piątek, 27 marca 2015

Bezkres zachwytu.

Tydzień temu o tej porze…stąpałam z nogi na nogę wyczekiwania. Teraz nadchodzi weekend bez Niej. Marny następca poprzedniego – najlepszego weekendu w całym moim życiu. Nie wiem czy wszyscy z Was znają, ale istnieje fotoblog opowiadający ludzkie historie o nazwie „Humans of New York”, który śledzić można na stronie internetowej lub Facebooku


Chętnie go śledzę, ponieważ dostarcza dużo ciepła, zadumy i docenienia, gdy fotograf zatrzymuje przypadkowych przechodniów i zadaje im przeróżne pytania, wydobywając z nich ludzkie historie, tragedie, refleksje czy śmieszne sytuacje. Padają pytania o najlepszy dzień w życiu, o najbardziej inspirującą osobę w życiu, najsmutniejsze doświadczenie, złamane serce, wielkie miłości, nadzieje, zmiany, obawy. Sama często  korzystam z tej strony jako narzędzia dydaktycznego, by uczyć dzieciaki empatii, ludzkiej dobroci czy inspiracji. Moja wyobraźnia i wewnętrzny filozof lubią pisać różne scenariusze w mojej głowie. Wyobrażam sobie, że gdyby Brandon Stanton wyminął mnie na ulicy, to zderzyłby się z silną manifestacją moich uczuć na twarzy. Zatrzymałby mnie i na pewno o coś zapytał, by po chwili zrobić temu zdjęcie, pochwycić choćby najmniejszą kreskę tego jak codziennie maluję na swojej twarzy uczucie do Niej.

Gdyby zapytał o najpiękniejszą chwilę w życiu, to powiedziałabym, że to ta chwila, w której Ona wyszła mi na spotkanie, a potem cały dzień dążył do tego, by Nasze spojrzenia utknęły już w sobie na zawsze. Najsmutniejszym momentem mianowałabym ten, w którym, choć nie wiadomo jak długo odkładanie rozstanie, to jednak musiało nastąpić i musiałyśmy wysiąść z auta, by się pożegnać. Ale jednocześnie podkreśliłabym, że gdy widziałam Ją odchodzącą w tylnym lusterku, to widziałam w tym chodzie nostalgię anioła, ale i szczęście. Powiedziałabym mu, że nie mam w sobie ani krzty obawy, zawahania, a przyszłość kreśli się zielonymi liniami nadziei i pozytywnych zmian. Złamane serce? Nie raz leżałam na podłodze marząc, by mnie pochłonęła i ten ból mnie pożerający. Zaszczytem byłoby mieć serce złamane przez Nią. Ale, jak nigdy przedtem, ani trochę się tego nie obawiam.

Zaczynam to pisać i muszę przerwać. Zakładam kurtkę, zamek zapinam pod samą szyję, ręce wkładam głęboko w kieszenie, tak jak lubię najbardziej. Muszę wyjść na spacer, zatkać uszy muzyką. Rozpiera mnie uczucie do Ciebie. Rozrywa na wszystkie strony. Wyłania łzy szczęścia i tęsknoty. Ona mówi, że łapałaby je w specjalnie celebrowaną fiolkę. Fiolkę – kto tak mówi? Oczywiście, że tylko Ona. Nie mogę skończyć się zachwycać nad Jej lirycznością i oryginalnością komunikacji swoich uczuć. Kto inny zjadałby tak szczegóły, jeśli nie Ona. Unikatowość Jej komplementów skrapla mnie pragnieniem i spala rumieńcem jak najbardziej skromną i seksowną kobietę jednocześnie. Nikt nie rejestrował mnie wcześniej tak jak Ty. Pamiętasz wszystko, co Ci kiedykolwiek pokazałam czy powiedziałam. Nie sądziłam, że znajdę kiedyś dom dla swoich bezdomnych uczuć i że ktoś będzie chciał pomieścić mnie całą w sobie.



Mówisz, że Twoim ulubionym zajęciem teraz jest odtwarzanie żywych obrazów Nas niczym ulubiony film z ukochaną ścieżką dźwiękową złożoną z mojego oddechu. Urzeka Cię moje zdjęcie z dzieciństwa w przebraniu pajacyka, którego osobiście się wstydzę. Uśmiechasz się na mój nawyk ciągłego związywania i rozpuszczania włosów. Zachwycasz się moim podbródkiem i linią szczęki, a ja zaczynam nagle patrzeć na siebie zupełnie inaczej. Nie wiedziałam, że mam tak czuły podbródek, póki nie chwyciłaś go swoimi dwoma palcami i nie zawładnęłaś nim swoim językiem. Nie wiedziałam, że tak podniecą mnie nawet Twoje muśnięcia palcem. Nie podejrzewałam, że mam aż tak daleko sięgające przedłużenie kręgosłupa do moich trzewi, póki nie zaczęłaś przemierzać jego wzniesienia swoimi palcami z góry na dół z precyzją i bezczelną cierpliwością. W oddechu słyszałaś jak bardzo chcę się obrócić i na Tobie usiąść. Wracam z pracy, dzwonię do Ciebie i jak zwykle mija kilka godzin, a żadna z Nas nie umie odłożyć słuchawki. Ale ta rozmowa…to najbardziej zmysłowa jaką przeprowadziłam. Nasze erotyczne dialogi po spotkaniu nasiliły się intensywnością wrażeń, bo ubrały się w zapachy, smaki, dotyki nareszcie nam skosztowane. Chciałam dotykać Cię głosem, oddechem, mruczeniem, a Ty to wszystko chłonęłaś.

Ty wszystko słyszysz, widzisz, odnotowujesz, zapamiętujesz, nie ignorujesz. Jesteśmy najbardziej wnikliwymi obserwatorami siebie samych, kochamy autoanalizę Nas i zachwytom nie ma końca. Ja widzę Twoje zadziorne przytykanie języka do zębów, a Ty wiesz dlaczego nagle przyciągam Cię do siebie za kurtkę. Wiesz, że to, że ciągle przytykam sobie Twoje dłonie do ust, to niepohamowana pokusa tego, by ssać Twoje palce. Patrzysz na kusząco zatapiające się kostki lodu w whiskey, a ja słyszę wyraźnie, co chcesz z nimi zrobić na moim ciele. Prosisz o masaż, zapewniam, że zrobię to z przyjemnością, bo wychodzi mi to „nie najgorzej”, po czym dodajesz, że dobrze wiesz, że „nie najgorzej” to moja skromna wersja powiedzenia „mistrzowsko”.

Jak Ty mnie dobrze czytasz – mówię z kolejnym zachwytem. Na co Ona odpowiada „Każdy wers Ciebie, jest mi tak bliski, jakbym była współautorem powieści Ciebie”. A moje kartki rozpuszczają się z pewności, że spotkałam swoja bratnią duszę. Że doszłam do kresu cierpienia i mogę głośno szeptać, że zasłużyłyśmy na szczęście. Bo mówisz, że „uwielbiasz, gdy patrzę na Ciebie jak na szczęście”. A ja codziennie budzę się i mimo wszystko nadal nie wiem czym zasłużyłam sobie, by taka kobieta jak Ty była piórem, które pisze po moich kartach. Ale Ona nagle sprawiła, że poczułam, że może warto nie odkładać mnie na półkę, że warto otworzyć okładkę, zajrzeć do środka, bo tam czeka wiele wrażeń i uczuć, na których nie powinien osiadać kurz osamotnienia.

Pytasz co mówię, gdy inni pytają o Nasze pierwsze spotkanie. Bez wahania odpowiadam zdaniem, które zawsze pada w filmach, gdy nagle główny bohater uświadamia sobie w prostocie jakiejś chwili zachwytu nad swoją ukochaną, że :

"I'm gonna marry that girl". 


Kończę piosenką z płyty, którą mi podarowała, włącznie ze słowami od Niej, które wcieliła w moje życie, a powiesiłam teraz w swoim pokoju.




No bo czy życie z Nią nie jest najpiękniejszym co mnie w życiu spotkało? 

poniedziałek, 23 marca 2015

Najlepszy człowiek na świecie.

Dla Niej, wszystko warto robić z wyprzedzeniem. Piątek zatem dniem przygotowań, ale przecież ja przygotowywałam się dla Ciebie całe życie. Stroiłam głos, ubierałam szykownie serce, balsamowałam ciało, przygotowywałam je na Twój dotyk, chłonęłam Cię spojrzeniami wyobraźni. Wystarczy to wszystko przenieść w rzeczywistość. Przecież to takie proste, powiedzieć i zrobić, prawda?

Zatem umyłam auto, pomalowałam soczyście paznokcie, dobrałam garderobę, by nie biegać rano w popłochu szukając z paniką koronek, czerwieni i czerni! Wzięłam kąpiel, gotowa na sen przed dłuższą podróżą. Bo przecież łatwo przenieść zamiary w rzeczywistość, prawda? Och Ty naiwna Junkie. Obudziłam się o 3:32 w nocy. Sen? Jaki sen, sen nie jest dla Junkie, która wyjeżdża na przeciw kobiety swoich marzeń.



