Punkt widzenia zależy od punktu
siedzenia. Trudno się z tym nie zgodzić, bo to jak zdecydujemy spojrzeć na
pewne rzeczy i wydarzenia w naszym życiu sprawia czy widzimy świat w ciemnych
czy kolorowych barwach.
Z tym co się obecnie dzieję w
moim życiu chcę wierzyć, że gdy usiądę wystarczającą wysoko to zahaczę głową o
chmury, które uchronią mnie od patrzenia w dół. Uchronią przed upadkiem.
Dziś są moje urodziny i chcę
siedzieć i chodzić wysoko. Dosłownie i w przenośni. Szpilki na nogach dodają
gracji, ubrania podkreślające figurę dodają atrakcyjności i ta pewność sprawia,
że każdy mnie dziś zauważa. Jestem gwiazdą własnego dnia. Trzeba to przenieść
na każdy inny dzień. Czy będzie to trudne? Jeśli tak, to przypomnę sobie znów
usiąść wyżej.
„Ładne ma pani buty! Ładną ma
pani bluzkę! Pani w ogóle jest cała ładna!” rzucają dzieciaki na korytarzach.
Coś w tym jest, dzieci są najsurowszymi i najtrafniejszymi sędziami i oszukać
ich trudniej niż dorosłych. Ufam dziś ich ocenienie i komplementom oddając im
tyle samo dobrej energii. One nie wiedzą, że mam dziś urodziny, ale czują, że
dzieje się coś wyjątkowego, że ten dziś oszałamiający wygląd czemuś służy, może
dlatego wiedzą, że nie da się na to nie zwrócić uwagi?
Mam wrażenie po tym weekendzie,
że wszystko co złego w życiu miałam do powiedzenia mnie opuściło. Dość już.
Operacja bolesna, rekonwalescencja długa przede mną, ale gorycz wycięta z
powodzeniem, rokowania są pozytywne. W świecie niskich płac, niezadowolenia z
pracy i pogonią zamarzeniami coraz
trudniejszymi do spełnienia zapominamy o jedynej wartości w życiu, która to
wszystko potrafi załagodzić, wprowadza w nas stan błogiego zapomnienia przy
kieliszku wina w ramionach ukochanej.
Zapominamy jak to jest uśmiechać
się sercem. Przychodzi dzień kiedy niepowodzeniami życia codziennego
przygniatamy powodzenie miłości. Wszystko w życiu musi mieć zdrową równowagę,
gdy jej nie dopilnujemy, coś gdzieś pęka, wylewają się żale, gorycz, jad. Sączą
się, rozlewają, zalewają serce i doprowadzają do punktu, że zapominamy o
najważniejszym – o tym, że miłość może wszystko. Gdy tylko na to pozwolimy,
usiądziemy wyżej, nabierzemy lepszej perspektywy zobaczymy, że to jedyna rzecz,
która nas rano wywala z łóżka, pcha nawet do znienawidzonej pracy, by wiedzieć,
że wracając z niej jest ktoś, kto mnie kocha, czeka na mnie i życzy mi jak
najlepiej, wierząc za mnie, że będzie lepiej i mi się w życiu powiedzie, nawet
jeśli my zapominamy w to wierzyć. Co gorsza przychodzi dzień, że wydaje nam się,
że to miłość w nas wszystko zabija i jest źródłem niepowodzeniem. Nic bardziej
mylnego. Czasami rozstanie dopiero otwiera oczy. Rozstanie wydaje się
ostatecznością, a potem się budzimy i zdajemy sprawę, że nie jest też końcem.
Uświadamiamy sobie, że próbowaliśmy zagasić ogień, który płonie wiecznym
światłem i ciepłem. Bezpieczeństwem, ostoją, wsparciem.
Na urodziny życzę sobie parę
rzeczy:
Gryzę się w język – wtedy poczuję
jad, który mój język zawiera, poznam jego gorzki smak i cofnę cokolwiek
złośliwego mi do głowy przyszło z powrotem do kwasów żołądkowych.
Zachęcam, chwalę – nie karcę, nie
umniejszam, nie odbieram zasług.
Będę zmianą, którą chcę widzieć w
ludziach. Widzialną zmianą, nie chowaną dla siebie. Bo jak inaczej ktoś ma w tą
zmianę uwierzyć?
Niczego nie zaczynam w gniewie.
Nawet najdłuższego i najcięższego dnia w pracy. Myśl zaszczepiona zaraz po
przebudzeniu jest gorsza do wytępienia niż wirus zakaźny i przenosi się na
wszystko i każdego.
To najlepsze prezenty jakie
mogłam sobie w tym roku sprawić. Jakie są, będą Wasze?
Wiele notek poświęcałam dzieciom,
dziś zmieniam grupę wiekową. Nie tylko ze względu na to, że dziś i jutro
świętujemy Dzień Babci i Dziadka, jest to temat bliski memu sercu od dawna,
zaiskrzył ponownie po paru kolejnych „zjedzonych” wieczorem do kolacji
produkcjach filmowych.
Patrząc wstecz na dzieciństwo
jedne z najcieplejszych wspomnień stanowią nasi dziadkowie. Babcine wypieki,
zapachy z kuchni, babcia dająca pieniądze na zakupy i prosząca byśmy poszli do
sklepu „Zrób zakupy, w nagrodę kup sobie lizaka”. Może wielu z nas o tym nie
wiedziało, ale babcia nas nie nagradzała tym lizakiem, dla mnie nagrodą było
to, że ufała, pomimo mojego młodego wieku, że poradzę sobie sama, nie zapomnę
żadnego zakupu, uczyła mnie odpowiedzialności. Jednym z przewijających się
wiecznie wspomnień jest dla nas również delikatna skóra dłoni babci, jej ciepły
uśmiech rozgrzewający serce w mroźne wieczory.
Przy tej pomarszczonej dłoni
chciałabym się chwilę zatrzymać. Będąc dziećmi biegniemy do dorosłości
sprintem, chcemy być poważani, nie być traktowani protekcjonalnie. Wiele dzieci
myli to dziś z włożeniem fajki do ust i łykiem alkoholu w niedozwolonym wieku. Wypatrujemy
osiemnastki i papierka dorosłości, czekamy aż zdamy maturę, dostaniemy się na
studia, znajdziemy pracę by móc powiedzieć te w dzieciństwie wymarzone słowa „jestem
dorosła”, „nie możesz mi mówić, co mam robić z moim życiem”.
W pewnym wieku osiągamy ten
pierwszy punkt „krytyczny”. Pojawia się cień zagrzebanego w ludzkości strachu.
Strachu przed starością, samotnością i śmiercią. Mit 30tki – wyczekiwanie 30tych
urodzin jakby to były ostatnie urodziny świętujące młodość. Zaczynamy obserwować
zmiany na skórze, szukamy pierwszych zmarszczek, obserwujemy w których
miejscach mogą się pojawić, wyszukujemy pierwszego siwego włosa, a panikę z tym
związaną obwieszczamy potem całemu światu. Pytam się czy tak słusznie jest piętnować
starość jakoby była ostatecznym kresem wszystkiego? Gdzie napisano, że w pewnym
wieku nie możemy się ubrać modnie, że nie możemy chodzić samotnie do kina, nie
zaleca się już podróży, posiadania pasji i poszukiwania ciągle nowych? Dlaczego
starszy człowiek tętniący ciągle wigorem i energią do życia i walki ze
stereotypami jest mimo wszystko traktowany protekcjonalnie?
Przyznam się szczerze, że jestem
tą osobą, która boi się starości. Boi się spojrzenia w lustro i stwierdzenia,
że się sobie nie podobam, że okropnie się starzeje i lepiej się już ludziom nie
pokazywać na oczy. Nos rośnie, broda opada, skóra wiotczeje, jedna zmarszczka
zakrywa kolejną, oczy tracą dawny blask. Ale trzeba po prostu pamiętać, że z
wiekiem standardy piękna się zmieniają. Nie można porównywać się do młodszych,
do okładek magazynu, do aktorów na ekranach. Porównujmy się z własnym ja, z
nikim innym, bo jest nas prawie 7 miliardów na świecie i nie ma drugiej
identycznej osoby jak my. Każdy z nas jest wyjątkowy i nie świadczy o tym
wyłącznie biologia i kolor oczu, odmienny kod genetyczny, ale również nasze
wnętrza.
