piątek, 1 listopada 2013

Zmodyfikowani uczuciowo.

Jesteśmy zmutowani. Uczuciowo. Genetycznie. Zmodyfikowani. Rzuceni na pastwę losu tworu nowotworowego zwanego miastem. Popychani, porywani na przód przez otaczający nas tłum na ulicy, w drodze do pracy, w tramwaju, za kierownicą. Zauważyliście ilu z nas funkcjonuje jak automaty? Utrzymujące funkcje życiowe w nienaturalnym, asfaltowym tworze zwanym miastem, gdzie śnieg nie wsiąka w asfalt, a zwierzęta zabijane na ulicach nie ulegają biodegradacji. Leżą tam póki ktoś nie przeniesie ich na pobocze do rowu. Gdyby potrącanie zwierząt było karalne równie ostro jak jazda po pijanemu, to ubyłoby wielu kierowców na drogach. Wczoraj po raz kolejny z daleka widziałam powiewające, martwe futerko, czasem zanim do niego dojadę, jest już tak mocno porozjeżdżane, że nie wiem czy wcześniej to zwierzę było kotem, psem, lisem czy jeżem. Średnio kilka razy w tygodniu mijam ten straszny widok, zwierzę przez kogoś kochane, martwe na zimnym asfalcie ludzkiej obojętności. Jedno miało ostatnio na sobie wełniany sweterek…

Zastanawia mnie czy przyczyną naszego znieczulenia nie jest po części miasto. Miejsce oddalone od przyrody, wyłączające nas z jej cyklu, wpędzające nas w zapomnienie wartości. Brak tu bezkresu, nic nie koi cierpienia, więc je piętrzy. Mamy za to nadmiar hałasu, zatrute płuca, kąśliwe języki uwag życiowej frustracji, rzekę ludzkich masek zakładanych po przekroczeniu progu domu,  ściąganych niekiedy dopiero w łóżku przed snem, albo i wtedy nie. Jedyne co naturalne w nas to właśnie podświadomie automatyczne wyłączanie uczuć, własnych opinii i oburzeń. Wstrzykujemy sobie znieczulenie do żył i rozpływa się ono po nas by uchronić od prawdziwie bolesnych bodźców otoczenia i to jest naturalne, bo organizm chce się bronic. Gdybyśmy dopuścili te bodźce, rozeszłyby się jak bakteria, zwariowalibyśmy. Organizm się przystosowuje do nadmiaru, a miasto jest źródłem bezmiary nadmiaru. Dlatego, żeby tu przetrwać, musimy być trochę zmutowani. Ale gdzie jest granica? Gdzie kończy się linia cierpliwości, a przechodzi się przez linię krytyczną obojętności? Przecież sytuacje stadne rzadko są dla nas źródłem szczęścia. Zauważcie, że większość pobytów na koncertach, imprezach, knajpach wypełnionych po brzegi ludźmi musi być asekurowana dużą ilością alkoholu. Często trudno nam przetrwać w tłumie, organizm domaga się stłumienia paniki, niechęci czy zwykłego koszmaru przebywania w zatłoczonym pomieszczeniu masek. Niektórych pociąga wielokrotność nieprzewidzianych zdarzeń i osób w wielkich aglomeracjach. Nie ma w tym nic złego, ale czy zbliżamy się tym do szczęścia? Do wierności samemu sobie? Mam wrażenie, że większość ludzi nie potrafi nawet nakreślić szkicu wartości, które wyznaje. Istnieją jeszcze takowe?   

Piętrzę się. Piętrzą się we mnie granice. Przekraczane. Zawalona codziennie pracą stronię od porwań tłumu prawdziwej mnie. Oddaję się wielogodzinnym lekturom, zdrowej ilości snu i zaspokajaniu własnych potrzeb. Tęsknię za otwartymi przestrzeniami. Za bezkresem. Za żywymi zwierzętami. Czerpię siły witalne z miłości i satysfakcji uczniów po lekcji ze mną. Nie daję się zwariować, nie daję sprowokować zawiści dorosłych. Robię swoje drażniąc ich przy tym niemiłosiernie. Bo nie ma nic gorszego niż osoba dobrze wykonująca swój zawód bez przymuszenia. Parę dni temu na świat przyszła mała Istota, którą mam szczęście nazywać swoją pierwszą chrześnicą. W jakiejkolwiek chwili bezmyślnie pozwolę tłumowi porwać moje ja, przypomnę sobie o Niej. Bo w życiu trzeba być konsekwentnym, najbardziej w stosunku do siebie samego i wyznawanych wartości. Nie chcę by bezmyślnie chciała podążać za tłumem. By na Komunię świętą chciała dostać laptopa, a na wakacje wyjeżdżać tylko do miast, a nie w góry. Od średnio roku stopniowo zaczął mi słabnąc wzrok. Długo zwlekałam z pójściem do okulisty, bo mam problem z pomaganiem samej sobie. Siebie spycham na koniec kolejki wymagań. Odpychałam myśl jak mniej kolorów widzę, jak mało wyraźna jest rzeczywistość dookoła. Pierwszym oszałamiającym uczuciem po założeniu okularów nie był zawrót głowy czy pierwsze bóle głowy, ale wyraźne promienie słońca i soczyste kolory jesieni, które przypomniały mi jak ważne jest wyłączyć czasem autopilota, rozejrzeć się dookoła i zachwycić pięknem złotem polskiej jesieni.


Keep calm, be yourself and read a book.

And sometimes help yourself.

poniedziałek, 14 października 2013

Dzień Badyla dla Belfra.


Dziś Dzień Edukacji Narodowej, początkowo ustanowiony jako święto nauczyciela w rocznicę utworzenia Komisji Edukacji Narodowej, później zmieniono go na dzień będący świętem dla wszystkich pracowników oświaty, o czym często się zapomina i potocznie datę tę uznaje się za Dzień Nauczyciela. W kuluarach nazywany również Dniem Belfra, lub Badyla.

W wielu szkołach tego dnia nie odbywają się zajęcia dydaktyczne. Dla wielu jest to dzień mile widziany, nie dlatego, że to dzień, w którym rzekomo celebruje się nasz zawód i wysiłek, ale dlatego, że jest to pierwszy dzień wolny od 1 września. To pierwszy wyczekiwany długi weekend podkreślający obecną jesień i zbliżającą się zimę i kolejny długi weekend związany ze Świętem Zmarłych.
Dzień, podczas którego drzwi pokoju nauczycielskiego dostają niezłego kopa, ponieważ ciągle odczuwają ciosy piąstek uczniów wzywających za drzwi nauczycieli by wręczyć im kwiaty czy słodycze. Powinien być to miły, bezstresowy dzień. Zapewniam Was, nie jest dla żadnej ze stron. Dzieci są niekiedy upocone ze strachu przed przerażającą myślą „zaraz pocałuje mnie pani od matematyki, której panicznie się boję”. Ja ten strach wyczytuje z twarzy w pierwszej sekundzie, więc rzadko kiedy „atakuje” dzieci krępującym ich buziakiem w policzek, zamiast tego dziękuję szczerym uśmiechem i życzliwym słowem i proszę kolejnego wzywanego nauczyciela.

Dzień ten powinien być też bezstresowy i beztroski dla nauczyciela, którego powinna rozpierać duma ze swojego zawodu, wykonywanych sumiennie obowiązków i sukcesów z niesionego kolejny rok na swoich barkach kaganka oświaty. Nic bardziej mylnego. Zagłębię Was w stronę od wewnątrz pokoju nauczycielskiego. Ten dzień to, po pierwsze, rewia mody. Strój ma być galowy z obu stron „barykady”, zatem i panie nauczycielki prześcigają się w kreacjach nałożonych na swoje bliskie wypalenie zawodowe. Miałam dziś okazję usłyszeć parę uwag nauczycielek kolejno przychodzących do pracy. Niektóre ze słowami na ustach „jak pachnie tu kwiatami” (bynajmniej nie w przychylnym tonie”) po stwierdzenia: „nie znoszę tego dnia”. Dlaczego? Ich sumienie przypominam im tego dnia, że nie do końca dobrze wykonują swoją pracę? To dzień, w którym mała ilość badyli na ich miejscu przypomni im, że nie cieszą się tak dużą sympatią pośród uczniów jak nauczyciel obok, któremu nie starczy wazonów by pomieścić swoje kwiaty? Przepraszam, nie kwiaty, badyle. A może nie potrafimy uwierzyć, że ktoś nam może szczerze podziękować za trudy wkładane w naukę i często zszargane nerwy po lekcjach i wieczornych godzinach spędzonych na układaniu testów, sprawdzaniu testów, wymyślaniu wycieczek, scenariuszy uroczystości szkolnych itp.?