Zatankowałam w siebie tony pozytywnego nastawienia i wyruszyłam ku wschodowi szczęścia i spełnienia. Nie lubię się spóźniać, więc wyjazd zaplanowałam wcześniej, tym bardziej, że trudno wyliczyć z całkowitą dokładnością w jakim czasie pokona się prawie 450km. Zatem dotarłam 10 minut przed czasem zadowolona, że właściwie nie zdążę się nawet zdenerwować. Znów błąd Junkie. Los przyniósł Jej spóźnienie, a przez moje ciało nigdy wcześniej nie przeszły jednocześnie wszystkie tak silne stany przedzawałowe. Dla widza z boku musiał być to widok niemalże komiczny. Przytykam dłoń do piersi naiwnie licząc na to, że unormuję szalone bicie serca. Dostaję wypieków na twarzy, więc decyduje się wyjść i pospacerować wokół auta, miękkie nogi sprowadzają mnie znów na siedzenie. OK. wdech i wydech. Jeden, dwa, no może dwadzieścia. Po chwili łapię się na tym, że trzymam kciuk w ustach, obgryzam mimochodem paznokcie z nerwów, a na nich lakier! Głupia ty!

W końcu zza rogu wyłania się Ona. Wyłania i wyprzedza moje najśmielsze oczekiwania i marzenia o Jej osobie. Ja kocham się w szczegółach, w nich tkwi diabeł i prawdziwa osobowość człowieka. Tego weekendu będę uczyć się Jej na pamięć, pragnąc osiągnąć artyzm w wywoływaniu w pamięci Jej wyraźnych konturów wyglądu i zachowań. Gdybym miała powiedzieć, to sposób Jej chodzenia jest najbardziej zmysłowym jaki widziałam. Powoli ściąga okulary słoneczne, a zakłada na siebie uśmiech. Na przywitanie całuję usta delikatnie jak znaczek. Ona przyznaje się, że z nerwów prawie zapomniała dla mnie prezentu, a ja opisuje Jej wszystkie stany przedzawałowe sprzed chwili, do których wprowadziło mnie Jej spóźnienie.  Bo my nie widzimy się pierwszy raz, my spotkałyśmy się już wiele razy, wrażenie tylko, że po prostu dużo czasu minęło od ostatniego spotkania – powie później Ona, a ja w pełni przyznaję Jej rację.

Czas na kino i spacer, wybór idealny na uspokojenie skołatanych nerwów. Na bezpieczeństwo ciemności, w której spojrzenia oswajają się ze sobą, dłonie pierwszy raz stykają, czas na „naprawdę tutaj jesteś”, na wspólny posiłek, drogę do wieczora coraz większej otwartości. Czas na wyczekiwany przekład od miesięcy już dopasowanego języka komunikacji na język ciał. Choć powiedzenie, że pożeram Ją wzrokiem jest dość banalne w stosunku do liryczności Jej osoby, to tym właśnie wypełniam sobie wieczór. W tym upale oczekiwania, topnieją trema, nerwy i  stres pierwszego spotkania „czy ja się jej spodobam”. Odpowiedź już dawno padła i jest oczywista. Wszystko co przykłada do ust wydaje mi się apogeum zmysłowości, czy to szminkę, czy własny język oblizujący seksowną dolną wargę, szklanka  whisky z lodem. Wie, że Ją obserwuję i mi na to pozwala, „robię to dla Ciebie”, a ja odchodzę od zmysłów od środka.

Nie wiem kiedy przechodzimy na komunikację najgłośniejszego niemego krzyku wnętrza. To są momenty, których się nie da zarejestrować, do których wraca się potem w rozmowach i wspólnie próbuje dociec ich początku. Nie wiem kiedy nagle milczenie stało się Naszą drugą rozmową. W którym momencie przeszłyśmy w tę parę, na którą inni patrząc z boku mogą myślec „szalone”.  Ale ten moment kiedy już spotkasz się z kimś spojrzeniem, utrzymasz go, nie spuścisz Jej głębokich oczu, zatopisz się w nich, a Ona pozwoli Ci w siebie wskoczyć, to już wiem, że się nie odwrócę i nie przestanę. Kochanie ile godzin trwał ten stan? Nieprzerwanego, niezawstydzonego, głośnego patrzenia w oczy? Czas nieokreślony, bo od tej pory zalał Nas błogostan i bezczas. Jak opisać to uczucie obezwładniającego szczęścia, gdy kąciki ust i oczu same unoszą się w uśmiechu, i wiesz, że to Ty jesteś tego źródłem? To uczucie, ta świadomość, czyni ze mnie najbardziej uniżonego i wiernego sługę tego szczęścia, czuję unoszący ku górze obowiązek, by tego uczucia nigdy nie zniwelować. Czuję się w uroczystym obowiązku szarmanckiego serca obiecać, że już zawsze chcę czuć się odpowiedzialna za Twoje szczęście.

Jej wybuchy śmiechu działają na mnie i unoszą mnie tak samo jak przez telefon. Ton zmysłowości Jej głosu nie odbiega od wyobrażeń i nasila się, gdy nachyla się do mojego ucha, by coś mi szepnąć, a ja czuję mrowienie na całym ciele. Bo to w końcu słowa ubrały się w czyny, gesty i spojrzenia, i paradują teraz w żywym tańcu wspomnień po mojej wyobraźni. Nasze usta szukają pretekstu, by się spotykać. Gdy w końcu, to następuje…ja pamiętam każdy kąt nachylenia Jej warg, ich rozpiętość, miękkość, dzikie szukanie oddechu, warg, ocieranie się, przytykanie palców do ust, wskrzeszanie ognia piekielnego moich trzewi. Dlaczego tak bezustannie całuję Twoje dłonie? Dlaczego przytykam sobie Twoją dłoń do mojej twarzy? Kładę na szyi? Przyznaję. Jestem żebrakiem. Żebrakiem Twojego dotyku.

Jutro też jest dzień. Tzn. dzisiaj, bo już dawno temu grubo po północy. Obiecuję porwać Cię niedzielnym popołudniem. Czy szczęście samoistnie zamawia pogodę? Przechadzamy się po jednym z naszych ulubionych miejsc w Polsce nie wierząc ciągle, że razem w ramię w ramię, iskrząc się w słońcu, kończąc znów w urokliwej knajpie, nieubłagalnie nie licząc czasu. Kontynuujemy rozmowy głośne i nieme. Jesteś moim najlepszym przyjacielem, nie ma rzeczy, której bym Ci nie powiedziała i której nie chciałabym od Ciebie usłyszeć. Czemu ta cisza jest tak pociągająca? Trzeba udać się ostatnim spacerem do auta i wyruszyć w drogę powrotną. W tle lecą nasze ulubione piosenki, oczywiście, że je dla nas przygotowałam, jesteś istotą nocy, pamiętam, i obserwuję kątem oka jak chłoniesz rzeczywistość za oknem auta i chcę, by to trwało.

Szalona strona mojej osoby każe mi się zatrzymać na poboczu w szczerym polu. Pod pretekstem zmiany nawigacji, a tak naprawdę by nawigować swoje usta znów w stronę Twoich, chcę widzieć Cię w świetle lampy ulicznej i właśnie tu i teraz całować.

Tak, Szalona Junkie nie może już wytrzymać ani chwili dłużej i mówi, że kocha. Bo, gdy coś wiem, to wiem to na pewno. A Ona widzi moją prawdę, „Jesteś taka prawdziwa”, i to, że widzi mnie na wskroś uskrzydla mnie jeszcze bardziej, daje energii na pięciogodzinną podróż powrotną do domu.

Bo tak to jest. Budzisz mnie słowami, że wypełnia Cię mnóstwo synonimów szczęścia, a jego definicją jest czucie, uczucie. A ja czuję, że wszystko nabiera intensywności odkąd stajesz się przedłużeniem mojego ramienia, które chce sięgać wszystkiego, oczu, które chcą wszystko chłonąc z dokładnością do najmniejszego szczegółu i serca, które chce jeszcze bardziej pęcznieć uczuciem.

Bo tak to jest. Wlałaś we mnie wiosnę, siebie, mnie samą, najlepszego człowieka na świecie. Ale tak to już jest, gdy na swej drodze napotykasz najlepszą kobietę na świecie, która czyni ciebie najlepszym człowiekiem na świecie.



czwartek, 5 marca 2015

Najgorszy człowiek na świecie.

