wtorek, 21 maja 2013

Domowe sposoby na swoje demony.


Należy umieć oceniać i dostrzegać swój postęp. Bez dostrzegania pozytywów w swoim postępowaniu i rozwoju można utknąć w otchłani, studni użalania się nad sobą bez dna. Stajecie z boku siebie i obserwujecie swoje wygrane i przegrane bitwy? Czasami nie warto patrzeć na ofiary, ale jak się wyszło z tego całym. Zbyt często widzimy siebie jako ofiarę, jedyną ofiarę. Zbyt często skupiamy się na ranach zamiast sięgnąć po lekarstwa by je zabliźnić. Oczywiście opłakiwanie jest potrzebne, jest częścią podnoszenia się, przecież wylejemy tyle łez aż w końcu wypchną nas na brzeg własnych obaw, cierpień i poczujemy ciepły piasek pod stopami. Ból nie powinien, nie może być ostatecznością. Ból jest tym co zmusza nas do rozwoju. Więc nie zaprzeczajmy mu, przeżyjmy go, ale nie skupiajmy się na nim zbyt długo jako jedynej statecznej naszego życia.

Są chwile kiedy moim ulubionym słowem na opisanie siebie i swojego życia jest przymiotnik "pathetic". Kiedyś to były dni, miesiące, lata, gdy tak czułam. Teraz to wraca czasami, momentami, na chwilę. Traktuję to jako osobisty postęp. Nie dni, tygodnie, miesiące, ale chwile. Dziś ta chwila mnie dopadła, ale trzeba umieć poradzić sobie z samym sobą, gdy nie ma nikogo do pomocy. Te chwile przypominają mi, że kiedyś było o wiele gorzej, więc dziś nie mam na co narzekać. Dziś jestem świadoma swoich nastrojów, odczuć, uczuć i ich braku. Trzeba je uzupełniać na swoje sposoby. Jak uzupełnić „na domowe sposoby” endorfiny? Jedni zajadają smutki jedzeniem, drudzy je zapijają. Co robicie Wy? Ja staram się jak mogę nie „zapychać” negatywnych uczuć pozornym, chwilowym szczęściem. Pozwalam sobie je odczuć, ale staram się też je zniwelować na tyle, ile sama potrafię i mam w sobie siły. Dlatego czasem dla siebie gotuję, może wleję trochę do garnka łez w procesie tworzenia, ale po chwili wyparują przy parze samozadowolenia. Wybieram film na wieczór, który wyciśnie resztki łez z ręcznika zmartwień, ponieważ, jak mówiłam, nie uciekam od uczuć, wyciskam je do końca by przeżyć swoiste katharsis, spojrzeć w lustro i przekrwione oczy od łez i po chwili się do siebie uśmiechnąć, że przeżyłam kolejne podłamanie i wyszłam z niego cało.

Jednak dziś skupiam się na mojej ulubionej formie wyzbywania się negatywnych emocji. Muzyce, tańcu i śpiewie. Embarrassing fact about Junkie – mało kto, wie, że śpiewam, śpiewam głośno, pełna emocji, złości, miłości, tęsknoty, zmysłowości i pasji do kamery, nagrywam, a potem oglądam by wychwycić każdą wyśpiewaną emocję, zidentyfikować ją i sobie z nią poradzić. Bo emocja uchwycona na ekranie, zobaczona w krzywym zwierciadle własnego ja, staje się wtedy mniej przerażająca, nie włada mną już, zamknęłam ją w ekranie i zachowałam tam. Wierzę, że nieważne ile będę mieć lat, będę to robić zawsze, bo to moja ukochana forma wyrażania siebie i swoich emocji. Jeśli komukolwiek pozwolę to sobie odebrać, stracę siebie.

Macie swoje sposoby na odzyskiwanie siebie? Na wypędzenie demonów? Gdzie je zamykacie? W książce na kanapie, w filmie, piosence, potrawie czy na siłowni? Każdy z nas ma na pewno jakiś „dzban”, w którym może zamknąć najciemniejsze części siebie. Bez takiego dzbana, nigdy nie ujrzymy słońca. Za długo go nie widziałam, a gdy ujrzałam, staram się jak mogę nie pozwolić nikomu, przede wszystkim sobie, znów go przesłonić burzowymi chmurami. 

Na moje demony pomagają kojące głosy i słowa, jak te:


niedziela, 19 maja 2013

Lekcja równości.




„Lekcja równości” tak brzmi tytuł podręcznika wydanego przez Kampanię Przeciw Homofobii pod patronatem Związku Nauczycielstwa Polskiego. Podręcznik ten ma na celu pomóc nauczycielom wspierać uczniów homoseksualnych i walczyć z przejawami dyskryminacji w szkołach. Jako nauczyciele powinniśmy stać na straży równości w każdej sferze. Ale wydaje się że, genetycznie jesteśmy do tego niezdolni. Potrzeba dużo samozaparcia i ogromnej konsekwencji. Nie traktujemy uczniów równo. Nie oszukujmy się. Niegrzeczny uczeń nie dostanie tyle sympatii, szacunku i uwagi, jak ten grzeczny, przykładny i sumienny. Mamy bronic uczniów przed dyskryminacją, my dorośli siebie też powinniśmy. Dyskryminujemy ze względu na ubiór, makijaż, odwagę poglądów i ich otwartego wyrażania. Odwagę uważamy za cynizm, wywyższanie się i brak pokory. Zamiast chwalić indywidualność nauczyciele często, świadomie bądź nie, zabijają ją w zarodku. Brawa dla silnego ucznia, który się nie ugnie.


Pracując w miejscowości do 5000 mieszkańców trudno wyplenić wszelaką dyskryminację. Ludzie żyją plotkami i ubliżaniem sobie nawzajem, jakby to było ich niedzielne popołudniowe hobby, a dzieci co innego robią jak się również tego uczą, przesiąkają tym jak zarazą. W szkole mamy jedną zdeklarowaną lesbijkę. Jednak nikt jej orientacji nie traktuje poważnie i może dlatego nie ma u nas objaw przemocy wobec jej osoby. Ale czy śmiech nauczycieli, i co za tym idzie uczniów na to patrzących, że dziewczyna nie wie o czym mówi i robi z siebie pośmiewisko i szuka lansu swoją orientacją jest dopuszczalne? Czy mam biernie stać, gdy siedmiolatek wyzywa sześciolatka od Żyda, a chłopca z ciemną karnacją nazywa się murzynkiem bambo i przez chłopców, którzy się przytulili korytarz rozbrzmiewa głośnym „pedały, pedały, bleeeee!” ?