Kwiaty zaczęliśmy nazywać badylami. Zdegradowaliśmy ich znaczenie. Wiemy, że dzieci są wypychane przez swoich rodziców albo wychowawców by pamiętać o kupnie kwiatów dla nas i bawi nas, gdy życzenia składa nam ktoś, kto wiemy, że nasz szczerze nie lubi. Dyrekcja z obowiązku i przyzwoitości uścisnęła dziś mi i koleżance  dłonie gratulując udanie przygotowanej akademii i przedstawienia z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Na naszych twarzach zagościła oczywiście skromność i niedowierzanie.

Ale dlaczego? Dlaczego mam nie uwierzyć, że gdy koleżanki wychodząc z akademii, podchodzą do mnie i mówią, że było świetnie, to naprawdę tak myślą? Dlaczego, gdy dyrektor ściska mi rękę gratulując, nie mam odwzajemnić tego uścisku pewnie i z dumą? Dlaczego na stos kwiatów, który nie mieścił mi się na biurku mam mówić badyle? Dlaczego inne koleżanki mi tego zazdroszczą i z zaciśniętymi zębami chwalą bukiet jaki dostałam od swojej klasy, a one nie? Czy to moja wina? Dlaczego nie mam zabawnie podskoczyć z radości i się nisko ukłonić, gdy dostaję owację na stojąco, podczas gdy wręcza mi się Nauczycielskiego Oskara w kategorii „Do tańca i do różańca”, bo w anonimowym głosowaniu dzieci stwierdziły, że jestem nauczycielem, z którym można i poważnie porozmawiać, ale też się pobawić. Dlaczego mam nie wierzyc, że te kwiaty są mi danie szczerze od serca, bo odwiedzają mnie nawet absolwenci z kwiatami i czekoladkami ciągle mnie pamiętając?

W zeszłym roku, gdy wybuchł konflikt między mną, a nauczycielką będącą jednocześnie rodzicem jednego z moich uczniów, dyrektor powiedział mi jedno proste, ale ważne zdanie: „Proszę pracować tak, żeby nie miała pani sobie nic do zarzucenia”. Wzięłam sobie te słowa na poważnie do serca. Powiem więcej, pracuję tak by ciągle mieć coś jeszcze do dorzucenia do lekcji. Nie tylko suchych faktów i informacji, ale jeszcze więcej energii i zabawy połączonej z nauką. Zawsze pewnie krocząc na kolejne zajęcia wiedząc, że dam z siebie na nich wszystko. Nie zarzucę sobie nic.

Bym w dzień będący moim świętem i mojego zawodu mogła odbierać te kwiaty szczerze i z należytą wdzięcznością za coś, co faktycznie wykonuję. Bo dziecko nie podejdzie do nas przerażone i krzywo uśmiechnięte, gdy wie, że ma nam za co dziękować. Gdy zobaczyłam dziś mały tłumek czekający za mną, gdy wyjdę z akademii, rozpuściło mi się serce, bo wszystkie uśmiechy czekały na mnie tak promiennie jakby faktycznie przez czerwony dywan przeszła zdobywczyni Oscara.


„Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w ludziach” – Bądź nauczycielem, którego sam chciałbyś mieć.


środa, 2 października 2013

Inna strona stopy prawej.

Bezimienna wstaje codzienne prawą nogą. Nie dajmy się jednak zwariować. Zbitek powyższych słów w żadnym stopniu nie oznacza, że Bezimienna budzi się co dzień optymistką, niepobitą przez skacowane resztki dnia poprzedniego i przytłoczona możliwą beznadziejnością przybitą do dnia nadchodzącego. Pomijając drobny fakt, że usytuowanie jej łóżka zwyczajnie nie sprzyja geograficznie wstawaniu kończyną lewą, Bezimienna po prostu nie jest przychylna utartym frazom, stereotypom, przesądom, zabobonom i zakładaniu czegoś z góry.

Bezimienna ma zadatki na ryzykantkę na pograniczu kaskaderstwa, ponieważ na przekór nawoływaniom starszych przesądnych pokoleń, nie obawia się, że pieniądze jej uciekną z torebki, gdy postawi ją na podłodze. Nie przeszkadza jej postawić pudełko z butami na stole, bo ludzie i bez tego kłócą się na co dzień. Nie przeraża ją sen o wypadającym zębie, który rzekomo zwiastuje śmierć bliskiego, bo w takim przypadku powinna już dawno nosić protezę. Jako dziecko nie chowała mleczaków pod poduszkę w oczekiwaniu na wróżkę zębuszkę ani nie wypatrywała Świętego Mikołaja z rózgą, bo doskonale wiedziała, że prezenty schowane są w kanapie. A już na pewno nie boi się siadać na krawędzi stołu w obawie przed zostaniem starą panną. Tak właściwie to ulubione miejsce Bezimiennej przy stole. Czuję się wtedy niczym Rycerka sufrażyzmu broniąca praw kobiet do bycia kimkolwiek chcą i oddawaniu ich waginy kiedy i komu sobie dowolnie zażyczą.

- Zrobię wszystkim na złość i wstanę dziś prawą nogą, i chuj! Tak. Bezimienna ma niepohamowaną potrzebę przeklinania i podkreślania ważności stwierdzeń przez prymitywną łacińskie wtrącenia rzędu „kurwa” i „chuj”. I chuj. A czemu nie „i cipa”? Wydaje się, że chuj zmonopolizował wiele działów czarnego piaru i sferę życia publicznego. Jest chujowo. Ty chuju. Chujnia z grzybnią. Chuj Ci w dupę. W wiele miejsc ten chuj pragnie zawędrować. Musimy wybaczyć Bezimiennej tę brak ogłady językowej, ale zwalić to można tradycyjnie na rodziców, którzy z „kurwy” uczynili przecinek w zdaniu już od pierwszych dni jej istnienia. Zatem kurwa już od dzieciństwa leżała w biernym zasobie słownictwa Bezimiennej czekając na przejście w tryb aktywny. O ile pamięć jej nie myli, nastąpiło to w czwartej klasie szkoły podstawowej kiedy to zetknęła się z niejaką buńczuczną Karoliną, której kruczo czarne oczy, włosy, ciemna karnacja i wredny, pewny siebie wyraz twarzy wróżyły kłopoty i walenie prosto z mostu. Gdyby spojrzeć głębiej pamięcią dowiedzielibyśmy się również, że Karolina wychowująca się bez ojca, a później tez bez matki, odkryła w Bezimiennej niepojęte pokłady niechęci do ojca, pretensje i wredną stronę jej charakteru i równie buńczuczną naturę. Od tej pory razem biły chłopaków i radośnie sobie kurwowały zgrywając twardzielki. Bezimienna była jedną z niewielu osób, które lubiły Karolinę bezwarunkowo. Dziś Karo ma męża, mieszka gdzieś na wsi i pewnie mniej przeklina przy dziecku, a Bezimienna dalej z uporem siada na rogu stołu na imprezach rodzinnych. Wpadną czasem na siebie w centrum handlowym i Bezimienna uśmiecha się wtedy szczerze do czarnych loków Karoliny, które nieświadome niczego, przypominają o pierwszych kształtowanych cechach kręconego charakteru naszej Bezimiennej bohaterki kantów stołu.