I znów naprzeciw lustra stajemy. Ja i ja. Czyli ona. Czyli najgorszy człowiek na świecie. Jawi mi się jako kobieta z kruczoczarnymi włosami, które zasłaniają jej pół twarzy, co czyni jej wygląd jeszcze bardziej złowieszczym. Jest przerażająca, trupioblada i cholernie absorbująca. Długimi pazurami chwyta mnie za ramiona, pochyla głowę pod złowrogim kątem i szepcze diabolicznie do ucha myśli złe. Get the fuck off me! Zdaję się krzyczeć, ale ktoś ścisnął mi struny głosowe (that stupid bitch!) i odebrał mi głos. Przeglądarka moich myśli znów ma otwartych milion zakładek, a przycisk „zamknij” się zaciął.



Czytam książkę Małgorzaty Halber „Najgorszy człowiek na świecie” i świadomie rozdrapuję nią siebie, wiedziałam co robię kupując ją. Oj Małgorzata, wezwałaś wszystkie moje demony w szeregu i bezczelnie ustawiłaś przed lustrem. To miara dobrej literatury albo zwyczajnie tego, że akurat gdzieś we mnie tkwią podobne drzazgi porównywalne do tych, które publicznie wyciąga przed nami autorka książki. To studium nałogu od zarzyganej podszewki. Ona pokazuje nam co stoi przed jej lustrem wewnętrznie i zewnętrznie i za bardzo wciągnęła mnie w swój świat, że teraz książka wylądowała na chwilę obok, a ja muszę coś napisać/wyrzygać/uzewnętrznić się. Jak to Junkie. Bo ja kurde rozumiem wszystko o czym ona pisze, ja byłam nią milion razy w swoim życiu. Hejże ho, przecież były momenty, że sama nie umiałam bez alkoholu i zadałam sobie to dręczące pytanie „czy ja mam problem z alkoholem?”  

Książka to bezpruderyjne spojrzenie w czeluści, paszczę nałogu i własnych słabości i szukanie drogi powrotnej do świata, którego panicznie możemy się bać (tak, jak mnie zniewala strach, gdy za mną staje kruczoczarna kobieta, demon mój). Trzeba podkreślić, że nałogu nie tylko alkoholowego, bo sposobów upadku swojego prywatnego świata jest przecież mnóstwo. Możesz przecież uzależnić się od gier komputerowych, jedzenia, chodzenia na solarium, kompulsywnego seksu, miłości, zakupów. Bezpretensjonalnie. Szczerze. Prosto w twarz i nasze własne lęki. Spod pióra wrażliwej kobiety, która mówi głośno o tym, o czym się milczy "na salonach". I teraz za cholerę mi głowa nie chce zamilknąć. Nie żeby kiedykolwiek milczała, bo pierdolnik moich myśli non stop się kotłuje i dorzucam do niego sama, bądź inni robią to za mnie, wciąż żarzące się węgle, które powodują spięcie moich synaps. The system has been shot down. Has crushed. Znacie to uczucie? No właśnie, ja też nie. Wieczny jazgot.

„W drużynie kapitana Planety jestem powietrzem.” – no ja też, Gośka, high five!

„Jesteśmy skażeni, w środku wyszywani na smutno” – no ja cię proszę, kto mi dobrał takie nici, ja się grzecznie pytam.

„I wyszłam, bo to było na parterze, boso na trawę, i krzyczałam: „mamo, mamo”, i nie wiedziałam, dokąd iść.

Właśnie tak się czuję całe życie”.

Bo oczywiście, że się wstydzę. Zawsze się wstydziłam. Że, gdy wejdę do zerówki, to nikt mnie nie polubi, że nie będę miała z kim siedzieć w ławce. Oczywiście, że czułam się nieładna, statystycznie rzecz biorąc, przez większość swojego życia. I oczywiście, że wiecznie czułam się zbyt głupia na milion rzeczy, które wydawały mi się interesujące, że mój móżdżek nie przyswoi tyle wiedzy. Oczywiście, że wstydziłam/wstydzę się, że może niewystarczająco dobrze radzę sobie w życiu. Ludzie wyszywani smutkiem już tak są skonstruowani, że bardzo łatwo pociągnąć za ich nici, powoli odbierać im siebie i sprawić, że zostaje pogmatwany kłębek i nie wiemy, gdzie mamy początek i koniec i cholernie trudno przyjąć nam do rozsądku wszelkie logiczne argumenty, że jestem ładna, jestem inteligentna i, że świetnie radzę sobie w życiu.

Bo wstydzę się, czy dobrze robię kupując nowe auto po trzech latach. Odłożyłam pokaźną sumę, która pozwala mi na taki zakup, rodzina ma mnie za rozsądną, otoczenie już niekoniecznie. „A co, twój się popsuł? – nie, działa bez zarzutów – i z wyrzutem słyszę „to po co zmieniasz? aaa bo cię stać? No to zazdroszczę” Bo następny krok to oszczędzanie na własne mieszkanie, do którego będę wracać wymarzonym autem, ale po co tłumaczyć. Brat kupił auto ode mnie, drugi brat kupił właśnie mieszkanie. Wszyscy przyznają, że pchnęłam ich do jakiś poważniejszych decyzji. Usłyszałam nawet dziękuję. To chyba wystarczający argument, że nie powinnam się tyle wstydzić? Jakoś sobie radzę?

Spadaj mi babo z lustra! Idzie weekend i musiałam ją wypchnąć za drzwi i zakląć w słowa. Hokus pokus, czary mary, nie godzę się na żadne koszmary!

A książkę – naprawdę polecam, mimo wszystko, serio serio;)




And yes, I do need my girl ;*

piątek, 13 lutego 2015

Po co? Dla czego? Dla kogo?

Dziś znowu pytam siebie - po co jestem? Odpowiadam jak zawsze - po to, by zostawić ten świat trochę lepszym niż go zastałam. Będąc małym dzieckiem bardzo szybko poznałam co to przeciętność i pojęłam, że jest mi pisana. Była mi wręcz wpajana. „Będziesz sprzedawczynią na kasie, będziesz zamiatać ulice!” – szare, nienawistne zdania dzieciństwa, które na zawsze pozostały w dorosłej kobiecie. Wiedziałam, że umownie urocze marzenia dziecka się nie spełnią. Nie zaśpiewam na wielkiej scenie, nie wygram Oscara, nie nauczę się grac na perkusji, nie zachwycę niczym wielkim. To może chociaż kogoś uratuję? To może sprawię, że komuś będzie lżej? Może będę rozśmieszać, bo tego świat potrzebuje więcej? Brakowało mi jakiegokolwiek talentu, ale nic dla nikogo nie robić? To nie było dla mnie. Dzieciaki wiecznie powtarzają, że powinnam pójść do jakiegoś talent show. Pytam ich „z czym niby?” „No nie wiemy, ale pani przecież wszystko umie i  jest taka super!” – odpowiadają.



Pamiętam pogardę w głosie i rozczarowanie, że wybrałam sobie zawód nauczyciela. „Mogłabyś wszystko, a będziesz tylko durnym nauczycielem?” Jakie wszystko? Miałam przecież ponoć zamiatać ulice. A miliony? Po co mi miliony i kredytów stos w banku? Całą sobą miałam zamiar pokazać, że nauczyciel jako zawód wybrany różni się znacznie od wyboru kariery nauczyciela z braku pomysłu, odwagi, wiary, by być kimś innym, co, nie ukrywajmy, jest powszechnym stereotypem w moim zawodzie.

Uderzyła mnie ostatnio w serce. Nieśmiała, cicha, ale obecna. Skromna duma, że chyba spełniam swój zamiar bycia kimś więcej niż tylko nauczycielem. Ostatnio ponad tydzień przez chorobę nie byłam w pracy. Nie mówiłam nikomu, ale ciężko mi wysiedzieć w domu. Ludzie się śmieją, że jestem pracoholiczką. Ale to nie to. Trudno mi usiedzieć z myślą, że może ktoś będzie kogoś potrzebował, a mnie nie będzie. Co jeśli mały O. będzie potrzebował przytulenia? Co jeśli znowu ktoś zgniecie dobre zamiary któregoś z moich uczniów gimnazjalnych i nie będą mieli komu tego powiedzieć? Ostatnio żartobliwie powiedzieli, że powinnam założyć nie „kółko języka angielskiego”, ale „kółko psychologiczne” z liczbą problemów z jakimi przychodzą do mnie uczniowie i chęcią zwierzenia się.

„Wkurza mnie to, że dzieciaki non stop coś dla ciebie szykują i dają prezenty, miałam ci nie mówić, ale uszykowali ci znowu jakąś niespodziankę w klasie” – powiedziała z przekąsem, pół żartem, pół serio koleżanka z pracy w dzień moich imienin, który jednocześnie był dniem mojego powrotu do pracy po chorobie. Nie spodziewałam się niczego, ale oni pamiętali. Tak wielu pamiętało. Weszłam, a tam czekała moja wesoła gromadka w szeregu z literkami mojego imienia w rękach, wręczając mi je każdy z osobna, przypisując każdej literce jakiś przymiotnik mnie opisujący. Pojawiły się słowa „energiczna”, „wiarygodna”, „lojalna”. Znów dwa dni dostawałam kwiaty i życzenia. Nie umiem przyjmować. Rumieniłam się jak dziecko dostające wyczekiwaną pochwałę.