Wyżej wymieniony podręcznik wzywa do akcentowania postaci homoseksualnych w historii i literaturze jak np. Maria Konopnicka. Nasza patronka, a ja nie wyobrażam sobie porozmawiać z dziećmi w Dzień Patrona, że Pani Maria kochała kobiety i nie ma w tym nic perwersyjnego, chorego i złego. Dlaczego tak jest? Dlaczego panicznie boję się być strażnikiem równości? Uderzyło mnie to na piątkowej lekcji z 9latkami. Martynka, wydawało mi się grzeczna, empatyczna dziewczynka, przerywa mi lekcje głośnym krzykiem „gej, gej, gej bleeee!” wywołując poruszenie i falę tych samych reakcji wśród dzieci. Wstałam, przyjęłam postawę defensywną i pytam „Martynka, kto i dlaczego jest gejem?” – „Przemek, bo przesłał buziaka Piotrkowi!”. Dzieci w śmiech pogardy i obrzydzenia. Pytam poważnie zatem: a co w tym złego? Myślicie, że bycie gejem i lesbijką jest zaraźliwe jak was się dotknie? Odpowiedziała głucha cisza. Martynka spuściła głowę. Dodałam „nie wiem czego uczy was się w domu, telewizji, jakich opinii słuchacie, ale bycie gejem nie jest chorobą, tak jak człowiek rodzi się z białą lub czarną skórą, nikt tu niczym nie zawinił i nie powinno się za to nikogo obrażać”. Dzieci spojrzały na mnie, Pani, która zazwyczaj tylko się śmieje z nimi, dała im lekcję tolerancji w poważnym tonie. Przestały się śmiać i powiedziały „ma Pani rację, ja też nie uważam, że to choroba proszę Pani! Mnie tak w domu nie uczą!” Dodał następny. Poczułam potęgę autorytetu. Bo dzieci patrzą na nas, na dorosłych i szukają wzorców i źródła nauki. Najważniejsze lekcje to nie to uczące ułamków, gramatyki czy ortografii, ale te uczące empatii, uczuć i życia dorosłego.


Wiecie co jest przerażające? Że mnie ogarnęło przerażenie – co jeśli, któreś z tych dzieci wróci do domu i opowie lekcję angielskiego, a w poniedziałek zawita oburzony rodzic, który nie życzy sobie by jego dziecko takich rzeczy w szkole uczono. Co ludzie o mnie pomyślą?


Bo Polak ma zakorzenione poczucie winy, ja mam na pewno. Ale co się dziwić skoro wychowałam się w domu, gdzie Żydem nazywano członka rodziny, który dawał skąpe prezenty, ojciec zawsze mówił, że zabije jak któreś z nas przyprowadzi „asfalta” do domu jako partnera/kę, i jak dziś pamiętam, mama mówiła, że pedałów „powinno leczyć się elektrowstrząsami i zamykać w pokojach bez klamek”…


Mnie też nie nauczono tolerancji, sama musiałam się jej nauczyć, może to zrobił, któryś nauczyciel, a ja nawet tego nie pamiętam? W każdym bądź razie, poczułam, że ja muszę pamiętać i nawet jeśli ktoś, jakiś rodzic, współpracownik sprzeciwi się mojemu poglądowi, to muszę za nim stać murem, nie zawahać się, bo wtedy stracę szacunek do siebie. A tego dzieci uczyć też nie mogę.

poniedziałek, 13 maja 2013

Na przekór zwątpieniu.

Zwątpienie to silna rzecz. Rodzimy się z tym, rozwijamy, dorastamy, dojrzewamy i umieramy. Przychodząc na świat płaczemy, bo wątpimy czy aby na pewno jest tu bezpiecznie. Strach i zwątpienie słabną, gdy położy się nas w ramionach matki. Uczymy się też już wtedy, że ciepło i troska drugiej osoby ratują nas od zagłady własnych wątpliwości już w pierwszych dniach życia. Wszystko testujemy na zasadzie zwątpienia. Nie wiemy, gdzie wylądujemy stawiając pierwsze kroki, nie dowiemy się czy smakują nam lody, póki ich nie spróbujemy, nie wiemy czy skok z wysokości boli, póki nie zeskoczymy z najwyższego stopnia schodów.

Zwątpienie jest bezustannie karmione przez ludzi dookoła nas, środowisko i nowe sytuacje, w których lądujemy. Będąc dzieckiem wątpimy czy ocena przyniesiona ze szkoły wystarczająco zadowoli rodziców, wątpimy czy nauczyciele widzą w nas jakikolwiek potencjał czy jesteśmy tylko zwykłymi szaraczkami ginącymi w tłumie przeciętności, wątpimy czy ktokolwiek w szkole lubi nas szczerze za to, jacy jesteśmy czy za to na kogo się kreujemy by być akceptowanymi. Wątpimy czy rodzice nas kochają, czy rodzeństwo szczerze wspiera i na kim wyląduje dziś pas bądź pięść ojca, w końcu na mnie, siostrze czy bracie…

Idąc dalej ku dorosłości dalej wątpimy w szczere intencje przyjaźni, w nasze zdolności i wybór drogi życiowej. Wątpimy czy wybieramy studia i zawód zgodnie z własnym sercem, rozumem rodziców czy bezwzględnością rynku pracy i zarobków bojąc się o swoje osobiste szczęście i spełnienie.

Obserwując historie pisane przez życie innych, śledząc media, wydarzenia polityczne i ze świata, wątpimy czy cokolwiek w dzisiejszych czasach jest prawdziwe, a nie kreowane przez sztuczną rzeczywistość i egzystencję podporządkowaną innym. Cały życie zdrowy rozsądek (a może chory?) uczy nas kwestionować swoje wybory i uczucia. Rzeczą ludzką jest błądzić. Sztuką wysublimowaną jest PEWNOŚĆ.

