wtorek, 29 stycznia 2013

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.


Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Trudno się z tym nie zgodzić, bo to jak zdecydujemy spojrzeć na pewne rzeczy i wydarzenia w naszym życiu sprawia czy widzimy świat w ciemnych czy kolorowych barwach.

Z tym co się obecnie dzieję w moim życiu chcę wierzyć, że gdy usiądę wystarczającą wysoko to zahaczę głową o chmury, które uchronią mnie od patrzenia w dół. Uchronią przed upadkiem.

Dziś są moje urodziny i chcę siedzieć i chodzić wysoko. Dosłownie i w przenośni. Szpilki na nogach dodają gracji, ubrania podkreślające figurę dodają atrakcyjności i ta pewność sprawia, że każdy mnie dziś zauważa. Jestem gwiazdą własnego dnia. Trzeba to przenieść na każdy inny dzień. Czy będzie to trudne? Jeśli tak, to przypomnę sobie znów usiąść wyżej.

„Ładne ma pani buty! Ładną ma pani bluzkę! Pani w ogóle jest cała ładna!” rzucają dzieciaki na korytarzach. Coś w tym jest, dzieci są najsurowszymi i najtrafniejszymi sędziami i oszukać ich trudniej niż dorosłych. Ufam dziś ich ocenienie i komplementom oddając im tyle samo dobrej energii. One nie wiedzą, że mam dziś urodziny, ale czują, że dzieje się coś wyjątkowego, że ten dziś oszałamiający wygląd czemuś służy, może dlatego wiedzą, że nie da się na to nie zwrócić uwagi?

Mam wrażenie po tym weekendzie, że wszystko co złego w życiu miałam do powiedzenia mnie opuściło. Dość już. Operacja bolesna, rekonwalescencja długa przede mną, ale gorycz wycięta z powodzeniem, rokowania są pozytywne. W świecie niskich płac, niezadowolenia z pracy i pogonią za  marzeniami coraz trudniejszymi do spełnienia zapominamy o jedynej wartości w życiu, która to wszystko potrafi załagodzić, wprowadza w nas stan błogiego zapomnienia przy kieliszku wina w ramionach ukochanej.

Zapominamy jak to jest uśmiechać się sercem. Przychodzi dzień kiedy niepowodzeniami życia codziennego przygniatamy powodzenie miłości. Wszystko w życiu musi mieć zdrową równowagę, gdy jej nie dopilnujemy, coś gdzieś pęka, wylewają się żale, gorycz, jad. Sączą się, rozlewają, zalewają serce i doprowadzają do punktu, że zapominamy o najważniejszym – o tym, że miłość może wszystko. Gdy tylko na to pozwolimy, usiądziemy wyżej, nabierzemy lepszej perspektywy zobaczymy, że to jedyna rzecz, która nas rano wywala z łóżka, pcha nawet do znienawidzonej pracy, by wiedzieć, że wracając z niej jest ktoś, kto mnie kocha, czeka na mnie i życzy mi jak najlepiej, wierząc za mnie, że będzie lepiej i mi się w życiu powiedzie, nawet jeśli my zapominamy w to wierzyć. Co gorsza przychodzi dzień, że wydaje nam się, że to miłość w nas wszystko zabija i jest źródłem niepowodzeniem. Nic bardziej mylnego. Czasami rozstanie dopiero otwiera oczy. Rozstanie wydaje się ostatecznością, a potem się budzimy i zdajemy sprawę, że nie jest też końcem. Uświadamiamy sobie, że próbowaliśmy zagasić ogień, który płonie wiecznym światłem i ciepłem. Bezpieczeństwem, ostoją, wsparciem.

Na urodziny życzę sobie parę rzeczy:

Gryzę się w język – wtedy poczuję jad, który mój język zawiera, poznam jego gorzki smak i cofnę cokolwiek złośliwego mi do głowy przyszło z powrotem do kwasów żołądkowych.

Zachęcam, chwalę – nie karcę, nie umniejszam, nie odbieram zasług.
Będę zmianą, którą chcę widzieć w ludziach. Widzialną zmianą, nie chowaną dla siebie. Bo jak inaczej ktoś ma w tą zmianę uwierzyć?

Niczego nie zaczynam w gniewie. Nawet najdłuższego i najcięższego dnia w pracy. Myśl zaszczepiona zaraz po przebudzeniu jest gorsza do wytępienia niż wirus zakaźny i przenosi się na wszystko i każdego.

To najlepsze prezenty jakie mogłam sobie w tym roku sprawić. Jakie są, będą Wasze?



poniedziałek, 21 stycznia 2013

Chyląc czoła starości.



Wiele notek poświęcałam dzieciom, dziś zmieniam grupę wiekową. Nie tylko ze względu na to, że dziś i jutro świętujemy Dzień Babci i Dziadka, jest to temat bliski memu sercu od dawna, zaiskrzył ponownie po paru kolejnych „zjedzonych” wieczorem do kolacji produkcjach filmowych.

Patrząc wstecz na dzieciństwo jedne z najcieplejszych wspomnień stanowią nasi dziadkowie. Babcine wypieki, zapachy z kuchni, babcia dająca pieniądze na zakupy i prosząca byśmy poszli do sklepu „Zrób zakupy, w nagrodę kup sobie lizaka”. Może wielu z nas o tym nie wiedziało, ale babcia nas nie nagradzała tym lizakiem, dla mnie nagrodą było to, że ufała, pomimo mojego młodego wieku, że poradzę sobie sama, nie zapomnę żadnego zakupu, uczyła mnie odpowiedzialności. Jednym z przewijających się wiecznie wspomnień jest dla nas również delikatna skóra dłoni babci, jej ciepły uśmiech rozgrzewający serce w mroźne wieczory.

Przy tej pomarszczonej dłoni chciałabym się chwilę zatrzymać. Będąc dziećmi biegniemy do dorosłości sprintem, chcemy być poważani, nie być traktowani protekcjonalnie. Wiele dzieci myli to dziś z włożeniem fajki do ust i łykiem alkoholu w niedozwolonym wieku. Wypatrujemy osiemnastki i papierka dorosłości, czekamy aż zdamy maturę, dostaniemy się na studia, znajdziemy pracę by móc powiedzieć te w dzieciństwie wymarzone słowa „jestem dorosła”, „nie możesz mi mówić, co mam robić z moim życiem”.

W pewnym wieku osiągamy ten pierwszy punkt „krytyczny”. Pojawia się cień zagrzebanego w ludzkości strachu. Strachu przed starością, samotnością i śmiercią. Mit 30tki – wyczekiwanie 30tych urodzin jakby to były ostatnie urodziny świętujące młodość. Zaczynamy obserwować zmiany na skórze, szukamy pierwszych zmarszczek, obserwujemy w których miejscach mogą się pojawić, wyszukujemy pierwszego siwego włosa, a panikę z tym związaną obwieszczamy potem całemu światu. Pytam się czy tak słusznie jest piętnować starość jakoby była ostatecznym kresem wszystkiego? Gdzie napisano, że w pewnym wieku nie możemy się ubrać modnie, że nie możemy chodzić samotnie do kina, nie zaleca się już podróży, posiadania pasji i poszukiwania ciągle nowych? Dlaczego starszy człowiek tętniący ciągle wigorem i energią do życia i walki ze stereotypami jest mimo wszystko traktowany protekcjonalnie?

Przyznam się szczerze, że jestem tą osobą, która boi się starości. Boi się spojrzenia w lustro i stwierdzenia, że się sobie nie podobam, że okropnie się starzeje i lepiej się już ludziom nie pokazywać na oczy. Nos rośnie, broda opada, skóra wiotczeje, jedna zmarszczka zakrywa kolejną, oczy tracą dawny blask. Ale trzeba po prostu pamiętać, że z wiekiem standardy piękna się zmieniają. Nie można porównywać się do młodszych, do okładek magazynu, do aktorów na ekranach. Porównujmy się z własnym ja, z nikim innym, bo jest nas prawie 7 miliardów na świecie i nie ma drugiej identycznej osoby jak my. Każdy z nas jest wyjątkowy i nie świadczy o tym wyłącznie biologia i kolor oczu, odmienny kod genetyczny, ale również nasze wnętrza.

