"Uważa muzykę za siłę wyzwalającą: wyzwalającą z samotności, zamknięcia w sobie, kurzu biblioteki, otwiera w jego ciele bramę, przez którą dusza wychodzi na świat, by się bratac."
(M.Kundera)
"W poniedziałek częśc rodziny poszła do swych zwykłych zajęc, bo przecież z czegoś trzeba umierac." (J. Cortazar)
Trzeba zatem ruszyc się czasem z pozycji na wznak.
Z pozycji umierania.
Wyjśc poodychac powietrzem siebie,
Otworzyc żyły na ciepłe promienie siebie,
Przypomniec sobie, że kawa smakuje lepiej na świeżym powietrzu,
Że najlepiej tańczy się na boso,
A śpiewa całym ciałem,
A ulubione ubranie to ten biały T-shirt i jeansy nie przylegajace do pośladków, ale dające przestrzeń ciału, nie
krepując go oczekiwaniami innych.
Przypomniec sobie, że zza pozycji na wznak kryje się cały horyzont omijanych nas zdarzeń i ludzi.
Małej dziewczynki trzymanej za rączkę przez niewiele starszego, silniejszego brata, która widzi w nim całe bezpieczeństwo świata.
Czy radośc wypisaną na twarzy alkoholika na wózku pod sklepem, wynikająca z faktu, że zaraz kolega doniesie mu kolejne piwo zapomnienia bólu istnienia...
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
niedziela, 18 sierpnia 2013
Radośc - towar deficytowy.
„Bardzo często miałem w swoim
życiu wrażenie, iż przez cały czas jestem jak ten astronom prowadzący wycieczkę
niewidomych, którym mam opisać magię obrazu malowaną skrywającym się za linią
horyzontu słońcem. A ja? Ja mam jedynie wiedzą o gwieździe Słońce i do
przeżycia piękna zachodu Słońca nigdy ich nie doprowadzę. Dzisiaj wiem, że
gdybym tylko potrafił się z tym pogodzić, to moje życie wyglądałoby zupełnie
inaczej. Ale ja przez długi czas nie zdawałem sobie sprawy, że to głównie
kwestia rozstania się na zawsze z kilkoma marzeniami, wyzbycia się uczucia
najpierw zawiści, a potem zazdrości, oraz zawarcia trwałego pokoju ze swoimi
ambicjami.
Ja chciałem wchodzić do ogrodu i
nie zauważając w nim zepsutej, skrzypiącej furtki, podziwiać rosnące w nim
kwiaty, a okazało się, że w prawdzie urodę kwiatów zauważam, ale najlepiej
jednak znam się na „wyszukiwaniu zepsutych furtek”. (J.L. Wiśniewski)
Przystajecie czasem w swoim biegu
przez płotki, sprincie, maratonie życia i zastanawiacie się, że gdyby
poproszono Was o opisanie piękna zachodu słońcu, bylibyście w stanie to oddać
tak by zobrazować to niewidomemu? Zachwyt – słowo i czynność grożąca
wyginięciem. Akcja-reaktywacja!
Jestem pewna, że za to mnóstwo z
nas potrafi wymienić długą listę zepsutych furtek w swojej marnej egzystencji,
wyglądzie zewnętrznym, niewymarzonej pracy, apodyktycznym szefie, nie
kochającym nas wystarczająco partnerze, raniącej nas rodzinie, ale przerażająco
przeważająca część z nas nie potrafi sięgnąć po oliwę by naoliwić skrzypiącą
furtkę by móc napawać się zapachem kwiatów i szumem drzew w oddali.
Starożytni Egipcjanie wierzyli,
że gdy staną w obliczu bogów przed wstąpieniem do nieba, zada im się dwa
pytania, zależnie od których przekroczą wrota niebios czy też nie, mianowicie:
czy znalazłeś radość w swoim życiu? czy dałeś radość innym?...
Czy radość w dzisiejszych czasach
nadal jest dla nas ważna? Powinna być. Trudno jednak zawalczyć nie tylko ze
samym sobą, ale i niechęcią i szykanowaniem otoczenia, które radości doszywa
pejoratywne znaczenie momentalnie pytając: z czego się tak
cieszysz/rżysz/suszysz zęby? narąbałaś się? Co brałaś? Podziel się! Nie
zapominajmy o mediach napędzających na bieżąco maszynę strachu, wstydu i
depresji. „Matka straciła piątkę dzieci wskutek utonięcia”, „Zgwałcono i
zamordowano 15-latkę”, „37-latek dźgnął śmiertelnie nożem 17-latka”. Nagłówki
koniecznie uwzględniające relacje czy wiek ofiar by zalała nas jeszcze głębiej
pieniąca się fala smutku, który ciągnie się za nami od rana do wieczora.
A przecież zdolność do radości,
picia ze źródła rzeczy drobnych, dostrzegania piękna wokół nas, nie w
posiadaniu, ale odkrywaniu, umiejętność odkrywania dobra w sobie i innych
ludziach buduje przecież człowieka, któremu jest dobrze samemu ze sobą, i
jednocześnie osobę, z którą chcą przebywać inni. Kto z nas nie chciałby być
takim człowiekiem? Trudne? Możliwe!
Pierwszymi nauczycielami radości
są rodzice. Nie oszukujmy się, wielu z nich tej ważnej lekcji życia nawet nie
rozpoczęło, nie pofatygowało się nawet napisać na tablicy tematu lekcji „Masz
prawo się cieszyc i być szczęśliwym wbrew wymaganiom otoczenia, nawet wbrew
swoim rodzicom”. Zatem jeśli ciągle w dzieciństwie byliśmy świadkami
sfrustrowanych, znerwicowanych rodziców, trudno nam będzie nauczyć się czerpać
z kontaktu z ludźmi i otoczeniem tego, co najlepsze. A przecież dzieci są
najbardziej pilnymi obserwatorami i przeżywają wszystko z rodzicami. Dzieci,
którym rodzice dają dostęp do własnej spontaniczności i radości poprzez np.
poranne skakanie po łóżku czy wygłupianie się przy stole, wyrastają na bardziej
pogodnych ludzi. Niestety nasza zdolność do radości często w okresie
dzieciństwa zostaje upośledzona poprzez konieczność zmagania się z trudnymi
doświadczeniami, które niekoniecznie są naszą winą.
Mimo wszystko, jako dzieci, nawet
w najtrudniejszych chwilach potrafimy być niesamowicie odporne, budować własne
równoległe światy i cieszyc się na przekór wszystkiemu. Dlatego będąc dorosłymi
tak często wypatrujemy spontanicznej, niewinnej i niezmąconej radości dzieci.
