poniedziałek, 19 października 2015

Z serii: Książka, która nigdy nie przestanie cię prześladować.

Ponad 520 stron w niespełna trzy dni. Stron porażającej lektury, która zakrawa na pewną dozę sadomasochizmu, ponieważ czytając ją czułam, że świadomie robię sobie psychiczną krzywdę. Nie będę wspominać o treści książki, bo ona chyba jest jasna, ale o odczuciach i jak zawsze kunszcie pisarskim autorki. 

Aktywnie recenzuję przeczytanie książki na portalu lubimyczytac.pl, ale z Wami nie zawsze dzielę się wszystkim, co przeczytam, ponieważ, no cóż, zrobiłby się wtedy z tego blog książkowy;) Ale czasami, muszę, po prostu muszę „wyrzucić” z siebie książkę, bo inaczej zalegnie we mnie za mocno i nigdy się po niej nie otrząsnę do końca. Podobnie miałam po lekturze „Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzaty Halber.

Czas na „Jeden z nas. Opowieść o Norwegii” Asne Seierstad, która w swojej obszernej karierze autorki literatury faktu wzięła się za zrelacjonowanie tego najgorszego faktu dla swojej ojczyzny – zamordowania przez Andersa Breivika 77 osób 22 lipca 2011 roku i ranienia dotkliwie kolejnych 33.

I wahanie jak tu ocenić tę książkę? Jak oddzielić emocje od oceny i ich nie wymieszać, bo jednocześnie mam ochotę tę książkę odłożyć i nigdy po nią już nie sięgać, a zarazem wszystkim ją polecać. 

Czytałam jak oszalała, poparzona, jakby każda kartka mnie bolała, zawsze przerażona tym, jaka kolejna odrażająca prawda kryje się na kolejnej stronie tej historii norweskiej tragedii.

Książki czyta się z różnych powodów; najczęściej dla przyjemności, odstresowania, zabicia lub wypełnienia czasu - to na pewno nie jest jedna z tych książek. Czyta się też z ciekawości, chęci poszerzenia wiedzy faktograficznej, ukształtowania poglądów. Z szacunku - i to już bardziej jedna z tych książek. Sama okładka i tytuł są tak sugestywne, narzucają zastanowienie i spojrzenie dookoła siebie i do swoich okien, a jednocześnie można spojrzeć na różne barwy tych okien symbolizujące wykrzykiwane zdanie: Nie wygrałeś Breivik, nadal nie będziemy odtrącać odmienności i tolerancji, a kolory nigdy nie zszarzeją. Równie symboliczna czarna wstążka żałoby na rogu okładki jest skutecznym chwytem hołdującym pamięci umarłych.

Bo ta książka wytacza strasznie ciężkie działa tematyczne i żadna kamizelka kuloodporna nie uchroni nas od dzielonego bólu i łez ofiar i bezsensowności tego feralnego, lipcowego dnia. Tym, że autorka ubarwia wydarzenia osobistymi opowieściami, realistycznymi, brutalnie odwzorowującymi rzeczywistość opisami, kiedy to słyszysz każdy krzyk, wystrzał, błaganie o pomoc, czujesz odłamki pocisków we własnym ciele i widzisz zimny i bezwzględny uśmiech Breivika. Co sprawia, że czujesz, że czytasz wybitny kryminał. Kryminał, który niestety wydarzył się naprawdę. Czytając momentami złościłam się na autorkę na tak osobiste i brutalne obrazy, taką prawie przesadną wnikliwość, ale okazuje się, że każda rodzina ofiar miała wgląd do książki i zatwierdzała wszystko, że każdy skrawek tej historii jest napisany za zgodą, a autorka wszelkie tantiemy ze sprzedaży przeznacza właśnie fundacji "Jeden z nas". 

Mogę chyba tylko powiedzieć - czytasz na własne ryzyko. Ryzyko pewnej traumy odciśniętej również na tobie. Ryzyko zastanowienia się nad własną, obecną polską rzeczywistością i podejściem niektórych Polaków do uchodźców, niektórych polityków, którzy chcą rządzić Polską...Podejście, które wcale nie jest tak odległe od przyczyny, która zrodziła się w umyśle Breivika, a doprowadziła go do tak szokującej zbrodni.


A to chyba też wyczyn pióra autorki, która tak bezczelnie gra na emocjach, za co ją szczerze jednocześnie nienawidzę i podziwiam. Zatem powtarzam – czytasz na własne ryzyko. Nadszarpniętych nerwów, łez i zastanowienia się nad własnymi poglądami.