Przychodzą momenty, że gdy słyszę „ale ten czas leci” dopada mnie paniczny strach końca rzeczy. Że to wszystko do czego w życiu dążyłam, o co się starałam, co po sobie pozostawię, kiedyś doszczętnie zniknie. I co jeśli potem nic nie ma i już nigdy nie zaistnieję? Ostatnio jednak pomyślałam: a nawet jeśli nic nie ma, to co z tego? Skoro nic nie ma, mnie nie będzie, to nie będę nawet o tym wiedzieć.   Uświadomiłam sobie, że to my sami piętnujemy siebie. Od zarania dziejów tak było. Ten strach przed starością generuje kultura, nie nasze zdrowie, zdolności, starzejące się ciało i słabnące siły. Ja dziś protestuje przeciwko traktowaniem starszych jak dzieci, protekcjonalnym nastawieniem, spychaniem starszych na margines i ignorancją społeczeństwa. Muszę się sprzeciwiać, ponieważ muszę wierzyc, że mnie to nie spotka, że ja na to nie pozwolę. Nie wypiszę się z życia, gdy dożyję poczciwego wieku. Zestarzeję się z godnością równą samej sobie. Nie chcę za motto życiowe mieć zdania „jestem za stara na to, jestem za stara na zmiany”.

Dla osób szukających inspiracji, polecam film „Hotel Marigold”, z którego pochodzi następujący cytat: ”Jedyną prawdziwą porażką w życiu jest nieudana próba. A miarą sukcesu jest to, jak radzimy sobie z rozczarowaniem”.  Uznam swoje życie za porażkę, gdy pewnego dnia zamknę swoje życiu w czterech ścianach salonu na bujanym fotelu i przestanę podejmować próby życia.

Dlatego proszę Was dziś, zamiast podarować swojej babci i dziadkowi koc elektryczny, masującą poduszkę czy cokolwiek babcinego, może pomyślmy o zabraniu ich do kawiarni na prawdziwe słodkości, a nie te z pudełka czekoladek, może nawet weźmy do kina? Jeśli tak to polecam na „Hotel Marigold”. Bo tak, faktycznie, nasze babcie i dziadkowe przypominają nam dzieciństwo i beztroskę minionych lat, dlaczego by nie dać im tego samego? Gdyby któraś z moich babci żyła, nie dałabym Jej NIC, wzięłabym Ją GDZIEŚ.

wtorek, 15 stycznia 2013

Walcząc o prywatnośc - inspirująca Jodie.


Kolejny dzień ferii spędzam ze sobą, na swojej kanapie, z laptopem przed sobą, świecami dookoła i resztką filmów, które zostały mi do obejrzenia przed galą wręczenia Oscarów. Ktoś najbliższy memu sercu i zawsze najbardziej ze mną szczery przypomniał mi ostatnio, że „życie to nie film”. Dla mnie jest to jedna z najbardziej bolesnych prawd, ale taka jest rzeczywistość. Nigdy mnie to jednak nie powstrzyma od uciekania w świat filmu i czerpania z niego inspiracji.

Jeśli ktoś z Was wczoraj uronił łzę, szczęka może chwilami opadła do podłogi lub jego serce lekko zadrżało, to możliwe, że oglądaliście choć fragment rozdania Złotych Globów. Nie każdego to interesuje, niektórzy oglądają to może by znać ploteczki lub by orientować o jakich filmach mówi się teraz w świecie kinematografii. Dla mnie to często widok, którego nie wyjmuje z serca, wyreżyserowane przemowy czy nie, jest to moment refleksji nad spełnianiem marzeń. Piszę o tegorocznym rozdaniu, ponieważ jest on jednym z najbardziej zaskakujących. Odebrano pałeczkę od starszych pokoleń, które zazwyczaj są nagradzane i dano nadzieje młodszemu pokoleniu.

 Dla mnie film to nie tylko zbiór migających klatek, które budzą na przemian wzruszenie, śmiech czy strach. To przede wszystkim złożone historie, kunszt aktorski i całej ekipy kręcącej film, poświęcenie, którego nie znamy i o którym się nie słyszy. Film to serca, które plejada ludzkich gwiazd włożyła w to by on powstał i pobudził nas do refleksji nad życiem. Dzień rozdania Globów to chwila kiedy możemy usłyszeć o produkcjach, nowych talentach i filmach, które w Polsce niekiedy odbijają się pustym echem. Trzeba przyznać, że mijający i nadchodzący rok jest bardzo owocnym dla filmowego biznesu i daje nam w prezencie mnóstwo genialnych produkcji. Dawno docenieni już twórcy jak Spielberg i jego „Lincoln”, Tarantino i jego „Django”, nominowani Meryl Streep czy Maggie Smith wraz Tommy Lee Jonesem czy Kevinem Kostnerem obok młodszych gwiazd jak Anne Hathaway, Jessica Chastain, Jennifer  Lawrence czy największa niespodzianka i docenienie dla zwykłej dziewczyny z sąsiedztwa i jej serialu „Girls” – Lena Dunham, pokazują nam różnorodność kina, talentów i we mnie wzbudzają wyłącznie podziw. Kocham musicale, po obejrzeniu „Nędzników” doceniłam je jeszcze bardziej – gorąco polecam. Cieszę się z docenienia kina niezależnego jak „Poradnik pozytywnego myślenia” czy „Bestie z południowych krain”. Polecam obejrzeć każdy nominowany film, po prostuJ

Kto z Was jednak nie śledzi takich wydarzeń, może nie wie, że dziś, dwa dni po rozdaniu, rekordy oglądalności bije najbardziej szczera przemowa zaprezentowana przez Jodie Foster w podziękowaniu za nagrodę za całokształt twórczości im. Cecil B. Demille.

Nie wielu z nas zdaje sobie sprawę, że w swoim 50-letnim życiu, Jodie jest aktorką od lat aż 47! Media od jakiegoś czasu huczały, że Jodie ogłosi coś bardzo ważnego w końcu publicznie. O homoseksualnej orientacji Foster spekulowano od lat, ale Hollywood rzadko gości w swych progach gwiazdy takiego formatu, które potrafią utrzymać swoje życie prywatne w zaciszu domowego ogniska.

Mało kto spodziewał się, że przemówienie, które zaczęło się od prostego wykrzyczenia „Mam 50 lat!” przerodzi się w jedno z najbardziej szczerych, emocjonujących, wzruszających, pełnych wdzięku i godności przemówień wszechczasów. Wielu odnosi się do tej mowy jako mowy „coming-outowej”, jednak to za bardzo ją upraszcza i ogranicza znaczenie tak wielu przesłań o życiu ludzkim, które Jodie chciała przekazać. Oczywiście zaczęła tę „deklarację” od ubrania jej w zabawne ogłoszenie tego, że jest przede wszystkim…singielkąJ,  dodając, że „swojego coming-outu dokonała wieki  temu w epoce kamienia łupanego, kiedy to otworzyła się najpierw przed zaufanymi przyjaciółmi, rodziną, współpracownikami i stopniowo przed każdym kogo kochała i w życiu spotkała”.

Dla większości społeczności LGBT był to wielki dzień pokazujący, że fala się przesuwa i idzie naprzód kiedy to jedna z najbardziej docenianych gwiazd mówi publicznie o tym, kogo kocha i dziękuje głośno i dumnie „miłości swojego życia, heroicznemu rodzicowi, najbliższej przyjaciółce”. Pojawiły się też jednak głosy pretensji i żalu ze strony organizacji walczących z homofobią, że mimo wszystko Jodie nie użyła na głos ani razu słowa „lesbijka” odnosząc się do swojej osoby. Pytam się: czemu ludziom wiecznie mało? Co ich to obchodzi?