Widok radosnego dziecka jest tak kojący i wzruszający, że uwielbiamy zasypywać
je prezentami by choć chwilę poczuć tę radość na sobie. Sama często się na tym łapię. Ostatnio kupiłam bratankowi,
który w ogóle prezentu się nie spodziewał, samochodzik z klocków Lego; podbiegł
tak zaskoczony, ucieszony i wzruszony, że ledwo wstrzymałam łzy. „Siosiu, skąd
wiedziałeś, że ja kolekcjonuję te auta?! Jaki jestem szczęśliwy, chyba musiałem
być grzeczny, że mi to dałaś, dziękuję bardzo, siosiu” przy czym przytulił i
pocałował w policzek. Zapominamy o mocy przytulenia dziecka, dziwimy się, że
tego nie robią, gdy czasami sami nie otwieramy ramion. Mały W. zaczął mi
radośnie uciekać na spacerze tak bym go nie dogoniła. Zaczęłam powoli biec,
udając oczywiście, że za nim nie nadążam, a on śmiał się całym ciałem do
rozpuku. Obrócił się, ukucnęłam, rozłożyłam ramiona i krzyknęłam „chodź do
cioci!”. Nie byłam pewna czy to zrobi, ale ruszył jak szalony w moim kierunku i
wskoczył na mnie, uwiesił się na szyi, a ja uniosłam go najwyżej jak mogłam
wiedząc jak to lubi. To było szczęście i radość. Zabiłam smutną, czającą się za
rogiem serca, myśl, że może nigdy nie przytulę tak własnego dziecka. Jest tu i
teraz i to uczucie jest niesamowite.
Odczuwanie radości wymaga
ogromnej autonomii i samoregulacji myśli, jak starego odbiornika radiowego,
który ciągle odbiera zakłócenia zamiast czysty dźwięk audycji. To jedno z
największych wyzwań życia dorosłego, widzieć świat i siebie takim, jakimi są,
ale mimo wszystko móc odczuć radość. Nie będziemy potrafili jej przeżywać,
jeśli nie spojrzymy na swoje życie i wszystko dookoła jako jedyny dar, jaki nam
dano, tu i teraz, nie będzie później, i wcześniej.
Nieprzerwany kontakt z naturą,
Błogość ciszy
zakłócanej tylko uwodzącym szumem drzew, śpiewem ptaków i owadów,
Nieopisane zachody
słońca nad rzeką malujące niesamowite kolory na niebie,
Gorący dotyk
promieni słońca na mojej nagiej skórze,
Spacery z myślami brzegiem rzeki i lasu,
Kojąca muzyka w uszach,
Samoistnie seksownie potargane włosy, które sama
chcę chwytać...
To wszystko sprawia, że bezustannie uśmiecham się
do swoich myśli, rozpościeram ręce, obracam się w kółko ekstazy i chodzę
nieziemsko, naturalnie i nieskazitelnie podniecona...życiem, sobą i
fantazjami...
Sporadyczne zaczepki rodziny nawet tego
nie zmienią, która kończą się łzami wymieszanymi z rzeką „Patrz na tą,
koniecznie chce być mądrzejsza od nas, że tyle książek czyta”.
Wielu z nas marzy o lataniu. Lubi oglądać świat z lotu ptaka
uważając, że to najlepsza perspektywa. Dystans poszerza perspektywę i podziw.
Patrzymy też na ludzi z góry, bo wtedy wydają się nie tylko mniejsi od nas, ale
i mniej groźni.
Ja przybieram inny punkt widzenia. Patrzę na świat od dołu, bo w
końcu by cokolwiek mogło zaistnieć, to musi najpierw urosnąć. Zatem, gdy
docieram do punktu zatrzymania się i podziwu-klękam. I dotykam... trawy, wody, piasku,
zwierzęcia, które podbiega się przywitać.
W końcu nie poczujemy pełnego piękna trawy póki nie
tylko ją powąchamy, ale i muśniemy palcami. Niedawno byłam świadkiem pierwszego
zetknięcia się z trawą 10-miesięcznego dziecka. Niepewnie schodziło z kocyka na
ten nowy, zielony "dywan". Mina pełna niepewności, zaskoczenia
zakończona szczerym chichotem była bezcenna.
Zapominamy, że to nie dystans buduje więzi, ale
bliskość. Zbliżenia.
Ilu ludzi w życiu omijamy szerokim łukiem nie
zdając sobie sprawy z ich wyjątkowości.
Pamiętam jak dziś pewną dziewczynę z pociągu.
Uśmiech nie schodził jej z twarzy choć nie miała do kogo się uśmiechać. Chcę
wierzyć, że uśmiechała się do swojego wewnętrznego szczęścia.
Wyciągnęła książkę i przyłożyła do nosa. Okazało
się, że niedowidzi. Chłonęła każdą literkę nosem śmiejąc się do siebie.
Przeciętny Kowalski nazwałby ją pewnie dziwaczką. Po chwili dostała smsa i
przykładając nos do ekranu telefonu ubrała tak piękny uśmiech, że wyryła się w
mojej pamięci na zawsze.
Chcę wierzyć, że dostała smsa od kogoś, kto kocha
ją całym sercem i nie bał się do niej zbliżyć.
...
Dotykajmy, zbliżajmy się, czujmy, pełną piersią, opuszkami
palców, całymi sobą.
Ogień nie zawsze parzy.
"Taki właśnie był, uczciwy
i szczery, skażony końcówką XX wieku, dającą nadzieję, najzupełniej pustą, na
poszanowanie prawa do szczęścia każdej istoty ludzkiej, niezależnie od koloru
skóry lub innych ingrediencji" (I. Karpowicz)
wtorek, 6 sierpnia 2013
Prysznic pragnieniami zakrapiany.
Pisałam już odę do wanny, do
ciała nie raz, do zmysłowej muzyki. W fali morderczych upałów, wejść do wanny i
zatopić się w gorącej kąpieli to niemal szczyt sadomasochizmu, nawet dla mnie,
jej miłośniczki. Dlatego ostatnimi czasy rozkoszuję się, napawam, pobudzam, wielbię
– prysznice.
W te parne lato nasze nozdrza
atakowane są zapachami nie z tej ziemi, mało kto chyba pamięta takie lato, w
którym tak namacalnie czujemy zapach ciężkiego dnia pracy każdego człowieka i
nagrzanej maszyn oraz aut wbrew naszej woli, nie dziw zatem, że pod prysznic
wskakujemy nawet kilka razy dziennie. Ja właściwie po każdym wychyleniu się za
dom.
Jednak wyczekuję codziennie
wieczoru. Gorący blat słońca chyli się ku zachodowi, przynosi błagalnie
wyczekiwany wieczór i ciemność, a ciemność budzi wyobraźnię. Przecież nie bez
powodu, gdy uprasza się nas o wyobrażenie sobie czegokolwiek, towarzyszy temu
polecenie zamknięcia oczu. Nie każdy jest na tyle ufny, by zrobić to od razu.
Nie ma w tym nic dziwnego, bo cokolwiek nam się zakazuje, pociąga za sobą złamanie
reguł, zatem zawsze kusi nas niepostrzeżenie na chwilę otworzyć oko.