Jak bardzo jesteś tolerancyjny?

Jak bardzo niechętny odmienności?

Jak bardzo zbulwersowany sytuacją uchodźców?

Jak bardzo nie pomógłbyś ludziom uciekającym od wojny?


Jak Bano czy Lara, które przybywając z Iraku do Norwegii, niczego nie pragnęły tak bardzo jak być „Jedną z nich”…


sobota, 17 października 2015

Jesiennośc uczuć.

W tle dla Ciebie:

https://www.youtube.com/watch?v=kYG0cUHQ_jo

Przyszła łaskawa. Budząca tak wiele sprzecznych emocji jak polska polityka. Nienawidzona albo wielbiona. Przyjmowana z otwartymi ramionami bądź obojętnie odrzucana. Zamykana na cztery spusty. Wypatrywana i kojąca jak deszcz bijący o parapet. Sezon statusów i memów o nadchodzącym zimnie. Tak. To ona. Jesień. Sezon mam krzyczących „Podkoszulkę założyłaś?! Skarpetki grube masz?! Rękawiczek nie zapomnij! A parasol? Jak ty się ubrałaś znowu!? Za zimno jest, zmarzniesz i zobaczysz!”



Dla mnie sezon docieplany, herbaciany, jeszcze bardziej przytulany, jak najbardziej nie niechciany. Okres, który jak żaden inny nie ugaszcza nas taką różnorodnością barw, a jednocześnie surowością krajobrazu, który wydaje się wyludniony i opustoszały, a gdy idziesz na spacer skrajem lasu czy łąki, spostrzeżony samochód na tej surowej połaci jesieni wydaje się doklejony do krajobrazu jak sztuczna zabawka.



Dni krótsze, ale czy to źle, że wcześniej można zapalić świece i mieć pretekst do wcześniejszego wskoczenia pod koc, gdy tylko dopełnienie obowiązków pozwoli? Bezustannie z książką i herbatą. Ludzie ciągle pytają skąd wynajduję na to czas, gdy jednocześnie pracuje od rana do wieczora. Czas? Czasu mogę nie mieć na wyjazd za granicę czy gdzieś głębiej w Polskę, bo weekend ma tylko dwa dni. Ale czas na siebie? Na szukanie? Na odkrywanie? Na szukanie nowych słów, twórców, obrazów, filmów, dźwięków? To nie czas. To chęci. To szukanie. Jak masz znaleźć skoro nie szukasz? Jesień jednak nigdy nie była tak odkrywcza, głośna, wyrazista i pełna barw odkąd jest Ona. Tak. To znowu o Nas. O Naszej jesienności.

Żadne spotkanie nie jest takie same, nawet jeśli po czasie następuje jakaś powtarzalność czynności. Niekiedy pracy jest tyle, że człowiek ani się obejrzy i już minęły dwa tygodnie, a czasami rozłąka wlecze się jak tygodniowa ulewa jesienna, która ani trochę nie przysparza sympatii tej porze roku.
Coś takiego było w tym poprzednim weekendzie, że znów cieszyłam się na niego jak dziecko. Wszystko, każda minuta i czynność było odliczeniem do soboty do godziny 11:31, kiedy to miała wyjść z pociągu. Kiedy to znów wbiegnę na peron i będę prostować kręgosłup, wypinać pierś, poprawiać włosy i zastanawiać się jak stanąć, by spodobać się Jej znów z dystansu. I po raz kolejny zapomnę o tym zupełnie, gdy to ja ujrzę Ją kroczącą z dystansu. Z perfekcyjnie rozwiewanymi włosami, dłońmi pierwszy raz zakrytymi seksownymi rękawiczkami, w skórzanej czerni kurtki i stukających w oddali obcasach. Znów nie będzie się śpieszyć, ciągnięta walizka i przewieszona torebka na dłoni będą dodawać Jej wytworności, a nie ociężałości podróży. Ona. Moja Dziewczyna, do której uśmiecham się z daleka choć jeszcze nie widzi. Którą chwytam w pasie, całuję w usta „cześć Kochanie” na powitanie.