Przychodzą momenty, że gdy słyszę
„ale ten czas leci” dopada mnie paniczny strach końca rzeczy. Że to wszystko do
czego w życiu dążyłam, o co się starałam, co po sobie pozostawię, kiedyś
doszczętnie zniknie. I co jeśli potem nic nie ma i już nigdy nie zaistnieję?
Ostatnio jednak pomyślałam: a nawet jeśli nic nie ma, to co z tego? Skoro nic
nie ma, mnie nie będzie, to nie będę nawet o tym wiedzieć. Uświadomiłam sobie, że to my sami piętnujemy
siebie. Od zarania dziejów tak było. Ten strach przed starością generuje
kultura, nie nasze zdrowie, zdolności, starzejące się ciało i słabnące siły. Ja
dziś protestuje przeciwko traktowaniem starszych jak dzieci, protekcjonalnym
nastawieniem, spychaniem starszych na margines i ignorancją społeczeństwa.
Muszę się sprzeciwiać, ponieważ muszę wierzyc, że mnie to nie spotka, że ja na
to nie pozwolę. Nie wypiszę się z życia, gdy dożyję poczciwego wieku.
Zestarzeję się z godnością równą samej sobie. Nie chcę za motto życiowe mieć zdania
„jestem za stara na to, jestem za stara na zmiany”.
Dla osób szukających inspiracji,
polecam film „Hotel Marigold”, z którego pochodzi następujący cytat: ”Jedyną
prawdziwą porażką w życiu jest nieudana próba. A miarą sukcesu jest to, jak
radzimy sobie z rozczarowaniem”. Uznam
swoje życie za porażkę, gdy pewnego dnia zamknę swoje życiu w czterech ścianach
salonu na bujanym fotelu i przestanę podejmować próby życia.
Dlatego proszę Was dziś, zamiast podarować
swojej babci i dziadkowi koc elektryczny, masującą poduszkę czy cokolwiek
babcinego, może pomyślmy o zabraniu ich do kawiarni na prawdziwe słodkości, a
nie te z pudełka czekoladek, może nawet weźmy do kina? Jeśli tak to polecam na „Hotel
Marigold”. Bo tak, faktycznie, nasze babcie i dziadkowe przypominają nam
dzieciństwo i beztroskę minionych lat, dlaczego by nie dać im tego samego? Gdyby
któraś z moich babci żyła, nie dałabym Jej NIC, wzięłabym Ją GDZIEŚ.
Kolejny dzień ferii spędzam ze
sobą, na swojej kanapie, z laptopem przed sobą, świecami dookoła i resztką
filmów, które zostały mi do obejrzenia przed galą wręczenia Oscarów. Ktoś
najbliższy memu sercu i zawsze najbardziej ze mną szczery przypomniał mi ostatnio,
że „życie to nie film”. Dla mnie jest to jedna z najbardziej bolesnych prawd,
ale taka jest rzeczywistość. Nigdy mnie to jednak nie powstrzyma od uciekania w
świat filmu i czerpania z niego inspiracji.
Jeśli ktoś z Was wczoraj uronił
łzę, szczęka może chwilami opadła do podłogi lub jego serce lekko zadrżało, to
możliwe, że oglądaliście choć fragment rozdania Złotych Globów. Nie każdego to
interesuje, niektórzy oglądają to może by znać ploteczki lub by orientować o
jakich filmach mówi się teraz w świecie kinematografii. Dla mnie to często
widok, którego nie wyjmuje z serca, wyreżyserowane przemowy czy nie, jest to
moment refleksji nad spełnianiem marzeń. Piszę o tegorocznym rozdaniu, ponieważ
jest on jednym z najbardziej zaskakujących. Odebrano pałeczkę od starszych
pokoleń, które zazwyczaj są nagradzane i dano nadzieje młodszemu pokoleniu.
Dla mnie film to nie tylko zbiór migających
klatek, które budzą na przemian wzruszenie, śmiech czy strach. To przede
wszystkim złożone historie, kunszt aktorski i całej ekipy kręcącej film,
poświęcenie, którego nie znamy i o którym się nie słyszy. Film to serca, które
plejada ludzkich gwiazd włożyła w to by on powstał i pobudził nas do refleksji
nad życiem. Dzień rozdania Globów to chwila kiedy możemy usłyszeć o
produkcjach, nowych talentach i filmach, które w Polsce niekiedy odbijają się
pustym echem. Trzeba przyznać, że mijający i nadchodzący rok jest bardzo
owocnym dla filmowego biznesu i daje nam w prezencie mnóstwo genialnych
produkcji. Dawno docenieni już twórcy jak Spielberg i jego „Lincoln”, Tarantino
i jego „Django”, nominowani Meryl Streep czy Maggie Smith wraz Tommy Lee
Jonesem czy Kevinem Kostnerem obok młodszych gwiazd jak Anne Hathaway, Jessica
Chastain, JenniferLawrence czy
największa niespodzianka i docenienie dla zwykłej dziewczyny z sąsiedztwa i jej
serialu „Girls” – Lena Dunham, pokazują nam różnorodność kina, talentów i we
mnie wzbudzają wyłącznie podziw. Kocham musicale, po obejrzeniu „Nędzników”
doceniłam je jeszcze bardziej – gorąco polecam. Cieszę się z docenienia kina
niezależnego jak „Poradnik pozytywnego myślenia” czy „Bestie z południowych
krain”. Polecam obejrzeć każdy nominowany film, po prostuJ
Kto z Was jednak nie śledzi
takich wydarzeń, może nie wie, że dziś, dwa dni po rozdaniu, rekordy
oglądalności bije najbardziej szczera przemowa zaprezentowana przez Jodie
Foster w podziękowaniu za nagrodę za całokształt twórczości im. Cecil B.
Demille.
Nie wielu z nas zdaje sobie
sprawę, że w swoim 50-letnim życiu, Jodie jest aktorką od lat aż 47! Media od
jakiegoś czasu huczały, że Jodie ogłosi coś bardzo ważnego w końcu publicznie.
O homoseksualnej orientacji Foster spekulowano od lat, ale Hollywood rzadko
gości w swych progach gwiazdy takiego formatu, które potrafią utrzymać swoje
życie prywatne w zaciszu domowego ogniska.
Mało kto spodziewał się, że przemówienie,
które zaczęło się od prostego wykrzyczenia „Mam 50 lat!” przerodzi się w jedno
z najbardziej szczerych, emocjonujących, wzruszających, pełnych wdzięku i
godności przemówień wszechczasów. Wielu odnosi się do tej mowy jako mowy „coming-outowej”,
jednak to za bardzo ją upraszcza i ogranicza znaczenie tak wielu przesłań o
życiu ludzkim, które Jodie chciała przekazać. Oczywiście zaczęła tę „deklarację”
od ubrania jej w zabawne ogłoszenie tego, że jest przede wszystkim…singielkąJ, dodając, że „swojego coming-outu dokonała
wieki temu w epoce kamienia łupanego,
kiedy to otworzyła się najpierw przed zaufanymi przyjaciółmi, rodziną,
współpracownikami i stopniowo przed każdym kogo kochała i w życiu spotkała”.
Dla większości społeczności LGBT
był to wielki dzień pokazujący, że fala się przesuwa i idzie naprzód kiedy to
jedna z najbardziej docenianych gwiazd mówi publicznie o tym, kogo kocha i
dziękuje głośno i dumnie „miłości swojego życia, heroicznemu rodzicowi,
najbliższej przyjaciółce”. Pojawiły się też jednak głosy pretensji i żalu ze
strony organizacji walczących z homofobią, że mimo wszystko Jodie nie użyła na
głos ani razu słowa „lesbijka” odnosząc się do swojej osoby. Pytam się: czemu
ludziom wiecznie mało? Co ich to obchodzi?