Poznaliście w życiu lub macie kogoś przed kim nie boicie się zamknąć oczu, a
wręcz tego pragniecie? Komu dalibyście przepasać swoje źrenice fantazji
seksualnych jedwabną chustą ich spełnienia? Ja dziś to wyśniłam. Obudziłam się
mokra…
Wróćmy pod prysznic, gdzie
wczoraj spędziłam ociekające żądzą chwile. Postanowiłam zając się sobą.
Powiedziałam:
Zadbam o ciebie - ciało, bo może
nie wyglądasz ostatnimi czasy szczególnie oszałamiająco. W jednym czy dwóch
miejscach widać nieśmiałe oznaki wystającego uroczo tłuszczyku, co to się w
wyniku wakacyjnej stagnacji rozmnożył po boczkach. Nie biegasz w pełnym
rynsztunku dobranym w Decathlonie lub promocji w Lidlu z dbałością o
najmniejsze szczegóły (czy sznurowadła będą pasować do koloru opaski czy etui
na ramię do telefonu), nie jeździsz na miejskim rowerze w kolorze modnej mięty,
nie udostępniasz na Facebooku ile to kilometrów kompleksów wybiegałaś na Endomondo.
Pochłaniasz jedynie bezkresy celulozy
wymieszanej z włóknem ścieru drzewnego, brzmi może niezbyt smacznie, ale innymi
słowy, pożeram papier w postaci kilometrów stron książek, często na późną
kolację racząc się dodatkowo minutami klatek filmowych. Uczta, powiem Wam, jest
to nie byle jaka, zajadam się ciasteczkowo-potworowo codziennie, radośnie
pomrukując „om nom nom nom” po każdym posiłku. Tyle emocji i tylko dwie
kalorie! No i może zera znikające z konta, ale warto!
Postanowiłam zatem nie uatrakcyjniać
swojego wyglądu jakimś szczególnie dobranym wysiłkiem fizycznym, bo nie on
często jest potrzebny by poczuć się pożądanym we własnym ciele. Zatem
nastroiłam się odpowiednią muzyką, przyszykowałam ulubioną bokserkę, która jest
tak lekka i miła w dotyku, że chce się ją właściwie od razu zdejmować; szampon,
odżywka, żel, balsam o zapachach wywołujących tylko i wyłącznie chęć podążania
za źródłem ich woni – moimi włosami i ciałem. Odkręciłam wodę i przesunęłam się
w stronę lustra, które znajduje się wprost przede mną. Wiedziałam, że to nie
będzie krótki prysznic. Ilu z nas w ramach oszczędzania wody czy czasu, bo
ciągle ktoś, cos nas popędza, wyskakujemy z wanny jak poparzeni. Nie
ustępujcie!
Nie przeliczajmy kropel wody na
suche pieniądze i minuty, skoro równają się oceanom rozkoszy.
Kto z nas nie miewa fantazji pod
prysznicem? Kto nie przymyka oczu, nie przygryza warg, nie uchyla delikatnie
ust, nie odchyla głowy do tyłu w rozkosznym zetknięciu z pierwszymi kroplami
wody? Kto nie zatapia dłoni w coraz bardziej mokrych włosach, kto nie kocha
relaksującego dotyku i zapachu pieniącego się szamponu, który potem delikatnie
muska skórę pleców, spływając po pośladkach, przemierzając uda, drażniąc
zgięcie w kolanie by wylądować między palcami stóp. Ja w tym momencie obracam
się do lustra, obserwuje coraz bardziej moknące włosy, dzięki czemu widzę ich
faktyczną długość i zalotne opadanie na plecach, śledzę trasę piany po
zakamarkach swojego ciała. Upewniam się co jakiś czas, by nigdzie jej nie
zabrakło, zatem pomagam jej, zdecydowanymi, ale zarazem powolnymi
pociągnięciami dłoni by nie zniknęła z mojego ciała i nie przestała podkreślać
kształtu piersi, ud, łydek, pleców, bioder. Obserwujemy siebie głównie, gdy nikt nie patrzy, wstydzimy się przyznac przed samymi sobą, że czasami to, co widzimy, faktycznie może się nam spodobac. Nie próbowaliście nieśmiało czasem własnej skóry? Ja tej nieśmiałości dawno się wyzbyłam i nie raz przemierzę dłonie, ramiona dolną wargą, musnę językiem poznania dobra i zła...Zamykając wstyd za drzwiami łazienki, zapraszając bezwstyd bez zawahania.
W tle Delilah wyśpiewuje swoją
rozkosz w słowach „Inside my love”. Ja słowo „inside” biorę do siebie bardzo
dosadnie…
Take my hand, hold on tight, don’t feel ashamed
if you like…
Dziś kocham się jednak z tą
piosenką i teledyskiem:
Gorrrrąco polecam powyższe
pozycje…
I was in here for you
We made to love
You were sent for me too
We made to love
niedziela, 4 sierpnia 2013
Sztuka NIEbrakowania.
Ponoć żyjemy w świecie
nadmiernie, ekscesywnie, przesadnie konsumpcyjnym, gdzie mało kto zadaje sobie
pytanie „mieć czy być”, bo odpowiedź nasuwa się sama - MIEĆ, gdy zewsząd
bombardują nas reklamy, namowy, przekonanie, że ocenia się nas przez pryzmat
posiadania. Ilość posiadanych zer na koncie na plusie czy minusie, ilość aut
przed domem, ilość garaży, ilość partnerów/partnerek/kochanków, ilość
chłopczyków czy dziewczynek w okresie rozrodczym.
Jednak przez takie zwierciadło
prawdy oceniają się ci, co bogatsi. Większość ludzkości mierzy wartość w tym,
czego nie mamy. Miarą nie są centymetry sukcesów, kilogramy porażek, metry
wartościowych osób, kilometry rozczarowań ani tony miłości. Miarą naszego
istnienia jest BRAK.
Nasz samochód wydaje się, że
zawsze mógłby być lepszy, pieniędzy mogłoby być więcej, na półce więcej książek, a najlepiej czytanych na Kindlu, filmów więcej obejrzanych, telewizor
mógłby mieć już więcej cali, laptop lepszy procesor, mieszkanie większy metraż,
przyjaciele bardziej wyszukani, rodzina bardziej osławiona, dzieci bardziej
zdolne, więcej tytułów przed nazwiskiem.
STOP!
BRAK nie jest wartością ujemną w
żadnym calu. Brak czegoś sprawia tylko, że bardziej doceniamy to, co mamy,
chętniej patrzymy na to, co nas jeszcze w życiu czeka i cieszymy się z tego
intensywniej, gdy wreszcie to nadejdzie. Sztuka prostoty, doceniania rzeczy
małych, jakby były tymi wielkimi, kto z nas tak potrafi?
Jak inaczej docenić brak słońca,
póki nie przesłonią go kłęby chmur?
Jak nie zachwycić się nieśmiało
zaglądającym zza futryny chmury słońcem, póki nie przyjdzie rozpogodzenie?
