poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Ludzie - lustra :)


Czy Wasze lustro jest Waszym przyjacielem? Maluje na Waszych ustach szeroki uśmiech czy raczej obraz zniechęcenia? Czy może częściej jest tą znienawidzoną z pracy koleżanką, która podwyższa sobie samoocenę notorycznie krytykując Twój wygląd? Wzburza wasze wewnętrzne oceany spokojów na tyle silnie, że macie ochotę ją momentami rozbić pięścią? Ja się przyznam, że dni miewam przeróżne. Bez problemu można to zauważyć w moim samo-destrukcyjnym zachowaniu wobec samej siebie, gdy jestem głucha na każdy komplement i pocieszenie.

Od paru dni ludzie zachwycają się kolejną reklamą Dove mówiącą o naturalnym pięknie.



Koncept reklamy jest prosty i tak samo przekaz, który tym bardziej czyni go dobitnym. Ma pokazać jak błędne jest żyć z myślą, że nie jesteśmy wystarczająco piękne – my – członkinie płci nazywanej przecież piękną. Jeśli znajdzie się kobieta, która patrzy w lustro po to, by zaobserwować w sobie coś ładnego, to chętnie ją poznam i pogratuluję zazdroszcząc w głębi, ponieważ nie oszukujmy się – zaglądamy w lustra szukając braków, niedociągnięć, odbarwień, zmarszczek, sińców pod oczami. Ja póki się nie umaluję i nie zakryje tych sińców podkładem, to nie założę na siebie takiej dawki pewności siebie jaką mam tuż przed wyjściem do pracy lub na spotkanie towarzyskie. Powyższa reklama pokazuje, że źródłem naszych kompleksów nie jesteśmy do końca my sami, ale kształtuje je społeczeństwo i rodzina. Bombardowanie nas idealnymi obrazami piękna i ubraniami o rozmiarach nigdy idealnie dopasowanych. I my zamiast tę różnorodność chwytać w garść i się nią nasycać, to jest ona gaszona w zarodku przez ludzkie złośliwości. Komplementuj, nie obrażaj! Pamiętacie? Dalej to praktykuję i bywa, że owocuję to niesłychanymi skutkami.
 Jednak sprawić komplement samemu sobie jest najtrudniej. Gdyby poproszono mnie o podane swojego opisu wyglądu, powiedziałabym, że mój nos wygląda jak kartofelek, broda momentami zbyt wysunięta, oczy mam wrażenie momentami od zmęczenia zbyt wklęsłe, ciągła kłótnia mojego apetytu z brzuchem, które nieustannie się sprzeczają obrażając się na siebie, obwiniając się bezustannie, a żyć bez siebie nie potrafiące. Gdy przyjdzie większy apetyt, do kłótni dołączają „boczki” i chęć rozbicia lustra zniechęcenia wzrasta podwójnie i przy kłótni może dochodzić do rękoczynów. Nie daj Bóg, gdy wydaje mi się, że brzuch mam większy niż piersi! To dopiero unikam spoglądania w dół przez czas drobnego głodowania by wrócić do pożądanej sylwetki. Dopóki nie zaczęłam chodzić na solarium, w domu ojciec wołał na mnie „człowiek mąka”, a siostra „zombie deska”. Potem się dziwić, że gdy zaczyna się chodzić do terapeuty to zawsze wraca się do dzieciństwa i relacji z najbliższą rodziną, wypatrzymy tam wszelkich patologii życia dorosłego. Myślimy, że gdy przestajemy być dziećmi, to złośliwe uwagi ustaną, że skoro my się zmieniamy, kształty nabierają kobiecości, tak samo i garderoba, to i Twoja siostra zamilknie - nic bardziej mylnego. Z własnego poczucia niepewności nigdy się nie wyrasta. Staram się pamiętać, że gdy ktokolwiek mi dokucza, to sam gdzieś ma w sobie tą samą bezbronną, zakompleksioną część swojego pozornie pewnego siebie lustra sztucznych wrażeń. Za chwilę pójdę zmyć makijaż i spojrzę na siebie przez chwilę i uzależnię znów punkt widzenia od mniej zdystansowanego do siebie punktu siedzenia. Przecież sińce pod oczami są dowodem zmęczenia po pracy, którą dziś wykonałam, a która sprawia, że mam pieniądze na np. tak niezapomniane emocje jak podczas minionego koncertu w Warszawie. Pieprzyk na środku dekoltu może być przecież dla kogoś niesamowicie zmysłowym punktem odniesienia, a nie szpecącą kropką.

Na szczęście oprócz tych ludzi, którzy na siłę stawiają nas przed lustrem własnych problemów i kompleksów sprawiając, że zaniżamy własną wartość, istnieją też ludzie, którzy rysują na lustrach naszych niepewności pełen, niewymuszony, szczery, a przede wszystkim ufny, uśmiech. Sprawiają, chociażby na minut kilka, że czujemy się piękni. Są ludzie – lustra. To ludzie, w których oczach odbija się obraz lepszych nas. Poziom atrakcyjności, seksapilu, pewności siebie nie zahaczającej o narcyzm, ciepła i momentalnej tęsknoty na myśl, że te oczy nie mogą tak patrzeć na nas bez przerwy, wzrasta gwałtownie, by może nawet chwilowo skroplić się łzą wzruszenia wymieszaną ze łzą wdzięczności, że ktoś przypomniał nam o zapomnianym uczuciu piękna.

Ja nigdy nie przestanę być wrażliwa na piękno, obrazy szczególnego piękna odkładam na półkę „niezapomnienia”. Wiecznie szukam wzruszeń by pamiętać o pięknie nie tylko ciała i duszy. Oprócz powyższej reklamy, zachwyca również występ też tego teatru cieni. Przypomina, że ciało nieważne w jakim wieku czy jakiej płci potrafi zapierać dech w piersiach kreśląc na naszym lustrze jedynie uśmiechnięte twarze:)


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Apel do homoterrorystów - Szanowne Homolobby;)


Pierwsze strony gazet, największe czcionki na portalach informacyjnych i wygodne fotele redaktorów programów publicystycznych w telewizji od czasu odrzucenia projektów ustaw o związkach partnerskich bezustannie do tego tematu wracają i zapraszają pozornie obeznane w temacie osoby, które chcąc uzyskać  bądź podtrzymać swoje 5 minut „sławy” wypowiadając co ciekawsze tezy na temat środowisk, których częścią nie są. Ja dziękuję temu głosowaniu, bo dzięki niemu wiem, że pierwszy raz w życiu nie pójdę na wybory. Polityczny cyrk panujący w naszym kraj trudno ująć w jakiejkolwiek książce, filmie (para?)dokumentalnym, a co dopiero w pozornej notce. Jednak absurdalność i zwykła śmieszność niektórych stwierdzeń woła o pomstę do nieba.