No bo jak wierzyć, gdy żyjemy w świecie patologicznej wręcz BEZWIARY? Jak uwierzyć, że dobrze wykonujemy swój zawód, gdy nie docenia się jego najważniejszej części, jak zaufać drugiemu człowiekowi, gdy przed chwilą ktoś inny nasze zaufanie zawiódł, jak pokochać bezgranicznie, gdy boimy się i wątpimy w rzeczy wielkie, jak nie wątpić we własną atrakcyjność, poczucie wartości i siłę, gdy zawsze pojawi się ktoś, kto zakwestionuje to wszystko? Jak wierzyć, że ktoś szczerze kocha i będzie kochał nas za to, jacy jesteśmy ze wszystkimi naszymi wadami i zaletami, kiedy ktoś nam ciągle przypomina, że nawet nie ocieramy się o perfekcję, a co dopiero normalność? Jak wierzyć w sukcesy i szczęście, jak ciągle podkreśla się porażki i nieszczęścia?

„Dziś rano doszło do strzelaniny w… Wybuchła bomba…wybuchł pożar…dziś biometr niekorzystny…” A czemu nie: „Otwarto dziś ogień w centrum handlowym, bądźmy myślami z ofiarami i ich bliskimi i zastanówmy się, co możemy zrobić by temu zapobiec, nie będziemy karmić nienawiści nienawiścią. Dziś nie wybuchła żadna bomba w Iraku i oby żadna nie musiała już wybuchać. Ugaśmy pożar nienawiści, wyjrzyjmy poza chmury własnych obaw i złych humorów i odszukajmy promienie słońca w sobie, drodzy widzowie.”

Jak zatem wierzyć w szczęśliwe zakończenie, gdy droga do niego jest długa i kręta, a dusza już zmęczona trudami podróży? Co jest kluczem do sukcesu? Obojętność, egoizm, narcyzm, optymizm? Znów powiem – samoświadomość. Świadomość, że to wszystko się wydarzyło, się dzieję i dziać się będzie, ale nie umrzemy z tego powodu. Świadomość, że każdy z nas z natury jest istotą powątpiewającą i marudzącą, ale nie ma w tym nic złego, bo czyni nas to, przede wszystkimi, istotami rozumnymi i myślącymi. Gdy trudno usłyszeć PEWNOŚĆ i WIARĘ, to docieram do głębi i słucham swoich instynktów, bo to, co pierwotne, nie znaczy, że jest przestarzałe i mylne. Jeśli brak nam siły w sobie i potęgi samoświadomości, to nie zapominajmy o innych. Nie bójmy się wyciągać ręki po pomoc. Bo czasami nie ma nic bardziej pewnego, pchającego do przodu i dającego wiarę, jak ciepło i troska drugiej osoby, jak ta odczuwana zaraz po narodzinach. Dorastając uczymy się przecież, że przytulać można nie tylko fizycznie, ale i słowami, ciepłem w głosie i spontanicznym śmiechem.

Choć dookoła zrobiło się ostatnio cicho, to ja dziś nie wątpię i nie zwątpię ŻE:

- czeka mnie w życiu ktoś, kto czekał na mnie równie długo jak ja na Nią,

- zobaczę te miejsca, których jeszcze nie widziałam,

- zrobię w życiu coś, co będzie mieć wielkie znaczenie dla mnie lub innych,

- uczynię kogoś szczęśliwym na przekór zwątpieniu,

- jestem inteligentna,

- jestem atrakcyjna,

- potrafię wzbudzić wiarę w ludziach,

- potrafię rozśmieszyć do łez,

- potrafię przebić się przez wszystkie czarne chmury ludzkich obaw,

- potrafię płakać, wzruszać się, śmiać się, wkurzać, złościć, kłócić, wątpić i odzyskiwać wiarę, nienawidzić i kochać jeszcze bardziej.

I dalej wierzę, że po drugiej stronie czekania, czeka mnie coś wyjątkowego.

Because „when I know something, I know it”:)

środa, 8 maja 2013

Okiełznac siebie.


Kiedy wydaję mi się, że odkryłam już wszystkie drzwi mojej pracy, wszystkie jej radości i smutki, wzloty i upadki, kiedy każdy kąt wydaje się powszechnie znany i żadnym uczuciem już nie zaskoczy, nadchodzi olśnienie. Nie wiem czym spowodowane, może zwykłym słońcem na niebie, a może miłym głosem w głowie. Ale ostatnie dni są inne. Pełniejsze, niespodziewanie dłuższe, bezpieczniejsze, przyjaźniejsze, niosące wiarę i pogodę ducha, nawet jeśli na dworze spadnie te kilka kropel deszczu, a ja przemoknę do suchej nitki.

Nie wiem czy to ja się zmieniłam, moje podejście, bo nie wierzę, że jest to tylko ubiór. Nie zakładam tylko nowych ubrań, zakładam promienność bijącą z każdego mojego uśmiechu. Powalające i silne uczucie być zmianą, którą chce się widzieć w ludziach. Widzę w nich swoje odbicie i dziś mnie to trzasnęło z pół obrotu w twarz. Zobaczyć z rana niczym nie zmąconą, nie zabrudzoną troskami dnia poprzedniego ani obawami przed jutrem, nie udawaną radość i błysk w oku dziecka na Twój widok jest jak dotyk czystej sztabki złotego szczęścia dzięki którym człowiek czuje się wart więcej niż jego znikające zera z konta:)I usłyszeć nieśmiałe - Plosę Pani, ładnie dziś pani wygląda, kiedy przed chwilą dorosły wylał z jadowitych ust kąśliwą uwagę jest najlepszą konstruktywną krytyką, jaką mogę dostać. Nigdy nie słucham na serio uwag dyrektora po hospitacji, który zawsze znajdzie najmniejszą wadę w lekcji każdego. Mogą nas uczyc trzymac dystans, nie kazac przytulac i okazywac emocji, ale dla mnie wiedza wiążę się z emocjami i nigdy ich nie odseparowuję. Moją najlepszą oceną pracy jest charyzma, którą zarażam te dzieciaki, że gdy idę korytarzem i kluczem w dłoni do klasy, to czuję, że niosę klucz do ich małych serduszek i widzę jak czekają jak na szpilkach, co dziś śmiesznego powiem, zrobię, wymyślę. Czasami czuję, że mam najlepszą pracę na świecie – taka, w której może wśród współpracowników i w pokoju nauczycielskim muszę trzymać gardę, którą na szczęście potem mogę opuścić, gdy wchodzę do klasy i mogę być wariatem, który mi w duszy gra. 