Nikt nie spodziewał się jednak, że przemowa, który niby skupia się na oficjalnym ogłoszeniu publicznie swej orientacji seksualnej przerodzi się w refleksję nad społeczeństwem, które ma obsesję na punkcie celebrytów i ich wdzierania się codziennie w ich prywatność.

Zaczęła żartobliwym tonem: „Z tego co słyszałam, w dzisiejszych czasach najwidoczniej oczekuje się od celebryty by uhonorował szczegóły swojego prywatnego życia konferencją prasową, wypuszczeniem perfumu na rynek i stworzeniem reality show z wielką oglądalnością”. Po chwili dodała poważnie: „Jeśli byłeś osobą publiczną od chwili, gdy byłeś jeszcze brzdącem, jeśli musiałeś walczyć o życie, które wydawałoby się prawdziwym i uczciwym i normalnym mimo wszystkich przeciwności, może wtedy ty też, ceniłbyś prywatność ponad wszystko”.  „Bycie na publicznej scenie od 3 roku życia, to chyba wystarczające reality show, nie sądzicie?”, po czym dostała kolejną falę oklasków.

Był to kolejny moment, którym Jodie skradła serca nie tylko wszystkim na sali, ale na całym świecie, ponieważ rzadko kiedy osoby publiczne tak odważnie i głośno wypowiadają się i sprzeciwiają narastającej akceptacji wdzierania się w życia prywatne kogokolwiek. Podczas, gdy cieszę się z ludzi, którzy codziennie walczą głośno i konsekwentnie o prawo do kochania, kogo chcą, to jednak żadna osoba publiczna nie powinna być zmuszona do wchodzenia w tę rolę. Determinacja Jodie Foster do tego by uchronić porozrzucane kawałki jej życia prywatnego po tabloidach po prawie 5 dekadach bycia niesamowitą aktorką, producentką i reżyserką budzi we mnie tylko podziw.

Widzowie myśleli, że to już koniec szczerości, jednak oglądając przemowę można zobaczyć, że każda kolejna gwiazda roniła łzy słuchając słów Jodie, poczynając od Kate Hudson, siostrach Deschanel kończąc na Anne Hathaway, miliony ludzi przed telewizorami zatęsknili za czymś prawdziwym słuchając słów Jodie, gdy dziękowała ona na końcu swojej rodzinie.

Kolejna informacja, którą Jodie ukrywała, jednocześnie chroniąc rodzinę jest taka, że jej matka cierpi na demencję i jej bezpośredni do niej zwrot, złamał nawet samą silną Jodie, gdy wymawiała te płynące z serca słowa:

„Mamo, wiem, że jesteś gdzieś za tymi niebieskimi oczami i wiem, że jest mnóstwo rzeczy, których dziś nie zrozumiesz, ale to jest jedyna ważna rzecz, którą chcę żebyś przyjęła: Kocham Cię, Kocham Cię, Kocham Cię. I mam nadzieję, że gdy powiem to trzy razy, to w magiczny i perfekcyjny sposób dotrze to do twojej duszy, wypełni Cię chwałą i radością świadomości tego, że dobrze Ci się w życiu wiodło, jesteś wspaniała matką. Proszę weź te słowa ze sobą, kiedy w końcu będziesz gotowa odejść”.
Gdy wydawało się, że łez już nie starczy, Jodie wzruszyła wszystkich jeszcze bardziej odnosząc się w końcowych minutach do samej siebie.

„Czuję się jakby to był koniec jednej ery i początek czegoś innego. Może nie będzie to takie iskrzące, może nie będzie wyświetlane w 3000 kin, może będzie to tak ciche i delikatne, że tylko psy usłyszą tego cichy gwizd. Ale będzie to mój napis na murze „Jodie Foster tu była” i ciągle jestem. I chcę być widziana, dogłębnie rozumiana i nie być tak bardzo samotna.”

Przyznanie się do samotności przez kogokolwiek jest wielkim czynem. Szczerość cenię ponad życie. Jodie Foster doceniłam na nowo po tej przemowie. Cały świat kocha ją ze zdwojoną siłą za to, że po latach milczenia wylała przed światem swoje serce w tak wdzięczny, pełen godności i miłości sposób.
Drażni mnie fakt, że część społeczności LGBT ma pretensje do niej, że nie odniosła się do swej orientacji bezpośrednio, jednak ja kłaniam się nisko. Przeciwnicy związków homoseksualnych głównie zarzucają nam, że ciągle obnosimy się ze swoimi uczuciami i związkami, mamy parcie na szkło i zmuszamy ludzi do oglądania nas. Jodie Foster jest żywym dowodem, że tak nie jest. Nie dla każdego. Doceniam jej szacunek do prywatności, nie tylko jako celebryty, ale jako każdego człowieka. Bo czy każdy z nas nie pragnie chronić swojej prywatności np. w miejscu pracy gdzie niektórzy zachowują się jak sępy, jak paparazzi czekający na jakąś naszą osobistą porażkę, którą będę mogli rozpowiedzieć w sklepie przy kasie? Dzisiejsze społeczeństwo ma wiele obsesji, mało kto ma w sobie grację i stoicki sposób oraz odwagę do mówienia szczerze.

Choć ja nie jestem osobą publiczną, nie jestem do końca szczera i otwarta, ponieważ wielu z Was nie wie kim jestem, ale staram się pozostać szczera wobec siebie, Was i każdego, kto mnie otacza i osoby takie jak Jodie Foster upewniają mnie, że szczerość i empatia potrafią ruszyć człowieka najbardziej.

Kiedyś nakręcą o niej film, a ja będę go oglądać z zapartym tchem.

Polecam:




wtorek, 8 stycznia 2013

Lesbijka?! A nie wyglądasz!


„Ty też lesbijka? A nie wyglądasz! Ale ten świat mały” – powiedziała przesympatyczna dziewczyna pod moim adresem. Usłyszałam to podczas zabawy sylwestrowej na wrocławskim rynku, gdzie pośród tak wielkiego tłumu okazało się, że bawię się obok grupki dziewczyn swojego pokroju z ŁodziJ
I to było pierwsze zdarzenie, które zaczęło falę przemyśleń w tym temacie tego roku. Słynne porzekadło, nasze babcie, prababcie, mamy mówiły nam zawsze by nie oceniać ludzi po wyglądzie. Don’t judge a book by its cover. Ale ilu z nas nie weźmie do ręki książki, której okładka z daleka mu się nie podoba? Niestety tak samo postępujemy z ludźmi.

Nasz wygląd to zaledwie zarys, powłoka naszej osobowości i tego co sobą prezentujemy, a zadziwiająco wiele od niego zależy. Pracując w szkole codziennie spotykam się z ostrą oceną wyglądu człowieka. Rodzice oceniający innych uczniów i nauczycieli, dzieci oceniające siebie nawzajem i nauczycieli i nauczyciele oceniający uczniów i siebie nawzajem. Nigdy nie przerywające się koło. Z wyglądem nakazuje się nam być ostrożnymi, nie odstającymi od reszty. Nasz wygląd może być naszą ucieczką bądź zagładą. Jeśli człowiek chce być poważany musi takowo wyglądać. Prezes nie może chodzić w wytartych spodniach i T-shirtach. Nauczycielka by mieć szacunek i sympatię uczniów musi znać się na markach i nie nosić jednej pary butów, ale gdy robi się za modna staję się obiektem kpin i zazdrości współpracowników i rodziców. Ogólnie rzecz biorąc kobieta bądź mężczyzna ubierający się zbyt modnie, drogo, seksownie czy przystojnie osądzani są jako próżni, mało inteligentni, „pustaki”. Trudno im sprzedać komplement by nie karmić ich próżności, prawda? Może niektórzy faktycznie tacy są, ja jednak przede wszystkim gratuluję, a jedyne czego im zazdroszczę to przede wszystkim pewności siebie, pewności swego ciała i wdzięków i umiejętności tego idealnego odwzorowania w garderobie. Ja przestałam się przejmować co ludzie powiedzą. Zakładam coś w czym poczuję się piekielnie seksownie w jeden dzień, by na drugi dzień wskoczyć w trapery i szerokie spodnie, a i wtedy może bić z nas seksapil. Ubiera nas osobowość, nie cechy zewnętrzne.