Nikt nie spodziewał się jednak,
że przemowa, który niby skupia się na oficjalnym ogłoszeniu publicznie swej
orientacji seksualnej przerodzi się w refleksję nad społeczeństwem, które ma
obsesję na punkcie celebrytów i ich wdzierania się codziennie w ich prywatność.
Zaczęła żartobliwym tonem: „Z
tego co słyszałam, w dzisiejszych czasach najwidoczniej oczekuje się od
celebryty by uhonorował szczegóły swojego prywatnego życia konferencją prasową,
wypuszczeniem perfumu na rynek i stworzeniem reality show z wielką
oglądalnością”. Po chwili dodała poważnie: „Jeśli byłeś osobą publiczną od
chwili, gdy byłeś jeszcze brzdącem, jeśli musiałeś walczyć o życie, które
wydawałoby się prawdziwym i uczciwym i normalnym mimo wszystkich przeciwności,
może wtedy ty też, ceniłbyś prywatność ponad wszystko”. „Bycie na publicznej scenie od 3 roku życia,
to chyba wystarczające reality show, nie sądzicie?”, po czym dostała kolejną
falę oklasków.
Był to kolejny moment, którym
Jodie skradła serca nie tylko wszystkim na sali, ale na całym świecie, ponieważ
rzadko kiedy osoby publiczne tak odważnie i głośno wypowiadają się i
sprzeciwiają narastającej akceptacji wdzierania się w życia prywatne
kogokolwiek. Podczas, gdy cieszę się z ludzi, którzy codziennie walczą głośno i
konsekwentnie o prawo do kochania, kogo chcą, to jednak żadna osoba publiczna
nie powinna być zmuszona do wchodzenia w tę rolę. Determinacja Jodie Foster do
tego by uchronić porozrzucane kawałki jej życia prywatnego po tabloidach po
prawie 5 dekadach bycia niesamowitą aktorką, producentką i reżyserką budzi we
mnie tylko podziw.
Widzowie myśleli, że to już
koniec szczerości, jednak oglądając przemowę można zobaczyć, że każda kolejna
gwiazda roniła łzy słuchając słów Jodie, poczynając od Kate Hudson, siostrach
Deschanel kończąc na Anne Hathaway, miliony ludzi przed telewizorami zatęsknili
za czymś prawdziwym słuchając słów Jodie, gdy dziękowała ona na końcu swojej
rodzinie.
Kolejna informacja, którą Jodie
ukrywała, jednocześnie chroniąc rodzinę jest taka, że jej matka cierpi na
demencję i jej bezpośredni do niej zwrot, złamał nawet samą silną Jodie, gdy wymawiała
te płynące z serca słowa:
„Mamo, wiem, że jesteś gdzieś za
tymi niebieskimi oczami i wiem, że jest mnóstwo rzeczy, których dziś nie
zrozumiesz, ale to jest jedyna ważna rzecz, którą chcę żebyś przyjęła: Kocham
Cię, Kocham Cię, Kocham Cię. I mam nadzieję, że gdy powiem to trzy razy, to w
magiczny i perfekcyjny sposób dotrze to do twojej duszy, wypełni Cię chwałą i
radością świadomości tego, że dobrze Ci się w życiu wiodło, jesteś wspaniała
matką. Proszę weź te słowa ze sobą, kiedy w końcu będziesz gotowa odejść”.
Gdy wydawało się, że łez już nie
starczy, Jodie wzruszyła wszystkich jeszcze bardziej odnosząc się w końcowych
minutach do samej siebie.
„Czuję się jakby to był koniec
jednej ery i początek czegoś innego. Może nie będzie to takie iskrzące, może
nie będzie wyświetlane w 3000 kin, może będzie to tak ciche i delikatne, że
tylko psy usłyszą tego cichy gwizd. Ale będzie to mój napis na murze „Jodie
Foster tu była” i ciągle jestem. I chcę być widziana, dogłębnie rozumiana i nie
być tak bardzo samotna.”
Przyznanie się do samotności
przez kogokolwiek jest wielkim czynem. Szczerość cenię ponad życie. Jodie
Foster doceniłam na nowo po tej przemowie. Cały świat kocha ją ze zdwojoną siłą
za to, że po latach milczenia wylała przed światem swoje serce w tak wdzięczny,
pełen godności i miłości sposób.
Drażni mnie fakt, że część społeczności
LGBT ma pretensje do niej, że nie odniosła się do swej orientacji bezpośrednio,
jednak ja kłaniam się nisko. Przeciwnicy związków homoseksualnych głównie
zarzucają nam, że ciągle obnosimy się ze swoimi uczuciami i związkami, mamy
parcie na szkło i zmuszamy ludzi do oglądania nas. Jodie Foster jest żywym
dowodem, że tak nie jest. Nie dla każdego. Doceniam jej szacunek do
prywatności, nie tylko jako celebryty, ale jako każdego człowieka. Bo czy każdy
z nas nie pragnie chronić swojej prywatności np. w miejscu pracy gdzie
niektórzy zachowują się jak sępy, jak paparazzi czekający na jakąś naszą
osobistą porażkę, którą będę mogli rozpowiedzieć w sklepie przy kasie? Dzisiejsze
społeczeństwo ma wiele obsesji, mało kto ma w sobie grację i stoicki sposób
oraz odwagę do mówienia szczerze.
Choć ja nie jestem osobą
publiczną, nie jestem do końca szczera i otwarta, ponieważ wielu z Was nie wie
kim jestem, ale staram się pozostać szczera wobec siebie, Was i każdego, kto mnie
otacza i osoby takie jak Jodie Foster upewniają mnie, że szczerość i empatia
potrafią ruszyć człowieka najbardziej.
Kiedyś nakręcą o niej film, a ja
będę go oglądać z zapartym tchem.
„Ty też lesbijka? A nie
wyglądasz! Ale ten świat mały” – powiedziała przesympatyczna dziewczyna pod
moim adresem. Usłyszałam to podczas zabawy sylwestrowej na wrocławskim rynku,
gdzie pośród tak wielkiego tłumu okazało się, że bawię się obok grupki
dziewczyn swojego pokroju z ŁodziJ
I to było pierwsze zdarzenie,
które zaczęło falę przemyśleń w tym temacie tego roku. Słynne porzekadło, nasze
babcie, prababcie, mamy mówiły nam zawsze by nie oceniać ludzi po wyglądzie.
Don’t judge a book by its cover. Ale ilu z nas nie weźmie do ręki książki,
której okładka z daleka mu się nie podoba? Niestety tak samo postępujemy z
ludźmi.
Nasz wygląd to zaledwie zarys,
powłoka naszej osobowości i tego co sobą prezentujemy, a zadziwiająco wiele od
niego zależy. Pracując w szkole codziennie spotykam się z ostrą oceną wyglądu
człowieka. Rodzice oceniający innych uczniów i nauczycieli, dzieci oceniające
siebie nawzajem i nauczycieli i nauczyciele oceniający uczniów i siebie nawzajem.
Nigdy nie przerywające się koło. Z wyglądem nakazuje się nam być ostrożnymi,
nie odstającymi od reszty. Nasz wygląd może być naszą ucieczką bądź zagładą.
Jeśli człowiek chce być poważany musi takowo wyglądać. Prezes nie może chodzić
w wytartych spodniach i T-shirtach. Nauczycielka by mieć szacunek i sympatię
uczniów musi znać się na markach i nie nosić jednej pary butów, ale gdy robi
się za modna staję się obiektem kpin i zazdrości współpracowników i rodziców. Ogólnie
rzecz biorąc kobieta bądź mężczyzna ubierający się zbyt modnie, drogo,
seksownie czy przystojnie osądzani są jako próżni, mało inteligentni, „pustaki”.
Trudno im sprzedać komplement by nie karmić ich próżności, prawda? Może
niektórzy faktycznie tacy są, ja jednak przede wszystkim gratuluję, a jedyne
czego im zazdroszczę to przede wszystkim pewności siebie, pewności swego ciała
i wdzięków i umiejętności tego idealnego odwzorowania w garderobie. Ja
przestałam się przejmować co ludzie powiedzą. Zakładam coś w czym poczuję się piekielnie
seksownie w jeden dzień, by na drugi dzień wskoczyć w trapery i szerokie
spodnie, a i wtedy może bić z nas seksapil. Ubiera nas osobowość, nie cechy
zewnętrzne.