Jesteście ze mną? Na tym korytarzu? Korytarzu zmian, uśmiechów, bezpieczeństwa I pewności, że idzie się w dobrą stronę i warto czekać, by wiedzieć co jest na jej końcu? To potężne uczucie, że nikt Was nie zatrzyma, nawet Wasze własne, czasem pesymistyczne, krzyczące i zdołowane JA?

Kończąc słowami z ukochanego serialu Chirurdzy:)

„At the end of the day faith is a funny thing. It turns up when you don't really expect it. It's like one day you realize that the fairy tale may be slightly different than you dreamed. The castle, well, it may not be a castle. And it's not so important happy ever after, just that its happy right now. See once in a while, once in a blue moon, people will surprise you , and once in a while people may even take your breath away.”

środa, 1 maja 2013

Spakowac bagaż uzależnień.


Coraz częściej zadaję sobie ostatnio pytanie - co ja tu jeszcze robię?
Czuję się i jestem trzecią osobą liczby pojedyńczej.
Tak na uboczu, taka nieobecna.
 "chłopcy mają co jeśc, mają co pic, ubrania wyprane, nie powinni marudzic"
Zaimka osobowego płci żeńskiej brak.
Hej Mamo! Ciągle tu jestem i mówisz do mnie, ale obok mnie.
Zapomnieli o córce.
A może sama wyprowadzam się stopniowo w zapomnienie?
Czas najwyższy.
Wyprowadzic od chorych uzależnień, zależności, odpowiedzialności za szczęście wszystkich prócz własnego.
Przeraża fakt czy starczy mi kartonów by te bagaże pomieścic?
Zawsze można znaleźc miejsce bez strychu i piwnicy by nie miec, gdzie upychac przeszłości.
Ruszyc do przodu!
Podjąc ryzyko.

Ja też się zastanawiam dosyc często, dlaczego ptaki posiadając zdolnośc latania, pozostają i wracają do tych samych miejsc.
A potem uderza mnie to w twarz, bo my ludzie, nie robimy nic innego.
Wygodnie stac w miejscu, ale jak podniecające wyruszyc w nieznane.


Wracam zatem, póki co, do sprzątania swojej części domu.
W sprzątaniu (uwaga!)odnajduję zapomnienie, radośc i wyciszenie.


Send me picture postcards from LA.
Somebody.


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Ludzie - lustra :)


Czy Wasze lustro jest Waszym przyjacielem? Maluje na Waszych ustach szeroki uśmiech czy raczej obraz zniechęcenia? Czy może częściej jest tą znienawidzoną z pracy koleżanką, która podwyższa sobie samoocenę notorycznie krytykując Twój wygląd? Wzburza wasze wewnętrzne oceany spokojów na tyle silnie, że macie ochotę ją momentami rozbić pięścią? Ja się przyznam, że dni miewam przeróżne. Bez problemu można to zauważyć w moim samo-destrukcyjnym zachowaniu wobec samej siebie, gdy jestem głucha na każdy komplement i pocieszenie.

Od paru dni ludzie zachwycają się kolejną reklamą Dove mówiącą o naturalnym pięknie.



Koncept reklamy jest prosty i tak samo przekaz, który tym bardziej czyni go dobitnym. Ma pokazać jak błędne jest żyć z myślą, że nie jesteśmy wystarczająco piękne – my – członkinie płci nazywanej przecież piękną. Jeśli znajdzie się kobieta, która patrzy w lustro po to, by zaobserwować w sobie coś ładnego, to chętnie ją poznam i pogratuluję zazdroszcząc w głębi, ponieważ nie oszukujmy się – zaglądamy w lustra szukając braków, niedociągnięć, odbarwień, zmarszczek, sińców pod oczami. Ja póki się nie umaluję i nie zakryje tych sińców podkładem, to nie założę na siebie takiej dawki pewności siebie jaką mam tuż przed wyjściem do pracy lub na spotkanie towarzyskie. Powyższa reklama pokazuje, że źródłem naszych kompleksów nie jesteśmy do końca my sami, ale kształtuje je społeczeństwo i rodzina. Bombardowanie nas idealnymi obrazami piękna i ubraniami o rozmiarach nigdy idealnie dopasowanych. I my zamiast tę różnorodność chwytać w garść i się nią nasycać, to jest ona gaszona w zarodku przez ludzkie złośliwości. Komplementuj, nie obrażaj! Pamiętacie? Dalej to praktykuję i bywa, że owocuję to niesłychanymi skutkami.
 Jednak sprawić komplement samemu sobie jest najtrudniej. Gdyby poproszono mnie o podane swojego opisu wyglądu, powiedziałabym, że mój nos wygląda jak kartofelek, broda momentami zbyt wysunięta, oczy mam wrażenie momentami od zmęczenia zbyt wklęsłe, ciągła kłótnia mojego apetytu z brzuchem, które nieustannie się sprzeczają obrażając się na siebie, obwiniając się bezustannie, a żyć bez siebie nie potrafiące. Gdy przyjdzie większy apetyt, do kłótni dołączają „boczki” i chęć rozbicia lustra zniechęcenia wzrasta podwójnie i przy kłótni może dochodzić do rękoczynów. Nie daj Bóg, gdy wydaje mi się, że brzuch mam większy niż piersi! To dopiero unikam spoglądania w dół przez czas drobnego głodowania by wrócić do pożądanej sylwetki. Dopóki nie zaczęłam chodzić na solarium, w domu ojciec wołał na mnie „człowiek mąka”, a siostra „zombie deska”. Potem się dziwić, że gdy zaczyna się chodzić do terapeuty to zawsze wraca się do dzieciństwa i relacji z najbliższą rodziną, wypatrzymy tam wszelkich patologii życia dorosłego. Myślimy, że gdy przestajemy być dziećmi, to złośliwe uwagi ustaną, że skoro my się zmieniamy, kształty nabierają kobiecości, tak samo i garderoba, to i Twoja siostra zamilknie - nic bardziej mylnego. Z własnego poczucia niepewności nigdy się nie wyrasta. Staram się pamiętać, że gdy ktokolwiek mi dokucza, to sam gdzieś ma w sobie tą samą bezbronną, zakompleksioną część swojego pozornie pewnego siebie lustra sztucznych wrażeń. Za chwilę pójdę zmyć makijaż i spojrzę na siebie przez chwilę i uzależnię znów punkt widzenia od mniej zdystansowanego do siebie punktu siedzenia. Przecież sińce pod oczami są dowodem zmęczenia po pracy, którą dziś wykonałam, a która sprawia, że mam pieniądze na np. tak niezapomniane emocje jak podczas minionego koncertu w Warszawie. Pieprzyk na środku dekoltu może być przecież dla kogoś niesamowicie zmysłowym punktem odniesienia, a nie szpecącą kropką.