Tytuł klasyki kina „Wożąc Panią Daisy” zmieniłyśmy na „Wożąc Panią A.”, i jak ja bardzo lubię to robić. A. nie ma prawa jazdy, ale mi wcale nie przeszkadza mieć ten autentyczny zaszczyt posiadania takiej pasażerki życia. Chłoniemy wszystko, co mijamy, informujemy się o ciekawych kąskach krajobrazu, kontemplujemy jeśli coś Nas zmusi do refleksji. Sobota bywa leniwa dla Jej wypoczynku po podróży. Ona wtedy ucina sobie drzemkę, a ja siadam obok Niej i zazwyczaj czytam. Chciałabym móc pokazać Wam wykradziony kadr Jej snu, bo wygląda wtedy tak pięknie, ale pewnie by mnie zabiła, więc nie zaryzykuję;)) Gdy już nawet Jej wydłużony sen wywołuje tęsknotę, wybudzam Ją powoli pocałunkami i pytam czy już wstanie i czy zrobić Nam herbatę. Jej błogi uśmiech wtedy jest wart…Jest bezcenny. Nie potrafię go wycenić ani odlać w rzeźbie słów.  

Tęsknocie przed tym weekendem towarzyszyło wzmożone pragnienie…To nieokiełznane jak milowy las. Wychodzące nie wiadomo kiedy, czające się w kącikach wyzywającego uśmiechu, w przymrużonym spojrzeniu. Kiedy to do ostatniej chwili nie wiem, że zaraz usiądzie mi na kolanach okrakiem i zacznie rozpinać koszule i spodnie. Kiedy nie wiem, że jeszcze tuż przed spotkaniem z kimś Ona da mi spełnienie, bo nie możemy wyczekać nocy, która wydaje się tak odległa. Kiedy to po nocy przychodzi poranek nigdzie Nas nienaglący i wyciskający z Nas ostatnie krople potu, które znów spływają mi brzuchu i to jest równie podniecające jak jęk rozkoszy.

W niedzielę miałam dla Nas drobne plany wyjazdowe. W obrębie 50 kilometrów od miejsca zamieszkania można odkryć przecież niespotykane nowości terenu. Wybrałyśmy się zatem do gościńca szczycącego się urokliwym ogrodem botanicznym i wyśmienitą kuchnią. Uraczyłyśmy się ostatnim deserem zjedzonym na świeżym powietrzu w tym roku i spacerem pośród wzrastającego chłodu jesieni. Żegnał Nas zachód słońca w tylnym lusterku i niezliczone kilometry lasów i wzgórz.
W poniedziałkowy poranek wstałam do pracy, a miłość czekała na mnie w łóżku po powrocie. Odliczałam każdą godzinę przestępując z nogi na nogę, kiedy to wrócę i ucałuję Ją ponownie na przywitanie po pracy. Wieczory spędzałyśmy na seansach filmów. Wybrałyśmy na wstępie ten, którego obie wyczekiwałyśmy. W Jej objęciach nawet smutek smakuje lepiej, a gdy po filmie scałowuje ze mnie łzy w milczeniu, a one nie przestają lecieć, szeptem mówi mi, że mnie kocha, bo ja wiem, że Ona wie, że ten film zabolał mnie z miliona osobistych powodów. W poniedziałek wyznaje mi również szeptem, ze nie chce jeszcze wracać do domu, a ja i tak nie zamierzałam Jej puścić.  



Lubię niespodzianki, choć tym razem los nie zaskoczył mnie miło kiedy we wtorek zaskoczył mnie chorobą i zatrzymał w domu na tydzień. Ścięło mnie z nóg, ale gdy w chorobie obok jest Ona, nawet dolegliwości tak nie ciążą. Choroba była ekwiwalentem mniejszej ilości mojej pracy, a więcej czasu z Nią, zatem czego chcieć więcej. Nic mnie tak nie wzrusza, gdy w kadrach filmowych można ujrzeć czytające obok siebie pary. Nie dziwota zatem, że wybrałyśmy na kolejny seans „Piękną i Bestię”, w której to przecież Bella kocha się w książkach i jest oniemiała z zachwytu, gdy Bestia pokazuje Jej ogromną bibliotekę. A my oniemiałe z zachwytu w swoich ściśniętych na sobie ramionach oglądamy śmiejąc się jak dzieci z perypetii Pani Imbryk i mojego ukochanego Bryczka. Lubię wtedy na Nas patrzeć w odbiciu monitora. Chowa się tam miłość i sama wtedy czuję się kadrem ulubionego filmu. W czwartek żegnałam Ją znów z ciężkim jak ołów sercem. Zawsze za mało czasu na ostatecznie spojrzenie, przytulenie i pocałunek. Wracam do domu, wieczorem jak zawsze zaglądam do książki, a Ona znowu dla mnie zostawiła tam osobliwą kartkę i niebanalność słów wyznania miłości. Zawsze zostawia siebie po sobie u mnie. Kocham to. A gdy jest mi autentycznie źle bez Niej, wysyła mi swój jesienny wiersz o uczuciu do mnie, który odgania wszystkie złowieszcze liście i błoto żmudnej pracy. 