Oczywiście są osoby, które świadomie wybierają daną subkulturę by wyrazić siebie wyglądem. Przedstawię Wam przypadek dziewczyny, która przybyła w tym roku do naszej szkoły. Uczę w niewielkiej miejscowości, gdzie trudno o jakieś wielkie sensacje czy szokujące modowe kreacje. Aż tu nagle pojawia się dziewczyna z mocnym makijażem, glanami, ćwiekami, poczochranymi włosami z notesem pełnym niepokojących rysunków w ręku, z którym nigdy się nie rozstaje. Nauczyciele i rodzice zaczęli jej to wszystko powoli zabierać. Zakazany jest u nas mocny makijaż, więc po dwóch tygodniach w końcu się poddała i przestała malować, stonowała również garderobę. Zaczęto snuć o niej różne opowieści, poczynając od tego, że się tnie, kończąc na tym, że jest lesbijką. Ja dawno nie widziałam po prostu kogoś, kto tak bardzo żyję w swoim świecie nie przejmując się opinią innych. Kroczy ze swoim notesem ze słuchawkami w uszach po korytarzu, nie ma prawie kolegów i koleżanek, wielu nią gardzi, nie przejmuje się szczególnie ocenami, choć jest piekielnie inteligentna i mogłaby mieć same 5tki. I wczoraj debatowano nad jej zachowaniem podczas rady pedagogicznej. Zdania były podzielone, bo wielu chciało dać jej bardzo niskie. Wtedy zapytałam za co? Za to, że jest po prostu trochę dziwna i inna i nas to drażni i uczniów? Można oceniać jej nieprzygotowanie do lekcji, ale nie mamy prawa wystawiać jej oceny za garderobę, styl czy poglądy. Ale my robimy to codziennie, w każdym wieku, każdym miejscu.
Wygląd tak wiele mówi, ale może być jednocześnie tak omylny. Dla wielu nasza skóra, nasze ubranie to skorupa, nasze schronienie. Ja swojej urody nie wybrałam, jednak sprawia ona, że niefortunnie bądź fortunnie ukrywa ona za mnie moją orientację. Nikt wymijając nie pomyśli, że ta kobieta w długich brązowych pofalowanych włosach, butach na obcasie, torebką pod ręką i obcisłych spodniach jest lesbijką. Wymijając siebie na ulicy nie rozpoznamy kto jest śmiertelnie chory, nie odgadniemy komu właśnie ktoś złamał serce, kto kogoś stracił, kto kogoś zranił. Może pokaże to nam wyraz twarzy, ale nie wygląd. Dlatego tak fascynująca i pouczająca jest dla mnie bezustanna obserwacja ludzi. W sezonie oscarowym pożeram filmy i poruszył mnie dogłębnie film "Sesje", gdzie ukazana jest postać chorego na polio poety Mark’a O’brien’a. Nikt patrząc na niego nie myślał, że jest przezabawnym, szarmanckim i czarującym mężczyzną, który okaże się świetnym poetą i mężem. Takie postacie, tacy ludzie inspirują człowieka by nigdy nie patrzeć NA ludzi tylko W ludzi. 

Lesbijka!? Nie wyglądasz!

Nauczycielka?! Nie wyglądasz!

Choć mają to być i są to komplementy, to chciałabym czasami jednak „wyglądać” i nie być zmuszona się  ukrywać, bo mój wygląd jest dla mnie zbyt „wygodny”. Przestać być niewidzialną. Jak rodzic w tym krótkim spocie o niewidzialnych rodzicach homoseksualnych.



Oglądając go dziś po raz kolejny przypomniałam sobie o uśpionej tęsknocie. Kolejnej rzeczy, której po wyglądzie nie widać i ludzie w pracy oceniają mnie jako kobietę pragnącą niezależności i nie pragnącą dzieci.
 A ja dziś tęsknię za mym nienarodzonym, nie poznanym, nie przytulonym jeszcze dzieckiem. Ja – niewidzialny rodzic.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        

czwartek, 3 stycznia 2013

Szukając złotego środka ze stoickim spokojem.


Arystoteles wieki temu radził by w życiu podążać drogą „złotego środka”. Ma to oznaczać umiarkowane życie przynoszące jednocześnie szczęście, nie ignorować żądz, ale nie ulegać i nie podporządkowywać się im całkowicie. Każdy sobie codziennie zaleca również „stoicki spokój” czy to wstając za wcześnie z łóżka do pracy, gdy kończy się kawa w domu bądź gdy stoimy w korku, gdy na stole czeka już za nami stygnący obiad. Wnętrze krzyczy wtedy „pierdolę stoicyzm – chcę pic, jeść, kochać!”, a nie tkwić w martwym punkcie. Chorobą cywilizacyjną jest przykuwanie uwagi zbyt małym i błahym szczegółom dnia codziennego, które zżerają nam nerwy, jak chociażby brak mleka do upragnionej kawy.

Spoglądam wstecz na rok 2012 i odbija mi się on paląc zgagą, bo ja jestem tą osobą, która potrafi przeklinać wniebogłosy, gdy w domu nie ma mleka, a ja mam ochotę na kawę, bo czarnej nie tknę. Obroniłam magistra, kupiłam wymarzone auto, dostałam podwyżkę, zwiedziłam kilka pięknych miejsc, ale człowiekowi ciągle było mało. Z końcem roku kopnęłam się porządnie w tyłek i kopię dalej od tamtej pory by nie zapomnieć. Nie zapomnieć, że nie chcę już tamtej kobiety widzieć w lustrze. Nie jest mile widziana. Całe życie zaleca mi się „wrzucanie na luz”, a mi z tym piekielnie trudno, bo zawsze wolałam „wrzucać najwyższe biegi”. Myślałam, że stoicki spokój nie jest dla mnie, że jest dla osób pozujących na optymistów, a płaczących po cichu w środku. Ja dalej płaczę wniebogłosy, wyję, gdy główny bohater umiera na ekranie, bądź w trailerze leci smutna pieśń. Wybucham, gdy ktoś wypowiada raniące słowa, ale uspokajam się szybciej, ochłonę, przeproszę, wrzucę na ten luz. W jeden dzień Rzymu nie zbudowano. Nowa ja wywiesiła sobie stare zdjęcie na ścianach by nie tkwić w przeszłości, ale po to by tylko i wyłącznie z uśmiechem w nią spoglądać. Nie zmienię świata, mogę za to zmienić siebie, mogę zmienić swoje nastawienie do rzeczywistości i wrzucić na luz. Nie grzmieć, gdy jadę do pracy po ciemku i dzieciaki na pierwszej lekcji jeszcze długo marudzą, że za oknem wciąż ciemno. Gdy mama dolewa mi do herbaty z rana słonych łez straconego życia i rozczarowania własnymi dziećmi, ja po prostu dorzucam więcej do niej cukru co by wyrównać smak.

Codziennie powtarzam sobie:

Nie wyleczę ludzi z zawiści i nienawiści.
Nie powstrzymam wojen.
Nie zatrzymam nikogo przed wyciągnięciem broni, pociągnięciem za spust i zabiciem ponad 20tki niewinnych dzieci.
Nie znajdę lekarstwa na raka.
Nie wykarmię głodujących.
Nie ocalę umierających w bólu.
Nie nauczę tolerancji i miłości.

Nie zmienię świata, ale mogę zmieniać go lokalnie. Zaczynając od chociażby mojego pokoju, domu, miejsca pracy. Dlatego w tym roku żadnych górnolotnych postanowień. Jak wiecie nie jestem zwolenniczką wytyczania sobie celów w pierwszy dzień Nowego Roku kiedy to najwięcej osób wisi z głowami nad klozetami zwracając pozostałości zeszłego roku drogą ustną.