Na szczęście oprócz tych ludzi, którzy na siłę stawiają nas przed lustrem własnych problemów i kompleksów sprawiając, że zaniżamy własną wartość, istnieją też ludzie, którzy rysują na lustrach naszych niepewności pełen, niewymuszony, szczery, a przede wszystkim ufny, uśmiech. Sprawiają, chociażby na minut kilka, że czujemy się piękni. Są ludzie – lustra. To ludzie, w których oczach odbija się obraz lepszych nas. Poziom atrakcyjności, seksapilu, pewności siebie nie zahaczającej o narcyzm, ciepła i momentalnej tęsknoty na myśl, że te oczy nie mogą tak patrzeć na nas bez przerwy, wzrasta gwałtownie, by może nawet chwilowo skroplić się łzą wzruszenia wymieszaną ze łzą wdzięczności, że ktoś przypomniał nam o zapomnianym uczuciu piękna.

Ja nigdy nie przestanę być wrażliwa na piękno, obrazy szczególnego piękna odkładam na półkę „niezapomnienia”. Wiecznie szukam wzruszeń by pamiętać o pięknie nie tylko ciała i duszy. Oprócz powyższej reklamy, zachwyca również występ też tego teatru cieni. Przypomina, że ciało nieważne w jakim wieku czy jakiej płci potrafi zapierać dech w piersiach kreśląc na naszym lustrze jedynie uśmiechnięte twarze:)


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Apel do homoterrorystów - Szanowne Homolobby;)


Pierwsze strony gazet, największe czcionki na portalach informacyjnych i wygodne fotele redaktorów programów publicystycznych w telewizji od czasu odrzucenia projektów ustaw o związkach partnerskich bezustannie do tego tematu wracają i zapraszają pozornie obeznane w temacie osoby, które chcąc uzyskać  bądź podtrzymać swoje 5 minut „sławy” wypowiadając co ciekawsze tezy na temat środowisk, których częścią nie są. Ja dziękuję temu głosowaniu, bo dzięki niemu wiem, że pierwszy raz w życiu nie pójdę na wybory. Polityczny cyrk panujący w naszym kraj trudno ująć w jakiejkolwiek książce, filmie (para?)dokumentalnym, a co dopiero w pozornej notce. Jednak absurdalność i zwykła śmieszność niektórych stwierdzeń woła o pomstę do nieba.

Homoseksualiści są bezustannie „na językach” politycznego światka. Ja nie życzę sobie bycia na języku osób pokroju p. Pawłowicz czy księdza Oko czy już nawet pani Szczepkowskiej.  Nabawiam się niestrawności czując kwasy żołądkowe ich przeraźliwie jadowitych i podsycających innych ludzi do nienawiści, słów. Gdzie to rzekome homolobby istniejące w teatrze pani Joanno? Chciałabym poznać adres ich siedziby, bo mam zamiar napisać list z zażaleniem, że jeszcze nie odkryto mojego wymarzonego od dziecka talentu aktorskiego i nie zapraszano na casting! Pani Pawłowicz podkreśla, że od nażarcia się hormonami człowiek płci nie zmienia, ja zamawiam tabletki szczęścia, braku uprzedzeń i otwartości dla całego Sejmu raz! Ksiądz Dariusz „Oczko”, autor książki „Bóg kocha homoseksualistów” (kocham grę słów w tym tytule:)), ogłasza wszem i wobec, że na tysiąc pedofilii przypada 400stu gejów i tylko jeden ksiądz, a powiedziały mu to statystyki znane chyba tylko jemu i temu Bogu, co tak homoseksualistów kocha. Inne dane poinformowały go, że rocznie gej ma 12stu partnerów, bo są seks narkomanami, no chyba, że są w związku, to mają tylko ośmiu. Szczerze wierzę, że w jego głowie i sercu wielkości ziarnka piasku jest on przekonany, że jego Bóg faktycznie kocha homoseksualistów i wybaczył im ich już zbereźności, gdy tylko okażą skruchę. 

Trudno nie zgodzić się tutaj z panią Małgorzatą Braunek, która słusznie zauważa, że katolicki naród polski zadekretował, że nie ma innej orientacji ani religii, są tylko heteroseksauliści i katolicy. Trudno się nie zastanowić, a potem nie zgodzić ze stwierdzeniem, że Kościół Katolicki „rażąco konserwatywnie hamuje rozwój społeczny”. Póki istnieliśmy sobie cichutko schowani w swoje ciasne szafy kłamstw, było wiadomo, że istniejemy, ale tej szafy się nie otwierało, to było dobrze, póki nie drażniliśmy. Polacy mają zakorzeniony lęk przed odmiennością. Mamy się nie pakować do parlamentu, nie pchać się do pierwszych ławek, nie wychylać się, nasze miejsce jest „za murem”. Braunek słusznie zauważa, że „Z tego głębokiego lęku przed jakąkolwiek innością rasową, kulturową religijną, seksualną, po prostu odmiennością, rodzą się paranoiczne ideologie obronne i teorie spiskowe.”