Dziś wybrałam się na wieś z świeżo odnalezioną muzyką w tle. Po chorobie potrzebowałam odetchnąć świeżą jesienią, porozmawiać ze swoją tęsknotą, bo nagość jesieni jakoś przypomina dobitniej o tym, że nigdzie w pobliżu Jej nie ma.


Patrzę w górę, dookoła, pod nogi, nie omijam żadnego kierunku spojrzenia ani kroczenia po liściach jesieni. Obserwuję swoje ukochane drzewa, które teraz nieśmiało pozwalają patrzeć na swój powolnie postępujący negliż. Tutaj czuję Jej obecność najdobitniej. 

Tutaj, gdzie jesień praktycznie dotyka mnie cieleśnie, czuję, że gdyby jutra miało nie być, gdyby mnie miało nie być, byłabym szczęśliwa już na wieki, bo zaznałam tej największej, najważniejszej, wymazującej wszystkie poprzednie, miłości. 


niedziela, 4 października 2015

Ona i ja i cała reszta świata.

Odkąd pamiętam – nie znoszę oceniania.

Oceniania po wyglądzie, jednym nietrafnym żarcie, po jednym zdaniu nie wtedy kiedy trzeba, po jednym spotkaniu, powierzchownie, bez wnętrza, wybrzuszenia, wybebeszenia, wysercowienia.
Kobieta ubierająca się na sportowo – chłopczyca, singielka – stara panna, niezależna – nieszczęśliwa, bezdzietna – jeszcze bardziej nieszczęśliwa, wrażliwa – neurotyczna, twarda – suka, męska – lesba, zniewieściały - pedał. Cały cykl wiecznego zapętlenia błędnych osądów.

Moja mama wie, tak naprawdę od zawsze wiedziała, miała mnóstwo znaków, zanim ja uświadomiłam sobie, że to już jakieś „objawy”. Sygnały zwiastujące, że będzie miała córkę lesbijkę.
Gdy jako dziecko nie znosiłam, gdy zmuszano mnie do zakładania sukienki, szalałam za piłką nożną, nosiłam szalik FC Barcelony, wyróżniając się od dziewczyn, ganiałam za chłopakami…z pięściami. To, że nie bałam się stanąć w szranki z pozornie silniejszą płcią przeciwną nie czyniło ze mnie sfrustrowanego dziecka, które wyładowuje agresję, bo nikomu się nie podoba. Wspinałam się po drzewach, rozpalałam ogniska w niedozwolonych miejscach, pisałam węglem po opuszczonych budynkach, z chłopakami mogłam się bić i rozrabiać, ale nie rozmawiać. Do jakiej szufladki mnie zapakowano? Do chłopczycy, z którą lepiej nie zadzierać. Błędna ocena.

Pozorna ocena kogoś, kto już wtedy pragnął miłości i przytulenia ponad wszystko. Nie chciałam sukienek, bałam się makijażu, mocnej opalenizny, ukobiecenia, bo jak to, ja? Kobieta? Przecież mi nikt nigdy nie powiedział, że jestem piękna, nikt nie obraca się za mną, z kaczki nie będzie łabędzia.
Nie dziwota, że większość moich związków zaczynała się korespondencyjnie, nie tylko ze względu na ograniczoną dostępność możliwości poznania kogoś o orientacji homoseksualnej kilkanaście lat temu, ale i z tej trywialnej przyczyny – nie jestem ładna ani odważna. Pluszowy miś wrzucony w kąt, pokryty kurzem, nigdy z niego nie otrzepany, nigdy z bliska, od środka nieobejrzany.

Zatem bardzo szybko zbudowałam i nauczyłam się chować w swojej skorupie. Ale mamo, oj mamo, przecież Ty od razu wiedziałaś. Wiedziałaś w chwili, gdy przyprowadziłam pierwszą „koleżankę”, że to nie koleżanka. Wiedziałaś, że jestem zbyt dobra, że jestem wrażliwsza niż to, co sobą reprezentuję. Ile moich łez widziałaś. Mamy wiedzą najlepiej, wiedzą szybciej niż my, kto nas zrani. ALE nie zawsze. Nikt nie jest wszechwiedzący.