Po prześledzeniu genezy kurwowania Bezimiennej, nasilającego się w stanach upojenia alkoholowego, wróćmy do chuja. Mamy też oczywiście „ty pizdę” oraz „ty cipę”, ale dlaczego narządy służące prokreacji i umownej przyjemności, używamy jako obelgi i okaleczamy językowo nadając im pejoratywne znaczenie? Mało to ludziom stosunków bez orgazmów? Bezimienną bawi ludzka nieudolność nazywania rzeczy po ich imieniu, ale także prawidłowego ich zastosowania. Zadziwia wstyd towarzyszący wymawianiu słów penis, pochwa, jądra, wagina, moszna, łechtaczka, prące, sperma. Ale jaja! Nawet narządy dające początek życiu, ludzkość przeobraziła, nadając im nowe, bezproduktywne definicje. Po kiego chuja? Pyta się Bezimienna. Tak obrażać źródła rozkoszy? Z drugiej strony trafiając w te miejsca, źródła męskości i kobiecości, degradując ich znaczenie, może unikamy innego bolesnego ciosu. Przecież najbardziej boimy się, że członek i piersi będą za małe na czyichś gust, że kolory, kształty, zapach i smak komuś się nie spodobają, to bezpieczniej pozostać przy chuju i piździe i nie nazywać rzeczy po imieniu w celu uniknięcia skali rażenia obrażonego ego.

Z postanowieniem wstania prawą nogą wiąże się unikanie obelg i nieuleganie im. Zatem Bezimienna wejdzie też do auta prawą nogą, wchodząc po schodach zacznie od stopy prawej i kopnie drzwi pokoju nauczycielskiego prawym kolanem, bo ręce na zawsze zajęte dwoma torbami i stosem książek. Przekroczy próg prawym butem i wykrzyknie radośnie „dzień dobry”. Już ona im pokaże. Prawowicie, z zaangażowaniem godnym Michelle Pfeiffer i Robina Williamsa, przeprowadzi każdą lekcję stowarzyszenia umarłych poetów i młodych gniewnych i zadba by każdy uczeń wyszedł z jej lekcji prawą nogą. Bezimienna stara się jak może uczyć dzieci kultury chodzenia przez życie prawą nogą, nawet jeśli ktoś wypchnie ją lewą nogą z pokoju nauczycielskiego czy poprzedniej lekcji. Dziś znów ktoś zaśmiał się z jej żartu, kilkoro uczniów błysnęło zachwytem i zrozumieniem, ktoś pochwalił i zaraz po tym ktoś próbował zranić dla utrzymania równowagi we wszechświecie. W myślach inkantowała „nie daj się, nie daj się, nie pękaj!” Bezimienna wyruszyła w stronę auta. Wypadły jej papiery z teczki. Wredny wiatr złośliwie rozwiał je dookoła. Do auta wsiada się prawą nogą, ale sprzęgło trzeba przydepnąć lewą by ruszyć. Wtedy Bezimienna zobaczyła swoje odbicie. Nie w lusterku, ale w logo swojego auta na kierownicy. Ukazała jej się niesamowicie zniekształcona twarz. Przypomniała o istnieniu lewej stopy i sporadycznej, wyrastającej z impetem, nienawiści do samej siebie. Ta irracjonalna nienawiść napędzana przez te chuje i pizdy świata!

- A chuj! Zrobię im na złość i nazwę ich dziś pieszczotliwie peniskami i cipuszkami. Na wisienkę na torcie, przydepnę ich prawym gazem do dechy. Wejdę do łóżka tak jak z niego wstałam. Nogą prawą. No bo kto mi kurwa zabroni?


If you use your words as a weapon
Then as a weapon, I'll shed no tears.

poniedziałek, 23 września 2013

Najodważniejsi.

- Wszyscy żyjący ludzie pełzający po ziemi są tchórzami – wydalone z szeregu wielu myśli zdanie, które wypłynęło na wierzch podczas jednej z kąpieli Bezimiennej. Kąpiel to dziwny proces chemiczny czyszczący ciało z toksyn i brudów dnia, jednocześnie powodujący wydostanie się przez pory trujących myśli, niekiedy dolanych z płynem kąpieli goryczy i pretensji. Strumienie gorącej wody potrafiące odprężyć ciało, ale spinające myśli. Bez możliwości ponownej ucieczki, Bezimienna poddaje się kolejnemu dramatycznemu monologowi swojego życia zanurzając się we wrzątku pretensji do ludzi i świata. Dziś nie będzie się dotykać, poznawać mapy swojego ciała na nowo, stwierdzi, że jest ona powszechnie nudna i geografię cielesności odłoży na półkę.

Dziś plaga tchórzostwa osiągnęła apogeum. Nie żyjemy w czasach wielkich wartości, sytuacji bez wyjścia, niewyobrażalnych poświęceń. Nie wiszą nad nami groźby wojen, totalitaryzmu, utraty najbliższych wskutek naszej bezsilności. Nie możemy mieć do nikogo pretensji prócz do samych siebie, bo cokolwiek w życiu tracimy jest rezultatem kolizji lenistwa, niepotrzebnych udręczeń, a według Bezimiennej, przede wszystkim tchórzostwa. Bezimienna jest w tym kiepska, ale stara się jak może w dni takie jak ten schować wszechogarniająca pogardę do świata ludzkiego. Gdyby człowiek był zdolny do modyfikowania własnego gatunku, Bezimienna nie spoczęłaby dopóki nie wymyśliłaby człowieka niemal perfekcyjnie odważnego. Naukowcy ciągle bawią się genami, częściami ciała, organami, krwią, bezskutecznie ganiając za przyczynami i zwalczaniem chorób. Bezimienna wierzy, że większość chorób ciała wynika z utrapień duszy, więc to czym powinnyśmy się zając to leczeniem przede wszystkim naszych wad, które czynią nas tchórzami w drodze do relatywnego szczęścia czy chociażby dobrobytu duszy i życia w zgodzie ze samym sobą.
Zmuszeni do życia w czasach czyniących z nas istoty ahistoryczne trudno nakreślić obraz wyrazistego Everymana XXI wieku. Jesteśmy tworem tłumu i mediów. Bezimienna podziwia osoby na tyle odważne, potrafiące przyznać, że jesteśmy reprezentantami generacji NIC. Nieważne jak bardzo podepniemy się pod hipstera, dresa, lewicowca, prawicowca, katola, ateisty to i tak pozostaniemy pokoleniem mało mięsistym. Nawet w obranych poglądach nie jesteśmy stali czy odważni, targani jak chorągiewki na wietrze podążające w kierunku południa zmieniających się trendów. „Dziś będę przeciw aborcji, ale za tydzień zmienię zdanie, bo to takie postępowe”.

W wieczór taki jak ten, Bezimiennej nie mieści się w głowie wiele ludzkich sprzeczności. Ogarnia ją uderzająca fala złości. Dlaczego ludzie boją się mówić o tym, co boli, boją się nie mieć poglądów, boją się przyznać, że przegrywają, boją się ujawnić, że broń Boże, może nie są szczęśliwi, boją się kochać, boją się tęsknic, wiernie przywiązywać, ale najbardziej w całej galaktyce słów i zdarzeń Bezimienna nie może znieść strachu przed prawdą. Dla Bezimiennej najpiękniejszy człowiek to nie ten ubrany w wyszukane marki, zapaćkany toną skompleksowanego make-upu, ale ten z zaczerwienionymi oczami po płaczu lub kiepsko przespanej nocy z tęsknoty za kimś. Najodważniejszy jest ten, kto nie ukrywa łez, ten kto potrafi się przytulic i przyznać, że potrzebuje. Odważnie jest potrzebować, prosić, dziękować, przepraszać i prosić o więcej.