Homoseksualiści są bezustannie „na językach” politycznego światka. Ja nie życzę sobie bycia na języku osób pokroju p. Pawłowicz czy księdza Oko czy już nawet pani Szczepkowskiej.  Nabawiam się niestrawności czując kwasy żołądkowe ich przeraźliwie jadowitych i podsycających innych ludzi do nienawiści, słów. Gdzie to rzekome homolobby istniejące w teatrze pani Joanno? Chciałabym poznać adres ich siedziby, bo mam zamiar napisać list z zażaleniem, że jeszcze nie odkryto mojego wymarzonego od dziecka talentu aktorskiego i nie zapraszano na casting! Pani Pawłowicz podkreśla, że od nażarcia się hormonami człowiek płci nie zmienia, ja zamawiam tabletki szczęścia, braku uprzedzeń i otwartości dla całego Sejmu raz! Ksiądz Dariusz „Oczko”, autor książki „Bóg kocha homoseksualistów” (kocham grę słów w tym tytule:)), ogłasza wszem i wobec, że na tysiąc pedofilii przypada 400stu gejów i tylko jeden ksiądz, a powiedziały mu to statystyki znane chyba tylko jemu i temu Bogu, co tak homoseksualistów kocha. Inne dane poinformowały go, że rocznie gej ma 12stu partnerów, bo są seks narkomanami, no chyba, że są w związku, to mają tylko ośmiu. Szczerze wierzę, że w jego głowie i sercu wielkości ziarnka piasku jest on przekonany, że jego Bóg faktycznie kocha homoseksualistów i wybaczył im ich już zbereźności, gdy tylko okażą skruchę. 

Trudno nie zgodzić się tutaj z panią Małgorzatą Braunek, która słusznie zauważa, że katolicki naród polski zadekretował, że nie ma innej orientacji ani religii, są tylko heteroseksauliści i katolicy. Trudno się nie zastanowić, a potem nie zgodzić ze stwierdzeniem, że Kościół Katolicki „rażąco konserwatywnie hamuje rozwój społeczny”. Póki istnieliśmy sobie cichutko schowani w swoje ciasne szafy kłamstw, było wiadomo, że istniejemy, ale tej szafy się nie otwierało, to było dobrze, póki nie drażniliśmy. Polacy mają zakorzeniony lęk przed odmiennością. Mamy się nie pakować do parlamentu, nie pchać się do pierwszych ławek, nie wychylać się, nasze miejsce jest „za murem”. Braunek słusznie zauważa, że „Z tego głębokiego lęku przed jakąkolwiek innością rasową, kulturową religijną, seksualną, po prostu odmiennością, rodzą się paranoiczne ideologie obronne i teorie spiskowe.”

De Mello powiedział kiedyś „Ludzie przeważnie przyswajają wystarczająco dużo religii, by nienawidzić, ale zbyt mało, aby kochać”. Jak nauczyć ludzi kochać ludzi? Jak im to „przyswoić”? Nie znam innego sposobu jak słowa, a za nimi czyny. Nie wychodzę na balkon i nie krzyczę na głos z kim sypiam, nie noszę na sobie kolorów tęczy i takową też nie „rzygam”. Nie szukam miejsca w parlamencie ani na deskach teatru tylko dlatego, że jestem orientacji homoseksualnej. Jednak to zahamowane społeczeństwo sprawia, że za każdym razem ktoś się do mnie zbliża i zakrawa na bycie przyjacielem, budzi się we mnie lęk przed tym, że może ten ktoś oceni mnie jak pani Pawłowicz czy ksiądz Oczko. Przez takich ludzi przykuwam wielką i może nadmierną uwagę do tego, jak komuś „obwieszczam”, że preferuję kobiety. Były to zawsze rozmowy specjalnie przygotowanie, zaproszenie na kawę, piwo, odciągniecie na bok i szczera rozmowy w cztery oczy, jakbym co najmniej miała ogłosić, że kandyduję na prezydenta. Czy powinno to takie być? Czy obwieszczeniu miłości do kogoś powinno towarzyszyć tyle stresu, przyspieszonego bicia serca, strachu przed odrzuceniem, wyśmianiem, samotnością wśród tłumu? Nie jest to bomba, którą zrzuca się od razu znajomemu na głowę, ale czemu też w środku dorobiono nam mnóstwo kluczy do naszych zamkniętych na cztery spusty szaf, które skrupulatnie i ostrożnie, po czasie, dopiero rozdajemy bliskim? Na moje szczęście, gdy tylko sobie przypomnę, każda ta rozmowa była na swój sposób urocza i ważna dla obu stron. Pamiętam każdą ze szczegółami do dziś. Reakcje przeróżne: „no żartujesz sobie?!”, „nie możesz przecież wiedzieć już w tym wieku”, „domyślałam się przecież”, „nic to kochana między nami nie zmienia”. Oduczam się zakorzenionego przez nienaoliwione poglądowo społeczeństwo strachu przed ujawnieniem. Przestaję też planować wielce rozmowy, w których swą orientację ujawniam. Od 4 lat (sick!) przymierzałam się by mojej najlepszej koleżance w pracy (przyjaciółce?) powiedzieć o sobie. Ona mówi mi o wszystkim, ja najważniejszą część życia zawsze skrywałam, a ona nigdy nie pytała. Znacie to niepisaną, wiszącą w powietrzu chmurkę prawdę, której każda ze stron boi się tknąć, żeby się nie rozeszła i nie stała się ponurą chmurą burzową odcinającą drogę bliskim ludziom? Ja postanowiłam tę chmurę w końcu dotknąć w prostu sposób - nie mówiąc, pokazując. Że to jak kocham jest dla mnie tak naturalne jak oddychanie. Poskutkowało. Nie jest dziwnie, chmura radości, śmiechu i bliskości dalej między nami wisi. Dziś dalej, jak co dzień, przysiadła się do mnie by zjeść wspólnie śniadanie w pracy i opowiedzieć jak to się z mężem znów w weekend wynudziła.

Dziękuję Bogu, który mnie kocha, że są ludzie, którzy nie wierzą w statystyki księdza Oczko, nie obchodzi ich kto rozdaje role w teatrze, byleby były dobre i nie patrzy, kto ile nażarł się hormonów:)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wiosenne porządki w sercu :)


Kształtuje nas niezliczona ilość czynników. Poczynając od otoczenia, rodziny, mijając społeczność lokalną, poprzez ludzi nam bliskich. Rodzą się w nas różne zachowania, reakcje, słowa często podświadomie, bez naszego udziału. Najsmutniejsze jest to, że to te długotrwałe działanie krzywdzącej normy zostaje w nas najdłużej i jest najtrudniejsze do wyplenienia. Jednak nie jest to niemożliwe. Ja mam wiele takich zahaczających o patologię chwastów  do wyrwania.