Jak docenić wartość sentymentalną
deszczu, póki nie zapuka delikatnie o szyby po fali upałów?
Jak bać się burzy, skoro przynosi
wyczekiwane lżejsze powietrze?
Jak zachwycić się blaskiem
księżyca i nagromadzeniem gwiazd na niebie, skoro nigdy nie spoglądamy w górę?
Jak docenić i nie zatęsknić za
wiosną, jeśli nie poprzedzi jej sroga zima?
BRAK jednego rodzi niebywały
zachwyt z jego wypełnienia, gdy nadchodzi, nawet jeśli tylko na chwilę.
Brak Ciebie i tęsknota za Tobą
sprawiają, że moje uczucie staje się jedynie bardziej wyraziste, jakbym
założyła okulary po ciągłym błądzeniu po omacku.
Brak Twoich dłoni, w które
chwytasz moją bezbronną twarz sprawia, że wiem, że tylko Tobie się chce tak poddawać.
Brak Twojego spojrzenia, w którym
zamyka się całe moje poczucie wartości i miłość sprawia, że widzę je codziennie
bardzo wyraźnie i przywołuję w chwilach zwątpienia w siebie.
Brak Twojego elektryzującego dotyku
na mojej skórze sprawia, że jestem w stanie go odtworzyć z niebywałą dbałością
o szczegóły.
Brak Twojego poruszającego każdy
centymetr mojego ciała głosu, sprawia, że miękną mi kończyny dolne na same jego
wspomnienie.
Brak Twojej obecności sprawia, że
wyobraźnia pracuje na zwiększonych obrotach i widzi Nas razem poruszające się
ruchem jednostajnie przyspieszonym nadrabiające stracony czas spędzony osobno,
planując kolejne wypełniane BRAKÓW wspólnie na kanapie salonu Naszych marzeńJ
Ktoś, komu sprawiłabym miliony hiacyntów wysłał mi ostatnio te piękne słowa:)
All the king’s horses and all the king’s men
Came charging to get what we got
They offered the crown, and they offered the throne
I already got all that I want
All the king’s horses and all the king’s men
They came marching through
They offered the world just to have what we got
But I found the world in you...
piątek, 2 sierpnia 2013
Randka z nieznajomą.
Ucieszy Was pewnie wiadomość, że
umówiłam się na randkę. Ilu z nas szykuje się na nią z nadzieją głupich matką,
że ta będzie zupełnie inna od reszty i przyniesie wyczekiwane zmiany. Wierzcie
lub nie, ta taka właśnie była.
Obudziło mnie pozytywne
nastawienie, cicho przyczajone zatroskanie ile na tę randkę mam zabrać mamony i
brak pośpiechu, ponieważ nie umówiłam się na żadną konkretną godzinę.
Otworzyłam szafę i doznałam,
rzadko spotykanego u kobiety, olśnienia – nie ubiorę się nieadekwatnie do
lejącego się z nieba żaru tylko po to, żeby wyglądać seksownie i zniewalająco.
Z szafy wypchanej wieszakami kompleksów i niskiej samooceny wyciągnęłam zwykły
biały T-shirt, jeansowe spodenki dobierając do tego trampki.
Przecież wiem, że atrakcyjność
nie skrywa się w ubraniach, metkach, jakości materiałów, ilości tapety retuszu
na twarzy i doborze dodatków, ale wyłania się z charakteru, ze spojrzenia, z
uśmiechu, ze sposobu w jaki wkładam słomkę do ust, gdy piję Mojito, jak
przykładam kieliszek czerwonego wina otulając górną wargą jego brzegi, jak
władam butelką piwa, jak zalotnie kreślę mapę gry wstępnej na brzegach szklanki
whiskey lub z tego jak namiętnie kosztuję smaki nowych potraw.
Udałam się zatem do łazienki,
zamalowałam niedociągnięcia nocy na mojej twarzy i ruszyłam w drogę zostawiając
motylki w słoiku. Upał niestety nie zawiódł, niebo niczym nie zaskoczyło,
wzięło parę buchów od słońca i wykaszlało kilka kształtów imitujących chmury.
Wsiadłam do pociągu nie stresując
się, ponieważ wiedziałam, że umówiłam się z kobietą, która zna mnie na wskroś i
nie będę musiała się stroić i chować jakiekolwiek cechy by się jej przypodobać.
Z kobietą która wie, że pod tą pokrywą ciągłych żartów, gadulstwa, wybuchów
śmiechu, atrakcyjności, seksapilu, pewności siebie, pozornego braku powagi i
sztucznie kreowanej beztroski, kipi ktoś śmiertelnie poważny lubiący dyskutować
o sprawach wielkich i małych, przejmujący się wszystkim i wszystkimi, napawający
się komfortem ciszy i bliskością, czasami czujący się arcy-nieatrakcyjnie,
zmęczony odgrywaniem narzucanych ról.
Moja „randka” zatem wiedziała, że
najlepiej najpierw zabrać mnie na krótki spacer by oswoić się z terenem. Po
mnogości piegów, która rozsypały się na mojej skórze można było stwierdzić, że
słońce przypieka nadmiernie, więc lepiej schować się do klimatyzowanego
pomieszczenia.
Kto lepiej niż ty wie, żeby spuścić
mnie ze smyczy zachcianek do Empiku! Dwie godziny niczym niezmąconego
buszowania w zbożu książek! Kto inny niż ty wie kiedy powiedzieć mi dość i wypuścić
mnie tylko z jedną nową solidną pozycją książkową, a nie z dziesięcioma,
dodatkowo uatrakcyjniając zakup uzupełniając go zakładką do książki z cytatem
Eco „Kto czyta książki, żyje podwójnie”.
Marylin mówiąc kiedyś „Diamonds
are girl’s best friend” pominęła całą gamę zakupów! Zatem parę nabytków by w
szafie kompleksów poutykać chociaż trzy wieszaki komplementów.
Adrenalina zakupowa zawsze
prowadzi do pustki żołądkowej zatem zaciągnęłaś mnie do knajpy, w której zawsze
chciałam zjeść. Kto inny jak nie ty wie jak kocham jeść i trzeba mnie
regularnie karmić. Kolejny plus dla ciebie – nalegałaś by za mnie zapłacić –
jakbyś wiedziała, że w większości przypadków to ja więcej daję niż dostaję. Nie
upieram się dziś – pozwolę o siebie zadbać.
Słusznie przeczuwałaś, że po
wspólnie przeżytym posiłku lubię się polenić i nie zabijać pysznego smaku
potrawy kolejnym maratonem imponowania. Zabierasz mnie zatem do knajpy na
świeżym powietrzu i zamawiasz lemoniadę o smaku rabarbaru. Co najważniejsze –
pozwalasz mi napisać notkę! No bo czemu pisać tylko na kanapie ciemnym, głuchym,
pustym wieczorem z laptopem na kolanach tak by nikt nie widział?