Oczywiście są osoby, które
świadomie wybierają daną subkulturę by wyrazić siebie wyglądem. Przedstawię Wam
przypadek dziewczyny, która przybyła w tym roku do naszej szkoły. Uczę w
niewielkiej miejscowości, gdzie trudno o jakieś wielkie sensacje czy szokujące
modowe kreacje. Aż tu nagle pojawia się dziewczyna z mocnym makijażem, glanami,
ćwiekami, poczochranymi włosami z notesem pełnym niepokojących rysunków w ręku,
z którym nigdy się nie rozstaje. Nauczyciele i rodzice zaczęli jej to wszystko
powoli zabierać. Zakazany jest u nas mocny makijaż, więc po dwóch tygodniach w
końcu się poddała i przestała malować, stonowała również garderobę. Zaczęto snuć
o niej różne opowieści, poczynając od tego, że się tnie, kończąc na tym, że
jest lesbijką. Ja dawno nie widziałam po prostu kogoś, kto tak bardzo żyję w
swoim świecie nie przejmując się opinią innych. Kroczy ze swoim notesem ze
słuchawkami w uszach po korytarzu, nie ma prawie kolegów i koleżanek, wielu nią
gardzi, nie przejmuje się szczególnie ocenami, choć jest piekielnie inteligentna
i mogłaby mieć same 5tki. I wczoraj debatowano nad jej zachowaniem podczas rady
pedagogicznej. Zdania były podzielone, bo wielu chciało dać jej bardzo niskie.
Wtedy zapytałam za co? Za to, że jest po prostu trochę dziwna i inna i nas to
drażni i uczniów? Można oceniać jej nieprzygotowanie do lekcji, ale nie mamy
prawa wystawiać jej oceny za garderobę, styl czy poglądy. Ale my robimy to
codziennie, w każdym wieku, każdym miejscu.
Wygląd tak wiele mówi, ale może być
jednocześnie tak omylny. Dla wielu nasza skóra, nasze ubranie to skorupa, nasze
schronienie. Ja swojej urody nie wybrałam, jednak sprawia ona, że niefortunnie
bądź fortunnie ukrywa ona za mnie moją orientację. Nikt wymijając nie pomyśli,
że ta kobieta w długich brązowych pofalowanych włosach, butach na obcasie,
torebką pod ręką i obcisłych spodniach jest lesbijką. Wymijając siebie na ulicy
nie rozpoznamy kto jest śmiertelnie chory, nie odgadniemy komu właśnie ktoś
złamał serce, kto kogoś stracił, kto kogoś zranił. Może pokaże to nam wyraz
twarzy, ale nie wygląd. Dlatego tak fascynująca i pouczająca jest dla mnie
bezustanna obserwacja ludzi. W sezonie oscarowym pożeram filmy i poruszył mnie
dogłębnie film "Sesje", gdzie ukazana jest postać chorego na polio poety Mark’a
O’brien’a. Nikt patrząc na niego nie myślał, że jest przezabawnym, szarmanckim
i czarującym mężczyzną, który okaże się świetnym poetą i mężem. Takie postacie,
tacy ludzie inspirują człowieka by nigdy nie patrzeć NA ludzi tylko W ludzi.
Lesbijka!? Nie wyglądasz!
Nauczycielka?! Nie wyglądasz!
Choć mają to być i są to
komplementy, to chciałabym czasami jednak „wyglądać” i nie być zmuszona się ukrywać, bo mój wygląd jest dla mnie zbyt „wygodny”.
Przestać być niewidzialną. Jak rodzic w tym krótkim spocie o niewidzialnych
rodzicach homoseksualnych.
Oglądając go dziś po raz kolejny
przypomniałam sobie o uśpionej tęsknocie. Kolejnej rzeczy, której po wyglądzie
nie widać i ludzie w pracy oceniają mnie jako kobietę pragnącą niezależności i
nie pragnącą dzieci.
A ja dziś tęsknię za mym nienarodzonym, nie
poznanym, nie przytulonym jeszcze dzieckiem. Ja – niewidzialny rodzic.
Arystoteles wieki temu radził by
w życiu podążać drogą „złotego środka”. Ma to oznaczać umiarkowane życie
przynoszące jednocześnie szczęście, nie ignorować żądz, ale nie ulegać i nie podporządkowywać
się im całkowicie. Każdy sobie codziennie zaleca również „stoicki spokój” czy
to wstając za wcześnie z łóżka do pracy, gdy kończy się kawa w domu bądź gdy
stoimy w korku, gdy na stole czeka już za nami stygnący obiad. Wnętrze krzyczy
wtedy „pierdolę stoicyzm – chcę pic, jeść, kochać!”, a nie tkwić w martwym
punkcie. Chorobą cywilizacyjną jest przykuwanie uwagi zbyt małym i błahym
szczegółom dnia codziennego, które zżerają nam nerwy, jak chociażby brak mleka
do upragnionej kawy.
Spoglądam wstecz na rok 2012 i
odbija mi się on paląc zgagą, bo ja jestem tą osobą, która potrafi przeklinać
wniebogłosy, gdy w domu nie ma mleka, a ja mam ochotę na kawę, bo czarnej nie
tknę. Obroniłam magistra, kupiłam wymarzone auto, dostałam podwyżkę, zwiedziłam
kilka pięknych miejsc, ale człowiekowi ciągle było mało. Z końcem roku kopnęłam
się porządnie w tyłek i kopię dalej od tamtej pory by nie zapomnieć. Nie zapomnieć,
że nie chcę już tamtej kobiety widzieć w lustrze. Nie jest mile widziana. Całe
życie zaleca mi się „wrzucanie na luz”, a mi z tym piekielnie trudno, bo zawsze
wolałam „wrzucać najwyższe biegi”. Myślałam, że stoicki spokój nie jest dla
mnie, że jest dla osób pozujących na optymistów, a płaczących po cichu w
środku. Ja dalej płaczę wniebogłosy, wyję, gdy główny bohater umiera na
ekranie, bądź w trailerze leci smutna pieśń. Wybucham, gdy ktoś wypowiada
raniące słowa, ale uspokajam się szybciej, ochłonę, przeproszę, wrzucę na ten
luz. W jeden dzień Rzymu nie zbudowano. Nowa ja wywiesiła sobie stare zdjęcie
na ścianach by nie tkwić w przeszłości, ale po to by tylko i wyłącznie z
uśmiechem w nią spoglądać. Nie zmienię świata, mogę za to zmienić siebie, mogę zmienić
swoje nastawienie do rzeczywistości i wrzucić na luz. Nie grzmieć, gdy jadę do
pracy po ciemku i dzieciaki na pierwszej lekcji jeszcze długo marudzą, że za
oknem wciąż ciemno. Gdy mama dolewa mi do herbaty z rana słonych łez straconego
życia i rozczarowania własnymi dziećmi, ja po prostu dorzucam więcej do niej
cukru co by wyrównać smak.
Codziennie powtarzam sobie:
Nie wyleczę ludzi z zawiści i
nienawiści.
Nie powstrzymam wojen.
Nie zatrzymam nikogo przed
wyciągnięciem broni, pociągnięciem za spust i zabiciem ponad 20tki niewinnych
dzieci.
Nie znajdę lekarstwa na raka.
Nie wykarmię głodujących.
Nie ocalę umierających w bólu.
Nie nauczę tolerancji i miłości.
Nie zmienię świata, ale mogę zmieniać
go lokalnie. Zaczynając od chociażby mojego pokoju, domu, miejsca pracy.
Dlatego w tym roku żadnych górnolotnych postanowień. Jak wiecie nie jestem
zwolenniczką wytyczania sobie celów w pierwszy dzień Nowego Roku kiedy to
najwięcej osób wisi z głowami nad klozetami zwracając pozostałości zeszłego
roku drogą ustną.