Jednak najodważniejsi są martwi. Poddani eutanazji i samobójcy. Zwłaszcza grupa druga. Bezimienna myśli o wszystkich topielcach, wisielcach, rozerwanych na torach, z kulą kalibru totalnej niechęci życia w skroni. Bezimienna czasami zastanawia się czy ten pulsujący ból w skroni nie ma jej czasami doprowadzić do skraju wytrzymałości, musi wtedy mocno ucisnąć źródło bólu by bolało mniej. Ucisnąć, żeby bolało mniej. Bezimienna zastanawia się nad nieprzypadkowością tego zjawiska doboru słów. Zacisnąć na szyi pętlę by życie już nie bolało, zacisnąć płuca w bezdechu pod wodą by nie zalewać się już łzami, wcisnąć się pod pociąg, rozwalić mózg o ścianę bronią palną. Do Bezimiennej powraca traumatyczne wspomnienie i do dziś odbijające się od niego pytanie: jak bardzo musi bolec życie by zawisnąć na własnym pasku na klamce? Ilu osób w historii ludzkości bolało tak bardzo? Ile takich czaszek Hamlet chwyciłby w rękę wypowiadając nieśmiertelne „być albo nie być?” ?

Bezimienna polewa się w wannie wrzątkiem, obserwuje jak skóra paruje, gotuje bolesne myśli, odważne myśli. Zanurza twarz pod wodą. Nie oddycha. Nie oddycha. Nie oddycha. Please, please, please.
Wyłania się na powierzchnię. Nie jest odważna. Bezimienna uczyniłaby ze swojej śmierci ostatnią lekcję poglądową. Wie dokładnie kto by za nią płakał, kto by przyszedł na pogrzeb, kto by nigdy nie zapomniał, kto by nigdy nie wybaczył, kto by na zawsze tęsknił, wiedziałaby, że pewnego dnia nikt by już nie przyszedł na jej grób. Zachłysnęła się myślą, że będzie żyć dalej czy tego czasami chce czy nie. Wystarczy jej fantazja. W niej umierała już stokrotnie, leżała w trumnie bez ruchu, widziała szlochy najbliższych.


Kto choć raz nie umarł w myślach, ten nigdy nie żył. Kto choć raz nie umarł w myślach, ten tchórz.

czwartek, 12 września 2013

Opowieśc o Bezimiennej.

- Czuję się jak kupa. Czuję się jak gówno – zwróciła z siebie bezdźwięcznie Bezimienna opierając się uporczywie sile grawitacji biurka, które rozkosznie i bezpruderyjnie flirtowało z jej głową, bezczelnie nawoływało do romansu w obecności siedemnastu siedmioletnich świadków!

Nie, Bezimienna nie była pedofilką. Bezimienna jest nauczycielką i właśnie dziś niepojęty w swej dobroci los obdarzył ją dwoma przesranymi przypadłościami jednocześnie: migreną i okresem. W skutek czego Bezimienną wyrwało ze snu o 4 rano Morze Czerwone i dziwka migrena, którą próbowała udusić poduszką 6 godzin wcześniej, a ta dalej sobie bezczelnie oddycha i żeby tego było mało, rozkręciła też imprezę w brzuchu. Dziwka, zwana powszechnie migreną, oprócz tego, że dosyć często gościła w prawej skroni Bezimiennej, to dodatkowo zapraszała zawsze zdzirki-motylki, które słodziuchno trzepotały skrzydełkami w brzuchu denatki powodując odruchy, delikatnie mówiąc, wymiotne.
- Byleby przetrwac do 6:30 – wtedy imprezkę dziwki i zdzirki przerwie budzik i Bezimienna ruszy szturmem do łazienki by wyszykować się do pracy i po drodze wstąpi do sklepu, gdzie oprócz tabletek, przyjmie puszkę Coca-Coli. Ta dobra ciocia najskuteczniej zalewa zdzirki-motylki. To kolejny dzień kiedy Bezimienna żałuję, że i jej mamunia nie wypisze zwolnienia ze szkoły z powodu bólu głowy i „niedysponowania” życiem.

Bezimienna jechała jeszcze z jednym zmartwieniem do pracy w kolejny wrzesień jej pracowniczej egzystencji. Mianowicie, etymologia jej bezimienia. W prawdzie już dawno nauczyła się wykorzystywać swoje bezimię jako punkt zaczepienia zainteresowania swoją osobą, ale nie znosiła regularnie pojawiających się stłumionych podśmiechujków.
- Wiecie jak mam na imię? Jestem pewna, że nikt z was takiego imienia nie słyszał! O milion mogłabym się założyć!
Zawsze znajdzie się młodociany dorosły, który wyssał z obiadów przy stole niekochającej się rodziny sarkazm i opryskliwość w skutek czego krzyknie z przekąsem na lekcji:
- Pani przecież nie ma miliona!
- Miałabym już zasranych milionów kilkanaście – burknęła pod nosem, bo mniej więcej tyle razy dowodziła dzieciom, że nie znają bezimienia Bezimiennej. Chciałaby móc powiedzieć, że jej rodzice, gdy się urodziła zakochali się w niej bez pamięci i jej widok zaparł im dech w piersi, że nie chcieli by ktokolwiek, kiedykolwiek wyśmiewał się z imienia ich córeczki i wymyślał durne rymy do niego. Chciałaby zobaczyć jak dzieciom zapalają się w oczach iskry zainteresowania, gdy opowiada im, że rodzice uważali ją za wyjątkową od dnia narodzin, dlatego nadali jej równie unikatowe imię. Jednak jej matka, gdy kiedyś zapytana skąd wzięło się bezimię Bezimiennej usłyszała jedynie ogłuszające, uderzające prosto w serce chłodne zdanie: nie mieliśmy żadnego pomysłu i w dupie to w sumie mieliśmy. To był dzień, w którym mała Bezimienna postanowiła sama sobie wyrobić imię, które wyróżni ją spośród innych.

Wrócmy jednak do dnia krążącego wokół kupy, gówna i dupy.
- Czuję się jak kupa, czuję się jak gówno. Bezimiennej nie obchodziła ubogość wybranej frazy. Była wręcz pewna, że wiele osób w danej chwili wisząc nad swoimi biurkami ludzkiego bezsensu licho mamroczę pod nosem te same słowa. Pomyślała, że mogłaby nawet o tym napisać piosenkę i jakieś totalne beztalencie mogłoby ją wypromować na hit „I feel like shit” w rytmie podobnym do „All day, all night, what da fuck?”

Czemu akurat kupa, gówno? Przecież o ile ktoś wierzący w reinkarnację, nie będący w poprzednim wcieleniu kupą gówna nie jest w stanie stwierdzić jak to jest czuć się tą, jakże powszechną w życiu ludzkim, substancją. Wbrew pozorom jest to dość bogate stwierdzenie i może się łączyć w wiele kombinacji i związków frazeologicznych. Ba! Zmieniać stan skupienia i kolory też. Kupa. Gówno. Sraka. Sraczka. Biegunka. Dwójka. Posiedzenie. Nie wchodź tam lepiej. Kupa gówna. Kupa śmiechu.

- Przesrane! O czym ja myślę!? – wszelkie dywagacje, dygresje i skróty myślowe osiągające niebywałe proporcje to trudne do wydalenia przypadłości Bezimiennej. Czas wychylić głowę z tyłka i zobaczyć czy któreś z dzieci nie potrzebuje pomocy. W końcu w tym roku przybiegła do pracy z postanowieniem, że nie będzie przyprowadzać własnego smrodu do pracy i nie będzie przerzucać na, Bogu ducha winne, dzieci swoich zasranych problemików. Dorzuci do tego większą systematyczność, motywację, pasję i zorganizowanie i żadne dziecko nie będzie musiało wiedzieć, że pani ze względu na niezapowiedzianą wizytę dziwki i zdzirki czuje się jak rozlazła, ściekająca, nie mogąca się niczego utrzymać kupa.

Zatem Bezimienna wstała i wytłumaczyła jednej małej duszyczce, że white to kolor naszych zębów (w pełni świadoma, że to wierutne kłamstwo, bo przynajmniej jedna czwarta składu duszyczek ma zęby koloru smoły); jednak ta duszyczka nie była jeszcze splamiona uszczypliwościami i nie ugryzła Bezimiennej kąśliwą uwagą, że nawet ona nie posiada białych zębów, bo takie mają jedynie ludzie z reklamy Colgate albo przerobieni w fotoszopie.