Ile razy w życiu przepraszacie? Często podkreślam jak powoli wymiera bezinteresowna uprzejmość i używanie prostych słów, takich jak „proszę, dziękuję, przepraszam”. Myślałam, że uprzejmości nie da się nadużywać, jednak przepraszanie też może stać się patologiczne, gdy używamy tego w nadmiarze. Złapałam się na tym, że bezustannie za coś przepraszam. Przepraszam, że niechcący rozlałam kawę na kanapę, bo spodziewam się, że zaraz się za to zdenerwujesz. Ale przynosisz ścierkę i pytasz czy to ja się nie poplamiłam i że kanapa nie jest ważna, tylko ja. Gdy po intensywnym tygodniu siadamy przy kolacji i popijamy wino i najpierw przepraszam, że za dużo znów gadam, a Ty mówisz, że to nie szkodzi, bo wiesz jak ważne dzielic się pracą, ponieważ jest ważną częścią życia każdego. Potem przepraszam za to, że się upiłam i dobrze bawię, a Ty karzesz mi przestać, bo uwielbiasz spędzać ze mną tak czas. Za jakiś czas przepraszam, że dostałam głupawki i wszystko mnie śmieszy, ale śmiejesz się do łez razem ze mną i przestaję czuć się jak dziwoląg. Kto normalny przeprasza za to, że się po prostu dobrze bawi i czuje przy kimś swobodnie? No właśnie ja, przyzwyczaiłam się do życia z jakimś wewnętrznym poczuciem winy za bycie sobą i pewnie jeszcze jakiś czas będę się łapać na tym przepraszaniu, ale ten chwast zostaje powoli wyrywany z ziemi, już widzę jego korzenie i myślę, że będę potrafiła zasadzić na jego miejscu swobodę bycia sobą bez ciągłej potrzeby przepraszania za to, kim jestem, co robię albo ile kaw rozlałam, bo czasem bywam też ciamajdą.

Pewnego dnia poszłam na imprezę ubrana właśnie w pewność siebie, zadowolenie i pogodzenie się ze samą sobą. Byłam w trakcie „wytańczania” samej siebie na parkiecie, gdy na nim pojawiła się Ona i Jej oczy zapełniły się zachwytem, tęsknotą, miłością i szczęściem w czystej postaci w chwili, gdy mnie zobaczyła, a Jej usta wypowiedziały szczere „nie poznałabym Cię, wyglądasz bosko”. Bo to właśnie ta kobieta, co nie stroni od szczerych komplementów, to ta co jeszcze ciągle potrafi sprawić, że się zaczerwienię i zawstydzę. To ta, co przetańczy ze mną całą noc nieważne czy to parkiet na imprezie czy salon w domu. Ta, co wybierze piosenkę idealnie pasującą do mojego nastroju chwilę przed tym, gdy ja o niej pomyślę. Ta, co zabierze mnie do kina, na film, który skradnie mi duszę i scałuje łzę spływającą po policzku, gdy oglądamy film na kanapie w zaciszu domowym, bo wie, że w tym momencie się właśnie wzruszę. To ta, co sprawi mi książkę, którą bardzo chciałam przeczytać i zaraz potem też ją „pożre” by móc się podzielić również swoimi spostrzeżeniami. Ta, co skaczę na koncertach i zdziera z Ciebie ubrania w dzień i noc w chwili, gdy tylko o tym pomyślę. Ta, co na drugi dzień upiecze Ci rano bułki i przygotuje pyszny obiad, bo wie jaki ze mnie smakosz. To, ta która już od wielu lat „za jedną kroplę mnie oddałaby prawą dłoń, słuch i powonienie”. To, ta przy której powoli oduczam się przepraszać za samą siebie i wyrywam trujące chwasty, bo sama latami pozbywała się swoich, by być na Nas gotową i mówię Wam dziś głośno, że chyba w końcu jesteśmy na tej samej stronie książki i możemy pisać dalej swoją historię, bo My jesteśmy jak ciągle niedokończona rozmowa, która tylko czekała na nieuniknione wznowienie.

I powiem Wam jedno, nie przepraszam za swoje szczęście:) 

wtorek, 19 marca 2013

Crash into each other.

Ktoś równie intensywnie myślący o rzeczywistości dookoła jak ja;) zapytał mnie ostatnio „dlaczego ludzie nie potrafią być w związkach?”. Pierwsza moja myśl była „jak to nie potrafią? To czym były te wszystkie relacje w jakie się człowiek uwikłał?”. Od razu przyszedł mi do głowy obraz dziadka, któremu fizycznie pękło serce na naszych oczach, gdy umarła babcia, miłość jego życia. Oczywiście nie było kolorowo zawsze, jak to w każdym związku, ale tamtego dnia zobaczyłam innego człowieka. Obdartego ze wstydu, któremu zabrano sens życia, słowa, które wykrzykiwał w rozpaczy o ukochanej, którą utracił na zawsze już pozostaną w mojej głowie. Wiele w życiu widziałam szczerego, czystego bólu, ten był jednym z najstraszniejszych.

Pomyślałam więc, że pytanie nie powinno brzmieć nie tyle co, dlaczego nie potrafimy być w związkach, ale dlaczego nie potrafimy w nich pozostać i ich utrzymać i się w nie w pełni zaangażować.
Jesteśmy z natury istotami społecznymi, stadnymi wręcz. Arystoteles kiedyś powiedział „Aby żyć samemu trzeba być bogiem lub zwierzęciem”.  W każdym z nas drzemie, u jednych głębiej u drugich trochę bardziej płytko, potrzeba bliskości, poczucia bezpieczeństwa i stałości. Przywiązanie kształtuje się w nas od samego narodzenia. Jeśli w jakiś sposób zostaje ono zaburzone w skutek traumatycznych przeżyć lub choćby braku przywiązania rodzica do nas, rzutuje to potem na nasz rozwój emocjonalny i fizyczny wpływając na przyjaźnie, miłość rodzicielską czy romantyczną. Jedna z teorii przywiązania głosi, że nasze związki partnerskie są jakoby przedłużeniem procesu przywiązania. Zatem to jak różnie ludzie odczuwają miłość może być spowodowane wcześniejszymi problemami z więziami emocjonalnymi. Wiele osób tłumaczy podłoże tzw. Zdrowych jak i toksycznych związków tą teorią przywiązania, która może wykształcić w nas ufność, troskliwość i czułość lub też strach przed bliskością, zaangażowaniem czy zażyłością. Naiwnym jednak by było sądzić, że to, co wykształcono w nas we wczesnych latach życia nie ewoluuje i nie może się rozwinąć. Przeróżne doświadczenia połączone ze wsparciem przyjaciela czy partnera są w stanie skorygować nasze problemy interpersonalne.