Lubię
niespodzianki i zdarza się kolejna. Nie wiedziałyśmy, że w parku odbywa się
próba koncertu, dzięki któremu ołówek, którym piszę notkę samowolnie wystukuje
granie w tle rytmy i przeszywają mnie na wskroś symfoniczne wersje utworów
takich jak „Shape of my heart”, „Sex on fire”, „In my place” czy „Iris” z
użyciem całej palety ulubionych instrumentów zaczynając od perkusji, poprzez
skrzypce i wiolonczelę, kończąc na saksofonie. Moja podróż w głąb siebie
ukoronowałaś mrożoną herbata ze Starbucksa z malinami i hibiskusem, bo kto inny
jak nie ty wie najlepiej, że uwielbiam takie w upalne dni.
Ale pociąg w końcu odjedzie, a mi
się przypomina, że koniecznie potrzebuję jeszcze strój kąpielowy! Proszę cię o
pomoc w wyborze, więc udajemy się do przymierzalni…
Wpadam w pewne osłupienie na myśl
jak miło spędziłam dzień. Chcę ci za niego podziękować, szukam cię wzrokiem,
ale nie znajduję…
Obracam się do lustra:
- Tu jesteś! – wykrzykuję radośnie.
Byłam na randce sama ze sobą.
czwartek, 1 sierpnia 2013
and I send all my loving to You.
Kiedyś wyszeptałaś mi do ucha
mojej duszy, nieświadomie ją tym samym przywłaszczając: „ Czuję, że jesteś
kimś, kogo można kochać całe życie”.
Dosłownie, zaparło mi dech w
piersiach i łza wzruszenia zamieszkała w kąciku oka. Pozwoliłam jej spłynąć. Zaprosiłam
ją tam, wpuściłam przez drzwi całego Twojego ciepła, dobroci i troski by wzruszyć
się dogłębnie tak jak na filmach, które namiętnie oglądam szukając odniesień do
swojej historii, fantazji i marzeń. Jesteś moim spełnionym marzeniem.
Ja powiedziałam: „Kocham Cię jak
Anthony Hopkins kochał Debrę Winger”.
Odparłaś śmiejąc się: „O nie! To cios
poniżej pasa”
Całe moje uczucie zamyka się w
tych zdaniach.
Zamyka się we wszystkich wyszeptanych prawdach
w słuchawce telefonu, w długodystansowych łzach wspólnie dzielonych, w każdym
spontanicznym wybuchu śmiechu, w każdej prawdzie jaką ujrzałaś w moich oczach,
w każdej wyśpiewanej wspólnie piosence, każdym odwzajemnionym namiętnym
muśnięciu, mruknięciu, dotyku i pocałunku, w każdym zachwycie nad tą samą
książką, filmem czy piosenką, we wszystkich wspólnie snutych planach, każdej
kreowanej rzeczywistości, każdym szczerym komplemencie, w wierze w siebie, w
którą we mnie wzbudziłaś, motywacji, do której mnie popchnęłaś, w sercu, które
otworzyłaś, w życiu, które zmieniłaś.
Exhilarating, ecstatic, endearing – Nasze słowa.
I’m still your “E” letter.
Hiperwentylacja.
sobota, 27 lipca 2013
Muzeum Zerwanych Związków.
Olinka i Drazen byli ze sobą
cztery lata. Rozstali się w przyjaźni i gdy w miejsce żalu weszła refleksja nad
tym, co było, postanowili zrobić z tym coś kreatywnego. W ten sposób powstało
Muzeum Zerwanych Związków w Zagrzebiu, które rocznie odwiedza ok. 40 tysięcy
turystów. Początkowo prosili by ludzie przysyłali im przedmioty i historie
miłosne ich dotyczące. Po czasie nazbierało się ich tak dużo, że postanowili stworzyć
muzeum. Mamy wesela, pogrzeby, urodziny, chrzciny, Walentynki, a niczym nie czcimy
rozstań.
Przypomnijcie sobie co robicie z
rzeczami po rozstaniu, zwłaszcza jeśli było ono burzliwe. Często mamy ochotę je
wywalić, rozwalić, spalic albo przynajmniej schować głęboko w pudełko
zapomnienia. Zdarzało mi się tak robić: chcieć przerobić biżuterię, palić
listy, gnieść w ręku, jakby ta pięść miała wycisnąć ze mnie i z tego przedmiotu
cały żal, ból i złość rozstania, a może raczej niepowodzenia? W końcu każdemu
trudno przyznać się do porażki. Olinka i Drazen zapytali siebie czy zapomnienie
to jedyne rozwiązanie? Postanowili przedmiotom oddać głos. Mówi się, że diabeł
tkwi w szczegółach. Zastanawialiście się co opowiedziałyby przedmioty wokół
Was, gdyby dano im przedstawić swoją wersję wydarzeń? Czy naprawdę byłyby to same gorzkie, smutne opowieści? Może lepiej
zapytać je, skoro widziały wszystko, czy zaobserwowały moment, w którym
wszystko zaczęło się walić jak domek z kart, by tego błędu ponownie nie popełnić?
W końcu życie, związki, relacje, z których nie wyciągamy wniosków byłyby jak
nudna lekcja historii, na której przysypiamy nie wiedząc, że można ominęła nas
lekcja życia.
Co ludzie pozostawiają w muzeum?
„Kolekcję torebek do wymiotowania z
różnych linii lotniczych na pamiątkę romansu na odległość. Klucze do mieszkania oddane do
muzeum, by uniknąć pokusy pojawienia się na progu byłego z awanturą. Telefon
komórkowy Nokia oddany przez
chłopaka dziewczynie, żeby już do niego nie wydzwaniała.
Siekierę. Zostały nią porąbane wszystkie
meble kochanki, która porzuciła właściciela siekiery dla kobiety. Przez 14 dni
jej wakacji z nową oblubienicą codziennie jeden mebel szedł pod ostrze. Gdy
zdrajczyni przyszła odebrać swoje meble, czekało na nią 14 kupek drewna.”
Oryginalne, prawda? J
Którym przedmiotom byście oddali głos
jakbyście mieli je wysłać do Muzeum Zerwanych Związków? Czy to w celach terapeutycznych,
ekshibicjonistycznych czy dla poczucia ulgi, na pewno każdy z nas coś by
takiego znalazł.
U mnie byłyby to smutne i radosne
przedmioty, każdy mógłby je na takie podzielić. Wysłałabym zeszyt, w którym
zapisywałyśmy wyniki gry w kości i Scrabble na dowód jak żadna nie umiała z
drugą przegrywać i często i śmiałyśmy i kłóciłyśmy się przy tym. Obiecuję sobie
nigdy ze związku z kimś czynić rywalizacji.
Wysłałabym malutką ramkę, w której
namalowałaś mi uszatka na wspomnienie miłego popołudnia na kanapie kiedy
oglądałyśmy National Geographic śmiejąc się, że oglądamy programy przyrodnicze.