Szłyśmy korytarzem na lekcję i koleżanka polonistka postanowiła znów podzielić się informacją ze swojej lekcji. Uczniowie co roku mają pisać wypracowanie o ulubionym nauczycielu. „E. znowu wiodłaś prym”. – „I znowu dlatego, że jestem młoda i ładnie się według nich ubieram?”. – „oj nie moja droga! W tym roku mieli naprawdę porządne argumenty. Pisali, że można ci ufać, inspirujesz, zachęcasz do czytania, nie obrażasz, nie karcisz, wiesz dużo o świecie i orientujesz się w sprawach bieżących. Ponoć idealna jesteś!” – dodała z kolejnym przekąsem.

„Kurcze, oni chyba naprawdę mnie kochają. Z wzajemnością” – zakradło się skromnie w serce. Objęłam ich wszystkich jak szeroko moje ramiona sięgały. Na drugi dzień przywitała mnie reszta klas po przerwie chorobowej. „Matko jak my za panią tęskniliśmy! W końcu ktoś normalny!” Moja J. (ta sama, która zrobiła dla mnie ręcznie książkę na urodziny) spojrzała na mnie i skromnie powiedziała: „dobrze, że pani już jest”. W trakcie lekcji zapytała „podobał się pani mój prezent? Wzruszyła się pani?” – zapytała żartobliwie, a ja zwiesiłam głowę i z uśmiechem odparłam: „dobra, przyznaję się bez bicia, poryczałam się!” Ten moment, kiedy łapiesz spojrzenie ucznia i ono wyraża dumę, zaufanie i wiarę, a w oczach ma zdanie „kocham panią”? Bezcenny. Ode mnie zawsze mogą liczyć na szczerość. To nasza niepisana umowa.  

Dziś zaczęły się nam ferie. Przez moją chorobę, musiałam dziś nadrobić i zrobić kilka testów. Pojękiwali, droczyli się, próbowali przekupić, przekonać, żebym odpuściła, przemówić do mojej żartobliwej strony charakteru. „Kochani, wiecie, że nic nie wskóracie, a wam jak zwykle pójdzie dobrze i marudzicie niepotrzebnie”. Uśmiechnęli się i wszyscy pokornie usiedli do pisania. Zaufanie i szacunek. To też chyba wypracowałam. Wychodząc do domu, zatrzymała mnie mama mojego siedmioletniego ucznia. „Proszę pani, miłych ferii! Chciałam powiedzieć, że P. kocha angielski z panią, mówi, że żadna pani tyle się nie rusza, nie rozśmiesza i tak fajnie nie uczy jak pani!”


Wsiadłam uśmiechnięta do auta, ale chwilę wcześniej przyszedł do mnie sms od brata z bardzo smutną wiadomością. Nagle poczułam się taka malutka, że nie miałam się gdzie przed tą wiadomością schować. Nie było ucieczki od tej fali poczucia bezsensu i paradoksu życia. Napisał wiadomość tylko do mnie. Czy wiedział, że przyjmę ją całym sercem i podzielę jego smutek? Po co jestem? By uczynić ten świat trochę lepszym niż go zastałam. Czy mi się udaje? Brat przypomniał mi o Niej. Czy Ona byłaby ze mnie dumna? Z nauczyciela, ale też człowieka jakim się stałam? Do dziś pamiętam Jej spojrzenie, które budowało we mnie góry wiary w samą siebie. Bezsens życia brutalnie mi Ją odebrał. Nigdy Bogu za to do końca nie wybaczyłam.

Po co to wszystko? Po co jeszcze jestem? Dziś chce mi się głośno krzyczeć. Dziś „znowu byłam naga i piętnastoletnia”, a  Ty byłaś przy mnie. Czy macie pojęcie jak dobrze, że Ona jest?


Ostatnio natrafiłam na kolejny artykuł, który próbował udowodnić, że nie tylko zakochanie, ale też miłość to czysta chemia. Nic spektakularnego, czyste hormony, reakcje naszych ciał. A nawet jeśli, to co?



Jeśli to komponent mnie, jak krew, to, co jeśli znajdę ten najbardziej brakujący składnik samej siebie i poczuję się nagle pełna? Przepełniona pojęciem sensu wszystkiego. Co jeśli to składnik niezbędny do życia, jak woda czy powietrze i ja właśnie oddycham i obmywam się Tobą? Jeśli miłość to faktycznie chemia, to mogę zadbać o to jak zdrowie i uzupełnianie witamin, Nasze chemia nigdy nie ustanie. Bo jeśli to wybór, to ja już dawno wybrałam Ciebie. Jeśli to kod przetrwania, to wpisałam jego współrzędne w serce i mózg w momencie, kiedy Cię poznałam.



Bo czym jest odległość w porównaniu z zasięgiem uczucia jakie do Ciebie żywię? To zaledwie parę zakrętów, które nie nastręczają mi żadnych trudności, by je spokojnie przejechać i zachwycić się widokami po drodze. Co z tego, że nie uda się Nam razem spędzić Walentynek, jak celebrujemy siebie codziennie? Bo czym faktycznie jest czas, jak tylko starszym panem z laską w siwej brodzie, którego ciągle wyprzedzamy i zbliża on nas do siebie? Dodałaś, że miłość to ciągłe definicje, badanie, dyskusje i dopóki człowiek nie będzie wiedział za co chce umrzeć, to nie będzie tak naprawdę żył.

Zgadzam się. Póki nie wiesz za co warto umrzeć, nie żyjesz naprawdę. Póki nie masz w imię czyje wyciągnąć pazurów i zawalczyć, nie żyjesz naprawdę.

 „Za jedną kroplę Ciebie, oddam prawą dłoń, słuch, powonienie”.

A Ty? Po co jesteś? Masz dla kogo?

Ja dziś płaczę. Odrobinę.

Bo mam co i kogo stracić.


Ale wiem.


„We live through scars this time”  

piątek, 6 lutego 2015

A co jeśli...?

Żyję. Każdego dnia. Żyję. Nie egzystuję. Tylko żyję. Gdybyście zastanawiali się, gdzie podziewa się Junkie. To żyje. Choć ostatnimi dniami trochę na obniżonych obrotach, bo od prawie tygodnia nie mogę wyplenić z siebie choroby. Podupadłam na tym znacznie fizycznie i psychicznie, ale żyję. Dba o mnie moja akuszerka. Bo przecież nazwanie siebie pielęgniarką byłoby zbyt banalne, a ona to chodząca unikatowość. Mówi się „w zdrowiu i w chorobie”. W potrzebie, w szczęściu i nieszczęściu. Ona ciągle jest. Żyje ze mną.  Człowiek nie myśli o oddychaniu, póki mu powietrza nie zabraknie. Mi na szczęście Jej nie brakuje. Wykreśliła „nigdy”, „nikt”, „nikogo” i „samotność” ze słownika.

Raptem tydzień temu miałam urodziny. Nie wyliczałam, nie wyczekiwałam, nie zwracałam uwagi kto złożył życzenia, a kto nie. Nie wypominałam niepamięci. Dlaczego? Bo nie potrzebowałam spełnienia żadnego z życzeń. Żyję nimi codziennie. Moje urodziny trwały właściwie trzy dni, że aż skończyły się chorobą. Jeśli miałabym podsumować, to większość życzeń od znajomych kończyło się na słowie „wariatko” lub „krejzolko” – no to co? Nie zamierzam zdrowieć z szaleństwa – sprawdza się najwidoczniej:)  Nie wiem co dobrego zrobiłam roku zeszłego, ale niektóre życzenia i forma ich złożenia rozpuściły mi serce i naprawdę zaskoczyły. „Niech Twoja biblioteka wiecznie rośnie” ,”zawsze bądź nam inspiracją muzyczną, filmową i książkową” , „nie zmieniaj się jako nauczyciel i dalej inspiruj młodych” – słowa te często powtarzały się. Zaskoczyło nawet rodzeństwo, które zazwyczaj nie przykłada wielkiej wagi do prezentów.



Nie mam wychowawstwa w tym roku, więc nie liczyłam na żadne niespodzianki w piątek po urodzinach. Podeszła do mnie moja J., z którą wiecznie wymieniamy się książkami, taka uczennica, o której każdy marzy, bo myśli całkowicie samodzielnie, a myśli te nie są powielane ani odtwarzane. Podeszła do mnie po lekcji, złożyła życzenia, po czym, podkreślając, że robiła prezent sama, wręczyła mi małą książeczkę, którą wypełniła życzenia i inspirującymi cytatami. Zostawiła więcej niż prezent. Parę łez wzruszenia w oczach swojej nauczycielki również.