Całe życie oceniania. Nie rozmawiania, nie poznawania, oceniania. Osób w moim życiu. Mnie samej. Co jakiś czas, dziś znów dobitniej dociera do mnie, że nigdy nie doświadczę pełnej akceptacji ani tolerancji, nawet we własnym gronie. Za parę miesięcy przypadną moje dość okrągłe urodziny, a ja nadal spotykam się z sytuacjami takiej ignorancji i braku pojęcia, że ciągle muszę Bronic siebie, swojego życia, umysłu, serca, duszy.

Ostatnio na spotkaniu z przyjaciółmi, po raz kolejny musiałam tłumaczyć, że orientacja to nie kwestia tego, że "facet mnie porządnie nie przeleciał" i że czemu nie spróbuję? "-A czemu ty nie spróbujesz  z kobietą? Może jesteś hetero, bo Cię kobieta porządnie nie przeleciała?" Dopiero przy odwróceniu ról, ludzie pojmują - to nie wybór, to część natury.

Weekend spędziłam u siostry. Jest to czas kiedy to moja siostra zawsze wpływa na meandry mojej psychiki próbując mnie nakłonić do szczerej rozmowy z moją matką. Żeby zrobić oficjalny coming-out, oczyścić atmosferę, ulżyć jej, nauczyć się z nią rozmawiać. Bo choć tyle między nami słów pada, to nie niosą one ze sobą wiele wartości, znaczeń, głębi. Żali się, że tyle pracuję, że, gdy wracam wieczorem z pracy, to chwytam za herbatę, książkę i znikam. Mam ulżyć mojej matce w jej ciągłej niepewności, przykrości braku pełnej szczerości między nami. A kto mi ulży w tym, że własna matka nie interesuje się moim związkiem? Związkiem, który uważam, za najbardziej udany. Czemu to mi ma przypaść ta rola uczenia jej rozmowy po tylu latach na tym padole niedomówień? Coming-out? Jaki coming-out? Już go dawno zrobiłam. Nigdy nie przyprowadzając chłopaka do domu. Padło tyle zdań, tyle insynuacji, tyle bezpośredniości. Gdy ktoś wchodzi do pomieszczenia, w którym znajdujemy się z A. razem, to nie puszczamy swoich dłoni, nie odsuwamy się od siebie, nie wypuszczamy z ramion, gdy wybudzamy się nad ranem, a do salonu wchodzi któreś z mojej rodziny, gdy śpimy w naszym domu na wsi. Coming-out? Mamo zrób Ty. Wyjdź ze swojej zaściankowości nareszcie w pełni i zapytaj mnie jak poznałam A. Zapytaj jakie było pierwsze spotkanie, jakie są plany, dlaczego ta, a nie inna. Spójrz głębiej, a słowa będą zbędne.

Rodzice oceniają partnerów swoich pociech przez bardzo materialne kryteria, moi zwłaszcza – ma 
pracę? Ma auto? Ma mieszkanie? Gdzie pracuje? Ile zarabia? Związek to najwidoczniej wymiana zer na koncie i łączenie kont bankowych w jedno. Patrzę i myślę, jakie to smutne. Jakie to smutne, że moi rodzice traktują Nas jak powietrze. Jak musimy zamykać się w swoim świecie nie z przymusu, ale z namacalnej, wiszącej w powietrzu niechęci otoczenia. Po tylu latach, czuję się na powrót wpychana do szafy.

W  ten weekend zebraliśmy się rodzinnie na urodzinach wspomnianej siostry. Moi mali bratankowie bawią się zacałowując siebie. Wszyscy kategorycznie każą im zaprzestać takiej zabawy, bo przecież to nienormalne, gdy chłopcy się całują. Kłopotliwe spojrzenie na mnie może z dwóch osób i ja, znowu w kącie, zmuszona do milczenia, ja – nienormalna.



Nasłuchujemy się jak to nasz związek nie wypali, bo odległość, bo to kobieta z kobietą, bo to, bo tamto. Czuję się urwana jak na tym zdjęciu. Nikt nie patrzy z perspektywy, nie zna tła, nie pyta o motywy, nie pyta o potrzeby, nie zagląda w oczy, nie czyta Nas, nie pyta o źródła, nie zna bibliografii Nas, a tam nieskończona ilość pozycji składających się na budowlę Nas, która tylko rośnie w siłę. Mogą przeginać, zaginać, gnieść Nasze strony, ale żaden z Nas Feniks, który musi odrodzić się z popiołów. Tu nawet licha iskra zwątpienia się nie rozpala.