Moje postanowienia? Sprawiłam sobie najlepszy prezent na Święta. Kupiłam wannę, więc trochę odnawiam łazienkę. Kolejny lokalny kąt. Zatem postanawiam poświęcać więcej czasu na długie, relaksujące i rozluźniające mięśnie kąpiele przy świecach, które włożyłam do własnoręcznie zrobionych pseudo-świeczników z butelek po piwie. Czytać jeszcze więcej książek zajadając się tym, co lubię nie wyliczając sobie kalorii i oglądać jeszcze więcej filmów by odnawiać się duchowo. Nigdy nie przedkładać obowiązków ponad chwile przyjemności jak przeczytanie chociażby 20 stron książki przed snem nie martwiąc się, że rano trzeba wstać. Kto zwalnia i wrzuca na luz razem ze mną? Pstryk, Wasze zdrowie przy piwie i kolejnych stronach „W drodze” Jack’a Kerouac’a.



niedziela, 16 grudnia 2012

Nagroda:)

Niezmiernie mi miło, że otrzymałam nominację od fajnej Babki i bardzo Jej za to dziękuję:)

Oto moje nominacje:

Ksena - za to, że mnie odnalazła i uczy mnie tak wiele swoim życiem codziennie - kocham:)

Natthimlen - za pasję życia i parcie do przodu bez względu na przeciwności:)

Malawiart - za bycie wielkim pasjonatą, świetnym mężczyzną, ojcem, gentlemenem i wirtualnym przyjacielem:)

Viki - za bycie inspirującym, bezinteresownym człowiekiem w 100% i za chęc niesienia pomocy innym:)

Karioka - za pasję tworzenia, życia, wszechstronnośc i inspirację:)


Zasady zabawy:

Nominować blogi, które według mnie zasługują na wyróżnienie.
Poinformować blogerów, o tym, że są nominowani.
Podziękować blogerowi, który mnie nominował.
Dołączyć nagrodę na swoim blogu.

sobota, 15 grudnia 2012

Mocne postanowienie poprawy.


Wiem, że zastanawiacie się co się ze mną ostatnio dzieje, czas na spowiedź, oczyszczenie wstępne.

Ukochane osoby lubią nam pobłażać. Może nie lubią, bo to złe słowo, po prostu nas kochają i to robią. Chronią nas przed krytyką, chowają w sobie brutalne prawdy. Wszystko ma swoje limity, ja przekroczyłam limit na każdej już karcie. Karcie zaufania, szacunku, miłości.

„Hipokrytka, oszustka, tchórz, egoistka” – usłyszałam. I choć bardzo chciałabym powiedzieć, że ktoś spojrzał w krzywe zwierciadło i błędnie mnie ocenił, ale niestety nie mogę tego zrobić, bo to cała prawda. Stałam się najgorszą wersją siebie i zostałam sama. Zawsze byłam osobą, z którą raczej rozsądnie było być. Nie brzydka, nie głupia, stąpająca twardo po ziemi, z konkretną pracą i płacą, którą kocha, wiedząca co chce od życia i innych. Dziś stałam się osobą od której z rozsądku się odchodzi i nic nie bolało tak bardzo jak właśnie to.

Zabrzmię może jak wariatka, ale najlepszym prezentem na Święta mogłaby być właśnie dla mnie ta brutalna szczerość. Bo choć nikt we mnie teraz jeszcze nie wierzy, to ja uwierzyłam ze zdwojona siłą i powiem Wam, że nigdy nie poczułam się bardziej wolna. Nigdy nie czułam takiej motywacji i pewności do bycia najlepszą wersją siebie i obrócić swoje życie o 180 stopni. By ktoś uwierzył we mnie i moją zmianę, najpierw muszę ją rozpocząć ja sama i w nią uwierzyć. Już zaczęłam i nigdy nie czułam się ze sobą tak dobrze. Jest to możliwe. Dobro we mnie zasnęło i obudziło się, rozkwitło jak dawno zdeptany i zapomniany kwiat. Bo szczerze zapomniałam jakie to budujące i piękne uczucie być dobrym dla innych. Nie dać się pochłaniać zawiści, złości, wredności i bezsilności. Bezsilności, marudzeniu i współczuciu samej sobie mówię głośne NIE! I Wy też mi nie współczujcie, że zostałam sama i głęboki żal za moje czyny nie zwrócił mi ukochanej osoby, bo nie zasługuje na to. Jeszcze nie, ale wierzę, że przyjdzie dzień kiedy zasłużę i mi pogratulujecie. Cierpliwość nie była nigdy moją dobrą stroną, ją też teraz będę ćwiczyć. Cierpliwie i powoli odbudować korzenie siebie i Naszej więzi byś znów mi zaufała. Nie narzucając się, nie robiąc z siebie ofiary, nie robiąc nic na siłę i na pokaz, bo to byłoby żałosne.

 Brałam ostatnio udział w konferencji podsumowującej projekt z okazji Janusza Korczaka, gdzie odczytywano nagrodzone prace w konkursie literackim, w którym brałam udział oraz wysłuchałam wykładu „Gdy śmieje się nauczyciel, śmieje się każde dziecko”. Moja panika konkursem była niesłuszna, ponieważ nie zdobyłam żadnego miejscaJ Za duża konkurencja, po tej konferencji upewniłam się, że nie bez powodu mówi się, że wielu nauczycieli ma inne ukryte talenty, bo to ci ludzie napisali było niesamowite. Nie miałam się tam z kim równać. Wygrała kobieta pisząca genialnym językiem o tym, co przeżywa na co dzień – pracuje w liceum z terminalnie chorymi nastolatkami. Konferencja zakończyła się wykładem kolejnej genialnej kobiety, po czym wyszłam stamtąd jeszcze bardziej zainspirowana. Nie tylko do pracy, do życia. Prowadząca zasugerowała, że nie da się przyjść do szkoły czy do jakiejkolwiek pracy i zostawić życia prywatnego za drzwiami. Nie jesteśmy robotami, ale za to można łapać się swoich kotwic. Kotwicą może być coś czym rozpoczniemy dzień pracy, a przyniesie nam uśmiech na twarzy, co za tym idzie, uśmiech na ustach uczniów. Może to być przeciąganie się, ziewanie, skakanie, posłuchanie piosenki, jakakolwiek wyznaczona wspólna rutyna, która sprawi, że kotwica zamiast ciągnąc nas w dół, pociągnie nas w górę naszych możliwości. Prowadząca poleciła nauczyć się wyłączyć swoje „wewnętrzne przeglądarki”. Bardzo spodobało mi się to określenie, bo mi bardzo trudno znaleźć wyłącznik swojej przeglądarki. Ciągle przed snem przeglądamy wewnętrznie swoje życie w negatywny sposób, nie potrafimy wyłączyć tego swojego małego telewizorka w sobie i ciągle oglądamy się za siebie. Nie dajemy sobie czasu na siadanie z książką, kubkiem kakao czy kawy przed snem by się odprężyć. Powiem Wam jedno – spaliłam wszystkie mosty za sobą i nigdy nie poczułam się bardziej wolna.

Rozdziera mnie od środka, że utraciłam Ukochaną kobietę przez swój zatracony charakter i masę wad, moja przeglądarka w pierwszej chwili kazała mi położyć się na podłodze i wyć nieprzerwanie wniebogłosy, ale potem brutalna rzeczywistość walnęła mnie w twarz i kazała przestać płakać. Kazała się podnieść i wziąć się w garść. Stara Junkie pewnie uniosłaby się dumą, żalem, użalaniem się nad sobą, poczuciem przegranej i przekreśliła siebie jako człowieka i potencjalną dziewczynę kogokolwiek. Ale to nie ja, już nie ja…
 „Nie przekreśliłam…” powiedziałaś. I ja zrobię wszystko byś nie musiała tego robić i żebyś nigdy nie musiała już ode mnie odchodzić, bo podpowiada Ci tak rozsądek. Zawalczę właśnie nie tylko o Twoje serce, ale właśnie o ten rozsądek byś zaufała nie tylko mi, ale i sobie, że dobrze może pewnego dnia zrobisz i znów będziemy dzielic swoje sny i marzenia.