De Mello powiedział kiedyś „Ludzie przeważnie przyswajają wystarczająco dużo religii, by nienawidzić, ale zbyt mało, aby kochać”. Jak nauczyć ludzi kochać ludzi? Jak im to „przyswoić”? Nie znam innego sposobu jak słowa, a za nimi czyny. Nie wychodzę na balkon i nie krzyczę na głos z kim sypiam, nie noszę na sobie kolorów tęczy i takową też nie „rzygam”. Nie szukam miejsca w parlamencie ani na deskach teatru tylko dlatego, że jestem orientacji homoseksualnej. Jednak to zahamowane społeczeństwo sprawia, że za każdym razem ktoś się do mnie zbliża i zakrawa na bycie przyjacielem, budzi się we mnie lęk przed tym, że może ten ktoś oceni mnie jak pani Pawłowicz czy ksiądz Oczko. Przez takich ludzi przykuwam wielką i może nadmierną uwagę do tego, jak komuś „obwieszczam”, że preferuję kobiety. Były to zawsze rozmowy specjalnie przygotowanie, zaproszenie na kawę, piwo, odciągniecie na bok i szczera rozmowy w cztery oczy, jakbym co najmniej miała ogłosić, że kandyduję na prezydenta. Czy powinno to takie być? Czy obwieszczeniu miłości do kogoś powinno towarzyszyć tyle stresu, przyspieszonego bicia serca, strachu przed odrzuceniem, wyśmianiem, samotnością wśród tłumu? Nie jest to bomba, którą zrzuca się od razu znajomemu na głowę, ale czemu też w środku dorobiono nam mnóstwo kluczy do naszych zamkniętych na cztery spusty szaf, które skrupulatnie i ostrożnie, po czasie, dopiero rozdajemy bliskim? Na moje szczęście, gdy tylko sobie przypomnę, każda ta rozmowa była na swój sposób urocza i ważna dla obu stron. Pamiętam każdą ze szczegółami do dziś. Reakcje przeróżne: „no żartujesz sobie?!”, „nie możesz przecież wiedzieć już w tym wieku”, „domyślałam się przecież”, „nic to kochana między nami nie zmienia”. Oduczam się zakorzenionego przez nienaoliwione poglądowo społeczeństwo strachu przed ujawnieniem. Przestaję też planować wielce rozmowy, w których swą orientację ujawniam. Od 4 lat (sick!) przymierzałam się by mojej najlepszej koleżance w pracy (przyjaciółce?) powiedzieć o sobie. Ona mówi mi o wszystkim, ja najważniejszą część życia zawsze skrywałam, a ona nigdy nie pytała. Znacie to niepisaną, wiszącą w powietrzu chmurkę prawdę, której każda ze stron boi się tknąć, żeby się nie rozeszła i nie stała się ponurą chmurą burzową odcinającą drogę bliskim ludziom? Ja postanowiłam tę chmurę w końcu dotknąć w prostu sposób - nie mówiąc, pokazując. Że to jak kocham jest dla mnie tak naturalne jak oddychanie. Poskutkowało. Nie jest dziwnie, chmura radości, śmiechu i bliskości dalej między nami wisi. Dziś dalej, jak co dzień, przysiadła się do mnie by zjeść wspólnie śniadanie w pracy i opowiedzieć jak to się z mężem znów w weekend wynudziła.

Dziękuję Bogu, który mnie kocha, że są ludzie, którzy nie wierzą w statystyki księdza Oczko, nie obchodzi ich kto rozdaje role w teatrze, byleby były dobre i nie patrzy, kto ile nażarł się hormonów:)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wiosenne porządki w sercu :)


Kształtuje nas niezliczona ilość czynników. Poczynając od otoczenia, rodziny, mijając społeczność lokalną, poprzez ludzi nam bliskich. Rodzą się w nas różne zachowania, reakcje, słowa często podświadomie, bez naszego udziału. Najsmutniejsze jest to, że to te długotrwałe działanie krzywdzącej normy zostaje w nas najdłużej i jest najtrudniejsze do wyplenienia. Jednak nie jest to niemożliwe. Ja mam wiele takich zahaczających o patologię chwastów  do wyrwania.

Ile razy w życiu przepraszacie? Często podkreślam jak powoli wymiera bezinteresowna uprzejmość i używanie prostych słów, takich jak „proszę, dziękuję, przepraszam”. Myślałam, że uprzejmości nie da się nadużywać, jednak przepraszanie też może stać się patologiczne, gdy używamy tego w nadmiarze. Złapałam się na tym, że bezustannie za coś przepraszam. Przepraszam, że niechcący rozlałam kawę na kanapę, bo spodziewam się, że zaraz się za to zdenerwujesz. Ale przynosisz ścierkę i pytasz czy to ja się nie poplamiłam i że kanapa nie jest ważna, tylko ja. Gdy po intensywnym tygodniu siadamy przy kolacji i popijamy wino i najpierw przepraszam, że za dużo znów gadam, a Ty mówisz, że to nie szkodzi, bo wiesz jak ważne dzielic się pracą, ponieważ jest ważną częścią życia każdego. Potem przepraszam za to, że się upiłam i dobrze bawię, a Ty karzesz mi przestać, bo uwielbiasz spędzać ze mną tak czas. Za jakiś czas przepraszam, że dostałam głupawki i wszystko mnie śmieszy, ale śmiejesz się do łez razem ze mną i przestaję czuć się jak dziwoląg. Kto normalny przeprasza za to, że się po prostu dobrze bawi i czuje przy kimś swobodnie? No właśnie ja, przyzwyczaiłam się do życia z jakimś wewnętrznym poczuciem winy za bycie sobą i pewnie jeszcze jakiś czas będę się łapać na tym przepraszaniu, ale ten chwast zostaje powoli wyrywany z ziemi, już widzę jego korzenie i myślę, że będę potrafiła zasadzić na jego miejscu swobodę bycia sobą bez ciągłej potrzeby przepraszania za to, kim jestem, co robię albo ile kaw rozlałam, bo czasem bywam też ciamajdą.

Pewnego dnia poszłam na imprezę ubrana właśnie w pewność siebie, zadowolenie i pogodzenie się ze samą sobą. Byłam w trakcie „wytańczania” samej siebie na parkiecie, gdy na nim pojawiła się Ona i Jej oczy zapełniły się zachwytem, tęsknotą, miłością i szczęściem w czystej postaci w chwili, gdy mnie zobaczyła, a Jej usta wypowiedziały szczere „nie poznałabym Cię, wyglądasz bosko”. Bo to właśnie ta kobieta, co nie stroni od szczerych komplementów, to ta co jeszcze ciągle potrafi sprawić, że się zaczerwienię i zawstydzę. To ta, co przetańczy ze mną całą noc nieważne czy to parkiet na imprezie czy salon w domu. Ta, co wybierze piosenkę idealnie pasującą do mojego nastroju chwilę przed tym, gdy ja o niej pomyślę. Ta, co zabierze mnie do kina, na film, który skradnie mi duszę i scałuje łzę spływającą po policzku, gdy oglądamy film na kanapie w zaciszu domowym, bo wie, że w tym momencie się właśnie wzruszę. To ta, co sprawi mi książkę, którą bardzo chciałam przeczytać i zaraz potem też ją „pożre” by móc się podzielić również swoimi spostrzeżeniami. Ta, co skaczę na koncertach i zdziera z Ciebie ubrania w dzień i noc w chwili, gdy tylko o tym pomyślę. Ta, co na drugi dzień upiecze Ci rano bułki i przygotuje pyszny obiad, bo wie jaki ze mnie smakosz. To, ta która już od wielu lat „za jedną kroplę mnie oddałaby prawą dłoń, słuch i powonienie”. To, ta przy której powoli oduczam się przepraszać za samą siebie i wyrywam trujące chwasty, bo sama latami pozbywała się swoich, by być na Nas gotową i mówię Wam dziś głośno, że chyba w końcu jesteśmy na tej samej stronie książki i możemy pisać dalej swoją historię, bo My jesteśmy jak ciągle niedokończona rozmowa, która tylko czekała na nieuniknione wznowienie.