Ile znamy kobiet i mężczyzn, którzy tryskają pozytywną energią, są atrakcyjni, odnoszą sukcesy w pracy i prawie każdej dziedzinie życia, ale jedyne pole, w którym ponoszą porażki to wiązanie się z kimś. Mogą się spotykać, umawiać, mieć tłum znajomych, nigdy się nie nudzić, ale związać się z kimś głęboko emocjonalnie jest dla nich poprzeczką nie do przeskoczenia. Może ich otaczać tłum ludzi, którzy spełniają ich zachcianki w różny sposób, ale brakuje tej osoby, która spełniłaby je wszystkie w odpowiedni i wystarczający sposób.
Strach przed zaangażowaniem istnieje i jest całkowicie realny. Choć wymaga kogoś bardzo silnego i szczególnego by przebić się przez ten mur postawiony wokół serca, to wyleczenie się z tego strachu jest dosyć samotną podróżą w głąb siebie. Jeśli całe życie będziemy się biczować za nieudane relacje i myśleć o związkach jako „to była największa pomyłka w moim życiu” albo „nigdy nie powinnam była związać się z…” to nigdy nie wypłyniemy z własnego sosu udręczenia. Potencjalny partner może jedynie stwarzać pozytywne warunki ku zmianom, jednak to my sami musimy sobie wybaczyć i wyleczyć rany. To coś, co każdy musi zrobić sam dla siebie, spakować walizki własnych lęków, nie bać się ich rozpakować i zrobić selekcję – co wyrzucić, a co zostaje. Bo nie każdy lęk jest zły i destrukcyjny, niektóre potrafią budować, jednak trzeba umieć je odseparować, zidentyfikować i zniwelować, gdy trzeba.

Tę notkę po raz kolejny zainspirował jeden z filmów, który zamieszkał głęboko w moim sercu, mianowicie „Miasto Gniewu” tudzież „Crash”. Uznany przez Akademię Filmową najlepszym filmem i scenariuszem 2004 roku. Pamiętam, że był to jedyny, którego nie zdążyłam obejrzeć przed galą oscarową burząc się, że nie wygrał mój faworyt – szybko zmieniłam zdanie. Pada tam jeden z moich ulubionych cytatów filmowych:

„It’s the sense of touch. In any real city, you walk, you know? You brush past people, people bump into you. In L.A., nobody touches you. We’re always behind this metal and glass. I think we miss that touch so much, that we crash into each other, just so we can feel something.”

To tyczy się nie tylko Los Angeles. Te słowa tyczą się każdego miasta, każdego domu, każdego związku, gdzie ludzie tylko się o siebie ocierają, emocjonalnie i fizycznie. Oddzielają nas nie tylko metal i szkło, komputery, technologia, piosenki i cytaty wstawiane na Facebooka zamiast wypowiedziane prosto w oczy, ale też dzielą nas ukryte głęboko pretensje do świata i siebie, żale, że nam coś nie wyszło, poczucie winy i porażki, które zamiast szczerze przed kimś wyznać ubieramy w cięte riposty i sarkazm. Tęsknimy za zbliżeniem, bliskością tak bardzo, że wpadamy na siebie z impetem by tylko cokolwiek poczuć.

Ostatnio pozwoliłam na siebie wpaść z impetem dwukrotnie. Przestałam analizować, myśleć i zastanawiać co inni pomyślą.

Elektryzujące spojrzenie i miłość od pierwsza wejrzenia naprawdę istnieją. Można zakochiwać się od nowa kilkakrotnie. Wpadać na siebie z impetem, żeby w końcu zostać w odpowiednich ramionach:)I życzę tego każdemu i wierzę, że dla każdego taki ktoś istnieje.


niedziela, 10 marca 2013

Emocjonalna przylepa.



Jestem emocjonalną przylepą. Posunę się do nazwania siebie nawet pijawką. Uzależniam się od ludzi, wchłaniają mnie, pochłaniają moje „ja”. Ile razy idziemy na kompromis z własnym sumieniem, instynktem, sercem, rozumem, żeby ludziom dookoła nas żyło się łatwiej i wygodniej?

A teraz wróć. Zmieniam czas teraźniejszy na przeszły.

Byłam emocjonalną przylepą, byłam pijawką. Leczę się z uzależnienia. Gdy patrzę na swoje życie, przeraża mnie jak ogromną jego część poświęciłam na czekanie. Czekanie za kimś, na kogoś. Na telefon, który nie dzwonił, samochód, który nie podjeżdżał, zaproszenie na spontaniczny wyjazd, spotkanie, gest, które nie następowały. „Czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas” i to święta prawda. Jedyne czemu się teraz poświęcam to nowym kreowaniu siebie. Staram się codziennie wychodzić z siebie, patrzeć na siebie z boku, identyfikować sprawy i uczucia, które mogą sprawiać niepotrzebną przykrość, agresję czy złość i niwelować, zabijać w zarodku. Przeprowadzam aborcję uczuć. Uczę się nie czuć, nie uzależniać się od ludzi, nie przylepiam się. Nie chcę znów przyssać się do kogokolwiek, żeby później uzależniać znów swoje dobre samopoczucie od kogoś i męczyć go sobą. Choć pijawka wysysa złą krew, to można zabrnąć za daleko i wysysać też, to co dobre. Czasem nie jest to świadome, nie robimy tego celowo, po prostu pragniemy w życiu rzeczy wielkich i gdy tak człowiek ciągle zasysa innych, to można się niebezpiecznie zachłysnąć. To niebezpieczna transfuzja, tak się od innych uzależniać. Każda transakcja powinna być wymienna. Dawać tyle, ile się dostaje – prosta recepta. Nie nauczymy się być szczęśliwi z kimś, gdy nie umiemy być szczęśliwi sami ze sobą. Od zawsze mi się zarzuca, że nie umiem być sama. Że ludzie to jakoby moje powietrze, bez którego nie umiem oddychać pełną piersią. Wiem jakie to chore tak przylepiać się do ludzi, trzeba wyznaczyć sobie zdrowe granice i teraz nad tym pracuje. Telefon może milczeć, pod dom nikt nie podjeżdżać, dzwonek do drzwi nie musi dzwonić, zaproszenia do spotkań nie muszą spływać, okienka rozmów w sieci mogą się nie otwierać. Uśmiechnąć się najpierw do siebie, a potem do ludzi, to jest nasza siła, to jest esencją naszego piękna wewnętrznego i zewnętrznego, naszej pewności siebie i seksapilu. Być choć w połowie pewnym drogi, którą się obrało odbija się od nas samych i uderza w innych, wtedy nie trzeba się od nikogo uzależniać, a potem przeżywać katorgi, gdy próbuję się rzucić ludzi jak fajki czy narkotyki. Ludzie pojawiają się nagle sami, telefon wibruje, okienka się otwierają, propozycje spotkań napływają i okazuje się, że nie trzeba stawać na głowie i sztucznie o coś zabiegać. Ktoś bardzo mądry i intensywnie obserwujący rzeczywistość jak ja:), bratnia dusza moja wręcz przedstawiła prostą receptę na kogoś, kto powinien być ze mną: Powinnaś być z kimś, kto w dzień będzie z Tobą czytał książki i rozmawiał, a wieczorem darł się i skakał na koncercie pod sceną. Ja dodałam jedynie „a w nocy powinna zdzierać ze mnie ubrania”:). Kolejna prosta recepta i gdy czas nadejdzie, to wierzę, że i taki ktoś się pojawi bez potrzebnego zasysania, przylepiania się, uzależniania się:)
 