Gdy wchodzisz do piątej klasy i wszyscy stoją równo na baczność – wiedz, że coś się dzieje. Gromkie „Happy birthday” mnie zagłuszyły, a rysunek, w który włożono starania z dopiskiem „dla najlepszej nauczycielki na świecie”, dały więcej niż życzenia urodzinowe – dały motywację i wiarę w to, co się robi. Na koniec dnia, który myślałam, że już lepszy być nie może, dałam się nabrać klasie gimnazjalnej, która celowo wstrzymywała mnie od wejścia do sali (zapalali świeczkę i ustawiali się do kolejnego „happy birthday”). Do słodkości dodali znowu coś od siebie, kartkę z naszymi ulubionymi tekstami z lekcji, których kontekst tylko my rozumiemy. Wisi teraz u mnie w pokoju. Bo gestów się nie chowa. Je się celebruje i jest się wdzięcznym. Ja za te parę dni jestem ogromnie.
Te wszystkie gesty były tylko dodatkiem do tego najważniejszego. Tego, który dała mi Ona tuż po północy moich urodzin. Nie odliczałam, leżałam, czytałam, sączyłam piwo i zanim się obejrzałam wybiła północ, a mnie zaskoczenie niemal zwaliło z łóżka. Nie zakrztusiłam się. Przełknęłam namiętność i słowa zachwytu nie miały końca. Ona potrafi mnie zaskoczyć każdego dnia. Ja z Nią codziennie rodzę się na nowo. Dlaczego zatem nie potrzebuję życzeń wszystkiego najlepszego? Bo ja to w końcu dostałam. Ją życzyłam sobie przy każdej spadającej gwieździe.

Zajrzałam w przeszłość. Wiedziałam, że nie pisałam nic kolorowego w dzień swoich urodzin, ale mimo wszystko chciałam sobie przypomnieć. Dwa lata temu życzyłam sobie być zmianą, którą chcę widzieć w ludziach, mniej niszczyc, burzyć, odbierać, a więcej budować, rozpogadzać i dawać. Gryźć się w język i przełykać własny jad, niż komuś nim zrobię krzywdę. Dziś nie pamiętam już jego smaku. Rok temu przechodziłam drobny kryzys, miałam ciężki dzień w pracy, wróciłam do domu i nie stał się bardziej lekki. Towarzyszyła mi osoba, której dziś w moim życiu nie ma. Ale znowu. Znowu posta zakończyłam życzeniem jednego – osoby, która wychwyci mnie z tłumu osamotnienia i przytuli mnie na dłużej niż dwie sekundy.

Dziś nie pytam się już z niedowierzaniem czy naprawdę znalazłam, wiem, że tak jest. W dzisiejszym świecie mimo pragnienia czegoś stałego i zobowiązującego, boimy się po to sięgnąć i pokazać to światu. Pstrykamy sobie z kimś selfie, wstawiamy na FB w formie ogłoszenia, po roku, dwóch, zabieramy się za usuwanie. Wstyd – znów trzeba zmienić status związku. Nie kultywuję tych praktyk. Hołduję prawdziwym zobowiązaniom. Zatem co robi Junkie? Żyje. Żyje spełnianiem wyobrażeń o relacji jaką zawsze chciała z kimś budować. Cegiełka po cegiełce dokładana do zaufania i kompletnego, bezpiecznego, bez uchybień – zatracenia. Bo w dzisiejszych czasach boimy się wziąć odpowiedzialność za czyjeś szczęście, za czyjeś potrzeby. W tej kwestii nie brak mi odwagi. Praktykujemy i celebrujemy proste wyrażenia „masz rację, Kochanie”, „proszę”, „dziękuję”, choć Ona mówi byśmy nawet nie zaczęły dziękować sobie, że jesteśmy, bo nigdy nie skończymy.   

A co jeśli przyznam głośno, że jestem z Tobą szczęśliwa?
A co jeśli bezwstydnie poproszę Cię o pomoc?
A co jeśli będę prosić o więcej? Wszystkiego?
A co jeśli nigdy nie odwrócę od Ciebie wzroku?
A co jeśli zawsze będę mieć dla nas lwie serce?
A co jeśli „zawsze możesz na mnie liczyć?”
A co jeśli „już nigdy?”
A co jeśli powiem „potrzebuję Cię”?
A co jeśli powiem Ci, że…?

W zeszłym roku płuca wydzierały piosenkę Podsiadło „And I”. Moja przyszłość musiała ją usłyszeć, że dziś mogę ją cytować ze spełnieniem między wierszami.



"And I know that
You saw me
There in the crowd I stood alone”

Zauważyła mnie. Nie ucieka. Jest.


A ja dziękuję, że jesteś! Dłużej niż dwie sekundy. 

czwartek, 22 stycznia 2015

Przepełniona uzupełnieniem.

Nie wiem od czego zacząć, ale wiem, że już nigdy nie skończę. Całe życie chowałam się w bezpiecznych żartach akceptacji, białych kłamstwach tolerancji, żyłam, być żyć, jakoś z dnia na dzień przeciskać się w czasie i ludzkiej obojętności moich rozterek.

Ja od najmłodszych lat rysowałam Ją lewą ręką i okazuję się, że Ona z kolei pisała mnie swoją lewą dłonią. Mówi się: Przedstawiam Ci moją lepszą połowę. Jeśli tak, to Ona jest idealnie dopasowaną do mnie półkulą. Pamiętam, że kiedyś miałam skrzydła. Czasami bolało mnie w ich miejscu, taki fantomowy ból odciętej kończyny. Mówi się też, że człowiek ma jedno skrzydło, drugie nosi ktoś inny we wszechświecie. Moje się trochę przez lata poszarpało, dorobiło się ostrych krawędzi.
Bałam się. Tak cholernie się bałam, że już nikt do mnie nie dotrze, nie otrzepie tego złamanego skrzydła i nie wygładzi jego krańców. Mówię Wam, Ona mnie tak wzrusza. Trzęsienie ziemi moich fasad. Dotarła do fundamentu mnie, wlała nową treść. Tak się bałam, że nie odnajdę już nikogo w sobie i siebie w kimś.

Mówię na Nią: Liryczna. Bo jest mistrzynią w opowiadaniu Naszej historii. Ona wie jak kocham się w słowach. Jak dotykają mnie metafory, pobudzają obrazowe porównania, z dnia na dzień stała się prozą i poezją mojego życia. Ona wie, że jest dla mnie niekończącym się wierszem z interpretacją bez dna. Złodziejka mojej książki wie dlaczego Ją tak nazwałam. Wie jak celebruję słowa, z jakim namaszczeniem otwieram każdą książkę swojej duszy. Sprawia, że wierzę, że moje kartki nie rozpuszczą się w Jej dłoniach, bo są wykonane z kiepskiego materiału. Uwierzyłam w siebie, uwierzyłam w Nas. Głaszcze płatek po płatku kwiat uczucia, które we mnie zasadziła, gdy codziennie rozkwitamy nowym wyznaniem.

Czy to możliwe, że słyszałaś moje łzy w głosie, gdy wyśpiewywałam te słowa z równoległej rzeczywistości, która Nas jeszcze nie połączyła?



Even if a day feels to long 
You feel like you can wait another one 
And you've slowly given up on everything 
Love is gonna find you again 
Love is gonna find you, you better be ready then 
Well you been kneeling in the dark for far too long 
You've been waiting for that spark but it hasn't come 
I'm calling to you please get off the floor 


Ona jest tą iskrą, która podnosi mnie z kolan. Z pozoru pewną Junkie pożera przy Niej trema. To niesamowite budzić się rano i czuć się spełnioną, piękną i seksowną, by za chwilę zastanawiać się „Może wcale nie mam ładnych dłoni? Włosy wcale nie są takie pociągające? Czy faktycznie dobrze całuję? Co jeśli się Jej nie spodobam?”. Ona onieśmiela mnie, bym za chwilę zalotnie machała obcasem i muskała zadziornie odkryte kolano przygryzając wargę.  Dziś ubrałam się znów w Nią. Przechadzałam się korytarzami w pracy uśmiechając się do kropli deszczu za oknem, do prośby dziecka, by pomóc mu zapiąć zamek, do wroga, do przyjaciela, do istoty małej i duży. Znów padały pytania „Ma pani nowe buty? Nowa koszula?”. Nie, wszystko mam stare, to tylko to nowe, odświeżające uczucie we mnie zmieniło moje codziennie wrażenie na innych ludziach. Moja K. znów widzi mnie z daleka i się uśmiecha „Ładnie znów wyglądasz, promieniejesz”. Uśmiecham się ciepło, bo ona wie czyja to zasługa.