Moje postanowienia? Sprawiłam
sobie najlepszy prezent na Święta. Kupiłam wannę, więc trochę odnawiam
łazienkę. Kolejny lokalny kąt. Zatem postanawiam poświęcać więcej czasu na
długie, relaksujące i rozluźniające mięśnie kąpiele przy świecach, które
włożyłam do własnoręcznie zrobionych pseudo-świeczników z butelek po piwie. Czytać
jeszcze więcej książek zajadając się tym, co lubię nie wyliczając sobie kalorii
i oglądać jeszcze więcej filmów by odnawiać się duchowo. Nigdy nie przedkładać
obowiązków ponad chwile przyjemności jak przeczytanie chociażby 20 stron
książki przed snem nie martwiąc się, że rano trzeba wstać. Kto zwalnia i wrzuca
na luz razem ze mną? Pstryk, Wasze zdrowie przy piwie i kolejnych stronach „W
drodze” Jack’a Kerouac’a.
Niezmiernie mi miło, że otrzymałam nominację od fajnej Babki i bardzo Jej za to dziękuję:)
Oto moje nominacje:
Ksena - za to, że mnie odnalazła i uczy mnie tak wiele swoim życiem codziennie - kocham:)
Natthimlen - za pasję życia i parcie do przodu bez względu na przeciwności:)
Malawiart - za bycie wielkim pasjonatą, świetnym mężczyzną, ojcem, gentlemenem i wirtualnym przyjacielem:)
Viki - za bycie inspirującym, bezinteresownym człowiekiem w 100% i za chęc niesienia pomocy innym:)
Karioka - za pasję tworzenia, życia, wszechstronnośc i inspirację:)
Zasady zabawy:
Nominować blogi, które według mnie zasługują na wyróżnienie. Poinformować blogerów, o tym, że są nominowani. Podziękować blogerowi, który mnie nominował. Dołączyć nagrodę na swoim blogu.
Wiem, że zastanawiacie się co się ze mną ostatnio dzieje, czas na spowiedź, oczyszczenie wstępne.
Ukochane osoby lubią nam pobłażać.
Może nie lubią, bo to złe słowo, po prostu nas kochają i to robią. Chronią nas
przed krytyką, chowają w sobie brutalne prawdy. Wszystko ma swoje limity, ja
przekroczyłam limit na każdej już karcie. Karcie zaufania, szacunku, miłości.
„Hipokrytka, oszustka, tchórz,
egoistka” – usłyszałam. I choć bardzo chciałabym powiedzieć, że ktoś spojrzał w
krzywe zwierciadło i błędnie mnie ocenił, ale niestety nie mogę tego zrobić, bo
to cała prawda. Stałam się najgorszą wersją siebie i zostałam sama. Zawsze
byłam osobą, z którą raczej rozsądnie było być. Nie brzydka, nie głupia,
stąpająca twardo po ziemi, z konkretną pracą i płacą, którą kocha, wiedząca co
chce od życia i innych. Dziś stałam się osobą od której z rozsądku się odchodzi
i nic nie bolało tak bardzo jak właśnie to.
Zabrzmię może jak wariatka, ale
najlepszym prezentem na Święta mogłaby być właśnie dla mnie ta brutalna szczerość.
Bo choć nikt we mnie teraz jeszcze nie wierzy, to ja uwierzyłam ze zdwojona
siłą i powiem Wam, że nigdy nie poczułam się bardziej wolna. Nigdy nie czułam
takiej motywacji i pewności do bycia najlepszą wersją siebie i obrócić swoje
życie o 180 stopni. By ktoś uwierzył we mnie i moją zmianę, najpierw muszę ją rozpocząć
ja sama i w nią uwierzyć. Już zaczęłam i nigdy nie czułam się ze sobą tak dobrze.
Jest to możliwe. Dobro we mnie zasnęło i obudziło się, rozkwitło jak dawno
zdeptany i zapomniany kwiat. Bo szczerze zapomniałam jakie to budujące i piękne
uczucie być dobrym dla innych. Nie dać się pochłaniać zawiści, złości, wredności
i bezsilności. Bezsilności, marudzeniu i współczuciu samej sobie mówię głośne
NIE! I Wy też mi nie współczujcie, że zostałam sama i głęboki żal za moje czyny
nie zwrócił mi ukochanej osoby, bo nie zasługuje na to. Jeszcze nie, ale
wierzę, że przyjdzie dzień kiedy zasłużę i mi pogratulujecie. Cierpliwość nie
była nigdy moją dobrą stroną, ją też teraz będę ćwiczyć. Cierpliwie i powoli odbudować
korzenie siebie i Naszej więzi byś znów mi zaufała. Nie narzucając się, nie
robiąc z siebie ofiary, nie robiąc nic na siłę i na pokaz, bo to byłoby
żałosne.
Brałam ostatnio udział w konferencji
podsumowującej projekt z okazji Janusza Korczaka, gdzie odczytywano nagrodzone
prace w konkursie literackim, w którym brałam udział oraz wysłuchałam wykładu „Gdy
śmieje się nauczyciel, śmieje się każde dziecko”. Moja panika konkursem była
niesłuszna, ponieważ nie zdobyłam żadnego miejscaJ
Za duża konkurencja, po tej konferencji upewniłam się, że nie bez powodu mówi
się, że wielu nauczycieli ma inne ukryte talenty, bo to ci ludzie napisali było
niesamowite. Nie miałam się tam z kim równać. Wygrała kobieta pisząca genialnym
językiem o tym, co przeżywa na co dzień – pracuje w liceum z terminalnie
chorymi nastolatkami. Konferencja zakończyła się wykładem kolejnej genialnej
kobiety, po czym wyszłam stamtąd jeszcze bardziej zainspirowana. Nie tylko do
pracy, do życia. Prowadząca zasugerowała, że nie da się przyjść do szkoły czy
do jakiejkolwiek pracy i zostawić życia prywatnego za drzwiami. Nie jesteśmy
robotami, ale za to można łapać się swoich kotwic. Kotwicą może być coś czym
rozpoczniemy dzień pracy, a przyniesie nam uśmiech na twarzy, co za tym idzie,
uśmiech na ustach uczniów. Może to być przeciąganie się, ziewanie, skakanie,
posłuchanie piosenki, jakakolwiek wyznaczona wspólna rutyna, która sprawi, że
kotwica zamiast ciągnąc nas w dół, pociągnie nas w górę naszych możliwości.
Prowadząca poleciła nauczyć się wyłączyć swoje „wewnętrzne przeglądarki”.
Bardzo spodobało mi się to określenie, bo mi bardzo trudno znaleźć wyłącznik
swojej przeglądarki. Ciągle przed snem przeglądamy wewnętrznie swoje życie w
negatywny sposób, nie potrafimy wyłączyć tego swojego małego telewizorka w
sobie i ciągle oglądamy się za siebie. Nie dajemy sobie czasu na siadanie z
książką, kubkiem kakao czy kawy przed snem by się odprężyć. Powiem Wam jedno –
spaliłam wszystkie mosty za sobą i nigdy nie poczułam się bardziej wolna.
Rozdziera mnie od środka, że
utraciłam Ukochaną kobietę przez swój zatracony charakter i masę wad, moja
przeglądarka w pierwszej chwili kazała mi położyć się na podłodze i wyć
nieprzerwanie wniebogłosy, ale potem brutalna rzeczywistość walnęła mnie w
twarz i kazała przestać płakać. Kazała się podnieść i wziąć się w garść. Stara
Junkie pewnie uniosłaby się dumą, żalem, użalaniem się nad sobą, poczuciem
przegranej i przekreśliła siebie jako człowieka i potencjalną dziewczynę
kogokolwiek. Ale to nie ja, już nie ja…
„Nie przekreśliłam…” powiedziałaś. I ja zrobię
wszystko byś nie musiała tego robić i żebyś nigdy nie musiała już ode mnie odchodzić,
bo podpowiada Ci tak rozsądek. Zawalczę właśnie nie tylko o Twoje serce, ale
właśnie o ten rozsądek byś zaufała nie tylko mi, ale i sobie, że dobrze może
pewnego dnia zrobisz i znów będziemy dzielic swoje sny i marzenia.