George Carlin podsumował kiedyś nasze życie w ten sposób:

„Pijemy za dużo, palimy za dużo, wydajemy pieniądze zbyt bezmyślnie, śmiejemy się za mało, jeździmy za szybko, złościmy się za bardzo, siedzimy do późna, wstajemy zbyt zmęczeni, czytamy za mało, oglądamy telewizji za dużo. Pomnożyliśmy nasze własności, ale pomniejszyliśmy nasze wartości. Mówimy za dużo, kochamy zbyt rzadko i nienawidzimy za często. Nauczyliśmy się jak ułożyć sobie życie, ale nie nauczyliśmy się żyć. Dodaliśmy lat do życia, a nie życia do lat”

I ja się z nim zgadzam, egzystujemy za dużo, żyjemy za mało. Co dziś z tym zrobicie? Ja w każdym dniu szukam siebie, czegoś dla siebie, ciała i duszy i staram się to rozprzestrzeniać na innych, nawet jeśli choć jedną duszę zachęcę do życia, a nie tylko egzystowania, znaczy to, że warto czasem czuć i nie na wszystkich uczuciach przeprowadzać aborcję.

Carlin powiedział też kiedyś, że  Carlin powiedział też kiedyś, że za każdym cynikiem kryje się rozczarowany idealista. Ja – choć bywam rozczarowana, to ciągle idealistka.

czwartek, 28 lutego 2013

Lekcja tolerancji dla rodziców.


Odpowiedź do akcji rozpoczętej właśnie przez KPH

Pamiętacie ten dzień? Kiedy uświadomiliście sobie, że nie spełnicie oczekiwań rodziców, bo kochacie tą samą płeć? Każdemu homoseksualiście zadaje się szereg tych samych pytań:

„Kiedy sobie uświadomiłaś, że jesteś lesbijką?”

„Czy Twoi rodzice, rodzina wie?”

„Czy byłaś kiedyś z mężczyzną?”

Moja historia jest całkiem prosta i nie raz już ją opowiadałam. Gdy sięgnę pamięcią wstecz patrząc okiem osoby dorosłej, która dziś potrafi zinterpretować i zidentyfikować szereg uczuć z przeszłości, to wchodząc do zerówki już wiedziałam kogo lubię i kto podoba mi się bardziej. I do dziś pozostaję temu, że tak powiem „wierna”. Nie czułam potrzeby „sprawdzania” czy czasami nie wolę mężczyzn, bo nigdy nie czułam się źle z tym, co czuję. Nie należałam do grupy młodzieży, która nie przesypiała nocy i miała myśli samobójcze, bo czuła się nienormalnie ze swoimi pragnieniami. Choć wychowałam się w rodzinie arcy anty-homoseksualnej, to nie zmieniło to moich upodobań i nie popchnęło ani razu w ramiona mężczyzny. Myślę, że to dziś bardzo pomogło moim rodzicom zrozumieć, że to nie bunt, bo ile lat można się buntować?;) Nie mydliłam oczu nigdy, nie sprowadzałam chłopaków do domu, żeby się „wybielić”, bo jeśli choć przez chwilę pokazałabym, że czuję się źle z tym kim jestem, to rodzice też dalej by wierzyli w to, że to, co czuję jest chore. Lata szkoły średniej były trudne, rodzeństwo mi nie ułatwiało trując życie i wykorzystując moją orientację jako as w rękawie do szantażu. Oczywiście nie wszyscy, bo ta siostra, która wiedziała o mnie i akceptowała, chciała pomóc, ale wiedziała, że procesu akceptacji rodziców nie da się przyspieszyć, więc nie mam jej niczego za złe. Miałam wiele żalu i ciągle gdzieś się będzie tlił do rodzeństwa, które nie było nic lepsze od polityków zasiadających w rządzie, kiedy powinno mnie kochać bezwarunkowo.

Wszyscy pragniemy gdzieś przynależeć, być akceptowanymi. Cała ta aktywna część społeczeństwa homoseksualnego, która się ujawniła, a rodzina ich odrzuciła może mówić, że nie potrzebuje ich do szczęścia. Może chodzić na wszystkie manifestacje i walczyć o swoje prawa, ale zawsze będzie brakowało im tego najważniejszego - bezwarunkowej miłości i akceptacji rodziców. To nasza pierwotna potrzeba, nie da się od niej uciec. Możemy albo wkładać całe serce i wysiłek w przekonanie do siebie społeczeństwa bądź rodziców. Ja jako priorytet ustawiłam sobie to drugie. Zmieniać świat lokalnie. Otwierać ludzi lokalnie. Okres ukrywanych spotkań z ukochaną osobą był wykańczający nerwowo, aż w końcu dorosłam do momentu, w którym ukrywać się przestałam, a wtedy i rodzina zmęczyła się ciągłym karceniem i krytycznym spojrzeniem. Oficjalne zdanie „jestem lesbijką” nigdy nie wyszło z moich ust przed rodzicami. Żadne z nas nie ma tak otwartych kontaktów by kiedykolwiek w domu rozmawiać o swoim życiu miłosnym. Po prostu pewnego dnia zaczynamy zapraszać do domu tę samą osobę coraz częściej aż każdy się do niej przyzwyczaja.  To się tyczy i mnie i moich braci czy sióstr. Myślę, że przyszedł dzień, w którym wszyscy pojęli, że skoro moje rodzeństwo nie musi deklarować „jestem heteroseksualny/a”, to i ja nie muszę obwieszczać im „jestem lesbijką”. Źródłem informacji o mnie dla mojej mamy jest moja siostra, bo my o tym nigdy nie rozmawiamy. Od siostry wiem, że mama chciałaby, żebym to w końcu oficjalnie powiedziała, bo to takie głupie, że to wisi w powietrzu nie powiedziane. Miłe to usłyszeć, a jednak ciągle ciężkie do przełknięcia, bo trudno wykrzesać z siebie tą rozmowę, gdy tak długi czas to w moim domu krytykowano.

Obecna akcja Kampanii Przeciw Homofobii skupia się na pozornie bardzo prostych trzech zdaniach, o których usłyszeniu tak naprawdę marzy każda lesbijka i każdy gej. Mnie trafiły prosto w serce i mam nadzieję, że trafią jeszcze do wielu innych osób z choć minimalnie otwartym sercem i umysłem czy to w drodze do pracy czy do domu. Takie plakaty powinny zawisnąć wszędzie, w szpitalach, szkołach również. W końcu nigdy nie wiadomo, kto patrzy i akurat się może zastanowi i trochę poczuje się w skórze osoby takiej jak ja? Empatia to silne uczucie, ma ogromną moc, ilu Polaków ją posiada? Ciągle wierzę, że wielu.