Amerykański psycholog dr Arthur Aron próbował ostatnio udowodnić w badaniu klinicznym, że można zakochać się na zawołanie. Opracował zestaw 36 pytań, dodał do tego obowiązkowe 4-minutowe spojrzenie sobie w oczy i zakochanie gotowe. 

Nie zgadzam się. Trzeba chcieć zadać pytania. Intuicja nam podpowiada czy otwierając się, nie ośmieszymy się przed daną osobą. Trzeba chcieć odpowiadać na pytania szczerze. Psychologa i osobę siedzącą na przeciwko można oszukać, rysując swoją historię od nowa i kreując siebie na kogoś, kim nie jesteśmy. 

Wyjątkowości nie można zagrać, a nie każda prawda uwodzi i urzeka. Nie każdy potrafi spojrzeć w oczy. Tak na wskroś, nieprzerwanie, bezczelnie, ale i z pokorą. Z hukiem i po cichu. Czule, a zarazem dziko. Ze strachem w jednym, a odwagą w drugim oku.

Nic nie zastąpi spontaniczności potoku słów. Nic nie zastąpi tego czekania na Ciebie. Wypatrywania. Przewracania kartek kalendarza spełnienia. My nic nie opracowujemy. Tylko żyjemy sobą, śnimy siebie, głodujemy, nasycamy.

Rozpięłam sukienkę siebie przed nią jak przed nikim wcześniej. 
Nie liczyłam czy padło już 36 przeszywających duszę pytań, nie patrzyłyśmy sobie jeszcze w oczy. A jeśli gdzieś istnieje sprawdzony przepis na miłość absolutną, to Ona kompletnie nie potrzebuje do niej instrukcji. 

Intuicja, pokora, docenienie. Mnóstwo innych cegiełek dokładanych do budowli zaufania i zaangażowania. Wykładamy nimi drogę do siebie, a ja zapomniałam o wszystkich krętych drogach, które mnie do dzisiejszego dnia doprowadziły.

Nigdy wcześniej droga nie była tak oczywista i prosta. 
Zamek sukienki nie zaciął się ani razu.



Mogłabym Wam mówić i mówić o Niej. Mówić o tym jaką jest wspaniałą kobietą, która jest chodzącą definicją wyjątkowości, zmysłowości, inteligencji, gracji i pokory. Musiałabym Wam wykrzyczeć Jej imię i powiedzieć jak pękam z dumy. Mogłabym próbować ubrać w słowa jak bije mi serce, gdy zaczynamy i kończymy każdą rozmowę. Jak moja rzeczywistość wysiada z wagonu zmęczenia przy rozmowach z nią, by nagle ze zdziwieniem stwierdzić : „rozmawiamy już ponad trzy godziny!”. Mogłabym się przyznać, że sypiam po cztery godziny i nie potrzeba mi więcej, odkąd Ona jest moim pokarmem. Ale na razie skończę, idę otulić się kolejnym potokiem jej słów i wypuścić tamę własnych. Zakończę tradycyjnie piosenką, która wyraża mnie, a Ona dołączy Ją do ścieżki własnego życia. Bo tak już mają swoje półkule.




When my time comes around
Lay me gently in the cold dark earth
No grave can hold my body down
I'll crawl home to her

środa, 14 stycznia 2015

Złodziejka mojej książki.

Mówi się, że człowiek traci dla drugiego głowę. Nigdy nie byłam tą, która obawiała się „utraty” głowy. Może mam problem z wejściem na karuzelę, czasami łapią mnie duszności w ciasnych pomieszczeniach. Ale głowę zawsze byłam chętna stracić. W końcu wyrastałam w ścianach niepewności dzieciństwa, które wychowywały się na filmach trudnych, dla których sensem jest miłość totalna. Szukałam ucieczki w marzeniach. Może to właśnie Ciebie marzyłam?

Szczerze powiedziawszy, jestem pierwsza w kolejce do przysłowiowej utraty głowy, jeśli dzięki temu zyskuję serce. Bo może to jest recepta do idealnej równowagi w świecie mojego życia? Co jeśli tego właśnie szukałam?

Przecież w końcu całe życie marzyłam Ciebie…Mów do mnie, mów. Zabieraj mnie w nieznane, którego mapy wcale nie muszę znać. Bo przecież nie liczymy, szczęśliwi niczego nie liczą. Kiedy się zaczęło, ile trwa, ile powinno upłynąć od punktu A do Z. Od wieków nie zatracało mnie tak tu i teraz. Nie potrzeba mi deklaracji, obietnic. Zaangażowanie samoistnie unosi się w powietrzu. Generowane z naszych płuc, usta nadają mu kształt, gdy z nich wychodzi, by trafić bez usilnych wskazówek do adresata.

Zatracaj mnie bez bolesnych strat. Bierz mój sen, zapełniaj minuty, pobudzaj wyobraźnię, poruszaj wnętrze. Czy życie naprawdę mogło tak po prostu zacząć płynąc w zwolnionym tempie? Istny slow motion. Autentycznie zaginamy czasoprzestrzeń. Odejmujesz NIE z niepewności. Dodajesz ZA do zaufania. Raz, dwa, trzy i nagle najważniejsza jesteś Ty. Nawet nie przecieram oczu i serca ze zdziwienia, bo to jak przypomnieć płucom, żeby oddychały. Przypomniałaś im jak zapiera się dech w piersiach, a do wnętrza wpuściłaś motyle wielkości pięści. Walą od środka, dudnią, łomoczą, ale z największym wyczuciem, bezboleśnie, niepostrzeżenie. Znalazłyśmy siebie gdzieś dążące do kolejnego potłuczenia w życiu. Otrzepałyśmy. Wstałyśmy i z daleka idziemy obok siebie. Lekko rozchylam usta, nie w zdziwieniu, w zachwycie otwartości i gotowości.



Nie ma mnie. Nie potrzebuję widzialności. Nie wiecie mnie. To Ona wszystko wie. Ty nie zdzwonisz do drzwi. Ty wchodzisz oknem. Pachniesz oryginalnością. Wiesz, że życie obdarzyło nas delikatnością, przez co nam nielekko. Czasami wydaje się nam, że życie napisało nam taką skomplikowaną książkę, że żaden słownik nie objaśni jej znaczenia. Potem pojawia się ktoś, kto siada z tą książką na kolanach, nie przerażają go mroczne metafory, nieznośne zawiłości. Zdmuchuje kurz, głaszcze okładkę. Wącha wnętrze. Odkrywa strona po stronie. A my otwieramy się z celebracją każdego słowa. Czy los łaskawy w końcu wkłada między moje rozdziały kartki romantyzmu, którego odwiecznie pragnęłam?

Czy słyszysz wszystkie nieme "Ci" i "Tobie", które padają niepozornie na końcu każdego ze zdań, które ze mnie ku Tobie wypływają?
Może jestem idealnie zbudowana, tak by mieścić się w Tobie? Może moja anatomia układa się tak, by idealnie wpasowywać Twoje rozterki? W obojczykach moich mam taką idealną krainę na Twoje sny i czujesz jak nasze rozbiegane myśli znajdują pełne ukojenie i spowolnienie między naszymi piersiami?




Ja śpiewam siebie i okazuje się, że Ty już znasz wszystkie słowa tej piosenki.

A Junkie jest… *


*I tu następuje wysyp przymiotników/metafor/porównań/uzupełnień. 

czwartek, 8 stycznia 2015

Czuję...

Czuję…

Czuję…

Czuję…

Te słowa przewijają się w mojej głowie jak mantra będąca sensem istnienia, potrzebna jak tlen, wytęskniona jak z dawna nieodczuwalne uniesienie. Bo można posiąść wiele dóbr materialnych, wypełnić kieszenie pieniędzmi, szafę ubraniami, kalendarz spotkaniami, ale walizki uczuć nigdy nie da się przepakować. Nie powinno się. To dobro, dla którego bezustannie powinno dobudowywać się pokój w naszych wnętrzach, nawet jeśli ktoś uprzednio zawalił ten pokój gruzami.

Wraz z nadejściem nowego roku, niepohamowanie czuję. Czuję powracanie do siebie ze zdwojoną mocą. Wzięłam ostry zakręt i zmieniłam kierunek ku sobie, by już z niego nie zbaczać. Bo na chwilę zapomniałam. Wykonywałam pozornie te same czynności, ale nie było ich we mnie, stałam obok i przyglądałam się swoim czynom. Nie brałam w nich udziału. Dramatycznie wyciągałam dłoń do oddalającej się siebie, siebie, która zabierała mi radość i ubierała w milczenie. A ja przecież nie cierpię milczeć. Czułam się jak C w CH. Niesłyszalna.

Chciałam usłyszeć siebie, dlatego zapakowałam torbę i wyjechałam do domu na wsi. Wzięłam nowo zakupione książki, przyrządziłam sobie grzańca i zasiadając przy kominku życzyłam sobie „zdrowia!”.