Trzymajcie za mnie kciuki,

Trzymajcie za NAS kciuki,

I pamiętajcie – nie współczujcie, bo to by znaczyło, że też we mnie nie wierzycie!:)

czwartek, 6 grudnia 2012

Sezon Oscarowy cząs zacząc!


Jako prezent Mikołajkowy mam nadzieję, że zainspiruję Was filmowo:)

Wyrażam się wiele razy i otwieram przed Wami nie tylko słowami, ale i muzyką. Chciałabym na siebie móc też powiedzieć ‘kinomaniak’, ale wiem, że do takiego prawdziwego to mi ciągle daleko, bo za mało czasu i pieniędzy człowiek ma. Jeden film tak jak jedna piosenka potrafi mnie wzbogacić, zalać gamą przeróżnych uczuć i siedzieć we mnie przez długi czas. Ostatnio czas pozwala tylko na szybkie pożeranie seriali, że prawie zapomniałam jak uwielbiam przeszukiwać trailery w poszukiwaniu kinematograficznych perełek, które mogą przeszyć ciało i duszę. Zbliża się sezon Oscarowy, a kto mnie zna wie, że go kocham i tradycją uczyniłam obejrzenie każdego nominowanego filmu przed galą. Choć co roku, przyznaję, nagrody te spadają coraz niżej i są przewidywalne, to lubię jednak stawiać na swoich i typować trafnie. Zatem wybrałam listę 10 filmów, które wytwórnie wysłały do członków Akademii jako potencjalnych nominowanych w nadchodzącym roku i możecie być pewni, że obejrzę je z zainteresowaniem i zapartym tchem.


Akademia zawsze stawia na film oparty na portrecie wielkiej postaci historycznej tak jak była to Meryl Streep jako Margaret Thatcher, Colin Firth jako król Jerzy VI czy Hellen Mirren jako królowa Elżbieta. I ja wcale tutaj nie wybrzydzam, bo są to zazwyczaj postacie wybitne i takie samo jest aktorstwo. W tym roku będzie to „Hyde Park on Hudson”, czyli historia romansu Franklina Delano Roosevelta (grany przez Bill’a Murray i czuję nominację w powietrzu) i jego dalekiej kuzynki Margaret Suckley (Laura Linney, która kocham!)kiedy to w  1939 roku miała miejsce pierwsza w historii wizyta brytyjskiego monarchy w Stanach Zjednoczonych. Premiera w Polsce 1 lutego 2013.


„On The Road”, polskie „W drodze” miało premierę już 14 września z wielkim wyczekiwaniem. Film na podstawie autobiograficznej książki Jacka Kerouaca o tym samym tytule  bazuje na spontanicznych podróżach Kerouaca oraz jego przyjaciół przez całe Stany. Uważana jest za manifest ruchu Beat Generation, który pojawił się w latach 50. XX wieku. Kolejny typ filmu zawsze typowany przez Akademię to taki poruszający historię jakiegoś artysty, czy to starego muzyka country, czy alkoholika, czy jak tutaj pisarza. Występujący tu aktor Sam Riley dał już popisowy numer grając wokalistę Joy Division w 2007 w filmie „Control” (gorąco polecam), więc i tutaj plejada zapowiada się wyśmienita. Gra również Kristen Stewart, której nie dam sobie popsuć rolą w „Zmierzchu”, bo na szczęście znałam ją na długo przed z o wiele ambitniejszych ról i taka  w mojej głowie pozostanie.
Do obejrzenia i przeczytania zachęca cytat „Przez całe życie snuję się za fascynującymi mnie ludźmi, bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy, szałem pożądania, pragnący wszystkiego naraz, ci co nigdy nie ziewają, nie plotą głupstw, ale płoną, płoną, płoną jak sztuczne ognie eksplodujące na tle gwiazd.”
Książka powstała ponoć w niespełna 3 miesiące, taką wenę miał Jack po podróżowaniu z nimi, ale opublikować jej bał się każdy przez kolejne 5 lat.


„A late quartet” (ciekawa jestem tłumaczenia na polski tego filmuJ) to będzie popis kunsztu muzycznego jak i aktorskiego. Patrząc na Philipa Seymoura Hoffmana, Christophera Walkena (czuję kolejną nominację), Catherine Keener oraz Imogen Poots liczę na popisowe występy całej czwórki. Lubię filmy, na których ma się wrażenie, że siedzi się na najlepszej sztuce teatralnej ze względu na wyśmienitą grę aktorów. To będzie film trudny, ciężki, zadający brutalne pytania, a ja takie ubóstwiam. Opowiada o członkach kwartetu smyczkowego znanego na całym świecie, którzy muszą wspólnie zmierzyć się ze śmiercią, walczącymi ze sobą ego oraz niepohamowaną żądzą.


“The Eye of the storm” to film podobny do powyższego ze względu na silne osobowości tam występujące jak i legendy kina. Główna bohaterka Elizabeth Hunter kontroluje w swoim życiu wszystko – społeczeństwo, swój personel oraz dzieci. Jednak teraz jej niegdysiejsze piękno zadecyduje o tym kiedy zechce umrzeć.  Geoffrey Rush, Charlotte Rampling oraz Judy Davis w rolach głównych zapewniają genialną rozrywkę jak i napięcie. Film miał premierę w USA 7 września 2012r.


Operacja Argo to kolejny film w reżyserii Ben’a Afflecka opowiadający o prawdziwych wydarzeniach podczas tajnej operacji ratowania sześciu amerykańskich zakładników porwanych w Teheranie w 1979 roku. Premiera w Polsce miała miejsce 30 listopada 2012. Akademia zawsze również wybiera przynajmniej jeden film akcji poruszający ciężkie tematy polityczne bądź wojenne. Odkąd obejrzałam „Gdzie jesteś Amando?” Ben’a Affleck’a i filmem się zachwyciłam zawsze oglądam każdy jego twór.


„The perks of being a wallflower” to historia 15-letniego Charliego (Logan Lerman), naiwnego outsidera, przeżywającego pierwszą miłość (Emma Watson), samobójstwo swego najlepszego przyjaciela oraz własną chorobę psychiczną. Usilnie stara się znaleźć grupę społeczną, do której by pasował. Pod swoje "skrzydła" biorą go dwaj starsi koledzy, którzy wprowadzą go do "normalnego" świata. Po „Juno” Akademia zaczęła coraz częściej brać pod swoje skrzydła również filmy prezentujące problemy młodych. Myślę, że ze względu na temat i aktorów ktoś dobrze wybrał wysyłając ten film jako kandydata do nominacji.
Szczególnie jednak liczę tutaj na kreację Ezry Miller’a po jego głośnej i rewelacyjnej roli w „Musimy porozmawiać o Kevinie”, ponieważ ten film i jego rola prześladują mnie do dziś. Dosłownie prześladują, bo zagrać tak mrocznie to mało kto potrafi. Wracając jednak do filmu, gra on tutaj postać totalnie przeciwną, wariata biorącego życie pełnymi garściami, a ja lubię oglądać paradoksy.


„Smashed” to reprezentant kina niezależnego wysłany do Akademii już po nagrodzie specjalnej Jury na festiwalu w Sundance (który również uwielbiam) I Toronto. Opowiada historię małżeństwa, którego więź opiera się na wspólnej  i chorej miłości do alkoholu. Ich małżeństwo będzie musiało przejść poważny test w momencie, gdy żona zdecyduje się w końcu wytrzeźwieć. Dlaczego ten film obejrzę? Bo sądzę, że będzie to ciekawe, choć zapewne psychicznie  meczące, studium toksycznego związku i jego otoczenia z silnym morałem, i na ten będę czekać. 

