała, ponieważ tamte gwiazdy, żyły w czasach, które powiedzmy wymagały od nich takich uzależnień. Te gwiazdy nie weszły w swoje kariery już z nałogiem i promowały go, to ich szybka kariera i życie ich wyniszczyły. Nie widzę Amy Winehouse by miała się wpisac w kanon tak wielkich ikon popkultury. Wiem, że nie powinno się mówic źle o zmarłym, i w końcu ja też lubiłam jej muzykę, ale dotyka mnie po prostu fakt większego współczucia dla jej osoby, niż blisko 100 osób, które zginęły w Norwegii. Rozumiem, że może ludziom łatwiej jest współczuc Amy Winehouse, ponieważ o wiele większa liczba osób czuję się z nią połączona przez jej muzykę i fakt, że była osobą publiczną, może niektórzy byli tez na jej koncercie, ale jednak zastanówmy się w sercu czy mamy miejsce na więcej współczucia. Więc ja współczuję tym niewinnym, młodym ludziom, u progu życia, z wachlarzem możliwości i niespełnionych marzeń, których życia przedwcześnie zgasły nie na ich życzenie... 

piątek, 15 lipca 2011

doklejona do zdjęcia.

Tak właśnie mija czas. Bezsłownie, bez weny. Czas bezczelnie i bez pozwolenia gna do przodu, a moje kartki leżą puste i ciche. Nie są w stanie mnie zachęcic, przywołac ani też włożyc do głowy słów. Nie da się pisac bez słów w głowie. Literki na klawiaturze nie wystukują się same. Wczoraj były Twoje urodziny, dziś mija pół roku odkąd znów jesteśmy razem na przekór wszystkim i wszystkiemu i nie mogło byc Nam lepiej i za to Ci dziękuję. Że Ty jedna jesteś zawsze, nieważne czy jest dobrze czy źle i znosisz mnie. Zwłaszcza w tych chwilach, gdy nie ma mnie obok. Bo ja czasami naprawdę wychodzę z siebie i staję obok i nie ma osoby, która mogłaby  mnie do siebie wrócic prócz mnie samej. Przepraszam, że w tych momentach psuję Ci zabawę. Nie robię tego naumyślnie, to jest silniejsze ode mnie.
Są wakacje. Jak zwykle mijają błyskawicznie, a ja się boję, że nie zdążę zrobic tego, co zaplanowałam. A tak właściwie nie byłam jeszcze w żadnym miejscu, w którym chciałabym byc. Wiatr przynosi zapach zeszłorocznych wspomnień i obiecałam sobie, że tegoroczne takie nie będą. Ale póki co czuję się doklejona do zdjęcia, na którym nie powinno mnie byc. Chcę zrobic zdjęcie, zobaczyc krajobraz, w którym będę widziec siebie i inni też mnie zobaczą. Nie będę tylko drzazgą w stopie psującą innym zabawę. Nie miałam czasu bądź nie potrafiłam nic napisac przez ponad ostatni miesiąc. Żaden gorący temat Onetu czy wiadomośc z pierwszych stron gazet nie poruszyła mnie na tyle by zalał mnie potok słów. Życie też nie przysparza weny. Życie ciągle coś ode mnie chce, a ludzie razem z nim. Pragną optymizmu, uśmiechu, nadziei na lepsze jutro, miłości, którą we mnie stracili, no i oczywiście pieniędzy. Plany kupna samochodu legły w gruzach, dlatego stwierdziłam, że może jak wyremontuje co nieco, to poczuję się lepiej, wena sama napłynie przy sprzyjającej atmosferze pracy w czystym i MOIM pomieszczeniu, ale ja już liczę pieniądze, które niepotrzebnie straciłam. Ostatnio czytałam artykuł pt." Dorabiam, nie narzekam". Ludzie pracują tam prawie 24 godziny na dobę, nie mają czasu na rodzinę, na którą zarabiają, bo muszą ją jakoś utrzymac. Z roku na rok właściwie ludzie zarabiają mniej, a wydatki się zwiekszają i drożeją. Gdzie tu logika. Kiedyś moich rodziców przy zarobkach ojca było stac na wycieczkę za granicę i remont, dziś mój ojciec pracy nie ma, a dom tonie w długach. Ja zarabiam przyzwoicie, ale to ciągle za mało, a wcale wiele nie wydaję na siebie. Dzisiejsze realia wysysają z nas pieniądze, ale też życie. Odbierają spokojny sen, słodkie lenistwo i beztroskę. Mało kto w dzisiejszych czasach potrafi się zrelaksowac i zapomniec o rzeczywistości, bo tuż za rogiem czai się kolejny rachunek do zapłacenia, a cyferki na koncie tylko maleją. Nie wiem co się dzieje z dzisiejszym światem, że upadają gospodarki przyzwoitych krajów. Więc dlaczego ja mam się tym nie martwic i stanem własnego konta? Nie da się od tego uciec i spokojnie usiąśc na dywanie swojej sypialni podziwiając własną pracę włożoną w jej wyremontowanie. Zrobiłam to po jak najtańszych kosztach, a i tak wyszło dużo, a do końca miesiąca daleko i ludzie poproszą jeszcze mój portfel o kilkaset złotych conajmniej. Więc tak właśnie mija czas, uciekają minuty i pieniądze i radośc. Czując się doklejona do czasów, w których przyszło mi życ.