Mówcie, co chcecie, oceniajcie.

Ludzie małej wiary, ludzie bez tolerancji, ludzie bez miłości. Najsmutniejsi ludzie świata.



Pijemy za Was.

Na przekór światu.


środa, 23 września 2015

Moja pierwsza miłość...

Poruszała się czasami leniwie, a niekiedy zamaszyście. Przewijała się latami po moim życiu, wiecznie powracała, rozczarowywała, unosiła, doprowadzała do śmiechu, przywoływała silne emocje kończące się łzami lub gęsią skórką będącą wypadkową strachu. Moja pierwsza miłość.

Kinematografia.

Filmy to była moja pierwsza wielka miłość. Wychowywały mnie, prowadziły przez zagmatwane ścieżki życia, zastępowały rodziców. Pokazywały wzorce zachowań. Odpowiadały na nurtujące pytania. Nauczyły mnie języków obcych, edukowały, poszerzały horyzonty. Kuły we mnie empatię i zdolność głębokiego odczuwania na wielu poziomach. Uwrażliwiały. A przede wszystkim uczyły marzyc. Przenosiły mnie na różne krańce świata i emocji, rzeczy i osób, po które nie mogłam sięgnąć i po które nadal wyciągam dłonie. Gdy pytam moich uczniów o ulubione filmy często padają tytuły typu „Szybcy i Wściekli” czy „Gwiazd naszych wina”, gdy pytam dlaczego te, nie potrafią odpowiedzieć, zapewniam im, że gusta jeszcze im się rozwiną i pozmieniają. A po chwili zastanowienia mówię do nich: nie, ja będąc nastolatką sięgałam już po to najcięższe kino, wyzywające, dramatyczne. Chowałam się przed rodzicami, by obejrzeć Przerwaną Lekcję Muzyki, Gia czy Gdyby ściany mogły mówić 2. Wyprzedzałam tematy szkolne wiedząc co to Asperger, rasizm, II wojna światowa, Holocaust czy eksterminacja. Zatem „męczę” ich i prowokuje do myślenia oraz uatrakcyjniania swoich filmotek.

Często pada pytanie w moim kierunku : E. co za film polecasz? Postanowiłam zatem podzielić się z Wami nadchodzącymi obowiązkowymi premierami kinowymi, których sama wyczekuje jak pierwszego liścia jesienią, śniegu zimą, Gwiazdki na niebie, rozkwitających kwiatów wiosny. Zbliża się jesień i zima, zatem sezon oscarowy i wysyp filmów dramatycznych, autobiograficznych czy takich, w których aktor zmienia drastycznie wygląd, gra śmiertelnie chorego lub o odmiennej orientacji seksualnej, po to, by mieć szansę na Oscara, bo to zawsze jest w cenie. Ale cóż, dobrze się to ogląda! Zatem, wybierzcie się ze mną w podróż po nadchodzących premierach.

Pamiętacie film „Holiday”? Z Cameron Diaz, Kate Winslet, Jude’m Law i Jack’iem Black’iem? Pojawił się tam zawód, który absolutnie mogłabym i chciałabym wykonywać, mianowicie twórca trailerów, grana przez Cameron Diaz właśnie. Uważam, że umiejętność takiego połączenia scen oraz dobrania muzyki, to ¾ sukcesu, którego rezultatem będzie zwiększona frekwencja w kinach. Poniższe trailery udowadniają tę teorię, porywają nas, wzruszają, wprawiają w zaniemówienie. Zacznę od filmów poruszających tematykę LGBT, bo szykują się ciekawe obrazy.


„Carol”. Och Carol. To mój numer jeden na liście premier. Dziś właśnie wyszedł pełny trailer do tego kunsztownego, klimatycznego, eterycznego dramatu dziejącego się w latach 50-tych, w którym Cate Blanchette, zamożna mężatka, oraz Rooney Mara, młodsza sprzedawczyni, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, zakochują się w sobie. Zaprezentowany po raz pierwszy w Cannes i na mniejszych amerykańskich festiwalach porywa widzów genialnymi kreacjami głównych bohaterek i dramatycznymi rozwojami wypadków tego romansu, już nazywanego jednym z najlepszych tego wieku. Dodatkową kartą przetargową dla Was niech będzie reżyser Todd Haynes, twórca takich perełek jak Mildred Pierce, Daleko od nieba czy I’m Not There. Niestety nieznana jeszcze data polskiej premiery. Liczę jednak na klimatyczną, grudniową datę w kinach studyjnych.