Dzieci – w środowisku szkolnym winni być nazywanymi uczniami – przyjmują jednak wiele form i łączą się z wieloma konotacjami. Diabły. Szatany. Plankton. Szarańcza. Bachory. Pijawki. Drapieżniki ogółem. Słownik Bezimiennej przewidywał łagodniejsze definicje. Misiaki. Kochani. Diabołki. Aniołki. Robaczki. Niekiedy zaledwie Ciołaski.

Bezimienna należy do dramatycznie wymierającego gatunku. Gatunek ten, to ludzie kochający swoją pracę. Bezimienna niezliczoną ilość razy słyszała zdanie „Ty to kochasz tę robotę” umoczone w pretensji, zawiści i zazdrości. W chwili, gdy usłyszała, że jej bezimię nic nie znaczy, obiecała sobie, że cokolwiek w życiu będzie robiła, uczyni z tego misję i zostanie w pamięci osób, które dotknie. Słowem, charakterem, temperamentem, pasją czy szczerością.

Dziś jednak nastał dzień z dupy. Obroty zwolniły. Język bardziej kąśliwy. Odbija się nieprzyjemnie własną żółcią marudzenia. Kąciki ust trochę opadły. Bezimienna wychodzi z pracy jako ostatnia. Gasi światło. Obraca się i rzuca okiem na to duszne, śmierdzące pomieszczenie wypełnione jeszcze echem gdakania koleżanek z pracy, które za pasję obrały sobie oczernianie wszystkich zamiast nauczanie. I uśmiecha się. Do myśli przetrwania i dumy. Dziś pokazała Misiakom, że nie muszą umieć czytać by rozpoznać nazwy kolorów. Widziała ich nieśmiało pęczniejącą dumę. Była przekonana, że jeszcze nikt nie pokazał im jak to jest cieszyc się z własnego sukcesu, dlatego kazała im zacząć klaskać. Misiaki zdziwione pytają dla kogo te oklaski. Bezimienna odpowiedziała : „Dla Was moi Drodzy, bo jestem z Was dumna”. Znów obezwładniła ją miłość do swojego zawodu. Więc smród dnia do końca jej nie złamał. Poskładana w jedną całość. Tu się nastawi. Tam zaklei gipsem odporności.

Wsiadła w samochód. Widziała nadlatującego ptaka i serce zaczęło jej bić szybciej. Bezimienna zawsze na drogach okraszonych lasem panicznie bała się, że potrąci jakieś zwierzę. Zawsze uważnie obserwowała linię drzew i wypatrywała pary lśniących oczu, a stopę trzymała w pogotowiu w pobliżu hamulca. Bezimienna nie zniosłaby skrzywdzenia niewinnej istoty. I dziś trajektoria lotu ptaka przewidziała zderzenie z impetem z maską jej auta.

- Zamordowałam ptaszka! – krzyknęła tonem gotowym na najwyższą karę pozbawienia wolności.


- Ten ptak już nigdy na nikogo nie nasra – domyślała po chwili.

środa, 4 września 2013

Głośne NIE dla szkolnej depresji!

Słynny profesor Zimbardo (co dziwi mnie, że wygłasza zdania na temat polskich szkół) bije na alarm, że spośród 5 milionów uczniów, które rozpoczęły naukę w polskich szkołach, milion z nich miało lub ma objawy depresji. Do tych objawów mają należeć lęki, obniżone nastroje i utrudniony kontakt z rówieśnikami.

Depresja ma być skutkiem efektu odrzucenia, a jego prowodyrem są rodzice, koledzy, a zdaniem profesora Zimbardo, przede wszystkim nauczyciele, w szczególności ci, którzy sprawiają, że jedni uczniowie czują się gorsi od innych, wyśmiewający się ze słabości uczniów, podkreślający porażki, a nie sukcesy.
Nie przeczę – istnieją nauczyciele, którzy jako taktykę „motywacji” wybrali wyśmiewanie się na forum z uczniów, którzy niekoniecznie przypadli im do gustu. Tacy nauczyciele są żałośni, maluczcy, sfrustrowani życiem i pracą, wyładowujący swoje lęki na słabszych – uczniach. Wstyd mi być stawianą obok takich. Są oczywiście przypadki uczniów, którzy niesamowicie świadomie załażą nam za skórę i czynią sobie wyprowadzenie nauczyciela z równowagi za cel w życiu, więc wtedy się „odgryzamy”, ale takiego ucznia nasze uszczypliwości nie ruszają, na pewno nie powodują zaniżenia samooceny czy depresji.

Dla mnie, NIC NIE TŁUMACZY UBLIŻANIA UCZNIOWI.

Zastanówmy się może co innego powoduje u dzieci lęki, obniżone nastroje i utrudnione kontakty z rówieśnikami.

Według innych angielskich psychologów w dzisiejszych czasach bombardowania nadmiarem informacji wytworzył się tzw. FoMO, zwłaszcza wśród młodzieży (z ang. Fear of Missing Out – strach, że coś tracimy), który jest podłożem uzależnienia od Internetu. Mnóstwo ludzi budzi się z lękiem, że coś ich ominie, ważny news, dlatego pierwszą czynnością rano nie jest mycie zębów, ale odpalenie komputera i Facebooka czy innego serwisu informacyjnego (ewentualnie robimy te dwie czynności jednocześnie – myjemy zęby logując się do naszego wirtualnego życia). Młodzież nie potrafi rozstać się z komputerem, nieustannie sprawdza profile znajomych, uaktualnia swoje zdjęcia i wpisy, poznając osobę, wyszukuje ją w sieci i zaprasza do znajomych. Brak dostępu do sieci doprowadza do szału, powoduje stany depresyjne i sprawia często, że wydaję nam się, że ktoś do nas dzwoni lub napisał SMSa odczuwając tzw. fantomowe wibracje telefonu.

Przychodząc do szkoły widzę stres dzieci nie przed nowymi lekcjami, obowiązkami, zmianami nauczycieli, ale tym czy ktoś aby nie nabył przez wakacje nowszego smartfona, większego tableta, oryginalniejszego plecaka, czy nie był na bardziej wymyślnych wakacjach albo czy nie jest w tyle z nowościami muzycznymi, filmowymi czy facebookowymi wybrykami. Dzieci stwarzają niesłychane historie by upodobać się innym.
Czy ja jako nauczyciel i obserwator rzeczywistości karcę ich za to? Ostrzegam, uzmysławiam, że istnieje świat poza grami komputerowymi i Facebookiem, ale jednocześnie adaptuję się do postępującego świata technologii używając jej do kontaktu i zadań domowych online.

Jednak pytanie jakie zadaje każdej klasie po powrocie z wakacji to nie gdzie byli, co widzieli czy jakie filmy obejrzeli, ale pytam czy ktoś przeczytał jakąś książkę. Nic nie łączy tak jak empatia i poczucie, że widzi się więcej niż nauczyciela, dlatego ja przygotowałam dla uczniów prezentację multimedialną przedstawiającą moje wakacje – spędzone w dużej mierze na świeżym powietrzu ze stosem książek i psem i kotem pod ręką do głaskania. Nie po to by im pokazać, że to, że ich spędzanie większości wakacji w rzeczywistości wirtualnej jest gorsze, ale dlatego by uświadomić, że radość może być taka sama z życia, gdy choć na chwilę wylogujemy się ze źródła naszych kompleksów, zawiści i zazdrości.

 Nikt nie lubi generalizowania, więc ja zgłaszam sprzeciw i wypisać się chcę z grupy rzekomo tych nauczycieli powodujących u dzieci depresję. Rozumiem, szkoły to łatwy cel źródła wszelkich zaburzeń dzieci, ale nie jedyny. Może to ten Internet? Może to brak akceptacji poza murami szkoły również? Brak przytulania, szczerego uśmiechu, nieudawanej radości na widok drugiej osoby, zwykłej szczerości?