Może nie wiesz, że tego obrazka nigdy z tej ramki nie wyciągnęłam, bo to była
jedna z nie wielu rzeczy, które zrobiłaś mi własnoręcznie.
Zerwałabym kawałek ściany i farby z
mojego pokoju, bo razem go wymalowałyśmy dwa lata temu. Przyjeżdżałaś po pracy,
zakładałyśmy czapki, sączyłyśmy piwo i malowałyśmy do północy nie przejmując
się, że nikt nam nie chce pomóc twierdząc, że nam się nie uda.
Ostatnią taką rzeczą byłaby książka, którą
sama dla mnie zrobiłaś. Wiedząc jak bardzo chcę napisać książkę, wydrukowałaś
parę stron z mojego bloga i związałaś w książkę. Dziś stoi przyciśnięta i
schowana między „Każdy szczyt ma swój Czubaszek” i „Kochanie, zabiłam nasze
koty”.
Potem prezenty stały się przewidywalne,
było w nich mniej serca i kreatywności, powoli prowadząc do rozstania. Może nie
zwracamy na to uwagi, ale nie tylko słabnące relacje międzyludzkie wyprzedzają
rozstanie, ale i też przedmioty. Ususzone kwiaty na ścianie przypominały mi jak
długo ich już nie dostawałam. Nadal tutaj wiszą, bo pasują kolorystycznie do
reszty i nic poza tym. Bo tak naprawdę nie oddałabym żadnej rzeczy, żadnego
przedmiotu, bo gdy przychodzi pogodzenie po rozstaniu, każdy z tych przedmiotów
staje się nasz, nikogo innego, tylko nasz. Nie można wiązać przedmiotów,
piosenek, filmów, miejsc, potraw, smaku, z ludźmi, którzy mogą odejść, bo mało
radości by nam zostało, gdyby odeszli. Może i ta piosenka leciała w radiu, gdy
Cię poznałam, może chwilę jej nienawidziłam, ale potem przypomniałam sobie znów,
że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i każdego dnia w moich uszach może
grac inna melodia wspomnień, melancholii, pogodzenia i radości.
poniedziałek, 15 lipca 2013
Drogie, zapomniane JA.
Drogie ja,
Ile to już lat, dni bez udziału
siebie, ile łez wylanych za utraconym JA i poświęceniem siebie dla kogoś
innego, minęło bezpowrotnie? Nie jestem w stanie zliczyć godzin, w których nie
byłam sobą i pozwalałam siebie zakrywać oczekiwaniami i wymaganiami innych.
Ale dziś nie pora na wyliczanie,
nie czas na rozliczanie rachunków z przeszłością i spoglądanie na zabliźniające
się rany na duszy, poczuciu własnej wartości, samoocenie, wyglądzie i odbiciu w
lustrze.
Drogie ja, pamiętasz jeszcze co lubisz?
Co ważniejsze, czy robisz te rzeczy, które lubisz czy wiecznie szukasz wymówek
by zając się wszystkim, byle nie sobą? Niech Ci Twoje odbudowujące się JA
przypomni Ci, co lubisz i pamiętaj by nigdy tej listy nie zamykać.
Lubię natrafiać na muzykę
odzierającą serce ze wstydu czucia.
Lubię oglądać filmy
doprowadzającego do istnego katharsis duszy, olśnienia bądź inspiracji do
działania.
Lubię śpiewać piosenki, które
mają dla mnie znaczenie i leczniczy wpływ.
Lubię jazdę autem i muzykę w tle
sprawiającą, że krajobrazy za szybą wydają się mówić do nas swoim
niepowtarzalnym językiem, a chmury układają się w niespotykane dotąd
kombinacje.
Lubię obserwować ludzi i układać
w głowie ich życiorysy.
Lubię gotować dla siebie i innych
i cieszyc się każdym elementem tego procesu, poczynając od zakupu składników,
przez przygotowanie, czucie zapachów po romans ust z niespotkanym wcześniej
smakiem, kończąc na dumie z rezultatu własnej pracy.
Lubię czekać na pociągi i (mimo
wszystko) jazdę pociągiem.
Lubię uprzejmość i odwzajemniony
uśmiech nieznajomych.
Lubię beztroskę, niewinność, szczerość
i radość dzieci i ich reakcje na mnie.
Lubię chodzić do kina na
premierowe seanse.
Lubię odkrywać nowe smaki i
miejsca i dzielic je z osobami, które doceniają i odczuwają je równie
intensywnie.
Lubię szczere rozmowy.
Lubię nie wątpić w siebie.
Lubię być dumna z wykonanej
pracy.
Lubię być traktowana z należytym
szacunkiem i dozą nonszalancji.
Lubię pomagać i wspierać.
Lubię pisać i proces jaki się z
tym wiążę.
Lubię zapach kawy, koszonej
trawy, porannej rosy, dobrego jedzenia i alkoholu, ogniska, jesiennych liści,
ukochanej kobiety.
Lubię czytać, oprócz książek,
felietony i wywiady z osobami, które akurat poruszają tematy, o których ja
rozmyślam, mając wrażenie, że mówią do mnie.
Lubię krzyczeć na koncertach.
Lubię być inspirowana i
motywowana.
Lubię nie być zmuszana do
przepraszania za siebie.
Lubię nie wstydzić się swoich
głośnych wybuchów śmiechu.
Lubię pisac listy.
Lubię pisac listy.
Lubię samotne spacery z muzyką
nadającą rytm moim krokom pocierając dłonią o mijane płoty.
Lubię szczere przytulenie całym
sobą, nie tylko cieleśnie, nie tak jak na przywitanie, ale takie, którym ktoś
pokazuje, że wie, że to najważniejsza rzecz jaką w danej chwili potrzebowałam.
Lubię spełniać wyznaczone sobie
cele.
Lubię spotykać osoby, które
przypominają mi jak ważne jest nie zapominać i doceniać powyższe punktyJ
czwartek, 11 lipca 2013
Opanowując sztukę NIEżałowania.
Pracownica niemieckiego hospicjum
każdemu pacjentowi jakim się zajmowała zadawała pytanie, czego najbardziej w
życiu żałuje. W ten sposób stworzyła listę 5 najczęściej żałowanych spraw w ich
życiu.
Tak, dziś będzie nie o nadziei na
przyszłość, nie będzie o planach, marzeniach, chęci, sile do działania z
uśmiechem na twarzy. Dziś będzie odrobinę ponuro, bo i słońce za oknem zaszło
chmurami po dniach upału. Zatem nazwijmy to adaptowaniem się do nadchodzącej
deszczowej aury za oknem.
1
. Ludzie
w obliczu śmierci najczęściej żałują, że nie mieli śmiałości prowadzić takiego
życia, jakie uważali za słuszne, ale prowadzili takie, jakie oczekiwali od nich
inni. Większość z nas nie realizuje nawet połowy swoich marzeń w imię wygody
innych, skąpstwa, obawy przed zazdrością, ludzką zawiścią, niepowodzeniem.