Trzymajcie za mnie kciuki,
Trzymajcie za NAS kciuki,
I pamiętajcie – nie współczujcie,
bo to by znaczyło, że też we mnie nie wierzycie!:)
Jako prezent Mikołajkowy mam nadzieję, że zainspiruję Was filmowo:)
Wyrażam się wiele razy i otwieram
przed Wami nie tylko słowami, ale i muzyką. Chciałabym na siebie móc też powiedzieć
‘kinomaniak’, ale wiem, że do takiego prawdziwego to mi ciągle daleko, bo za
mało czasu i pieniędzy człowiek ma. Jeden film tak jak jedna piosenka potrafi
mnie wzbogacić, zalać gamą przeróżnych uczuć i siedzieć we mnie przez długi
czas. Ostatnio czas pozwala tylko na szybkie pożeranie seriali, że prawie
zapomniałam jak uwielbiam przeszukiwać trailery w poszukiwaniu
kinematograficznych perełek, które mogą przeszyć ciało i duszę. Zbliża się
sezon Oscarowy, a kto mnie zna wie, że go kocham i tradycją uczyniłam obejrzenie
każdego nominowanego filmu przed galą. Choć co roku, przyznaję, nagrody te
spadają coraz niżej i są przewidywalne, to lubię jednak stawiać na swoich i typować
trafnie. Zatem wybrałam listę 10 filmów, które wytwórnie wysłały do członków
Akademii jako potencjalnych nominowanych w nadchodzącym roku i możecie być pewni,
że obejrzę je z zainteresowaniem i zapartym tchem.
Akademia zawsze stawia na film
oparty na portrecie wielkiej postaci historycznej tak jak była to Meryl Streep
jako Margaret Thatcher, Colin Firth jako król Jerzy VI czy Hellen Mirren jako królowa
Elżbieta. I ja wcale tutaj nie wybrzydzam, bo są to zazwyczaj postacie wybitne
i takie samo jest aktorstwo. W tym roku będzie to „Hyde Park on Hudson”, czyli
historia romansu Franklina Delano Roosevelta (grany przez Bill’a Murray i czuję
nominację w powietrzu) i jego dalekiej kuzynki Margaret Suckley (Laura Linney,
która kocham!)kiedy to w 1939 roku miała
miejsce pierwsza w historii wizyta brytyjskiego monarchy w Stanach
Zjednoczonych. Premiera w Polsce 1 lutego 2013.
„On The Road”, polskie „W drodze”
miało premierę już 14 września z wielkim wyczekiwaniem. Film na podstawie
autobiograficznej książki Jacka Kerouaca o tym samym tytule bazuje na spontanicznych podróżach Kerouaca
oraz jego przyjaciół przez całe Stany. Uważana jest za manifest ruchu Beat
Generation, który pojawił się w latach 50. XX wieku. Kolejny typ filmu zawsze
typowany przez Akademię to taki poruszający historię jakiegoś artysty, czy to
starego muzyka country, czy alkoholika, czy jak tutaj pisarza. Występujący tu
aktor Sam Riley dał już popisowy numer grając wokalistę Joy Division w 2007 w
filmie „Control” (gorąco polecam), więc i tutaj plejada zapowiada się
wyśmienita. Gra również Kristen Stewart, której nie dam sobie popsuć rolą w „Zmierzchu”,
bo na szczęście znałam ją na długo przed z o wiele ambitniejszych ról i
takaw mojej głowie pozostanie.
Do obejrzenia i przeczytania
zachęca cytat „Przez całe życie snuję się za fascynującymi mnie ludźmi, bo dla
mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy,
szałem pożądania, pragnący wszystkiego naraz, ci co nigdy nie ziewają, nie
plotą głupstw, ale płoną, płoną, płoną jak sztuczne ognie eksplodujące na tle
gwiazd.”
Książka powstała ponoć w
niespełna 3 miesiące, taką wenę miał Jack po podróżowaniu z nimi, ale opublikować
jej bał się każdy przez kolejne 5 lat.
„A late quartet” (ciekawa jestem
tłumaczenia na polski tego filmuJ)
to będzie popis kunsztu muzycznego jak i aktorskiego. Patrząc na Philipa
Seymoura Hoffmana, Christophera Walkena (czuję kolejną nominację), Catherine
Keener oraz Imogen Poots liczę na popisowe występy całej czwórki. Lubię filmy,
na których ma się wrażenie, że siedzi się na najlepszej sztuce teatralnej ze
względu na wyśmienitą grę aktorów. To będzie film trudny, ciężki, zadający
brutalne pytania, a ja takie ubóstwiam. Opowiada o członkach kwartetu
smyczkowego znanego na całym świecie, którzy muszą wspólnie zmierzyć się ze
śmiercią, walczącymi ze sobą ego oraz niepohamowaną żądzą.
“The Eye of the storm” to film
podobny do powyższego ze względu na silne osobowości tam występujące jak i legendy
kina. Główna bohaterka Elizabeth Hunter kontroluje w swoim życiu wszystko –
społeczeństwo, swój personel oraz dzieci. Jednak teraz jej niegdysiejsze piękno zadecyduje o tym kiedy zechce umrzeć. Geoffrey Rush, Charlotte Rampling oraz Judy
Davis w rolach głównych zapewniają genialną rozrywkę jak i napięcie. Film miał
premierę w USA 7 września 2012r.
Operacja Argo to kolejny film w
reżyserii Ben’a Afflecka opowiadający o prawdziwych wydarzeniach podczas tajnej
operacji ratowania sześciu amerykańskich zakładników porwanych w Teheranie w
1979 roku. Premiera w Polsce miała miejsce 30 listopada 2012. Akademia zawsze
również wybiera przynajmniej jeden film akcji poruszający ciężkie tematy
polityczne bądź wojenne. Odkąd obejrzałam „Gdzie jesteś Amando?” Ben’a Affleck’a
i filmem się zachwyciłam zawsze oglądam każdy jego twór.
„The perks of being a wallflower”
to historia 15-letniego Charliego (Logan Lerman), naiwnego outsidera, przeżywającego
pierwszą miłość (Emma Watson), samobójstwo swego najlepszego przyjaciela oraz
własną chorobę psychiczną. Usilnie stara się znaleźć grupę społeczną, do której
by pasował. Pod swoje "skrzydła" biorą go dwaj starsi koledzy, którzy
wprowadzą go do "normalnego" świata. Po „Juno” Akademia zaczęła coraz
częściej brać pod swoje skrzydła również filmy prezentujące problemy młodych.
Myślę, że ze względu na temat i aktorów ktoś dobrze wybrał wysyłając ten film
jako kandydata do nominacji.
Szczególnie jednak liczę tutaj na
kreację Ezry Miller’a po jego głośnej i rewelacyjnej roli w „Musimy porozmawiać
o Kevinie”, ponieważ ten film i jego rola prześladują mnie do dziś. Dosłownie
prześladują, bo zagrać tak mrocznie to mało kto potrafi. Wracając jednak do
filmu, gra on tutaj postać totalnie przeciwną, wariata biorącego życie pełnymi
garściami, a ja lubię oglądać paradoksy.
„Smashed” to reprezentant kina
niezależnego wysłany do Akademii już po nagrodzie specjalnej Jury na festiwalu
w Sundance (który również uwielbiam) I Toronto. Opowiada historię małżeństwa,
którego więź opiera się na wspólnej i chorej
miłości do alkoholu. Ich małżeństwo będzie musiało przejść poważny test w
momencie, gdy żona zdecyduje się w końcu wytrzeźwieć. Dlaczego ten film obejrzę? Bo sądzę, że
będzie to ciekawe, choć zapewne psychicznie meczące, studium toksycznego związku i jego
otoczenia z silnym morałem, i na ten będę czekać.