I czuję. Czuję tę wdzięczność za kąt siebie w świecie powielania, dostosowania się i nie wychylania się pod zbyt wyzywającymi kątami. Wyjechałam na wieś i przewijałam taśmy siebie do szczęśliwych chwil, zapachów i wrażeń.

Musicie wiedzieć, że to magiczne miejsce przenoszące do głębi siebie. Jak szafa prowadząca do Narnii siebie. Siedzę w fotelu i czuję nie tylko ciepło wina przepływającego przez gardło, ale każdy składnik osobno. Nagle umiem je wszystkie nazwać. Czuję błogość poznania nowych bogactw językowych podczas lektury Andrzeja Stasiuka. Czuję jak w tym miejscu mama znów staje się mamą, a ja jej dzieckiem, któremu szykuje kanapki pokrojone w kostkę jak za dawnych lat. Czuję jak mama rośnie, gdy jej szczerze za nie dziękuję. Czuję zapach chleba, sierści zwierząt, wilgotności lasu. Czuję, że nigdy nie widziałam tak pięknej pełni księżyca, która symbolizowała dla mnie oświetlenie mroku nie tylko na zewnątrz, ale i w sobie. Wstawałam kilka razy w nocy i tuż przed świtem, bo czułam, że to coś niepowtarzalnego, a tego z rąk się nie wypuszcza. Sen odszedł na bok, nie liczył się. Chciałam być aktywnym widzem własnego pobudzenia. Czuję mroźny wiatr za oknem i trzaskający ogień w kominku. Uśmiechałam się do Ciebie wtedy w nocy, czułaś, prawda?

Czuję, że szkoda dnia, poranek nie dawał długo spać. Czuję, że kawa to romans z narastającym pobudzeniem, więc piję ją ceremonialnie. Czuję, że długo nie wysiedzę, by nie wyrwać się z meandrów ciepłego salonu w rześkość spaceru wzdłuż rzeki z moim małym kompanem. 


Czuję miłość tego małego stworzenia, które tęskniło za mną równie bardzo jak ja za nim. Puścił się pędem przede mną. Czuję, że po co iść, wyrwałam się i pobiegłam za nim. Kto powiedział, że to pies musi zwalniać do naszego tempa? Czemu by nie dotrzymać go szczęśliwemu zwierzęciu? Czuję dzikość i dziewiczość w sercu porównywalną z ekstazą odczuwaną przez zwierzę wypuszczane na wolność. Nie ma żywej duszy dookoła, zatem mogę głośno wybuchać śmiechem, gdy koleżka skacze jak kaczka w pogoni za nimi. Mogę mówić do niego: „misiaku, uważaj, bo wpadniesz do rzeki, ty wariacie”, a on odwraca się i podbiega do mnie spragniony pieszczot jakby zrozumiał, co do niego właśnie powiedziałam i podziękował za troskę.



Czuję, że mogę wyrzucać ręce do góry, jakbym zdobywała najwyższą górę i podśpiewywać pod nosem dopasowane piosenki ścieżki dźwiękowej mojego serca. „Gdzieś Ty była? Dwie godziny cię nie było, nie zamarzłaś?!” – mówi mama po moim powrocie. „Dwie godziny? Nie czułam czasu…” – odparłam.



Czuję…życie. Czuję, że pewne osoby pojawiają się w naszym życiu w danym momencie z ważnego powodu. Idę i czuję, że nieświadomie, bez nawigacji prowadzi mnie ku sobie.

Idę i czuję zalewające pytania „co robi, co czuje, co myśli, w co jest ubrana, co za miejsce raczy się jej obecnością?”. Idę i eksperymentuję z uśmiechem w wyobraźni. Przeprowadzam inwentaryzację pragnień, fantazji, tego wszystkiego, na co zwraca się uwagę przy pierwszym spotkaniu. Sonduję wypukłości, znaki szczególne. Obmyślam obrys ciała, sporządzam rysunek techniczny mapy pragnień. Mierzę gęsią skórkę. Śledzę reakcję ud. Określam zasadowość zawartości ust przy płynnej wymianie pragnień.

Czujesz?

Ja czuję…jak powoli wracam do siebie. Rozpinam powoli, aczkolwiek z niewyobrażalnym wyczuciem, jak guziki seksownej koszuli. Chcę się ją rozedrzeć i rozebrać w pośpiechu, ale ja czuję wartość i obietnicę skrywaną za tym, co kryje się pod koszulą. Najlepsze prezenty sporządzane są z poświęceniem czasu, uwagi i głębokiego zaangażowania.

Czuję jak przygryzam wargę.

Czuję, że to widać na zewnątrz. Przechadzam się korytarzem w błękitnej koszuli, obcisłych jeansach i stukam obcasami pragnienia i otwartości na to, co kryje za sobą przyszłość. Wpada na mnie moja K. i mówi: „a Ty co taka seksowna dzisiaj?”

„Ten seksapil ma imię”.



Oddychacie? Dajecie zaprzeć sobie dech? Żyjecie? Na zwiększonych obrotach i pełną piersią możliwości?

Czujecie?




Czuję jak Banks znów przechadza się po mojej wyobraźni i dzięki niej czuję bardziej wyraziście.

Czuję jak pragnę.

Jak wkładanie pięści w serce i łopotanie nim na wszystkie zgodne strony…

sobota, 3 stycznia 2015

Rzeka mnie.


Muzyka to nie tylko czysta rozrywka, ukojenie, pobudzenie czy rozbudzenie agresji. To forma intensywnego, dwuznacznego, przenośnego, doniosłego, głębokiego dialogu. Słowa czy uczucia można wypowiedzieć, napisać, pokazać, narysować, zagrać czy wytańczyć.

Można je też przepuścić strunami głosowymi. Zauważyłam właśnie, że gdy dziś wypuszczam powietrze przez gardło głośnym westchnieniem, to towarzyszy temu drżenie. Mój oddech drży. Albo zatem te drgania są nośnikiem łez albo głębokiego wzruszenia. Co jest właściwe? Słowa i uczucia można wyśpiewać. Nakreślić siebie w słowach piosenki, barwie głosu autora, pociągnięciu gitarowej struny czy wybiciu porywającego rytmu perkusji, cichemu uwodzeniu skrzypiec, saksofonu czy pianina.

„Hold back the river,
Let me look in your eyes”.

Nie mogę przestać słuchać tej piosenki. Wstrzymaj rzekę, pozwól spojrzeć w swoje oczy. Prostota pierwszych pociągnięć gitary uwiodła mnie od pierwszej sekundy. Głos wokalisty wywołał gęsią skórkę prawdziwości. Słowa przedarły się do głębi bezboleśnie. Obracająca się kamera symbolizująca nieubłagalność zdarzeń i podkreślenie, że ciągle płyniemy w górę rzeki. Ale mimo wszystko, to może być piękne. Wszystko co kręci się dookoła może nam przysporzyć zawrotów głowy od nadmiaru bodźców. Jednak, gdy tak się kręcimy w dzikim tańcu życia, spośród niewyraźnych barw wynurza się piękno, energia, przyspieszone bicie serca, może upadniemy, ale zanim się zorientujemy, na usta wróci uśmiech.

„Lonely water, let us hold each other”

Wysyłamy komuś nasze piosenki. Zdradzamy naszą duszę. Chcemy ją obnażyć w dodatkowy sposób, wykraczający poza okazjonalne rozczarowanie słów. Wyobrażamy sobie, że kogoś tak samo dotykają struny gitary, chrapliwy głos wokalisty wywoła ciarki, a słowa przenikną głęboko i zostaną identycznie zinterpretowane. Po chwili okazuje się, że my słyszymy doulby surround, a ktoś jedynie brzęczący dźwięk kakofonii. I czuję się jak skończony dureń. Dostajemy w policzek. Proste sygnały wykrzykują, że mamy odmienną wrażliwość. Ktoś pozostaje niewzruszony, gdy my wylewamy tonę łez na filmie. Ktoś nie potrafi założyć okularów zrozumienia, gdy opowiadamy z pasją i wyraźnie widocznym zaangażowaniem daną książkę. Okazuje się, że mówimy innymi językami. Ja zaczynam alfabet od A, a ktoś od Z i droga do spotkania się w połowie wydaje się nieskończenie długa niczym alfabet Kambodży.



Wtedy dociera do mnie, że moja koperta, w której schowałam list siebie nie zostanie otwarta. Że pieczęć intymności nie zostanie zerwana. Uświadamiamy sobie, że nie utworzymy nierozerwalnej więzi i zaczyna to wysysać z nas radość życia. Ktoś ociera nasze łzy przez rękawiczkę, która nigdy nie zrozumie tej rwącej rzeki.