Bardziej amerykańsko i pod Oscary szykuje się już przeze mnie wspominana pozycja Freeheld. Historia detektyw Laurel Hester, która po diagnozie złośliwego raka płuc walczy o to, by jej partnerka po jej śmierci mogła otrzymać po niej rentę i dom. Szykujcie chusteczki, to pewne. Wyczuwam nominacje. Dodatkowo cudna również Ellen Page, która po swoim publicznym coming-oucie, zaimponowała mi kategorycznym zakazem nazywania siebie „odważną” za podanie do wiadomości publicznej, że jest lesbijką. To po prostu ludzkie. I dla mnie, tak ludzki będzie ten film. Brak daty polskiej premiery po raz kolejny.


Temat transgender jest coraz szerzej poruszany w mediach. Laverne Cox jako pierwsza kobieta transgender na okładce Times’a. Serial „Transparent” słusznie zgarniający nagrody i pochwały. Nadchodzi film „About Ray”, w którym Elle Fanning gra nastolatkę, która chce zmienić płeć i jej matka się na to zgadza. Musi walczyć z otoczeniem i własnym ojcem o to, by zapewnić wszystkich, że wie, że nie popełnia błędu. Niestety też brak daty polskiej premiery.


„Danish girl”, czyli „Dziewczyna z portretu” to kolejny oscarowy pewnik, za który Eddie Redmayne moim zdaniem powinien dostać Oscara drugi rok z rzędu. Znów historia oparta na faktach, kiedy to słynny artysta przez przypadek odkrywa, że czuje się kobietą i postanawia poddać się pierwszej historycznie udokumentowanej operacji zmiany płci. Polska premiera 22 stycznia.


Odchodząc na chwilę od tematów LGBT. Absolutnym obowiązkiem jest udanie się na graną właśnie w kinach Młodość. Promowany tym, że wyszedł spod rąk twórcy Wielkiego Piękna, sądzę, że broni się sam - tematyką, grą aktorską i osobliwymi ujęciami. Zbiera genialne recenzje i Junkie pędzi na niego do kina jak tylko znajdzie czas.


Przenieśmy się do tematyki silnych ról kobiecych. Wielu pewnie z Was już wie, że 6 listopada nadchodzi „Sufrażystka”, czyli obraz kobiet walczących o prawa do głosowania w Anglii z początku ubiegłego wieku. Ta obsada! Nie trzeba niczym więcej reklamować.


Ja – maniakalna fanka talentu i osobowości Jennifer Lawrence – absolutnie nie mogę się doczekać Joy 8 stycznia. Daniel Russel, twórca Poradnika Pozytywnego Myślenia i American Hustle znów zbiera trójcę świętą, czyli Jennifer, Bradley’a Cooper’a i Robert’a de Niro, pałeczkę jednak oddając Jennifer. Czy wiecie, że to jeden z niewielu filmów, w którym całkowicie główną rolę gra kobieta? Jest to też pierwszy film, w którym postanowiono wynagrodzić pieniężnie aktorkę współmiernie do płac męskich w zdominowanym przez silne role męskie Hollywood. Jennifer Lawrence zatem jako pierwsza w historii zainkasowała za tę rolę niebagatelną sumę 20 milionów dolarów, by pokazać nam niesamowitą kreację Joy. Wyczuwamy kolejną nominację Oscarową dla JLaw.


Moim skromnym zdaniem, mój umysł i pewien stopień dziwactwa nakazuje mi kochać bezgraniczną miłością wszelkie kreacje Grety Gerwig, która lubuje się w niezależnym, cichym kinie amerykańskim. Gdy łączy siły z Noah Baumbachem może wyjść tylko coś osobliwego dotykające intelekt. Gretę możecie znac z „Frances Ha”, a teraz poznajemy ją jako Mistress America, którą jest typową nowojorską, która myśli, że trzyma pana Boga za stopy, nie widząc własnego zadufania i zagubienia. Greta współtworzyła scenariusz i jest nazywana powoli żeńskim Woodym Allenem. Do kin 4 grudnia!