The Impossible, polskie “Niemożliwe”,
które będzie miało premierę w Polsce 25 stycznia 2013 to niezwykle poruszająca
i nakręcona z ogromnym rozmachem historia rodziny, która przeżyła tsunami 2004
roku – jeden z największych kataklizmów naszych czasów. Film oparty na faktach,
inspirowany jest historią hiszpańskiej rodziny choć tutaj gra ją rodzina
pochodząca z Wielkiej Brytanii. Film tuż po premierze okazał się w Hiszpanii
wielkim hitem zdobywając pierwsze miejsce w rankingach pierwszych pokazów.
Ten film pokazuje Wam jako
ostatni nie bez powodu. Na samym jego trailerze zużyłam chusteczkę na łzy.
Kocham historie oparte na faktach. Niektórzy mogą powiedzieć, że zrobili z tego
typową opowiastkę hollywoodzką z inspirującym zakończenie, bo tak jest i było, więc po co zmieniac fakty? Jednak
człowiek czasami takich historii w swoich życiu potrzebuje. Potrzebuje wiedzieć,
że niemożliwe może stać się możliwe. Taki film, taka historia mogą nam w tym pomóc,
mogą nam przypomnieć. Dlatego na ten film na pewno pójdę do kina.
Na co Wy się wybierzecie? Ze mną
wirtualnie bądź sami?:)
Sztuka podrywania zeszła na psy.
Chciałabym odnosić się do podrywania jako sztuki, ponieważ każdy z nas chciałby
wierzyć, że szanuje i ceni siebie na tyle, że podchody osoby zainteresowanej
naszą aparycją czy osobowością nie zadziałają od razu i będą wymagały starań.
Niestety w ostatnią sobotnią imprezę moje oczy ujrzały obraz rozpaczy, gdzie to
podrywanie spadło z piedestału i stało się szczeniackim ocieraniem się o tyłek.
Może cywilizacja faktycznie chyli się ku upadkowi i wkrótce nastąpi jej
definitywny koniec w osławioną datę 21.12.12r?
Może ja już zdziczałam albo
imprezy mnie już nie bawią, bo rzadko się na nie wybieram, ale rozbawiło mnie
wielce sobotnie towarzystwo. Człowiek czerpie inspirację, bierze udział w
lekcjach życia, bacznie obserwuje i wyciąga wnioski w przeróżnych miejscach, na
tle wachlarza ludzkich osobowości umieszczonych przykładowo w takiej scenerii jak ta sobotnia impreza.
Czułam się jakbym stała za lustrem weneckim i obserwowała ten komiczny obraz z
innego wymiaru. Nie będę się rozwodzić na tematu ubioru ludzi choć ten akurat
mi się podobał, bo spokojnie można by przyrównać to miejsce z wybiegiem. Widać,
że ludzie dzielą się na takich, którzy skupili się na tym by wyróżniać się z
tłumu i założyli dziwaczne dodatki, swetry w jelonki czy rozlazłe, długie i
podarte T-shirty. Istniała kategoria „elegancja”, która do otoczenia nie
pasowała wcale i ich ubiór miał jasno krzyczeć „nie jestem homo”. Każdy
wychodząc na połów, nieważne czy wolny czy zajęty, pragnie wyglądać
najatrakcyjniej. Zakłada ubranie co dopiero kupione bądź takie, które podkreśla
jego kształty czy charakter. Niektórzy lubią podkreślać swoje krągłości a inni
cechy charakteru. Można zobaczyć kto jest powabny, a jednocześnie drapieżny,
nieśmiały, miękki, uległy czy dominujący, cwaniak czy pozer. Powinnam używać tu
końcówek męskich jak i żeńskich, bo kordon mody obu płci był zadziwiający. W
takim miejscu ludzki ubiór to Twoja wizytówka, o reszcie decyduje nasze zachowanie
i spodziewałby się człowiek, że powinno być na przyzwoitym poziomie bez względu
na wiek i ilość spożytego alkoholu tym bardziej, że było widać jaka duża ilość
osób przyszła tam w poszukiwaniu ewentualnej drugiej połowy, ale człowiek
zadziwiany jest całe życie.
Z mojej perspektywy i po
zastanowieniu to nie ja chyba jednak zdziczałam, ale my, nasza pewność siebie,
seksapil, zdolności uwodzenia. Obwinię tu w dużej mierze nie nasze charaktery i
nieśmiałość, ale po raz kolejny technologię. W środowisku homoseksualnym tym
bardziej wydaje się, że ludzie upośledzili się w dziedzinie podrywu. W tych
czasach wyręcza nas wszystkich technologia, zwłaszcza Internet i portale
randkowe czy społecznościowe. Tam możemy już przeprowadzić wstępną selekcję
poprzez sprawdzenie jaki kto ma gust muzyczny, filmowy, co kocha, czego
nienawidzi, co go pasjonuje, kogo podziwia. Spotkanie w cztery oczy jest o
wiele większym wyzwaniem. Wymaga wnikliwszej obserwacji, tremy, zawstydzenia,
możliwej gafy lub odrzucenia zalotów. Na żywo nie da się ułożyć przemyślanej,
dłuższej wypowiedzi, dzięki której zaimponujemy komuś swoją elokwencją. To nie
sms czy wiadomość prywatna na Facebooku, tylko prawdziwa ludzka wymiana zdań,
ale też języka ciała. I zadziwiające jest to jak wielu ludzi się w tym momencie
poddaje. Poprzestaje na obserwacjach z kąta sali tanecznej. Skończy się to, jak
dobrze pójdzie, dłuższą wymianą spojrzeń, zakończoną zadziornym uśmiechem, ale
i o to trudno.
Chciałabym móc powiedzieć, że poderwać mnie to sztuka, ale wcale
tak nie jest. Człowiek żaden tak naprawdę nie wymaga wiele. Większość z nas
oczekuje miłego słowa, komplementu, a nie rozbudowanej wypowiedzi. Od czegoś
trzeba zacząć. Obecnie wymagałabym odwagi. Odwagi spojrzeń, gestów, a przede
wszystkim podejścia i powiedzenia czegokolwiek. Nie tekstów typu „Bolało Cię
jak Ci z nieba spadłam?” czy „Twój ojciec był złodziejem? – Dlaczego? – Bo
skradł taką gwiazdę z nieba”. O zgrozo niektórzy naprawdę wykorzystują takie
teksty w praktyce. Wielu z nas zachowuje się jednak jak zdziczałe drapieżniki.