2. Kolejną
rzeczą jaką najczęściej sobie wyrzucamy, zwłaszcza panowie, okazuje się jest
fakt, że za dużo pracowaliśmy. Tak skupiamy się na zarabianiu na życie, że
zapominamy, że czasami duże ilości pieniędzy nie są głównym źródłem szczęścia,
a bezcenne chwile przemijają bezpowrotnie.
3. Przy
końcu swojej drogi żałujemy, że nie mieliśmy śmiałości by wyrazić swoje
uczucia. Wielu z nas przygasza wiele uczuć by zachować określone relacje z
ludźmi. Medycznie jest to nie wskazane uczula pracownica hospicjum, ponieważ
skrywana gorycz i oburzenia są głównym źródłem stresu, który za to prowadzi do
wielu chorób.
4. Żałujemy,
że nie utrzymywaliśmy bliższych relacji z przyjaciółmi. Wielu z nas nie zdaje
sobie sprawy na co dzień jak wiele korzyści płynie z utrzymywania kontaktów z
przyjaciółmi i żałujemy, że ich zaniedbywaliśmy, a oni nas i wzajemnie o siebie
nie zabiegali.
5. Ostatnią
najczęściej wspominaną pretensją do siebie był żal wynikający z faktu, że nie
pozwalaliśmy sobie być szczęśliwymi. Wielu ludzi z lęku przed zmianami udawało,
że jest zadowolonymi ze swojego życia.
Dlaczego by nie zacząć żyć tak
jakby dziś nigdy nie miało się powtórzyć, jakby dziś miało być ostatnim dniem i
nie żałować tych 5 rzeczy?
Prowadźmy życie takie, jakiego
pragniemy i sobie wyśniliśmy, nie dajmy się stłamsić ludziom i niesprzyjającym
okolicznościom, bo takowe zawsze można zmienić. Nie pracujmy przesadnie dużo,
bo w natłoku zapomnimy siebie, a gdy przecież brak nam siebie, to brak nam
wszystkiego. Ilu z nas nie wyznało uczuć tym najważniejszym? Szczerze wierzę,
że wiele chorób ciała wynika z chorób i tęsknot serca i stresów z tego
wynikających. Ilu z nas z lenistwa odmawia spotkania z przyjacielem albo
wmawiamy sobie, że tego spotkania nie potrzebujemy albo nie mamy na nie ochoty.
Kochani, my zawsze potrzebujemy, tym bardziej im głośniej krzyczymy sobie, że
nie. Pozwólmy sobie być szczęśliwymi, kochać i być kochanymi z górą pieniędzy
bądź też nie.
Ja staram się być spełnionym
inspirującym cytatem na co dzień i na co dzień przegrywam…ale powtarzam
sobie „póki
co”. Nie spieszę się, ćwiczę dalej cierpliwość, przełykam gorzkie rozczarowania
zapijając dobrą lemoniadą i jedzeniem z przyjaciółmi kiedy mogę.
Czuję się od jakiegoś czasu jak drzewo
poznania dobra i zła. Mam wiele gałęzi, liści, soczystych jabłek, które wiszą
czekając na tego, kto nie tylko podejdzie i urwie co mu się żywnie podoba i
odejdzie w swoją stronę, ale kogoś, kto nadchodząc już z daleka dojrzy piękno
tego drzewa, zanim zerwie z niego cokolwiek, dotknie kory, zapozna się z jej
delikatną, niespotykaną strukturą, zaprzyjaźni się dotykiem, którym pokaże, że
zaraz nie zniknie, ale zerwie to jabłko nadzwyczaj sprawnie, zanurzy usta
przymykając z rozkoszy oczy i zamiast pójść w przeciwnym kierunku przygryzając
radośnie środek, zatrzyma się, usiądzie i oprze o drzewo napawając się jego
bezpiecznym, ciepłym cieniem.
Póki co…
Układam dalej pieśni swego życia
wyśpiewując je do sufitu.
Muzyczne cuda:
Even if a day feels to long
You feel like you can wait another one
And you've slowly given up on everything
Love is gonna find you again
Love is gonna find you, you better be ready then
You feel like you can wait another one
And you've slowly given up on everything
Love is gonna find you again
Love is gonna find you, you better be ready then
There's doubt in every face
And there's a liar on the stage.
What good is it, if he don't himself believe in it?
Every clap rings out a warning
Get ready for the storm it's coming
It's coming.
And there's a liar on the stage.
What good is it, if he don't himself believe in it?
Every clap rings out a warning
Get ready for the storm it's coming
It's coming.
Everytime you are not around
I'm slowly drifting away, drifting away
Wave after wave.
I'm slowly drifting away, drifting away
Wave after wave.
Why are you so far from me?
In my arms is where you are to be
How long will you make me wait?
I don't know how much more I can take
I missed you but I haven't met you
In my arms is where you are to be
How long will you make me wait?
I don't know how much more I can take
I missed you but I haven't met you
Drink so long and deep until you drown
Say your goodbyes, but darlin' if you please,
Don't go without me.
C'est la vie, c'est la mort.
You and me,
Forevermore.
środa, 3 lipca 2013
Ludzie ponad system!
Czym jest edukacja? Wielu
skojarzy się ze zwyczajnym edukowaniem, nauczaniem, kształceniem. Mało kto
pamięta, że słowo edukacja z łaciny oznacza „wychowanie”. Czym jest w Polsce? Na pewno daleko jej do
elastycznej, innowacyjnej, dobrze naoliwionej i sprawnie działającej w zespole
maszyny, a bliżej do starego zardzewiałego grata, którego ciągle szczędzi się wysłać
do naprawy. Ken Robinson, jeden z najbardziej znanych reformatorów edukacji,
powiedział kiedyś, że nie ma żadnego takiego systemu ani szkoły na świecie,
która zastąpiłaby nauczyciela. To on jest fundamentem edukacji. Tymczasem w tym
roku samorządy zwalniają kolejne 7 tysięcy nauczycieli. Polonistka i
jednocześnie wychowawca roku głoduje od 7 dniu w proteście przeciw zwalnianiu
nauczycieli, a w szczególności jej koleżanki z pracy. Pragnie oddać jej 9
godzin z własnego pensum, bo zawsze wybiera człowieka, a nie system. Dyrekcja
nie wyraża zgody. Z powodu niżu demograficznego nauczyciele zwalniani są na łeb
na szyję. Dostaje się tym młodym osobnikom na końcu łańcucha pokarmowego,
starszych stażem broni Karta Nauczyciela. Zwalnia się często talent, świeżość pomysłów
i innowację przemieszaną z inspiracją i motywacją na rzecz doświadczenia i
przepracowanych lat, nieważne czy owocnie czy totalnie bezużytecznie.