I powiem Wam jedno, nie przepraszam za swoje szczęście:) 

wtorek, 19 marca 2013

Crash into each other.

Ktoś równie intensywnie myślący o rzeczywistości dookoła jak ja;) zapytał mnie ostatnio „dlaczego ludzie nie potrafią być w związkach?”. Pierwsza moja myśl była „jak to nie potrafią? To czym były te wszystkie relacje w jakie się człowiek uwikłał?”. Od razu przyszedł mi do głowy obraz dziadka, któremu fizycznie pękło serce na naszych oczach, gdy umarła babcia, miłość jego życia. Oczywiście nie było kolorowo zawsze, jak to w każdym związku, ale tamtego dnia zobaczyłam innego człowieka. Obdartego ze wstydu, któremu zabrano sens życia, słowa, które wykrzykiwał w rozpaczy o ukochanej, którą utracił na zawsze już pozostaną w mojej głowie. Wiele w życiu widziałam szczerego, czystego bólu, ten był jednym z najstraszniejszych.

Pomyślałam więc, że pytanie nie powinno brzmieć nie tyle co, dlaczego nie potrafimy być w związkach, ale dlaczego nie potrafimy w nich pozostać i ich utrzymać i się w nie w pełni zaangażować.
Jesteśmy z natury istotami społecznymi, stadnymi wręcz. Arystoteles kiedyś powiedział „Aby żyć samemu trzeba być bogiem lub zwierzęciem”.  W każdym z nas drzemie, u jednych głębiej u drugich trochę bardziej płytko, potrzeba bliskości, poczucia bezpieczeństwa i stałości. Przywiązanie kształtuje się w nas od samego narodzenia. Jeśli w jakiś sposób zostaje ono zaburzone w skutek traumatycznych przeżyć lub choćby braku przywiązania rodzica do nas, rzutuje to potem na nasz rozwój emocjonalny i fizyczny wpływając na przyjaźnie, miłość rodzicielską czy romantyczną. Jedna z teorii przywiązania głosi, że nasze związki partnerskie są jakoby przedłużeniem procesu przywiązania. Zatem to jak różnie ludzie odczuwają miłość może być spowodowane wcześniejszymi problemami z więziami emocjonalnymi. Wiele osób tłumaczy podłoże tzw. Zdrowych jak i toksycznych związków tą teorią przywiązania, która może wykształcić w nas ufność, troskliwość i czułość lub też strach przed bliskością, zaangażowaniem czy zażyłością. Naiwnym jednak by było sądzić, że to, co wykształcono w nas we wczesnych latach życia nie ewoluuje i nie może się rozwinąć. Przeróżne doświadczenia połączone ze wsparciem przyjaciela czy partnera są w stanie skorygować nasze problemy interpersonalne.

Ile znamy kobiet i mężczyzn, którzy tryskają pozytywną energią, są atrakcyjni, odnoszą sukcesy w pracy i prawie każdej dziedzinie życia, ale jedyne pole, w którym ponoszą porażki to wiązanie się z kimś. Mogą się spotykać, umawiać, mieć tłum znajomych, nigdy się nie nudzić, ale związać się z kimś głęboko emocjonalnie jest dla nich poprzeczką nie do przeskoczenia. Może ich otaczać tłum ludzi, którzy spełniają ich zachcianki w różny sposób, ale brakuje tej osoby, która spełniłaby je wszystkie w odpowiedni i wystarczający sposób.
Strach przed zaangażowaniem istnieje i jest całkowicie realny. Choć wymaga kogoś bardzo silnego i szczególnego by przebić się przez ten mur postawiony wokół serca, to wyleczenie się z tego strachu jest dosyć samotną podróżą w głąb siebie. Jeśli całe życie będziemy się biczować za nieudane relacje i myśleć o związkach jako „to była największa pomyłka w moim życiu” albo „nigdy nie powinnam była związać się z…” to nigdy nie wypłyniemy z własnego sosu udręczenia. Potencjalny partner może jedynie stwarzać pozytywne warunki ku zmianom, jednak to my sami musimy sobie wybaczyć i wyleczyć rany. To coś, co każdy musi zrobić sam dla siebie, spakować walizki własnych lęków, nie bać się ich rozpakować i zrobić selekcję – co wyrzucić, a co zostaje. Bo nie każdy lęk jest zły i destrukcyjny, niektóre potrafią budować, jednak trzeba umieć je odseparować, zidentyfikować i zniwelować, gdy trzeba.

Tę notkę po raz kolejny zainspirował jeden z filmów, który zamieszkał głęboko w moim sercu, mianowicie „Miasto Gniewu” tudzież „Crash”. Uznany przez Akademię Filmową najlepszym filmem i scenariuszem 2004 roku. Pamiętam, że był to jedyny, którego nie zdążyłam obejrzeć przed galą oscarową burząc się, że nie wygrał mój faworyt – szybko zmieniłam zdanie. Pada tam jeden z moich ulubionych cytatów filmowych:

„It’s the sense of touch. In any real city, you walk, you know? You brush past people, people bump into you. In L.A., nobody touches you. We’re always behind this metal and glass. I think we miss that touch so much, that we crash into each other, just so we can feel something.”