A zacząć od spojrzenia, odwzajemnionego uśmiechu, podejścia i zaproszenia na
drinka bądź do tańca przecież nie jest trudno, a byłby to kulturalny i miły
początek. Zamiast to czaimy się w ciemności, unikamy bezpośrednich spojrzeń choć
kątem oka ciągle widzimy, że ten KTOŚ nas obserwuje i rozmawia o tym z
koleżankami czy kolegami, które jej/mu towarzyszą. Taką dziewczynę ustawiłam
sobie za cel obserwacyjny. Ogólnie wspólnie z moją dziewczyną stwierdziłyśmy,
że jeśli my wyglądamy choć w połowie tak komicznie i żałośnie jak Ci pijani
tańczący ludzie, to wolimy chyba nie ryzykować takiego odbioru nas, że lepiej
postoimy i nie potańczymy nie ryzykując, że ktoś nas zadepcze czy rozleje na
nas piwo. Ja jednak nie mam nic do swoich ruchów tanecznych, dlatego czasami
musiałam wyjść na parkiet, bo gdy słyszę dobrą piosenkę, to nie lubię podpierać
ścian. I wtedy zobaczyłam, że tańczę koło grupki dziewczyn, które nie odstępują
mnie na krok. Po chwili zobaczyłam, że ta brunetka o ciemnej karnacji, pięknych
włosach, w obcisłych jeansach i koszuli ciągle mi się przygląda. Człowiek
patrząc na nią pomyślałby, że ubrała się tak by pokazać, że akurat ma odważną i
drapieżną osobowość i jest pewna swojego seksapilu. Nic bardziej mylnego jak
się okazało. Okazała się zwykłą nastolatką nie wiedzącą jak zagadać do
dziewczyny, która jej się podoba. Swoim zachowaniem pośród koleżanek próbowała pokazać,
że jest powszechnie lubiana, że lubi i umie się dobrze bawić i tańczyć i pewnie
miała rację, ale spaliła swój wygląd w popiół po tym w jaki sposób próbowała mnie
poderwać. Tańczyła obok mnie, a ja ze znajomymi przy niej, nagle czuję, że ktoś
na mnie perfidnie napiera swą tylnią częścią ciała, próbuje się ocierać, ale wręcz
mnie perfidnie pcha. Obracam się wkurzona, że to ktoś pijany przygotowana poprosić
by uważał na swoją i moją osobistą przestrzeń, po czym zdziwiona patrzę, że to
ta dziewczyna próbująca w ten sposób zwrócić moją uwagę. Rozumiem, gdyby
potraktowała to jako żart, to bym się zaśmiała wspólnie z nią, ale gdy tylko
spotkała się ze mną wzrokiem spaliła się, uśmiechnęła jak dzikus i odeszła z
powrotem do swoich. Rozbawiło mnie to niezmiernie, ponieważ wydaje się, że taka
już kobieta, bo nie nastolatka wiedziałaby, że wystarczy podejść i zapytać czy
zatańczę, a nie odgrywać taniec samca ocierając się o mnie tyłkiem licząc, że
tak zaliczy samicę. Tymczasem wymijała mnie ciągle, uśmiechała się, ale panicznie
bała się podejść. Nie dała mi nawet szansy na powiedzenie : „Schlebiasz mi, ale
przepraszam, tak długo zwlekałaś z podejściem, że ja już od prawie 4 lat dawno i szczęśliwie jestem zajęta”.Jestem ciekawa czy zrozumiałaby co miałam na
myśli między wierszami;)
Macie jakieś zabawne bądź też
traumatyczne historie o Waszych podrywach? Chętnie się pośmieję lub przestraszęJ
Czytelniczka wyraziła ostatnio
tęsknotę za ‘duchowymi” notkami. Zapytałam ją co znaczy duchowe, bo
zaintrygowało mnie to, ponieważ wydawało mi się, że każdą właściwą notką staram się
dotrzeć do czyjejś duszy. Choć fakt, jeśli człowiek spojrzy dokładniej to
bardziej ostatnio starałam się trafiać do czyjegoś rozumu. Życie bywa pokrętne
i zawsze chcąc nie chcąc wybieramy coś ponad coś. Zatem dziś spójrzcie dziś
razem ze mną znów w lustro i zastanówmy się nad sobą.
Dziś Światowy Dzień Pocałunku.
Trudno nie wiedzieć, bo informują nas o tym różne strony internetowe jak i
znajomi na Facebooku. Właściwie każdy dzień jest światowym dniem czegoś tam.
Niekoniecznie sensownego i pomocnego dla kogokolwiek, ale dzielimy się tym na
portalach społecznościowych jakby one były najlepszym źródłem informacji.
Wiecie co ja pomyślałam o Dniu Pocałunku? Otworzyłam wyobraźnię, ponieważ
zainspirowały mnie do tego słowa David’a Lynch’a (oczywiście napotkane na
Facebooku:) „Wydaje nam się, że rozumiemy zasady, gdy stajemy się dorosłymi, a
tak naprawdę to nasza wyobraźnia zaczyna się kurczyć”. Internet nie zawsze musi
być nagromadzeniem niepotrzebnych informacji, ja bardzo lubię napotykać
inspirujące cytaty, odnosić je do mojego życia, co dziwniejsze, czasami je w te
życie wcielam! Nigdy nie posiadałam ograniczonej wyobraźni, mam problem wręcz
przeciwny, ponieważ używam jej w nadmiarze ciągle w głowie pisząc własne
scenariusze i kręcąc przeróżne filmy, szczególnie przed snem. Od wczoraj te
wyobraźnię staram się otwierać na inne sposoby. „Znajdź w życiu to, co kochasz”,
„Bój się i rób to”, „Mów to, co ważne”, „Bądź artystą w tym co robisz”. Może by
warto ponaklejać jakieś sentencje dookoła siebie, bo my często uciszamy
wyobraźnię i duszę kosztem rozumu i racjonalności.
Ze znajomych względów lubię szukać
inspiracji również w sentencjach tyczących się nauczycieli. Spodobały mi się
ostatnio szczególnie dwa: „Najlepsi nauczyciele to ci, którzy pokazują Ci gdzie
patrzeć, ale nie mówią Ci co widzieć” oraz „Nauczanie to najpierw posiadanie
serc uczniów, a następnie ich umysłów”. Drugie wykonuje zawsze, na pierwsze nie
zawsze mam czas. Przy okazji hospitacji z dyrekcją w ramach rozpoczęcia
kolejnego etapu awansu zawodowego postanowiłam przypomnieć przede wszystkim
sobie, uczniom, szefostwu, że potrafię wskazać drogę do odkrycia wiedzy, a nie podać
ją banalnie na tacy. Moja wyobraźnia buzowała od zeszłego tygodnia pełna
pomysłów na przeprowadzenie idealnej lekcji. Bo ja lubię, chcę i jestem
artystką w tym, co robię. Zaśpiewanie piosenki, powtarzanie słownictwa,
wprowadzanie nowej zasady gramatycznej potrafię przekształcić w najpiękniejszą
nutę zagraną na fortepianie czy finezyjne machnięcie pędzlem na płótnie.. Radość
na twarzach uczniów i ciągle ukrywany uśmiech dyrekcji zakończony gratulacjami
po zajęciach potwierdził, że mi się to udało. Otworzyłam wyobraźnię i duszę, a
skutkiem była ogromna satysfakcja z samej siebie.
Wracając do Dnia Pocałunku.
Dlaczego od razu całować tylko ustami i tylko partnerów czy partnerki? Dlaczego
by nie pocałować kogoś słowem, pocieszającą rozmową, wysłuchaniem, przytuleniem
troski? Moja mama ostatnimi dniami, dziś szczególnie potrzebowała. Potrzebowała
czegoś, kogoś, czegokolwiek by odciągnąć ją od własnych myśli. Otworzyłam wyobraźnię by zobaczyć
jak się śmieje. Zajęłam, opowiedziałam zabawną historię, udało mi się. W końcu
popłynęły łzy śmiechu.
Wkraczając w dorosłość zamiast poszerzać,
często horyzonty zacieśniamy. Poznając szerszą gamę uczuć, rozumiejąc motywy
ludzkich działań, zamiast się otworzyć, zamykamy się jeszcze bardziej bojąc się
konsekwencji, rozczarowania czy cierpienia. Ilu z nas rezygnuje z marzeń? Z ilu
marzeń w życiu zrezygnowała moja mama? Obawiam się, że życie nawet nigdy nie
nauczyło Ją marzyc. Mnóstwo z nas rezygnuje z tej trudnej sztuki spełniania
marzeń. Ale kto powiedział, że będzie łatwo? Nigdy nie nastawiajmy się na łatwość.
Przecież cokolwiek przychodzi nam łatwo traci na wartości zdobycia. Nic nie
ogranicza naszego osobistego szczęścia jak nasz własny umysł. To nie za niska
płaca, kiepscy znajomi, niekochający mąż czy żona, praca, za którą nie przepadamy czy totalny
brak czasu na siebie. To tylko i wyłącznie kąt naszego spojrzenia. Kąty mogą być
ruchome, można je naginać. Zawsze jest sposób, zawsze jest czas, tylko musimy nauczyć
się delegować, ustawiać priorytety tak by na pierwszym miejscu było, to co
wywołuje nasz uśmiech po ciężkim dniu, a nie to co pogłębi nasz marazm. Dla
kogoś może to być smaczny posiłek, dla kogoś kieliszek dobrego wina z książką w
dłoni, a dla kogoś innego poprawnie wykonanie zadanie w pracy. Nie zapominajmy o
małych szczęściach, otaczajmy się inspiracją. Otwórzmy wrota wyobraźni. Kto
wie? Może całując dziś wyobraźnią inaczej niż zwykle dzień zakończymy śmiechem do
rozpuku?