To zła wiadomość dla
społeczeństwa, państwa i dla każdego przyszłego, dziś małego, obywatela. W
Polsce edukacja to ciągle system, a nie ludzie, a powinna zostać ona
spersonalizowana. Często to bagatelizujemy, ale prawdziwa walka o przyszłość toczy
się nie przy taśmach montażowych, za biurkami i na giełdach, nie przed
komputerem, ale przy tablicy w szkole, gdzie należy odejść od wyuczonej
tresury, a przejść do nauki twórczego myślenia, wiary we własne siły, samodzielności
gdzie przewodzi nie sfrustrowany życiem belfer nieprzepadający za dziećmi, ale
inspirator i entuzjasta. Niestety często zdarza się, że nauczycielami zostają
osoby traktujące uczniów jak przedmioty i zło konieczne, a jak już się wyżywać
to na równych sobie albo szefostwie, ale nie na niewinnej „klienteli” kochani.
Człowiek jest tylko człowiekiem i każdy ma granice swojej cierpliwości, ale
ciągle żyjemy w kraju, gdzie staje się po złej stronie rozwoju, gdzie ekspertem
MEN zostać może kobieta z zatartym wyrokiem, która rozkazuje dzieciom w
regulaminie przebywać dzieciom w bezwzględnej ciszy pod groźbą natychmiastowej
jedynki, gdy uczeń nie usłyszy polecenia i masie innych sztywnych,
zastraszających zasad. Narzekamy, że nasz zawód traci na renomie i szacunek, ale czy nie jest trochę tak, że to my takim zachowaniem i stagnacją uczymy tego braku szacunku? Zganiamy, że to wina rodziców, mediów, uzależnienia od Internetu, ale to właśnie ta wiedza z komputera uczy dzieci, że mogą miec lepiej, a niekoniecznie to w szkole dostają. Internet to wielkie kompendium wiedzy, pomysłów i pomocy dydatycznych od którego dzieli nas tylko przycisk "włącz". Dlatego doskonalmy się zawodowo, to inwestycja na lata, a nie zło koniecznie i niepotrzebny koszt.
Czas przypomnieć sobie, że szkoła
to nie maszyna, system, ale przede wszystkim ludzi i im trzeba ją przywrócić.
Koniec roku szkolnego przypomniał mi o tym, że nauczyciel młody stażem musi żyć
w ciągłym strachu przed groźbami skarg od tych starszych, niby stażem, ale
niekoniecznie dojrzałością, czy to nauczycieli czy rodziców. Ja swoje innowacje
chowam w czterech ściany swojej klasy zamiast móc się nimi dzielic i szczycić.
Zasiadamy do stołu o kształcie trójkąta, prostokąta czy kwadratu, ale na pewno
nie przy okrągłym, a ogromna szkoda. Polski nauczyciel niekiedy wstydzi się
swojego zaangażowania, osiągnięć, umiejętności i pomysłów zachowując je dla
siebie. Nie od dziś wiadomo, że Finlandia szczyci się najlepszymi osiągnięciami
– dlaczego? – ponieważ mają najlepszych, najlepiej wykształconych i
zmotywowanych nauczycieli. Jest to zawód tak prestiżowy i dobrze opłacany, że
większa część maturzystów marzy o wykonywaniu tego zawodu w przyszłości. Tymczasem
w Polsce niekiedy dusimy się w 30-osobowej klasie modląc się o zrealizowanie
podstawy programowej wypełniając dzienniki jak za karę. W Polsce brakuje
natchnionych artystów, świeżości pomysłów i ciekawości poznania nowych
rozwiązań, brakuje czasu i pieniędzy na pójście do teatru, przeczytanie
książki, rozwiązywanie zagadek, interesowanie się polityką i współczesnymi
mediami by czerpać z tego nowe pomysły na zajęcia.
System uczynił ludźmi leniwymi,
zapominamy, że nauczanie jest zawodem twórczym. Ja w to wierzyłam idąc na
studia i ciągle wierzę i najbardziej kocham w tej pracy moment, w którym wpadam
na pomysł na zupełnie inne przedstawienie tematu niż sugeruje podręcznik.
Wczoraj moi przyjaciele
przypomnieli mi, że bardzo kiedyś chciałam grac na perkusji. Podali mi moje
pałeczki i kazali wystukiwać rytm do granych piosenek – „Powinnaś być perkusistką!”
– usłyszałam. Od ludzi słyszę, że powinnam też śpiewać, tańczyć, od dzieci, że
powinnam iść do teatru i być aktorką albo do kabaretu.
Pałeczek używam na lekcji by uczyć
dzieci poczucia rytmu przy nauce słów w piosence, biorę mikrofon i bawię się w
dziennikarza by zachęcić dzieci do wymawiania nowo poznanych słów, gdy uczymy
się czasowników łącze je z tańcem po klasie, bo dzieci najlepiej uczą się
ruszając bądź zapamiętując niebywałe przedstawienie tematu, by zaciekawić ich
tematem opowiem śmieszną anegdotę, a gdy słuchamy opowiadań czy historyjek
zamieniamy się w aktorów, reżyserów i kamerzystów.
Bo ja, kochani, to wszystko mam w
jednym miejscu, wystarczy twórcze podejście i chęć działania, a nie siedzenie
za biurkiem i chowanie się za mechanicznym podręcznikiem. W pierwszy dzień
wakacji siedząc w hostelu, wpadłam już na pierwsze zadanie po wakacjach uczące jednocześnie
języka i twórczego myślenia.
Wyobraź sobie, że wyjeżdżasz na
wakacje spędzając je w hostelowym pokoju, gdzie na każdym łóżku śpi osoba z
obcego kraju. Nad tobą znajduję się Angielka z dużą ilością walizek, stroniąca
od ludzi jednocześnie będąca dla nich bardzo nieuprzejma. Naprzeciwko śpi
Amerykanin czytający książkę „100 places to visit before you die”. Po Twojej
lewej zamieszkał Anglik mieszkający wcześniej dwa lata na Bliskim Wschodzie, a
teraz zdecydował zostać nauczycielem w Polsce. Gdybyś mógł zadać im jedno
pytanie, jakby ono brzmiało? Alternatywa zadania: Napisz krótkie opowiadanie
mówiące o tym, co przywiodło te osoby do Polski i skąd się one wywodzą.
Można być twórczym? Jak
najbardziej, pomysły czają się na rogu każdej ulicy, w zachowaniu każdego
człowieka, a nie tylko w książce nauczyciela, która sugeruje nam sztywne
sposoby przeprowadzenia lekcji.
Mi nikt więcej nigdy nie wmówi,
że mój sposób prowadzenia lekcji pozostawia wiele do życzenia. Już nigdy
więcej. Szef stanął po mojej stronie i powiedział: Niech Pani pracuje tak, żeby
nie miała sobie nic do zarzucenia.
I nie mam, biorę pałeczki i idę
powystukiwać rytm do kolejnych nut mojego życia, przypominając sobie słowa
uczniów żegnających mnie w tym roku.
Tak w wakacje można wstąpić. J
Subskrybuj:
Posty (Atom)