The Impossible, polskie “Niemożliwe”, które będzie miało premierę w Polsce 25 stycznia 2013 to niezwykle poruszająca i nakręcona z ogromnym rozmachem historia rodziny, która przeżyła tsunami 2004 roku – jeden z największych kataklizmów naszych czasów. Film oparty na faktach, inspirowany jest historią hiszpańskiej rodziny choć tutaj gra ją rodzina pochodząca z Wielkiej Brytanii. Film tuż po premierze okazał się w Hiszpanii wielkim hitem zdobywając pierwsze miejsce w rankingach pierwszych pokazów.
Ten film pokazuje Wam jako ostatni nie bez powodu. Na samym jego trailerze zużyłam chusteczkę na łzy. Kocham historie oparte na faktach. Niektórzy mogą powiedzieć, że zrobili z tego typową opowiastkę hollywoodzką z inspirującym zakończenie, bo tak jest i było, więc po co zmieniac fakty? Jednak człowiek czasami takich historii w swoich życiu potrzebuje. Potrzebuje wiedzieć, że niemożliwe może stać się możliwe. Taki film, taka historia mogą nam w tym pomóc, mogą nam przypomnieć. Dlatego na ten film na pewno pójdę do kina.

Na co Wy się wybierzecie? Ze mną wirtualnie bądź sami?:)


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Sztuka podrywania zeszła na psy.


Sztuka podrywania zeszła na psy. Chciałabym odnosić się do podrywania jako sztuki, ponieważ każdy z nas chciałby wierzyć, że szanuje i ceni siebie na tyle, że podchody osoby zainteresowanej naszą aparycją czy osobowością nie zadziałają od razu i będą wymagały starań. Niestety w ostatnią sobotnią imprezę moje oczy ujrzały obraz rozpaczy, gdzie to podrywanie spadło z piedestału i stało się szczeniackim ocieraniem się o tyłek. Może cywilizacja faktycznie chyli się ku upadkowi i wkrótce nastąpi jej definitywny koniec w osławioną datę 21.12.12r?

Może ja już zdziczałam albo imprezy mnie już nie bawią, bo rzadko się na nie wybieram, ale rozbawiło mnie wielce sobotnie towarzystwo. Człowiek czerpie inspirację, bierze udział w lekcjach życia, bacznie obserwuje i wyciąga wnioski w przeróżnych miejscach, na tle wachlarza ludzkich osobowości umieszczonych przykładowo w  takiej scenerii jak ta sobotnia impreza. Czułam się jakbym stała za lustrem weneckim i obserwowała ten komiczny obraz z innego wymiaru. Nie będę się rozwodzić na tematu ubioru ludzi choć ten akurat mi się podobał, bo spokojnie można by przyrównać to miejsce z wybiegiem. Widać, że ludzie dzielą się na takich, którzy skupili się na tym by wyróżniać się z tłumu i założyli dziwaczne dodatki, swetry w jelonki czy rozlazłe, długie i podarte T-shirty. Istniała kategoria „elegancja”, która do otoczenia nie pasowała wcale i ich ubiór miał jasno krzyczeć „nie jestem homo”. Każdy wychodząc na połów, nieważne czy wolny czy zajęty, pragnie wyglądać najatrakcyjniej. Zakłada ubranie co dopiero kupione bądź takie, które podkreśla jego kształty czy charakter. Niektórzy lubią podkreślać swoje krągłości a inni cechy charakteru. Można zobaczyć kto jest powabny, a jednocześnie drapieżny, nieśmiały, miękki, uległy czy dominujący, cwaniak czy pozer. Powinnam używać tu końcówek męskich jak i żeńskich, bo kordon mody obu płci był zadziwiający. W takim miejscu ludzki ubiór to Twoja wizytówka, o reszcie decyduje nasze zachowanie i spodziewałby się człowiek, że powinno być na przyzwoitym poziomie bez względu na wiek i ilość spożytego alkoholu tym bardziej, że było widać jaka duża ilość osób przyszła tam w poszukiwaniu ewentualnej drugiej połowy, ale człowiek zadziwiany jest całe życie.   

Z mojej perspektywy i po zastanowieniu to nie ja chyba jednak zdziczałam, ale my, nasza pewność siebie, seksapil, zdolności uwodzenia. Obwinię tu w dużej mierze nie nasze charaktery i nieśmiałość, ale po raz kolejny technologię. W środowisku homoseksualnym tym bardziej wydaje się, że ludzie upośledzili się w dziedzinie podrywu. W tych czasach wyręcza nas wszystkich technologia, zwłaszcza Internet i portale randkowe czy społecznościowe. Tam możemy już przeprowadzić wstępną selekcję poprzez sprawdzenie jaki kto ma gust muzyczny, filmowy, co kocha, czego nienawidzi, co go pasjonuje, kogo podziwia. Spotkanie w cztery oczy jest o wiele większym wyzwaniem. Wymaga wnikliwszej obserwacji, tremy, zawstydzenia, możliwej gafy lub odrzucenia zalotów. Na żywo nie da się ułożyć przemyślanej, dłuższej wypowiedzi, dzięki której zaimponujemy komuś swoją elokwencją. To nie sms czy wiadomość prywatna na Facebooku, tylko prawdziwa ludzka wymiana zdań, ale też języka ciała. I zadziwiające jest to jak wielu ludzi się w tym momencie poddaje. Poprzestaje na obserwacjach z kąta sali tanecznej. Skończy się to, jak dobrze pójdzie, dłuższą wymianą spojrzeń, zakończoną zadziornym uśmiechem, ale i o to trudno.

Chciałabym móc powiedzieć, że poderwać mnie to sztuka, ale wcale tak nie jest. Człowiek żaden tak naprawdę nie wymaga wiele. Większość z nas oczekuje miłego słowa, komplementu, a nie rozbudowanej wypowiedzi. Od czegoś trzeba zacząć. Obecnie wymagałabym odwagi. Odwagi spojrzeń, gestów, a przede wszystkim podejścia i powiedzenia czegokolwiek. Nie tekstów typu „Bolało Cię jak Ci z nieba spadłam?” czy „Twój ojciec był złodziejem? – Dlaczego? – Bo skradł taką gwiazdę z nieba”. O zgrozo niektórzy naprawdę wykorzystują takie teksty w praktyce. Wielu z nas zachowuje się jednak jak zdziczałe drapieżniki. A zacząć od spojrzenia, odwzajemnionego uśmiechu, podejścia i zaproszenia na drinka bądź do tańca przecież nie jest trudno, a byłby to kulturalny i miły początek. Zamiast to czaimy się w ciemności, unikamy bezpośrednich spojrzeń choć kątem oka ciągle widzimy, że ten KTOŚ nas obserwuje i rozmawia o tym z koleżankami czy kolegami, które jej/mu towarzyszą. Taką dziewczynę ustawiłam sobie za cel obserwacyjny. Ogólnie wspólnie z moją dziewczyną stwierdziłyśmy, że jeśli my wyglądamy choć w połowie tak komicznie i żałośnie jak Ci pijani tańczący ludzie, to wolimy chyba nie ryzykować takiego odbioru nas, że lepiej postoimy i nie potańczymy nie ryzykując, że ktoś nas zadepcze czy rozleje na nas piwo. Ja jednak nie mam nic do swoich ruchów tanecznych, dlatego czasami musiałam wyjść na parkiet, bo gdy słyszę dobrą piosenkę, to nie lubię podpierać ścian. I wtedy zobaczyłam, że tańczę koło grupki dziewczyn, które nie odstępują mnie na krok. Po chwili zobaczyłam, że ta brunetka o ciemnej karnacji, pięknych włosach, w obcisłych jeansach i koszuli ciągle mi się przygląda. Człowiek patrząc na nią pomyślałby, że ubrała się tak by pokazać, że akurat ma odważną i drapieżną osobowość i jest pewna swojego seksapilu. Nic bardziej mylnego jak się okazało. Okazała się zwykłą nastolatką nie wiedzącą jak zagadać do dziewczyny, która jej się podoba. Swoim zachowaniem pośród koleżanek próbowała pokazać, że jest powszechnie lubiana, że lubi i umie się dobrze bawić i tańczyć i pewnie miała rację, ale spaliła swój wygląd w popiół po tym w jaki sposób próbowała mnie poderwać. Tańczyła obok mnie, a ja ze znajomymi przy niej, nagle czuję, że ktoś na mnie perfidnie napiera swą tylnią częścią ciała, próbuje się ocierać, ale wręcz mnie perfidnie pcha. Obracam się wkurzona, że to ktoś pijany przygotowana poprosić by uważał na swoją i moją osobistą przestrzeń, po czym zdziwiona patrzę, że to ta dziewczyna próbująca w ten sposób zwrócić moją uwagę. Rozumiem, gdyby potraktowała to jako żart, to bym się zaśmiała wspólnie z nią, ale gdy tylko spotkała się ze mną wzrokiem spaliła się, uśmiechnęła jak dzikus i odeszła z powrotem do swoich. Rozbawiło mnie to niezmiernie, ponieważ wydaje się, że taka już kobieta, bo nie nastolatka wiedziałaby, że wystarczy podejść i zapytać czy zatańczę, a nie odgrywać taniec samca ocierając się o mnie tyłkiem licząc, że tak zaliczy samicę. Tymczasem wymijała mnie ciągle, uśmiechała się, ale panicznie bała się podejść. Nie dała mi nawet szansy na powiedzenie : „Schlebiasz mi, ale przepraszam, tak długo zwlekałaś z podejściem, że ja już od prawie 4 lat dawno  i szczęśliwie jestem zajęta”.  Jestem ciekawa czy zrozumiałaby co miałam na myśli między wierszami;)