czwartek, 9 czerwca 2011

obalając łóżkowe mury.


Bohaterkami tej notki są Edie Windsor i Thea Spyer, których życie poznałam przez obejrzenie filmu dokumentalnego pt.”Edie and Thea: A Very Long Engagement”. I ich zaręczyny były naprawdę długie, bo trwały 40 lat, po upływie tego okresu postanowiły w końcu polecieć do Toronto i wziąć wymarzony ślub. Nie chcę jednak opisywać ich historii, zainteresowanych odsyłam do tego wzruszającego filmu. Mianowicie z ich długoletniego związku wysłuchiwałam ich recept na długowieczną świeżość i siłę uczucia. Nie były one odkrywcze, jednak tylu ludzi się ich nie trzyma. Radziły nigdy nie przestawać tańczyć, nigdy nie odkładać radości na później i nigdy nie rezygnować z seksu. 
Wciąż kręcimy się i pędzimy w swoim życiu, ale nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ilu z nas z czasem przestaje oddawać się wolności i swobodzie tańca? Czyż nie krzepiącym jest mając 77 lat złapać ukochaną osobę za rękę i po prostu zatańczyć? Mnie osobiście nic tak nie uwalnia i nie relaksuje jak taniec. Nawiasem mówiąc, dawno tego nie robiłam. 
„Don’t postpone Joy”. Taki napis widnieje na lodówce Edie i Thea. Nie odkładaj radości na później. One dwie w swoim życiu zwiedziły pół świata. Nigdy nie odkładały uciech na później. Ilu z nas mówi sobie, że odpocznie w weekend. Wyrwie się z rutyny, zrobi coś niespodziewanego, szalonego, tylko dla siebie, dla nas, dla odświeżenia życia. I właśnie w momencie, gdy chwytamy za walizkę, pakujemy się, dzwoni telefon, ktoś puka do drzwi, rodzice wpadają z wizytą, ktoś prosi o pomoc. Z miną zbitego psa i rękoma opuszczonymi do podłogi, z poczuciem rezygnacji chowamy walizkę z powrotem do szafy nie mówiąc nikomu o naszych niespełnionych zamiarach. Mówimy: dobrze mamo, zrobię to, zrobię tamto. Dlaczego nie umiemy mówić innym nie, i sobie nie umiemy powiedzieć głośnego TAK! Co roku mówię sobie, że wybiorę wycieczkę Last Minute All Inclusive, nie patrząc na koszta, po prostu pozwolę sobie żyć i wynagrodzić trudy życia codziennego. Kto wie, może w końcu nie odłożę radości w te wakacje tylko złapię życie za rogi?
Edie i Thea od początku łączyła głęboka namiętność. Jednak Thea stopniowo traciła władzę w nogach, aż w końcu doświadczyła całkowitego paraliżu i dużą część życia Edie się nią opiekowała. Nigdy nie przestały tańczyć i nigdy nie zrezygnowały z seksu. Podkreślają to, że nieważne co trzeba zrobić, ale trzeba się dostosować, docierać, starać, być aktywnym. To samo podkreśla seksuolog, z którym ostatnio czytałam wywiad. Bo lubimy Myślec i chwalić się, że wiemy już wszystko o seksie, a prawda jest taka, że nikt nie wie. Bo o seksie trzeba rozmawiać. Bo jak dr Zbigniew Liber podkreśla, seks jest najważniejszą potrzebą każdego człowieka. Zaraz po jedzeniu i piciu. I nie ma tu miejsca na wstyd czy zaprzeczanie. Jedyne przed czym trzeba się bronic to schematy. Dr przestrzega mężczyzn przede wszystkim przed ich własnym narcyzmem i doświadczonymi kochankami. „To jest najbardziej niebezpieczny typ kobiety w łóżku. Jeśli ona sama w trakcie budowania intymności nie powie, jakie są jej oczekiwania, co lubi, za czym nie przepada, to koniec. Bo jeden fałszywy ruch i można kobietę porządnie do siebie zrazić. Z rozszyfrowaniem potrzeb seksualnych w ogóle nie jest łatwo. Nawet kiedy mowa o naszych własnych. Przede wszystkim najpierw trzeba odkryć, że w ogóle się je ma.” Dlatego podkreślam rolę dialogu. Bo seks to nie tylko fizyczność. Bo nie powinno mówić się o seksie w oderwaniu od uczuć, związku, przywiązania emocjonalnego. Bo orgazm zaczyna się w mózgu, a nie samym ciele jako tako. Budujemy między sobą mury w łóżku. Czy to kostka złożona z milczenia czy gorzkich słów kłótni. Najwyższe mury buduje nasza głowa. Nasze myśli, niemożność skupienia się. Ciągłe życie w stresie i pośpiechu. Odliczanie i patrzenie na wskazówki zegarka czy mamy wystarczająco czasu. Bo szef nas goni, praca czeka, trzeba wcześnie wstać. Dlaczego tak wiele osób nie potrafi tego wyłączyć? Moim zdaniem, gdy już dzielimy tak intymną chwilę, to dzielmy ją w pełni albo wcale. Czasami mam ochotę złapać wszystkich ludzi za ręce, spojrzeć im w oczy i powiedzieć by zwolnili. By oddali się sobie w pełni. Nie myśleli w łóżku o nie  ugotowanym obiedzie, nie wypranych ubraniach, nie zrobionej pracy. By oderwali wzrok od zegarka, pędzącego czasu. By zamknęli oczy i poczuli każdym milimetrem ciała dotyk drugiej osoby. To jest jak elektryczność przepływająca pod i na skórze. Wyjdzie nam to tylko na zdrowie. Poczujemy się szczęśliwsi, bardziej atrakcyjni i pełni mocy do działania i wszystkie wasze zmartwienia, które wznieśliście do łóżka wydadzą się błahe i wykonalne w trybie błyskawicznym. Bo seks jest ważny nie tylko po jedzeniu i po piciu, ale i w trakcie i przed nim. 