Spędziłam ostatnio 5 dni w górach, włącznie z Sylwestrem. Nie umiejąc jeździć na nartach, musiałam często zostawać sama i organizować sobie czas, podczas gdy znajomi szaleli na stokach. Nie miałam z tym problemu, potrafię pływać we własnej rzece. Jest coś oczyszczającego w samotności. Odosobnieniu. Wygnaniu. Odkrywałam skrawki nowych miejsc wraz z sobą i z tym, czego chcę. Zatrzymywałam się w knajpach własnego wyboru i kładłam na śniegu w miejscu, które zapierało mi dech w piersi. Zupełnie sama, ale z nadzieją w kieszeni. W drugiej może i czaił się smutek wywołany odosobnieniem i kolejnym nieudanym związkiem, ale starałam się jak mogłam oczyścić się w tym rwącym potoku siebie.

Wniosek przypłynął prosty.

Kocham swoje życie.

I chcę kogoś, kto pokocha je razem ze mną i spojrzy na nie równie łaskawie.

Chodzi o to, że nie musisz wstrzymywać rzeki, by spojrzeć w moje oczy. Trzeba umieć przez nią przepłynąć. Bo ta rzeka to też ja i gdy przemyjesz się w niej, pojmiesz mnie, a nierozerwalna więź narodzi się naturalnie. Tak silna jak poryw nurtu rzeki płynącej we mnie. Niekoniecznie ma ona czyste dno i nie zawsze jest krystaliczna, nie zawsze da ciepło i nie zawsze orzeźwi.



So just don’t hold back the river, just look in my eyes…

piątek, 26 grudnia 2014

Coś się kończy...coś się...

Czułam się singlem w te święta. Nie samotna, singlem. Jest różnica. Nie było ciebie, ciebie ani ciebie we mnie w te święta.

Trzeba to powiedzieć na głos. Nie były to cukierkowe święta. Nigdy nie są. Były wypełnione śmiechem, ale często szyderczym. Przerywane były docinkami, kłótniami, zdaniami z przesłaniem „bosz jak ja mam już dość jej/jego gadania”. W takiej intensywności i liczbie, że może jednak powinnam życzyć sobie spokojnych, a nie głośnych Świąt. Święta wypełnione mnóstwem przekleństw, krytykowaniem każdego i wszystkiego. To nie były cukierkowe święta. Ale przypomniałam sobie o tym, że przecież chciałam być zmianą jaką chcę widzieć w ludziach. Zatem telewizor został wyłączony i próby podjęcia rozmowy rozpoczęte. Jesteśmy liczną rodziną, więc wspomnień jest bez liku. Zadałam proste pytanie : „najbardziej obciachowy prezent jaki w życiu dostaliście?” I posypała się fala śmiesznych rodzinnych historii. Zdaliśmy. Daliśmy radę rozmawiać jako tako.

 Moje myśli, a co dopiero serce, nie śpiewały „All I want for Christmas is you”. Nie było nikogo „you”. I to jest w porządku. Nie było mi z tym źle. Przynajmniej nie przesadnie źle. Chciałam jedynie pewnych zjednoczeń, które nie doszły do skutku. Ale w sercu nie było nikogo. Pusto. Nada. Nothing. Out of service. I nie zasmucało mnie to. Ostatecznie okazało się, że All I want for Christmas is peace and quiet. Nie poczucie obowiązku, żeby kogoś pocieszać, okazywać zaangażowanie, zabawiać, ratować. W momencie kiedy poczułam, że nie dostanę w prezencie podobnej wrażliwości do swojej, odcięłam się od wszelkich wymagań. Usiadłam na swoim łóżku, rozłożyłam książkę na kolanach i mogłam być sobą. Ze sobą. Bez nikogo. I to jest w porządku. Można mieć wrażenie, że brzmię jak oziębła suka wyprana z uczuć. Ależ nie, one nigdzie się nie podziały. One tylko mają przerwę świąteczną. Potrzebują kogoś piekielnie silnego, kto je uniesie i znów pewnego dnia wyciągnie na światło dzienne. 

Gdy spoglądam na miniony rok i jego intensywność zdarzeń i wrażeń to ledwo wierzę, że to mój rok. Przeglądam posty z minionego roku i jestem z nich dumna. Byłam sobie swoim własnym Andrzejem Stasiukiem. Nie żałując ani jednego przebytego kilometra. Wystawiłam buńczucznie nogi przed siebie i wyciągnęłam je na desce rozdzielczej niepewnej drogi przede mną. W żadnym roku swojego życia nie zwiedziłam tylu miejsc i nie posiadłam takiej wiedzy o sobie jak tego roku. Jeśli miałabym jednym zdaniem podsumować rok 2014, powiedziałabym:

Nie bałam się robić wszystkiego, na co miałam ochotę.

Żałuję tylko jednej rzeczy, a to w bilansie 365 dni i mnóstwa wydarzeń, myślę, jest całkiem niezłym i niesamowicie dodatnim wynikiem. Napisałam swój własny poradnik pozytywnego podróżowania i myślenia. Nie potrzebowałam do tego nikogo, może już nigdy nie będę potrzebować. Podróże kształcą. Siebie.

„Stale płynne zachodzenie w głowę po każdej burze w szklance wody”. – to jeden z utworów, którym bym podsumowała rok 2014 i siebie.



„Ciche śluby, chemiczne sploty”.

Rok 2014 rozpoczęłam hucznie w Krakowie w idealnie dopasowanym towarzystwie. Wprowadził na stałe w moje życie osoby, które są, więcej niż bardzo, warte w nim pozostania. W tym roku całowałam, dotykałam, kiedy pragnęłam. Ocierałam się o zakochanie, które ciągle gdzieś umykało, ale ani trochę nie pozostawiło we mnie goryczy. Moje ciało nagromadziło wspomnień równie wiele jak dusza.

Gdańsk. Sopot. Gdynia. Warszawa. Zamość. Lublin. Mazury. Toruń. Bydgoszcz. Katowice. Londyn i mnóstwo stacji pośrednich, które bezpośrednio wprowadziły we mnie wiele wspomnień, uczuć i przemyśleń.  A rok zakończę pośród przyjaciół w górach. Nie mogę narzekać.

Banks. Jessie Ware. Sam Smith. Fisz. Mela Koteluk. Natalia Przybysz. The Fault in our stars OST. Begin Again OST. Angus and Julia Stone. The National. The 1975 to zaledwie niektóre płyty, które wzbogaciły moją kolekcję, a uznaję je za jedne z najlepszych roku 2014.

Grand Budapest Hotel. The Dissapearance of Eleanor Rigby. Comet. Men, Women and Children. Interstellar. Gwiazd Naszych Wina. Odruch Serca. Zacznijmy od Nowa. Boyhood. This is where I leave you. Bogowie. Służby Specjalne. The Skeleton Twins. Zaginiona Dziewczyna – to filmy, które najbardziej mną wstrząsnęły, zaciekawiły, zatarły się w sercu.

W kolejności przeczytania, poczynając od stycznia 2014, a te, które najsilniej działały na wyobraźnię, refleksję, rozwój języka, a jednocześnie rozrywkę – Morfina. Zaćmienie. Ciemno, prawie noc. Piaskowa Góra. Samolot bez niej. Obłokobujanie. Tajemnica Filomeny. Seria Percy Jackson. Gwiazd Naszych Wina. Papierowe Miasta. Dziewczyny Atomowe. Ostatnie Rozdanie. Im szybciej idę, tym jestem mniejsza. Bukareszt-kurz i krew. Rówieśniczki. On wrócił. Magiczny Słoń. Kocham cię, Lilith. Nie ma ekspresów przy żółtych drogach. O wolnym podróżowaniu. Jeszcze dzisiaj nie usiadłam. Witajcie w Rosji. Unicestwienie. Lalki w ogniu, opowieści z Indii. Seria Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Traktat o łuskaniu fasoli. Gesty. Znaki szczególne. Czarne skrzydła. Betonowy pałac. Zaginiona Dziewczyna. The Good Luck of right now. Saga o Wiedźminie. Motyl. Dzika droga – jak odnalazłam siebie. – ten ostatni tytuł chyba najlepiej podsumowuje, dlaczego warto tyle czytać, dzięki tym bogatym doświadczeniom literackim pobijam swój życiowy rekord i dobijam do 100 przeczytanych książek w roku 2014.

It was all worth it.

Nie kończę roku w poczuciu beznadziei i cienia jakiś niepowodzeń. Odmawiam takiego zakończenia. Może nie jest to do końca happy ending, ale zgodny z moim sumieniem i mną.


Podsumowuję siebie jednym z największych hitów minionego roku, ale w o wiele bardziej głębokim wykonaniu.

„I’m gonna live like tomorrow doesn’t exist.
Watch my tears as they dry.
I’m holding on for dear life.
Won’t look down.
Won’t open my eyes.
Keep my glass full until the morning light,
Help me, I’m holding on for dear life”.



A Junkie?

Znowu jest singlem/wolna/sama.*


*Niepotrzebne skreślić.