Przez chwilę pomyślałam, że wchodząc w tym roku dla klas pierwszych postaram się zachować dystans i być tym poważnym nauczycielem budzącym respekt. Jak zachować powagę przed grupką dzieci wyrastających na nieco ponad metr z uśmiechami rozpuszczającymi serce, które widać, że czekały jak na szpilkach by poznać ich panią od angielskiego? Jak nie uśmiechnąć się szczerze, gdy malutki Przemcio mówi : naplawdę pomyślała pani, ze jestem fajny i gzecny chłopak? To ja już nie będę z nim lozmawiał… Jak nie trwać przy swoich metodach, gdy idąc na drugi dzień korytarzem gromada pierwszaków rozpromienia się uśmiechem i chórem krzyczy HELLO! widząc, że mknę korytarzem?

Może dzieci mają objawy depresji, bo za mało się je przytula i poświęca uwagi? Jak nie wierzyc w leczniczą moc przytulania, gdy znająca mnie już 3 lata Ala siedząca dziś w ostatniej ławce z bardzo smutną miną spotyka się ze mną wzrokiem i widzi, że uśmiecham się do niej, bo widzę coś jej jest i chcę ją rozchmurzyć, ona opuszcza głowę i dalej tonie w swoim smutku. Na chwilę spuszczam głowę by wypełnić dziennik i ktoś mnie nagle przytula od tyłu. Nie musiałam się odwracać, wiedziałam, że wtula się we mnie Ala. Nie wiem jakim cudem i kiedy tak cicho przebiegła całą salę, ale obracam się i pytam „wszystko w porządku Kochanie? Wyglądałaś na strasznie smutną, stało się coś?” – „Już mi lepiej”. Może to nie ja, może to nie uśmiech, może to nie przytulenie, ale Ala się uśmiechnęła i już nie była smutna, przesiadła się do pierwszej ławki, gdzie zawsze jej miejsce.

Nie wiem czy tak jak mówią, gdy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat, ale ja na pewno. I gdy ja się śmieje, śmieją się wszystkie dzieci…


Depresji na moich lekcjach mówię głośnie NIE!


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Z pozycji na wznak.

"Uważa muzykę za siłę wyzwalającą: wyzwalającą  z samotności, zamknięcia w sobie, kurzu biblioteki, otwiera w jego ciele bramę, przez którą dusza wychodzi na świat, by się bratac."
(M.Kundera)

"W poniedziałek częśc rodziny poszła do swych zwykłych zajęc, bo przecież z czegoś trzeba umierac." (J. Cortazar)

Trzeba zatem ruszyc się czasem z pozycji na wznak.

Z pozycji umierania.

Wyjśc poodychac powietrzem siebie,

Otworzyc żyły na ciepłe promienie siebie,

Przypomniec sobie, że kawa smakuje lepiej na świeżym powietrzu,
Że najlepiej tańczy się na boso,
A śpiewa całym ciałem,
A ulubione ubranie to ten biały T-shirt i jeansy nie przylegajace do pośladków, ale dające przestrzeń ciału, nie 
krepując go oczekiwaniami innych.
Przypomniec sobie, że zza pozycji na wznak kryje się cały horyzont omijanych nas zdarzeń i ludzi.
Małej dziewczynki trzymanej za rączkę przez niewiele starszego, silniejszego brata, która widzi w nim całe bezpieczeństwo świata.
Czy radośc wypisaną na twarzy alkoholika na wózku pod sklepem, wynikająca z faktu, że zaraz kolega doniesie mu kolejne piwo zapomnienia bólu istnienia...



niedziela, 18 sierpnia 2013

Radośc - towar deficytowy.

„Bardzo często miałem w swoim życiu wrażenie, iż przez cały czas jestem jak ten astronom prowadzący wycieczkę niewidomych, którym mam opisać magię obrazu malowaną skrywającym się za linią horyzontu słońcem. A ja? Ja mam jedynie wiedzą o gwieździe Słońce i do przeżycia piękna zachodu Słońca nigdy ich nie doprowadzę. Dzisiaj wiem, że gdybym tylko potrafił się z tym pogodzić, to moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Ale ja przez długi czas nie zdawałem sobie sprawy, że to głównie kwestia rozstania się na zawsze z kilkoma marzeniami, wyzbycia się uczucia najpierw zawiści, a potem zazdrości, oraz zawarcia trwałego pokoju ze swoimi ambicjami.

Ja chciałem wchodzić do ogrodu i nie zauważając w nim zepsutej, skrzypiącej furtki, podziwiać rosnące w nim kwiaty, a okazało się, że w prawdzie urodę kwiatów zauważam, ale najlepiej jednak znam się na „wyszukiwaniu zepsutych furtek”. (J.L. Wiśniewski)

Przystajecie czasem w swoim biegu przez płotki, sprincie, maratonie życia i zastanawiacie się, że gdyby poproszono Was o opisanie piękna zachodu słońcu, bylibyście w stanie to oddać tak by zobrazować to niewidomemu? Zachwyt – słowo i czynność grożąca wyginięciem. Akcja-reaktywacja!

Jestem pewna, że za to mnóstwo z nas potrafi wymienić długą listę zepsutych furtek w swojej marnej egzystencji, wyglądzie zewnętrznym, niewymarzonej pracy, apodyktycznym szefie, nie kochającym nas wystarczająco partnerze, raniącej nas rodzinie, ale przerażająco przeważająca część z nas nie potrafi sięgnąć po oliwę by naoliwić skrzypiącą furtkę by móc napawać się zapachem kwiatów i szumem drzew w oddali.  

Starożytni Egipcjanie wierzyli, że gdy staną w obliczu bogów przed wstąpieniem do nieba, zada im się dwa pytania, zależnie od których przekroczą wrota niebios czy też nie, mianowicie: czy znalazłeś radość w swoim życiu? czy dałeś radość innym?...

Czy radość w dzisiejszych czasach nadal jest dla nas ważna? Powinna być. Trudno jednak zawalczyć nie tylko ze samym sobą, ale i niechęcią i szykanowaniem otoczenia, które radości doszywa pejoratywne znaczenie momentalnie pytając: z czego się tak cieszysz/rżysz/suszysz zęby? narąbałaś się? Co brałaś? Podziel się! Nie zapominajmy o mediach napędzających na bieżąco maszynę strachu, wstydu i depresji. „Matka straciła piątkę dzieci wskutek utonięcia”, „Zgwałcono i zamordowano 15-latkę”, „37-latek dźgnął śmiertelnie nożem 17-latka”. Nagłówki koniecznie uwzględniające relacje czy wiek ofiar by zalała nas jeszcze głębiej pieniąca się fala smutku, który ciągnie się za nami od rana do wieczora.

A przecież zdolność do radości, picia ze źródła rzeczy drobnych, dostrzegania piękna wokół nas, nie w posiadaniu, ale odkrywaniu, umiejętność odkrywania dobra w sobie i innych ludziach buduje przecież człowieka, któremu jest dobrze samemu ze sobą, i jednocześnie osobę, z którą chcą przebywać inni. Kto z nas nie chciałby być takim człowiekiem? Trudne? Możliwe!

Pierwszymi nauczycielami radości są rodzice. Nie oszukujmy się, wielu z nich tej ważnej lekcji życia nawet nie rozpoczęło, nie pofatygowało się nawet napisać na tablicy tematu lekcji „Masz prawo się cieszyc i być szczęśliwym wbrew wymaganiom otoczenia, nawet wbrew swoim rodzicom”. Zatem jeśli ciągle w dzieciństwie byliśmy świadkami sfrustrowanych, znerwicowanych rodziców, trudno nam będzie nauczyć się czerpać z kontaktu z ludźmi i otoczeniem tego, co najlepsze. A przecież dzieci są najbardziej pilnymi obserwatorami i przeżywają wszystko z rodzicami. Dzieci, którym rodzice dają dostęp do własnej spontaniczności i radości poprzez np. poranne skakanie po łóżku czy wygłupianie się przy stole, wyrastają na bardziej pogodnych ludzi. Niestety nasza zdolność do radości często w okresie dzieciństwa zostaje upośledzona poprzez konieczność zmagania się z trudnymi doświadczeniami, które niekoniecznie są naszą winą.