środa, 1 czerwca 2011

Burza w życiu Stormy/a.

Dziś z okazji Dnia Dziecka nie wzruszył mnie artykuł o marzeniach dzieci ani o tym kim chcieliby być politycy w przyszłości, gdy byli dziećmi ani też nie przykuwają uwagi nawoływania do przeznaczenia 1% podatku dla jednego z chorych pociech, ale zbulwersował mnie artykuł mówiący o Stormie. Otóż Storm, bądź też Storma, to dziecko kanadyjskich rodziców. Nie jest chore ani nienormalne. To co się z nim robi moim zdaniem odbiega od normy. Ponieważ rodzice Storma/Stormy zadecydowali nie informować dziadków, znajomych ani świata jakiej Storm/Storma jest płci. Pragną dla swojego dziecka wolności wyboru płci. Nie chcą jej/mu niczego narzucać. Uczą, że nieważne co ma między nóżkami, ale liczy się to kim same chce być. Rodzice mają już dwójkę innych dzieci, chłopców, ale im również pozwalają podejmować wybory nieograniczające ich ze względu na płeć, dlatego też ,gdy idą na zakupy i chłopcy chcą kupić sukienkę, rodzice nie oponują. Dumnie chwalą się, że jeden lubi sukienki różowe, drugi fioletowe. Jak się idzie domyślić historia ta budzi kontrowersja pośród kanadyjskich i amerykańskich mediów, psychologów i psychiatrów. Są zwolennicy i przeciwnicy. I choć staram się zachować otwarty umysł i pojąc, że może faktycznie pozostawienie dzieciom wolności wyboru może jakoś korzystnie na nie wpłynąć i że nikogo nie powinno interesować co to dziecko ma między nogami to jednak nie potrafię. Nie potrafię pogodzić się z faktem, że rodzice sprawiają ze cały świat chce zajrzeć ich własnemu dziecku w spodnie czy pod spódniczkę. Nie godzę się z tym, że uczynili ze swojego dziecka obiekt ich eksperymentu. Bardziej chylę się ku argumentom psychiatrów, którzy podkreślają, że to dziecko z biegiem czasu nie będzie wiedziało kim jest, a określona tożsamość dziecka jest kluczowa dla jego zdrowego rozwoju. Najbardziej jednak złości mnie fakt, że to mi odmawia się wychowywania dziecka. To są rodzice heteroseksualni, którzy, choć pewne to nie jest, ale najprawdopodobniej krzywdzą swoje dziecko na oczach milionów, a to ja uważana jestem za nienormalną. Ja nie odebrałabym dziecku jego tożsamości i nie wmuszała eksperymentalnej wolności wyboru. 90% naszego społeczeństwa uważa, że osoby homoseksualne nie powinny adoptować ani wychowywać dzieci. Jako główny argument wymienia się fakt, że dziecko powinno mieć męskie wzorce w domu. A ile samotnych matek wychowuje dzieci bez ojców z pomocą swoich matek, a za męski pierwiastek bierze się wujka, dziadka czy brata. Tu w ogóle nie chodzi o to, chodzi o to co nam się wpaja. Dziś również czytamy, że jesteśmy coraz bliżsi ustawy o związkach partnerskich. Dzięki czemu będę mogła dziedziczyć po partnerce, wspólnie się rozliczać, będę mogła uzyskać informacje w szpitalu kiedy coś się stanie mojej ukochanej i będę mogła decydować o miejscu jej pochówku. I czy to nie są ludzkie, humanitarne prawa dla każdego człowieka? Już ponad połowa Polaków jest za wprowadzeniem związków partnerskich. Co dziwne, największe poparcie jest wśród osób w wieku 40-50 lat, a najmniejsze 18-28. To obiecująca, a zarazem niepokojąca wiadomość. Młody wiek przeciwników wskazuje na to, że młodzi są pod silnym wpływem rówieśników, wychowawców, czyli tego co wpaja nam kościół i szkoła, w której nadal naucza się, że homoseksualizm jest nienormalny. Obiecujące jednak jest to, że człowiek z wiekiem zdobywa doświadczenie, poznaje różne ludzi i kultury i zmienia swoje poglądy. Rozwijamy się.  Tą samą postępowością chwali się PO, gdzie pod tym artykułem widnieje następny, w którym senatorzy homoniechętni PO przegłosowali ustawę zakazującą osobom homoseksualnym prowadzenia rodzinnych domów dziecka. Pan Roman Giertych parę lat temu próbował przepchnąć ustawę nakazującą zwalniania osób homoseksualnych, ustawa powyższa niewiele się różni od tej giertychowskiej. Więc mnie denerwuje, że to mnie uznaje się za niekompetentnego, nienormalnego i niepełnego rodzica, gdy po ziemi stąpają nie tylko patologiczne rodziny, ale i takie heteroseksualne, które ponad dobro dziecka stawiają swoje dziwne pomysły i chęć eksperymentowania. 

poniedziałek, 23 maja 2011

moja zwyczajnie-niezwyczajna Mama.