Czy moi rodzice kiedyś powiedzą „Moja córka nauczyła mnie jak ważne być sobą”, „Córka nauczyła nas mówić otwarcie”, „moja córka nauczyła mnie odwagi” ?  Nawet jeśli tylko pomyślą, to mi starczy, a jeśli pomyśli jakaś część społeczeństwa, to będzie ogromny sukces.

Może nie powinnam przytaczać tej krótkiej rozmowy z moją mamą, ale podsumowuje temat idealnie i nasze relacje. Moja mama nie jest ślepa, więc zauważyła, że moja dziewczyna się już nie pojawia. Zawsze po informacje szła do siostry i to ją pytała, co się stało. Tym razem mnie zaskoczyła. 

Piłam herbatę po pracy siedząc w kuchni przy stole i nagle zapytała:

„Ta się na Ciebie obraziła?” („obraziła” miało wyrażać rozstanie, bo nie nazywamy rzeczy po imieniu;).

Odparłam, że tak.

Na co moja mama pod nosem: „głupia p***da” J

Parsknęłam śmiechem i oplułam się herbatą. Bo tak „chroni” mnie moja mama.
Jak myślicie, nauczyłam Ją czegoś?

sobota, 23 lutego 2013

Nowa moda na zimę!:)




Tym kawałkiem zarządzam wiosnę! Gdy go słyszę w moim sercu wiosna już zakwitła. Ćwierkają pierwsze ptaki, puszczają pierwsze pąki, rzeczywistość nabiera kolorów. Zima mi nie straszna w żadnym wypadku. Mając takie dźwięki w uszach spacerując wczoraj i dziś zima stała się wielowymiarowa, a śnieg urzeka swoim blaskiem jak wysokiej jakości srebro. Mroźny wiatr tylko wyostrza zmysły, niepewne śnieżne podłoże przypomina o tym by iść pewnie przed siebie, to nie upadnę, oj nie:)
Jak cudownie sobie przypomnieć jak to jest uśmiechać się do samego siebie, uśmiechać się sercem. Moda na tę zimę to ubierać się w uśmiech i pewność siebie! Jakie to zabawne i przyjemne tyle razy w ostatnim tygodniu usłyszeć komplementów, od starych znajomych, znajomych z pracy czy dziś - sąsiadki, która wymijając mnie obróciła się krzycząc "jaka z Ciebie kobieta wyrosła, nie poznałam Cię!" :) Nie macie czasami wrażenia, że każda sąsiadka z Waszej ulicy to jak Wasze druga mama? Dla mnie to była jedna z nich, a wypowiadając to zdanie nie miała pojęcia jak mi umila i tak już dobry poranek:)
Jak budujące widzieć, że ludzie też widzą mnie w inny sposób, widzą ten uśmiech chowany w sercu. Naprawdę, pewność siebie i zadowolenie z samego siebie to najlepsze ubrania jakie można na siebie włożyć wychodząc gdziekolwiek. Po co ja je tak długo w tej szafie trzymałam?:) Nie popadamy tu w narcyzm, oj nie:) Zwyczajny optymizm, wcielanie swoich postanowień w życie. Pamiętacie jak mówiłam, że wrócę do siebie, wrócę do bycia kimś od kogo nikt już więcej nie ucieknie, bo rozum mu tak podpowiada.
Dawno nie byłam tak konsekwentna i to zdecydowanie w moim życiu procentuje.
Pracuję więcej, ruszam się więcej, wychodzę więcej, złoszczę się mniej. Taki prosty przepis!
Czuję, że jestem zmianą, którą chcę widzieć w ludziach i innych to inspiruje, a to największy dar jaki można sobie sprawić.
Wyszłam dziś na zakupy licząc, że wrócę z jakąś dodatkową sztuką seksownej odzieży, ale takowe ubrania chyba się chwilowo na weekend z mojego miasta wyprowadziły, bo nic mi się nie podobało. Nie dzisiejszej mi:) Dlatego postanowiłam zainwestować inaczej w ciało i nadrobiłam kosmetykami. Uczta dla ciała, to też uczta dla duszy:)
Zamarynowałam mięso na przepyszną obiado-kolację tak, że wszystkim w domu już ślinka cieknie, a siostra specjalnie zostaje dłużej by móc skosztować tych dobroci.
Czego więcej mi dziś trzeba? :)

 Łapcie! Polędwiczki w sosie miodowo-musztardowym podane na rukoli :)

środa, 20 lutego 2013

Uszorgazmiczne inspiracje w wannie.



Zanim przeczytacie - koniecznie głośniki włączone proszę miec:)

Dziś środing jak wiecie, zatem dzień bez korepetycji tylko dla mnie, zatem zalałam wannę, zapaliłam świece, nalałam czerwonego wytrawnego wina i przepadłam...Słuchając chilli zet przypomniałam sobie o tej uszorgazmicznej piosence i przepadłam.

 W świat ciała, pożądania i zmysłowości. Każdy powinien znaleźć czas na długą kąpiel, a nie tylko szybki prysznic. Po kąpieli czuję się najlepiej ze sobą. Macie podobnie? O kobiecym ciele w kąpieli mogłabym pisać referaty. Nie bez powodu tak wiele scen w filmach, książkach, reklamach poświęca się scenom pod prysznicem czy w wannie. Nawilżona kobieca skóra, ściekające krople po najseksowniejszych wypukłych miejscach ciała nakreślają najlepsze kształty i budzą wyobraźnię do działania. Czuję się wtedy jak nieodkryty ląd, rzeźba najwyższej klasy, bo woda na naszym ciele podkreśla każdą część ciała. Biodra, plecy, brzuch, piersi…

 Po takiej kąpieli człowiek nie tylko czuję się świeżo fizycznie, ale i psychicznie, oczyszczając wszystkie brudy i zmartwienia poprzedniego dnia. Nigdy z wanny nie wychodzę prędko, nigdy nie leżę w niej biernie, bacznie obserwuję, śledzę, podziwiam i się napawam. Ruchy dłoni rytmicznie dopasowuję do prędkości i rytmiki muzyki w tle. Dlatego wsłuchajcie się uważnie, namiętnie w piosenkę „Slow Dancing in the burning room”. Bo ja wtedy powoli płonę we własnym pożądaniu. Moja dłoń przeciąga się leniwie w wolniejszych partiach piosenki by szarpnąć mocniej przy ostrzejszym brzmieniu gitary. Najważniejsza jest świadomość swoich atutów, ja dobrze wiem, jakie mam i w wannie sobie o nich tylko przypominam, koduję i będę odtwarzać pewnie jeszcze nie raz. Zawsze, gdy biorę kąpiel i kocham się z kimś w uszach słyszę muzykę nawet jeśli nie ma jej w głośnikach. Najlepsze piosenki układają nasze oddechy, jęki, słowa wyszeptane gorącą nocą do ucha partnerki. Nie wstyd mi powiedzieć głośno, że dziś tej muzyki pragnę.

 Wychodzenie z wanny również nie jest szybkie, jest procesem analitycznym i wnikliwym. Oglądam swoje ciało w lustrze. Nigdy nie wycieram się ręcznikiem od razu, bo nic tak nie ubiera ciała jak nagi blask świec i wilgotności...