Mimo wszystko, jako dzieci, nawet w najtrudniejszych chwilach potrafimy być niesamowicie odporne, budować własne równoległe światy i cieszyc się na przekór wszystkiemu. Dlatego będąc dorosłymi tak często wypatrujemy spontanicznej, niewinnej i niezmąconej radości dzieci. Widok radosnego dziecka jest tak kojący i wzruszający, że uwielbiamy zasypywać je prezentami by choć chwilę poczuć tę radość na sobie. Sama często się  na tym łapię. Ostatnio kupiłam bratankowi, który w ogóle prezentu się nie spodziewał, samochodzik z klocków Lego; podbiegł tak zaskoczony, ucieszony i wzruszony, że ledwo wstrzymałam łzy. „Siosiu, skąd wiedziałeś, że ja kolekcjonuję te auta?! Jaki jestem szczęśliwy, chyba musiałem być grzeczny, że mi to dałaś, dziękuję bardzo, siosiu” przy czym przytulił i pocałował w policzek. Zapominamy o mocy przytulenia dziecka, dziwimy się, że tego nie robią, gdy czasami sami nie otwieramy ramion. Mały W. zaczął mi radośnie uciekać na spacerze tak bym go nie dogoniła. Zaczęłam powoli biec, udając oczywiście, że za nim nie nadążam, a on śmiał się całym ciałem do rozpuku. Obrócił się, ukucnęłam, rozłożyłam ramiona i krzyknęłam „chodź do cioci!”. Nie byłam pewna czy to zrobi, ale ruszył jak szalony w moim kierunku i wskoczył na mnie, uwiesił się na szyi, a ja uniosłam go najwyżej jak mogłam wiedząc jak to lubi. To było szczęście i radość. Zabiłam smutną, czającą się za rogiem serca, myśl, że może nigdy nie przytulę tak własnego dziecka. Jest tu i teraz i to uczucie jest niesamowite.

Odczuwanie radości wymaga ogromnej autonomii i samoregulacji myśli, jak starego odbiornika radiowego, który ciągle odbiera zakłócenia zamiast czysty dźwięk audycji. To jedno z największych wyzwań życia dorosłego, widzieć świat i siebie takim, jakimi są, ale mimo wszystko móc odczuć radość. Nie będziemy potrafili jej przeżywać, jeśli nie spojrzymy na swoje życie i wszystko dookoła jako jedyny dar, jaki nam dano, tu i teraz, nie będzie później, i wcześniej.

Nieprzerwany kontakt z naturą,
Błogość ciszy zakłócanej tylko uwodzącym szumem drzew, śpiewem ptaków i owadów,
Nieopisane zachody słońca nad rzeką malujące niesamowite kolory na niebie,
Gorący dotyk promieni słońca na mojej nagiej skórze,
Spacery z myślami brzegiem rzeki i lasu,
Kojąca muzyka w uszach,
Samoistnie seksownie potargane włosy, które sama chcę chwytać...
To wszystko sprawia, że bezustannie uśmiecham się do swoich myśli, rozpościeram ręce, obracam się w kółko ekstazy i chodzę nieziemsko, naturalnie i nieskazitelnie podniecona...życiem, sobą i fantazjami...




Sporadyczne zaczepki rodziny nawet tego nie zmienią, która kończą się łzami wymieszanymi z rzeką „Patrz na tą, koniecznie chce być mądrzejsza od nas, że tyle książek czyta”.

Wielu z nas marzy o lataniu. Lubi oglądać świat z lotu ptaka uważając, że to najlepsza perspektywa. Dystans poszerza perspektywę i podziw. Patrzymy też na ludzi z góry, bo wtedy wydają się nie tylko mniejsi od nas, ale i mniej groźni.
Ja przybieram inny punkt widzenia. Patrzę na świat od dołu, bo w końcu by cokolwiek mogło zaistnieć, to musi najpierw urosnąć. Zatem, gdy docieram do punktu zatrzymania się i podziwu-klękam. I dotykam... trawy, wody, piasku, zwierzęcia, które podbiega się przywitać.



W końcu nie poczujemy pełnego piękna trawy póki nie tylko ją powąchamy, ale i muśniemy palcami. Niedawno byłam świadkiem pierwszego zetknięcia się z trawą 10-miesięcznego dziecka. Niepewnie schodziło z kocyka na ten nowy, zielony "dywan". Mina pełna niepewności, zaskoczenia zakończona szczerym chichotem była bezcenna.
Zapominamy, że to nie dystans buduje więzi, ale bliskość. Zbliżenia.
Ilu ludzi w życiu omijamy szerokim łukiem nie zdając sobie sprawy z ich wyjątkowości.
Pamiętam jak dziś pewną dziewczynę z pociągu. Uśmiech nie schodził jej z twarzy choć nie miała do kogo się uśmiechać. Chcę wierzyć, że uśmiechała się do swojego wewnętrznego szczęścia.
Wyciągnęła książkę i przyłożyła do nosa. Okazało się, że niedowidzi. Chłonęła każdą literkę nosem śmiejąc się do siebie. Przeciętny Kowalski nazwałby ją pewnie dziwaczką. Po chwili dostała smsa i przykładając nos do ekranu telefonu ubrała tak piękny uśmiech, że wyryła się w mojej pamięci na zawsze.
Chcę wierzyć, że dostała smsa od kogoś, kto kocha ją całym sercem i nie bał się do niej zbliżyć.

...

Dotykajmy, zbliżajmy się, czujmy, pełną piersią, opuszkami palców, całymi sobą.


Ogień nie zawsze parzy.



"Taki właśnie był, uczciwy i szczery, skażony końcówką XX wieku, dającą nadzieję, najzupełniej pustą, na poszanowanie prawa do szczęścia każdej istoty ludzkiej, niezależnie od koloru skóry lub innych ingrediencji" (I. Karpowicz)

wtorek, 6 sierpnia 2013

Prysznic pragnieniami zakrapiany.

Pisałam już odę do wanny, do ciała nie raz, do zmysłowej muzyki. W fali morderczych upałów, wejść do wanny i zatopić się w gorącej kąpieli to niemal szczyt sadomasochizmu, nawet dla mnie, jej miłośniczki. Dlatego ostatnimi czasy rozkoszuję się, napawam, pobudzam, wielbię – prysznice.

W te parne lato nasze nozdrza atakowane są zapachami nie z tej ziemi, mało kto chyba pamięta takie lato, w którym tak namacalnie czujemy zapach ciężkiego dnia pracy każdego człowieka i nagrzanej maszyn oraz aut wbrew naszej woli, nie dziw zatem, że pod prysznic wskakujemy nawet kilka razy dziennie. Ja właściwie po każdym wychyleniu się za dom.

Jednak wyczekuję codziennie wieczoru. Gorący blat słońca chyli się ku zachodowi, przynosi błagalnie wyczekiwany wieczór i ciemność, a ciemność budzi wyobraźnię. Przecież nie bez powodu, gdy uprasza się nas o wyobrażenie sobie czegokolwiek, towarzyszy temu polecenie zamknięcia oczu. Nie każdy jest na tyle ufny, by zrobić to od razu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo cokolwiek nam się zakazuje, pociąga za sobą złamanie reguł, zatem zawsze kusi nas niepostrzeżenie na chwilę otworzyć oko. Poznaliście w życiu lub macie kogoś przed kim nie boicie się zamknąć oczu, a wręcz tego pragniecie? Komu dalibyście przepasać swoje źrenice fantazji seksualnych jedwabną chustą ich spełnienia? Ja dziś to wyśniłam. Obudziłam się mokra…

Wróćmy pod prysznic, gdzie wczoraj spędziłam ociekające żądzą chwile. Postanowiłam zając się sobą.  