Siedząc ostatnio w poczekalni z nudy sięgnęłam po egzemplarz "Twojego Stylu", w którym wciągnął mnie artykuł, który zawierał trzy wywiady z córkami pani Magdaleny Środy, Ewy Kopacz i Henryki Bochniarz. Miał on na celu pokazanie tych kobiet w oczach ich córek, a także krzyk tych córek o własną niezależność i zapewnienie, że nie są jedynie cieniami swoich matek. Każda z nich jedyna w swoim rodzaju, nie gorsza od swojej matki, równie zaskakująca i pracowita. Każda z nich opisywała swoją mamę jak super-mamę. Taka, która wprawdzie nie piecze placków, nie wstaje rano i nie przynosi do domu świeżego pieczywa na śniadanie, nie taka mama, która czeka z kolacją bądź obiadem na swoje dzieci. Taka mama, która sprawia, że chcesz ją wiecznie zadowolić, bo ona daje tyle światu i innym, więc nie zasługuje na marudzenie swojej córki o błahe sprawy. Mamy - kobiety sukcesu, polityki. Kobiety silne, niezależne, pracoholiczki ciągle walczące o swoją sprawę. Kobiety nadzwyczajne się wydaje. Pomyślałam czytając jak te córki próbują opisać swoje matki jako wyjątkowe, mimo tego, że między wierszami czuć ich pewien żal, że ich rodzicielki tyle zawsze pracowały i stawiały córkom wysoko poprzeczkę świadomie bądź nie. Broniły ich i wcale się im nie dziwię.
Pomyślałam o mojej mamie. Nikt nie przeprowadzi ze mną wywiadu na temat mojej mamy, bo nie jest nikim medialnym ani wyróżniającym się z tłumu. Dla wielu może wydawać się zwyczajna, ale pomyślałam, że też bym jej broniła za wszystkie skarby świata, gdyby ktoś ośmielił się nazwać ją zwyczajną. Moja mama nie pracuje od ponad 30 lat. Z ojcem zawarli umowę, że to on pracuje, a mama siedzi w domu i wychowuje dzieci i odkąd pamiętam bardzo się starała dobrze wywiązać z tego zadania. Czasem podniosła rękę, czasem krzyknęła, ale nigdy nie sprawiła, że ją za to znienawidziliśmy, bo zawsze sobie na to zasłużyliśmy. Pilnować gromadki 6tki dzieci potrafi na pewno wyprowadzić nie raz z równowagi. Moja mama dostała jedną z najlepszych pracy - bycie matką. Choć wydaje się to zawód bez prospektów, wysokich zarobków, nagród czy pochwał dla mnie awansuje każdego roku. Codziennie uczę się o niej czegoś nowego i czerpię od niej inspirację. Ona ma prawdziwą matczyną intuicję, zna wszystkie dobre rady, żałuję, że nie zawsze je wypowiada. Przerażającą ilość razy ma rację. Gdy pewnego dnia przyprowadziłam do domu swoją pierwszą dziewczynę przedstawiając jako