 Ubrania czasami są tak zbędne, zakrywają kompleksy, których nie powinnyśmy mieć, bo nagość to perfekcjonizm w czystej postaci. Trudno nie prześledzić dłonią swojego ciała przypominając często zapominany fakt: Jesteś piękna, jesteś seksowna, jesteś atrakcyjna, jesteś pociągająca.

Wtedy nawet nie myślę, że szkoda, że nikt tego nie dziwi, zaspokajam samą siebie. Bo wiem, że pewnego dnia ktoś to zobaczy, a jak zobaczy to straci zmysły choć na chwilę i będzie się ze mną kochać przy tej piosence całą noc.

 Więc dziś dedykuję ją wszystkim odczuwającym zmysłami równie intensywnie jak ja;>

wtorek, 19 lutego 2013

Kącik porad po rozstaniu;)


Choć każdy z nas jest na swój sposób wyjątkowy, niepowtarzalny, to każdy człowiek regeneruje się w podobny sposób po traumatycznych przeżyciach. Psychologia wymienia kilka etapów rozstania. Mogą być bardziej ogólnikowe bądź bardziej szczegółowe, ale kto twierdzi, że choć przez chwilę ich nie odczuł, przeczy własnej naturze.

Dla „świeżynek” odczucia po utracie kogoś bliskiego będą o wiele bardziej intensywne i ostre niż dla„weterana” z setką już zabliźnionych ran.

Etap I – Szok wymieszany ze zrzucaniem winy. Uzbrajamy się w mechanizm obronny, który każe nam szukać winy wyłącznie w drugiej stronie. Rozgoryczenie jest tak silne, że wbrew zdrowemu rozsądkowi i poczuciu własnej wartości piszemy do tej osoby w złości. „Jak mogłeś/aś mi to zrobić?!”, „Co takiego zrobiłam źle?!”, „Jest ktoś inny, prawda?”. Milkniemy dopiero, gdy dostajemy w twarz smsami i telefonami bez odpowiedzi.

Ten etap zawiera również element wyparcia. Nie potrafimy przyjąć do wiadomości, że to już koniec, że telefon od tej pory będzie milczał, druga połowa łóżka będzie pusta, nie poczujemy ciepłego oddechu drugiej osoby na swojej skórze. Przyswojenie tego jest tak bolesne, że pocieszamy się, że ten ktoś wróci, zadzwoni jeszcze z przeprosinami. Twoją nadzieję podtrzymują na dodatek znajomi, którzy razem z Tobą przechodzą fazę szoku i nie wierzą, że to już ostateczny koniec. Ale nie zaprzeczajmy faktom, bo to jak niepotrzebne szarpanie ran i jeszcze wda się zakażenie i gangrena gotowa. Karmienie się iluzjami tylko opóźnienie wszystkie następne fazy. Ten etap jest najtrudniejszy, bo czujemy się jak rozjechany czołg. Trudno zwlec się rano z łóżka po nieprzespanej nocy, kiedy to rozmyślaliśmy jak naprawić, to co złamane, ciągle przewijając w głowie pytanie „Dlaczego?” jak zdartą i nudną już płytę.

Etap II – to obwinianie siebie, zwątpienie i spadek poczucia własnej wartości. Pojawia się również wstyd, boisz się, co ludzie pomyślą, bo skoro ktoś mnie znów zostawił to znaczy, że coś ze mną nie tak. Wielu z nas się izoluje. Ten etap najbardziej rozmija się z prawdą, ponieważ wina nigdy nie spada na wyłącznie jedną osobę, co za tym idzie, nie możemy zatem zwątpić w swoje zalety i przez to zaniżać własne poczucie wartości i się izolować od ludzi, którzy kochali nas zawsze takimi, jakimi byliśmy.

Etap III – to powolne powstanie po upadku. Pojmujemy, że musieliśmy sięgnąć dna, żeby się od niego z impetem odbić i nie ma w tym żadnego wstydu. Stajemy się ludźmi czyni. Stroimy się, odświeżamy garderobę, patrzymy w lustro odbudowując zmiażdżone „ja”. Przypominamy sobie swoje zalety i chcemy je znów eksponować. Powoli zaczynamy snuć nowe plany.

Etap IV – Odczuwanie pustki. Po powolnym powstaniu wyciszamy się znów na chwilę. Powracają sentymenty. Z utęsknieniem wspominamy dotyk i ciepło, których nagle nam zaczyna bezustannie brakować. Co dopiero znów uświadomiliśmy sobie ile jesteśmy warci i jacy jesteśmy atrakcyjni, ale spoglądając w lustro, serce zalewa się smutek i pustka, którą pragniemy kimś wypełnić. Żałujemy, że nikt nie widzi, nie docenia i nie dotyka tej silniejszej wersji nas samych. Częsty błąd tutaj polega na tym, że chcemy tą pustkę wypełnić i już kogoś szukamy, a wcale nie jesteśmy na to do końca gotowi.

Etap V – akceptacja, oswajanie rzeczywistości, odbudowa, zrozumienie i współczucie. To czas na rozsądne podsumowania, wysuwanie wniosków na przyszłość. To czas na powrót marzeń i nadziei. Zaczynamy rozumieć, że coś, co kiedyś wydawało nam się najważniejsze w życiu, teraz jest jedynie jego kolejnym epizodem. Dawno zdjęliśmy już szwy, nie pieką, nie swędzą. Czasem spojrzymy na bliznę, muśniemy ją palcem i uśmiechniemy się do samych siebie – przeżyłam.

Wielu z Was troszczy się i pyta jak się czuję i czy daję radę. Przechodzicie te fazy jakby ze mną. Jedni dalej wierzycie, inni każą mi pójść na przód, dbacie o to by nie spadła mi samoocena. Zaskakujecie dobrym słowem, wsparciem i pomysłami na poprawienie nastroju. Zabawne jest jednak to, że gdy mówiłam, że mi źle, to otrzymywałam współczucie, a gdy mówię, że mi lepiej, to dostaję niedowierzanie i zarzuty o udawanie.

Wiecie dlaczego nie zalewam się już rozpaczą? Dlaczego w ogóle nie izoluję, co często miało miejsce? Bo jestem tym weteranem. Ja znam te fazy od najgłębszej podszewki. Przechodziłam, gdy umierał ktoś mi najdroższy, gdy zdradzał przyjaciel i opuszczała ukochana.

Samoświadomość jest teraz moją największą ostoją, bronią, wsparciem i źródłem atrakcyjności. Nic tak nie odpycha jak kobieta silna, a szlochająca w kącie za tą, której już nie ma. Ja na pewno już tą dziewczynką nie jestem. Pewnie, przyjdzie jeszcze faza pustki, tęsknoty za dotykiem, ale to będzie tylko faza. Przejdzie jak każda poprzednia.