Powiedziałam:

Zadbam o ciebie - ciało, bo może nie wyglądasz ostatnimi czasy szczególnie oszałamiająco. W jednym czy dwóch miejscach widać nieśmiałe oznaki wystającego uroczo tłuszczyku, co to się w wyniku wakacyjnej stagnacji rozmnożył po boczkach. Nie biegasz w pełnym rynsztunku dobranym w Decathlonie lub promocji w Lidlu z dbałością o najmniejsze szczegóły (czy sznurowadła będą pasować do koloru opaski czy etui na ramię do telefonu), nie jeździsz na miejskim rowerze w kolorze modnej mięty, nie udostępniasz na Facebooku ile to kilometrów kompleksów wybiegałaś na Endomondo. Pochłaniasz jedynie bezkresy celulozy wymieszanej z włóknem ścieru drzewnego, brzmi może niezbyt smacznie, ale innymi słowy, pożeram papier w postaci kilometrów stron książek, często na późną kolację racząc się dodatkowo minutami klatek filmowych. Uczta, powiem Wam, jest to nie byle jaka, zajadam się ciasteczkowo-potworowo codziennie, radośnie pomrukując „om nom nom nom” po każdym posiłku. Tyle emocji i tylko dwie kalorie! No i może zera znikające z konta, ale warto!

Postanowiłam zatem nie uatrakcyjniać swojego wyglądu jakimś szczególnie dobranym wysiłkiem fizycznym, bo nie on często jest potrzebny by poczuć się pożądanym we własnym ciele. Zatem nastroiłam się odpowiednią muzyką, przyszykowałam ulubioną bokserkę, która jest tak lekka i miła w dotyku, że chce się ją właściwie od razu zdejmować; szampon, odżywka, żel, balsam o zapachach wywołujących tylko i wyłącznie chęć podążania za źródłem ich woni – moimi włosami i ciałem. Odkręciłam wodę i przesunęłam się w stronę lustra, które znajduje się wprost przede mną. Wiedziałam, że to nie będzie krótki prysznic. Ilu z nas w ramach oszczędzania wody czy czasu, bo ciągle ktoś, cos nas popędza, wyskakujemy z wanny jak poparzeni. Nie ustępujcie!

Nie przeliczajmy kropel wody na suche pieniądze i minuty, skoro równają się oceanom rozkoszy.

Kto z nas nie miewa fantazji pod prysznicem? Kto nie przymyka oczu, nie przygryza warg, nie uchyla delikatnie ust, nie odchyla głowy do tyłu w rozkosznym zetknięciu z pierwszymi kroplami wody? Kto nie zatapia dłoni w coraz bardziej mokrych włosach, kto nie kocha relaksującego dotyku i zapachu pieniącego się szamponu, który potem delikatnie muska skórę pleców, spływając po pośladkach, przemierzając uda, drażniąc zgięcie w kolanie by wylądować między palcami stóp. Ja w tym momencie obracam się do lustra, obserwuje coraz bardziej moknące włosy, dzięki czemu widzę ich faktyczną długość i zalotne opadanie na plecach, śledzę trasę piany po zakamarkach swojego ciała. Upewniam się co jakiś czas, by nigdzie jej nie zabrakło, zatem pomagam jej, zdecydowanymi, ale zarazem powolnymi pociągnięciami dłoni by nie zniknęła z mojego ciała i nie przestała podkreślać kształtu piersi, ud, łydek, pleców, bioder. Obserwujemy siebie głównie, gdy nikt nie patrzy, wstydzimy się przyznac przed samymi sobą, że czasami to, co widzimy, faktycznie może się nam spodobac. Nie próbowaliście nieśmiało czasem własnej skóry? Ja tej nieśmiałości dawno się wyzbyłam i nie raz przemierzę dłonie, ramiona dolną wargą, musnę językiem poznania dobra i zła...Zamykając wstyd za drzwiami łazienki, zapraszając bezwstyd bez zawahania.




W tle Delilah wyśpiewuje swoją rozkosz w słowach „Inside my love”. Ja słowo „inside” biorę do siebie bardzo dosadnie…



Take my hand, hold on tight, don’t feel ashamed if you like…

Dziś kocham się jednak z tą piosenką i teledyskiem:




Gorrrrąco polecam powyższe pozycje…

I was in here for you
We made to love
You were sent for me too
We made to love

niedziela, 4 sierpnia 2013

Sztuka NIEbrakowania.

Ponoć żyjemy w świecie nadmiernie, ekscesywnie, przesadnie konsumpcyjnym, gdzie mało kto zadaje sobie pytanie „mieć czy być”, bo odpowiedź nasuwa się sama - MIEĆ, gdy zewsząd bombardują nas reklamy, namowy, przekonanie, że ocenia się nas przez pryzmat posiadania. Ilość posiadanych zer na koncie na plusie czy minusie, ilość aut przed domem, ilość garaży, ilość partnerów/partnerek/kochanków, ilość chłopczyków czy dziewczynek w okresie rozrodczym.

Jednak przez takie zwierciadło prawdy oceniają się ci, co bogatsi. Większość ludzkości mierzy wartość w tym, czego nie mamy. Miarą nie są centymetry sukcesów, kilogramy porażek, metry wartościowych osób, kilometry rozczarowań ani tony miłości. Miarą naszego istnienia jest BRAK.

Nasz samochód wydaje się, że zawsze mógłby być lepszy, pieniędzy mogłoby być więcej, na półce więcej książek, a najlepiej czytanych na Kindlu, filmów więcej obejrzanych, telewizor mógłby mieć już więcej cali, laptop lepszy procesor, mieszkanie większy metraż, przyjaciele bardziej wyszukani, rodzina bardziej osławiona, dzieci bardziej zdolne, więcej tytułów przed nazwiskiem.

STOP!

BRAK nie jest wartością ujemną w żadnym calu. Brak czegoś sprawia tylko, że bardziej doceniamy to, co mamy, chętniej patrzymy na to, co nas jeszcze w życiu czeka i cieszymy się z tego intensywniej, gdy wreszcie to nadejdzie. Sztuka prostoty, doceniania rzeczy małych, jakby były tymi wielkimi, kto z nas tak potrafi?

Jak inaczej docenić brak słońca, póki nie przesłonią go kłęby chmur?

Jak nie zachwycić się nieśmiało zaglądającym zza futryny chmury słońcem, póki nie przyjdzie rozpogodzenie?

Jak docenić wartość sentymentalną deszczu, póki nie zapuka delikatnie o szyby po fali upałów?

Jak bać się burzy, skoro przynosi wyczekiwane lżejsze powietrze?

Jak zachwycić się blaskiem księżyca i nagromadzeniem gwiazd na niebie, skoro nigdy nie spoglądamy w górę?

Jak docenić i nie zatęsknić za wiosną, jeśli nie poprzedzi jej sroga zima?

BRAK jednego rodzi niebywały zachwyt z jego wypełnienia, gdy nadchodzi, nawet jeśli tylko na chwilę.

Brak Ciebie i tęsknota za Tobą sprawiają, że moje uczucie staje się jedynie bardziej wyraziste, jakbym założyła okulary po ciągłym błądzeniu po omacku.

Brak Twoich dłoni, w które chwytasz moją bezbronną twarz sprawia, że wiem, że tylko Tobie się chce tak poddawać.

Brak Twojego spojrzenia, w którym zamyka się całe moje poczucie wartości i miłość sprawia, że widzę je codziennie bardzo wyraźnie i przywołuję w chwilach zwątpienia w siebie.

Brak Twojego elektryzującego dotyku na mojej skórze sprawia, że jestem w stanie go odtworzyć z niebywałą dbałością o szczegóły.  

Brak Twojego poruszającego każdy centymetr mojego ciała głosu, sprawia, że miękną mi kończyny dolne na same jego wspomnienie.


Brak Twojej obecności sprawia, że wyobraźnia pracuje na zwiększonych obrotach i widzi Nas razem poruszające się ruchem jednostajnie przyspieszonym nadrabiające stracony czas spędzony osobno, planując kolejne wypełniane BRAKÓW wspólnie na kanapie salonu Naszych marzeńJ

Ktoś, komu sprawiłabym miliony hiacyntów wysłał mi ostatnio te piękne słowa:)




All the king’s horses and all the king’s men
Came charging to get what we got
They offered the crown, and they offered the throne 
I already got all that I want
All the king’s horses and all the king’s men
They came marching through
They offered the world just to have what we got
But I found the world in you...