koleżankę, nie myślałam, że mama będzie wiedzieć. Od razu mi powiedziała: nie ufam jej, nie lubię jej. Nie wiedziałam, że widząc moją radość, uśmiech, rumieniec na twarzy, pozna, że to więcej niż koleżanka. Bardzo starała się mnie od "tego" bronic zakazując wyjazdów, wyjść, spotkań. Dziś wiem też, że nie chodziło o to, że była lesbijką, ale dlatego, że czuła, że nie jest dobrym człowiekiem i mnie zrani. Nauczyłam się po prostu nie pokazywać jej moich dziewczyn i kłamać. Jednego dnia oglądając program o homoseksualistach, pamiętam jak dziś, powiedziała: powinno się ich leczyć i zamykać w drzwiach bez klamek i leczyć elektrowstrząsami. Na drugi dzień oglądałyśmy program o dzieciach, które się tną,  bo nie mogąc znieść świata, kłamstw, rzeczywistości. Popatrzyła na mnie zmartwiona i powiedziała, że ma nadzieję, że tak nie robię i chciała zobaczyć moje ręce. Dziś wiem, że wiedziała już wtedy, że każdego dnia noszę w sobie ciężar odrzucenia, ukrywania się przed nimi i przymusu okłamywania. Po kilku latach i kilku ukrywanych dziewczynach w naszym domu zaczęła się pojawiać coraz częściej koleżanko-dziewczyna , którą mama nauczyła się akceptować, lubic i nie odtrącać. Pytała kiedy przyjedzie znowu, nie przeszkadzało, że pojawia się nawet w święta. Gdy mnie zraniła, wiem, że mama zaczęła ją nienawidzić nie dlatego, że nagle zniknęła z naszego życia, ale dlatego, że zrobiła mi krzywdę. Gdy dziś jesteśmy ze sobą znowu, a mama nauczyła się ją akceptować na nowo i nie mścić się, wiem, że choć w najmniejszym stopniu, to akceptuje to, ze ma córkę lesbijkę i jestem z  tym szczęśliwa i pewna. Nigdy o tym nie rozmawiamy, rozmawiamy o jej samopoczuciu, choć jej łzy rozdzierają serce, doceniam, że czuję się bezpiecznie przy mnie na tyle, by te łzy mi pokazać  i swoje serce wylać przede mną przy kubku herbaty, bo wie, że wysłucham i zrobię dla niej wszystko. Piecze placki, codziennie robi obiady, wstaje rano, by każdy miał świeże pieczywo do pracy, dba o czystość domu i porządek wśród swoich dzieci, zależy jej , by żyło nam się dobrze. Moja mama może i jest kolokwialną kurą domową, ale ze swoją troską, matczyną intuicją, inteligencją jest lepszą kobietą sukcesu niż inna minister zdrowia, polityk czy businesswoman. Zbliża się dzień matki i myślę, że mam swoją super-mamę przy sobie i na lodówce powieszę jej ładną plakietkę z napisem "Mama to przyjaciel, z którego nigdy się nie wyrasta". 