To tyczy się nie tylko Los Angeles. Te słowa tyczą się każdego miasta, każdego domu, każdego związku, gdzie ludzie tylko się o siebie ocierają, emocjonalnie i fizycznie. Oddzielają nas nie tylko metal i szkło, komputery, technologia, piosenki i cytaty wstawiane na Facebooka zamiast wypowiedziane prosto w oczy, ale też dzielą nas ukryte głęboko pretensje do świata i siebie, żale, że nam coś nie wyszło, poczucie winy i porażki, które zamiast szczerze przed kimś wyznać ubieramy w cięte riposty i sarkazm. Tęsknimy za zbliżeniem, bliskością tak bardzo, że wpadamy na siebie z impetem by tylko cokolwiek poczuć.

Ostatnio pozwoliłam na siebie wpaść z impetem dwukrotnie. Przestałam analizować, myśleć i zastanawiać co inni pomyślą.

Elektryzujące spojrzenie i miłość od pierwsza wejrzenia naprawdę istnieją. Można zakochiwać się od nowa kilkakrotnie. Wpadać na siebie z impetem, żeby w końcu zostać w odpowiednich ramionach:)I życzę tego każdemu i wierzę, że dla każdego taki ktoś istnieje.


niedziela, 10 marca 2013

Emocjonalna przylepa.



Jestem emocjonalną przylepą. Posunę się do nazwania siebie nawet pijawką. Uzależniam się od ludzi, wchłaniają mnie, pochłaniają moje „ja”. Ile razy idziemy na kompromis z własnym sumieniem, instynktem, sercem, rozumem, żeby ludziom dookoła nas żyło się łatwiej i wygodniej?

A teraz wróć. Zmieniam czas teraźniejszy na przeszły.

Byłam emocjonalną przylepą, byłam pijawką. Leczę się z uzależnienia. Gdy patrzę na swoje życie, przeraża mnie jak ogromną jego część poświęciłam na czekanie. Czekanie za kimś, na kogoś. Na telefon, który nie dzwonił, samochód, który nie podjeżdżał, zaproszenie na spontaniczny wyjazd, spotkanie, gest, które nie następowały. „Czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas” i to święta prawda. Jedyne czemu się teraz poświęcam to nowym kreowaniu siebie. Staram się codziennie wychodzić z siebie, patrzeć na siebie z boku, identyfikować sprawy i uczucia, które mogą sprawiać niepotrzebną przykrość, agresję czy złość i niwelować, zabijać w zarodku. Przeprowadzam aborcję uczuć. Uczę się nie czuć, nie uzależniać się od ludzi, nie przylepiam się. Nie chcę znów przyssać się do kogokolwiek, żeby później uzależniać znów swoje dobre samopoczucie od kogoś i męczyć go sobą. Choć pijawka wysysa złą krew, to można zabrnąć za daleko i wysysać też, to co dobre. Czasem nie jest to świadome, nie robimy tego celowo, po prostu pragniemy w życiu rzeczy wielkich i gdy tak człowiek ciągle zasysa innych, to można się niebezpiecznie zachłysnąć. To niebezpieczna transfuzja, tak się od innych uzależniać. Każda transakcja powinna być wymienna. Dawać tyle, ile się dostaje – prosta recepta. Nie nauczymy się być szczęśliwi z kimś, gdy nie umiemy być szczęśliwi sami ze sobą. Od zawsze mi się zarzuca, że nie umiem być sama. Że ludzie to jakoby moje powietrze, bez którego nie umiem oddychać pełną piersią. Wiem jakie to chore tak przylepiać się do ludzi, trzeba wyznaczyć sobie zdrowe granice i teraz nad tym pracuje. Telefon może milczeć, pod dom nikt nie podjeżdżać, dzwonek do drzwi nie musi dzwonić, zaproszenia do spotkań nie muszą spływać, okienka rozmów w sieci mogą się nie otwierać. Uśmiechnąć się najpierw do siebie, a potem do ludzi, to jest nasza siła, to jest esencją naszego piękna wewnętrznego i zewnętrznego, naszej pewności siebie i seksapilu. Być choć w połowie pewnym drogi, którą się obrało odbija się od nas samych i uderza w innych, wtedy nie trzeba się od nikogo uzależniać, a potem przeżywać katorgi, gdy próbuję się rzucić ludzi jak fajki czy narkotyki. Ludzie pojawiają się nagle sami, telefon wibruje, okienka się otwierają, propozycje spotkań napływają i okazuje się, że nie trzeba stawać na głowie i sztucznie o coś zabiegać. Ktoś bardzo mądry i intensywnie obserwujący rzeczywistość jak ja:), bratnia dusza moja wręcz przedstawiła prostą receptę na kogoś, kto powinien być ze mną: Powinnaś być z kimś, kto w dzień będzie z Tobą czytał książki i rozmawiał, a wieczorem darł się i skakał na koncercie pod sceną. Ja dodałam jedynie „a w nocy powinna zdzierać ze mnie ubrania”:). Kolejna prosta recepta i gdy czas nadejdzie, to wierzę, że i taki ktoś się pojawi bez potrzebnego zasysania, przylepiania się, uzależniania się:)
 
George Carlin podsumował kiedyś nasze życie w ten sposób:

„Pijemy za dużo, palimy za dużo, wydajemy pieniądze zbyt bezmyślnie, śmiejemy się za mało, jeździmy za szybko, złościmy się za bardzo, siedzimy do późna, wstajemy zbyt zmęczeni, czytamy za mało, oglądamy telewizji za dużo. Pomnożyliśmy nasze własności, ale pomniejszyliśmy nasze wartości. Mówimy za dużo, kochamy zbyt rzadko i nienawidzimy za często. Nauczyliśmy się jak ułożyć sobie życie, ale nie nauczyliśmy się żyć. Dodaliśmy lat do życia, a nie życia do lat”

I ja się z nim zgadzam, egzystujemy za dużo, żyjemy za mało. Co dziś z tym zrobicie? Ja w każdym dniu szukam siebie, czegoś dla siebie, ciała i duszy i staram się to rozprzestrzeniać na innych, nawet jeśli choć jedną duszę zachęcę do życia, a nie tylko egzystowania, znaczy to, że warto czasem czuć i nie na wszystkich uczuciach przeprowadzać aborcję.

Carlin powiedział też kiedyś, że  Carlin powiedział też kiedyś, że za każdym cynikiem kryje się rozczarowany idealista. Ja – choć bywam rozczarowana, to ciągle idealistka.