Dlaczego te fazy tak szybko przemijają? Oprócz tego, że ja już je znam? Bo tak naprawdę rozstałyśmy się dawno temu. Uświadomienie sobie tego i przyjęcie do wiadomości, to pomocny krok. Rozstanie nigdy nie następuje nagle. Jest to suma wielu czynników. Wszyscy ignorujemy ciszę przed burzą. Straciłyśmy siebie parę miesięcy temu, trudno było do siebie wrócić. Dlatego ta faza szoku i wyparcia minęła dosyć prędko.
Zaskakuję Was, że mam już tyle rozsądnych podsumowań. Pamiętacie, co sobie życzyłam na urodziny? Chciałam być zmianą , jaką chcę widzieć w ludziach i to zmianą widoczną i właśnie to wcielam w życie. To, że życie uczuciowe mi się posypało, nie znaczy, że zawiesiłam zmiany toczące się w sobie i że zaprzestałam szukania w sobie siły i optymizmu, które gdzieś zostawiłam przy drodze w rowie.

Jestem teraz wolna, nie w sensie bycia singlem, ale uwolniłam siebie. Często się mówi, że człowiek po rozstaniu zachowuje się jak spuszczony ze smyczy. Przeciwieństwo izolacji. Ja zostałam spuszczona, ale z łańcuchów obojętności i tłamszenia w sobie cech, które najbardziej lubiłam. Dawno się do siebie tyle nie uśmiechałam, do własnych myśli, do lustra, do tego, kim się znów staję i jak się zmieniam. Muzyka w aucie cieszy jak nigdy, nawet dzieciaki na lekcjach widzą, że mam większą cierpliwość, mniej się złoszczę, nie unoszę się tyle na nich, mam większe zrozumienie.

I to ogromny prezent dla mnie, ogromne zrozumienie, dla siebie, innych, nawet dla Niej.

Cytując film „Służące” : You is smart, You is kind, You is important”. Bo co jeśli ja jestem teraz najlepszą I najsilniejszą wersją siebie I nie mam zamiaru jej oddać, wymienić ani cofnąć. Naprawdę czuję, że jestem, widzicie?

piątek, 15 lutego 2013

Komplementuj, nie obrażaj!


Jak to z nami jest, z ludźmi, że częściej i łatwiej przez gardło przejdzie nam kłamstwo, oszczerstwo, obelga niż komplement? To jak bardzo niezdrowa dieta. Wiemy, że tłuste jedzenie, palenie i picie szkodzi naszemu organizmowi, ale i tak ich zażywamy. Tak samo jest z każdą uszczypliwością jaka mimowolnie, bądź nie, z naszych ust wycieka – wiemy, że rani kogoś i odbije się nam wyrzutem sumienia, co za tym idzie, sami zranimy siebie – ale i tak wolimy komuś DOgryźć niż mu DOgodzić.

Nie jestem święta, bo i mi zdarzają się takie dni. Ale dziś przeciw nim głośno protestuję i znów karcę siebie i Was publicznie. Jak wielu z nas nie potrafi podziękować za komplement. Ba! Nie tyle co podziękować jak go w ogóle przyjąć, my go odbijamy, zmieniamy w obelgę, uszczypliwość, szukamy podstępu i sztucznego podlizywania się. Zaprzeczamy miłym słowom wypowiedzianym w naszym kierunku, bo zapominamy co to bezinteresowność. W świecie, gdy wszystko już chyba wszystko ma swoją cenę, trudno nam uwierzyć, że ktoś po prostu chcę sprawić byśmy poczuli się ze sobą dobrze za nic, za uśmiech, za cudzą radość. Agresja rodzi agresję, ale i miłość rodzi miłość i o tej banalnej prawdzie tak często zapominamy.

To czasami nie nasza wina, nie do końca. Wielu z nas wyrasta w rodzinach, gdzie pochwały były tłamszone w gardle, a zastępowane były wiecznym karceniem. Nie da się zawsze winić rodziców i tego jacy byli surowi, może chcieli nas zmotywować, ale nie znali innego sposobu, może ich tego też nikt nie nauczył, nie pokazał. Mój paniczny strach przed wyjawieniem jakiegokolwiek niepowiedzenia przed rodzicami pochodzący z dzieciństwa ciągle gdzieś siedzi. Żal za brak komplementów, pozytywnego motywowania tli się wciąż, ale potem myślę, że te pretensje powinnam zniwelować, bo może im też nikt nigdy nie powiedział szczerego komplementu?

Fishing for compliments – z angielskiego - łowienie komplementów – sam zwrot w sobie sugeruje, że trzeba to robić z wysiłkiem i na siłę, wbrew czyjejś woli. Ja temu mówię dziś głośne nie! Rozejrzyjcie się dookoła i zapytajcie siebie czy otaczacie się ludźmi, którzy potrafią dać Wam szczery, niewymuszony komplement, który wywoła uśmiech i rozpuści serce. Jeśli kogoś takiego nie macie, bądź ten ktoś to zaniedbuje, to nie stójcie biernie. Bądźmy zmianą, którą chcemy widzieć w ludziach. Dajmy komuś przychylną uwagę. Ja patrzę w lustro i mówię sobie – wyglądasz dziś naprawdę bosko i ktoś to dziś na pewno zauważy jeśli tylko pokażesz, że pewnie się z tym czujesz i sama w to wierzysz. Skąd ten temat? Wczoraj przyjaciele moi kochani zabrali mnie na wernisaż. Czułam, że pasuję tam jak świni siodło tylu tam było wyniosłych ludzi, którzy głowy noszą tylko wysoko, (co za tym idzie, sama sobie zaprzeczałam komplementu, że dobrze wyglądam, czując, że niby tam nie pasuję) ale potem się rozejrzałam i zauważyłam, że na mnie też patrzą, też ktoś patrzy z pożądaniem, zaciekawieniem, komplementem w oczach. Poczułam komplement spojrzeniem, może nie słowem, ale był i nie był to jedyny jaki mi się ostatnio trafił. Smutne, że człowiek po czasie zapomina, że jest atrakcyjny i może się podobać. Może przez to i my zapominamy mówić o tym innym, dawać te komplementy? Zaniża nam się, bądź my sami, zaniżamy poczucie własnej wartości, swoje i innych i nikt nie ma z tego korzyści. Ja chcę dziś wynosić na piedestał, ze sobą włącznie. Więcej miłości, miej kwasu solnego! Gdy coś lub ktoś zapiera dech w piersiach czemu to w tych piersiach zatrzymywać? Człowiek się z czasem udusi i tylko tym odkaszlnie zamiast przekształcić w finezję słów. Piękno naprawdę tkwi w szczegółach, na które przestajemy zwracać uwagę albo zapominamy już o nich wspominać. To smutne uważać, że powiedzenie komplementu to okazanie jakiejś słabości. Uważam to za chorobę cywilizacyjną, kolejną z której będę chciała ludzi wyleczyć.
Pomożecie?:)
Zatem proszę o komplement dziś szczery dla kogoś by w niego uwierzył :)