niedziela, 15 maja 2011

Zachodni kult szczęścia - nowa rasa winnych.


„W sondażu francuskiej gazety 90 proc. pytanych uznało się za szczęśliwych. Kto odważy się przyznać, że czasem czuje się źle, i przez to narazić się na powszechne potępienie?” Czytając to zdanie wiedziałam, że doczytam ten artykuł do końca, bo czy my też nie jesteśmy właśnie takim społeczeństwem? Kto przyzna się do poczucia pustki, smutku, osamotnienia w świecie wiecznie goniącym za perfekcją?
 Prześledźmy koncepcję szczęścia. Trudno sobie nam to dziś wyobrazić, ale kiedyś radość była zakazana. Niegdyś chrześcijaństwo nawoływało do unikania dóbr doczesnych, zakazywało pokus i pogoni za materialnym szczęściem, jedyne za czym mieliśmy gonic to godne życie wieczne w niebie, wszystko inne prowadziło do otchłani piekielnych.  W roku 1670r. Jacques Bossuet wymówił nastepujące słowa: „Gdyż świat doczesny to nic, tylko wspólne nasze wygnanie. Dobra śmierć otwiera drzwi ku wieczności, ku prawdziwemu, wiecznemu życiu. W tym zaś życiu wolno spodziewać się cierpień.” Także naszym zadaniem nie było szczęście, ale ciągłe myślenie o zbawieniu. Dziś każdy człowiek od tego myślenia się już oddala. Coraz więcej kościołów zostaje zamkniętych z powodu braku wiernych, którzy by go odwiedzali chociażby w niedziele. Dlatego wymyśla się różne sposoby użytkowania budynków kościelnych bez konieczności ich burzenia, jak np. w Amsterdamie z kościoła utworzono dyskotekę, w której była nawet Madonna.
 Także szczęście, kiedyś bardzo rygorystyczne, zostało poddane obróbce z momentem pojawieniem się różnych substancji uśmierzających ból, które pokazały ludziom, że nie muszą cierpieć i odwoływać się do modlitwy o zdrowie, wystarczy parę łyków aspiryny. Z każdym wiekiem przybywało nowych koncepcji czy wynalazków; nauka, rozum, przemysł, feminizm, freudyzm, awangarda. Wszystko to sprawiało, że odsuwaliśmy się od koncepcji Kościoła, który nakazywał cierpieć, księża, wierni coraz częściej byli prześladowani. Nawoływano nas do walki i pracy by osiągnąć swoje szczęście. W latach 60tych szczęście stało się wręcz obowiązekiem. Kapitalizm nakazał nam nie tylko pracować, ale i wiecznie konsumować. Pojawił się genialny i przeklęty wynalazek – kredyt. Hasłem każdego było żyć dobrze teraz, a płacić później. Zaspokajanie potrzeb i zachcianek stało się normą, odkładanie pieniędzy i czekanie wydawało się absurdalne. Wskutek przyszedł krach na Wall Street i fala samobójstw, bo ludzie zadłużyli się na sumy kilkakrotnie przekraczające ich dochody. Dziś czytamy, że w Polsce ponad dwa miliony Polaków nie spłaca długów. To o 400 tys. więcej niż rok temu. Jak to mój tata powiada: wieczne życie na kredycie. Dlatego ja unikam kredytów jak ognia, boję się ich jak zarazy, która opanuje mój organizm na całe życie.