Macie jakieś zabawne bądź też traumatyczne historie o Waszych podrywach? Chętnie się pośmieję lub przestraszęJ

środa, 28 listopada 2012

Free your mind.


Czytelniczka wyraziła ostatnio tęsknotę za ‘duchowymi” notkami. Zapytałam ją co znaczy duchowe, bo zaintrygowało mnie to, ponieważ wydawało mi się, że każdą właściwą notką staram się dotrzeć do czyjejś duszy. Choć fakt, jeśli człowiek spojrzy dokładniej to bardziej ostatnio starałam się trafiać do czyjegoś rozumu. Życie bywa pokrętne i zawsze chcąc nie chcąc wybieramy coś ponad coś. Zatem dziś spójrzcie dziś razem ze mną znów w lustro i zastanówmy się nad sobą. 

Dziś Światowy Dzień Pocałunku. Trudno nie wiedzieć, bo informują nas o tym różne strony internetowe jak i znajomi na Facebooku. Właściwie każdy dzień jest światowym dniem czegoś tam. Niekoniecznie sensownego i pomocnego dla kogokolwiek, ale dzielimy się tym na portalach społecznościowych jakby one były najlepszym źródłem informacji. Wiecie co ja pomyślałam o Dniu Pocałunku? Otworzyłam wyobraźnię, ponieważ zainspirowały mnie do tego słowa David’a Lynch’a (oczywiście napotkane na Facebooku:) „Wydaje nam się, że rozumiemy zasady, gdy stajemy się dorosłymi, a tak naprawdę to nasza wyobraźnia zaczyna się kurczyć”. Internet nie zawsze musi być nagromadzeniem niepotrzebnych informacji, ja bardzo lubię napotykać inspirujące cytaty, odnosić je do mojego życia, co dziwniejsze, czasami je w te życie wcielam! Nigdy nie posiadałam ograniczonej wyobraźni, mam problem wręcz przeciwny, ponieważ używam jej w nadmiarze ciągle w głowie pisząc własne scenariusze i kręcąc przeróżne filmy, szczególnie przed snem. Od wczoraj te wyobraźnię staram się otwierać na inne sposoby. „Znajdź w życiu to, co kochasz”, „Bój się i rób to”, „Mów to, co ważne”, „Bądź artystą w tym co robisz”. Może by warto ponaklejać jakieś sentencje dookoła siebie, bo my często uciszamy wyobraźnię i duszę kosztem rozumu i racjonalności. 

Ze znajomych względów lubię szukać inspiracji również w sentencjach tyczących się nauczycieli. Spodobały mi się ostatnio szczególnie dwa: „Najlepsi nauczyciele to ci, którzy pokazują Ci gdzie patrzeć, ale nie mówią Ci co widzieć” oraz „Nauczanie to najpierw posiadanie serc uczniów, a następnie ich umysłów”. Drugie wykonuje zawsze, na pierwsze nie zawsze mam czas. Przy okazji hospitacji z dyrekcją w ramach rozpoczęcia kolejnego etapu awansu zawodowego postanowiłam przypomnieć przede wszystkim sobie, uczniom, szefostwu, że potrafię wskazać drogę do odkrycia wiedzy, a nie podać ją banalnie na tacy. Moja wyobraźnia buzowała od zeszłego tygodnia pełna pomysłów na przeprowadzenie idealnej lekcji. Bo ja lubię, chcę i jestem artystką w tym, co robię. Zaśpiewanie piosenki, powtarzanie słownictwa, wprowadzanie nowej zasady gramatycznej potrafię przekształcić w najpiękniejszą nutę zagraną na fortepianie czy finezyjne machnięcie pędzlem na płótnie.. Radość na twarzach uczniów i ciągle ukrywany uśmiech dyrekcji zakończony gratulacjami po zajęciach potwierdził, że mi się to udało. Otworzyłam wyobraźnię i duszę, a skutkiem była ogromna satysfakcja z samej siebie.

Wracając do Dnia Pocałunku. Dlaczego od razu całować tylko ustami i tylko partnerów czy partnerki? Dlaczego by nie pocałować kogoś słowem, pocieszającą rozmową, wysłuchaniem, przytuleniem troski? Moja mama ostatnimi dniami, dziś szczególnie potrzebowała. Potrzebowała czegoś, kogoś, czegokolwiek by odciągnąć ją od własnych myśli. Otworzyłam wyobraźnię by zobaczyć jak się śmieje. Zajęłam, opowiedziałam zabawną historię, udało mi się. W końcu popłynęły łzy śmiechu.

Wkraczając w dorosłość zamiast poszerzać, często horyzonty zacieśniamy. Poznając szerszą gamę uczuć, rozumiejąc motywy ludzkich działań, zamiast się otworzyć, zamykamy się jeszcze bardziej bojąc się konsekwencji, rozczarowania czy cierpienia. Ilu z nas rezygnuje z marzeń? Z ilu marzeń w życiu zrezygnowała moja mama? Obawiam się, że życie nawet nigdy nie nauczyło Ją marzyc. Mnóstwo z nas rezygnuje z tej trudnej sztuki spełniania marzeń. Ale kto powiedział, że będzie łatwo? Nigdy nie nastawiajmy się na łatwość. Przecież cokolwiek przychodzi nam łatwo traci na wartości zdobycia. Nic nie ogranicza naszego osobistego szczęścia jak nasz własny umysł. To nie za niska płaca, kiepscy znajomi, niekochający mąż czy żona, praca, za którą nie przepadamy czy totalny brak czasu na siebie. To tylko i wyłącznie kąt naszego spojrzenia. Kąty mogą być ruchome, można je naginać. Zawsze jest sposób, zawsze jest czas, tylko musimy nauczyć się delegować, ustawiać priorytety tak by na pierwszym miejscu było, to co wywołuje nasz uśmiech po ciężkim dniu, a nie to co pogłębi nasz marazm. Dla kogoś może to być smaczny posiłek, dla kogoś kieliszek dobrego wina z książką w dłoni, a dla kogoś innego poprawnie wykonanie zadanie w pracy. Nie zapominajmy o małych szczęściach, otaczajmy się inspiracją. Otwórzmy wrota wyobraźni. Kto wie? Może całując dziś wyobraźnią inaczej niż zwykle dzień zakończymy śmiechem do rozpuku?