Co jeszcze przyniosły nam dzisiejsze czasy? Skoro już ani Kościół, partia czy pozycja społeczna i majątek nie przeszkadzają nam w spełnieniu, zaczynamy winić siebie za brak szczęścia. Dlatego wymyślono chirurgię plastyczną, pigułki odchudzające, niezliczone terapie mające na celu pomóc nam w spełnieniu i satysfakcji z samych siebie. Żyjemy w czasach obsesji na punkcie zdrowia. Ze wszystkich sił próbujemy zatrzymać zegar i opóźnić drogę ku śmiertelności. Żywności nie dzielimy już na smaczną, ale na zdrową i niezdrową. Liczymy kalorie i tłuszcze na talerzu, wino pijemy nie dla smaku, ale dla dobra serca. Nikt nie jest wystarczająco silny, wysportowany czy zdrowy. Nasz nowy hedonizm otacza udręka. Wymyślamy sobie nierealne przykazania i jakby nie patrząc wracamy do samobiczowania, do cierpienia kosztem spełnienia. Próbujemy wyeliminować każdą wadę i anomalię, bo czujemy się winni własnego nieszczęścia. Czasami wydaje mi się, że przeobrażamy się w społeczeństwo hipochondryków. Codziennie myślimy jak tu zwalczyć niestrawność, nadciśnienie czy wszystkie „nad” bądź „nie” przypadłości. Zachodni kult szczęścia sprawił, że karze się ludzi nieszczęśliwych. Smutek to choroba społeczeństwa, do której nikt się nie przyzna z obawy na dziwne spojrzenia i potępienie. Człowieka mówiącego otwarcie o tym, co go boli i przyznającego głośno, że nie jest szczęśliwy uważa się za chodzącą anomalię. W pracy uśmiechamy się, opowiadamy żarty, zakładamy maski uśmiechu, bo strach pomyśleć, że ktoś może zobaczyć, że czegoś nam brakuje i jesteśmy nieszczęśliwi. Zmieniła się nasza koncepcja szczęścia - jesteśmy pierwszą chyba społecznością w dziejach unieszczęśliwiającą za to, że nie jest się szczęśliwym. Dlatego ja się  w tej mani szczęścia nie dziwię czasami komentarzom na moim blogu krytykującym to, że mówię prosto z mostu o tym, że coś jest ze mną, z nami, ludźmi nie tak. Można mnie nazywać marudą, gówniarą pozującą na staruchę ze złamaną duszą. Można mnie nie lubic za to, że czasami jestem nieszczęśliwa. Krytyka to głos naszego sumienia, rebelii, zastanowienia nad tym, czy czasami autor nie ma racji i dlatego wzbudził w nas takie silne bądź sprzeczne emocje.
Niedawno wracając z pracy samochodem myślałam o tym, jak marzymy o życiu innych. Marzyłam, że mój grat to mój wymarzony Mustang Shelby z 1969r., że muzyka z głośników jest o 100 razy głośniejsza, wiatr we włosach to bryza z nad morza, że moje okulary słoneczne to oryginalne Raybany, że to zachodzące słońce to słońce nad  Bulwarem Zachodzącego Słońca, że to okazjonalne wzniesienia i pagórki, to Grand Canyon albo Yellowstone. Wyobrażam sobie, że mój pokój to część przytulnego domu, z tarasem, altaną, hamakiem, grillem i jeziorem i lasem nieopodal. Bo nauczono nas ciągle gonić za tym, czego nie mamy i czuć się niespełnionymi.
Jednak Wolter w 1736 r. ujął szczęście w bardzo prosty sposób: "ziemski raj jest tam, gdzie ja". Szczęście zatem jest tu i teraz, gdzie ja. Nie we wczoraj, za którym nostalgicznie tęsknimy i już nie wróci, tym bardziej nie w jakiejś odległej, niepewnej przyszłości. Jest w tym co dziś zrobię, pokażę, oddam innym. Jest w każdym serdecznym uśmiechu obcego na ulicy, łzach spowodowanych śmiechem do rozpuku, w zetknięciu dłoni, gdy potrzebujemy tego najbardziej nawet o tym nie wiedząc. W delikatnej jak papirus skórze babci, w śmiechu dziecka, niespodziewanych komplementach, spotkaniach z bliskimi. Nawet jeśli czasem marudzę, wiem jak do tego szczęścia wrócić, tu i teraz.