Nie tęsknicie czasami za niezrównoważoną, cierpiącą, płaczącą, porywają i hipnotyzującą Angeliną Jolie? Ja zawsze, zatem ku mej ogromnej uciesze 20 listopada do kin wchodzi „Nad morzem”, gdzie wraz ze swym mężem, Bradem Pittem oczywiście, grają toksyczne małżeństwo. Czego chcieć więcej?
Wiem, wiem, ja tu same dramaty, ale trudno przechodzić obok nich obojętnie, gdy kręcone i odgrywane są z takim rozmachem i głębokim odtworzeniem ludzkich emocji.


Marion Cotillard jako Lady Makbet i Michael Fassbender jako Makbet – nie potrzeba nic więcej. Najważniejszy chyba kostiumowy film końca tego roku – w kinach od 27 listopada.
Coś z dreszczem, genialnymi aktorami, porywającymi obrazami, które prawie wychodzą z ekranu i chcą nas chwycić za ramię i sprawić, byśmy podskoczyli w fotelach? Jeśli horror, to tylko twórcy Labiryntu Fauna. Zatem wyczekiwany od dawna Crimson Peak w kinach od 23 października.


Polskie kino też nas zamierza rozpieszczać. „11 minut” ogłoszono właśnie jako kandydata do walki o nominacje do Oscara za Najlepszy film nieanglojęzyczny, a w kinach będziemy mogli go oglądać od 23 października. Nadchodzi również „Chemia”, „Wołanie”, „Intruz” „Obce niebo” czy „Panie Dulskie”. 6 listopad cieszy mnie dodatkowo w końcu polską premierą „Earl, ja i umierająca dziewczyna”. Nie zapominam o godnych kryminałach, a pośród obecny już w kinach „Sicario”, bez daty premiery „Secret in their eyes” szykuje się wybornie, a jako fanka science-fiction polecam również „Marsjanina” od 2 października.


Mamy tu fanych Inarritu, który reżyseruje każdy gatunek filmowy bezbłędnie. Była „Grawitacja”, był „Birdman”. Czas na Zjawę, w której Leonardo di Caprio gra trapera, który zostaje porzucony przez najemników podczas ataku niedźwiedzia i postanawia się nad nimi zemścić. Zatem Inarritu westernowy smakuje mi równie bardzo od 29 stycznia!

Długa lista? Uwierzcie, moja jest jeszcze dłuższa, to tylko wyrwana karteczka. Wierzę, że filmy uczą empatii. W czasach kiedy młodzi niechętnie sięgają po książki, bardziej przemawiają do nich obrazy, a ja nie omieszkam ich prezentować. Dziś mój uczeń, który jest wystarczająco inteligentny by wiedzieć lepiej, usiadł w pierwszej ławce, na kartce napisał sobie słowo „żydek” oraz „cygan” i przyłożył je sobie na czoło. W piątek w drodze do kina, z uczniami mijaliśmy grupkę bezdomnych, na co moi uczniowie zaczęli krzyczeć „Uchodźcy! Muzułmanie!” Gdy krzyknęłam na nich, wybronili się mówiąc „proszę pani, jesteśmy młodzi i głupi jeszcze, nie wiemy co jest dobre”. Gdy gromię wszystkie takie zachowania ostrym spojrzeniem, dodaję tylko jedno zdanie „Nie na takich was wychowuję, nie na homofobów, ksenofobów i rasistów”. Kto ich nauczy jeśli nie ktoś odróżniający jedno od drugiego? Filmy tutaj są silnym przekaźnikiem emocji i budującym poglądy, po które często sięgam. Internet prezentuje im jedną stronę medalu, ja z uporem maniaka pokazuję im tę drugą. Mniej zardzewiałą i zabrudzoną głupotą i ludzką ignorancją, bo oni faktycznie czasami nie wiedzą i trzeba im wyjaśnić. Wtedy autentycznie przepraszają. Z kolei na korepetycjach, uczeń 6tej klasy, który lubi relacjonowac zachowania swoich rówieśników i własne. Ostatnio opowiadał mi o „pedale”, który nie ma kolegów i wszyscy go nienawidzą. „Gdyby mnie dotknął, to bym go chyba zabił”. Zatem pytam go:

- Kto? Mówisz, że gej? Osoba o orientacji homoseksualnej?.
– No, pedał zwyczajny.
– Nie masz przy mnie używać słowa pedał, nigdy więcej, rozumiesz?
- Dobrze proszę pani.
- Bo ten gej, twoim ignoranckim zdaniem, może jest po prostu trochę zniewieściałym, nieśmiałym chłopcem, który zrobił, by wszystko dla jednego przyjaciela. Powiedz mi, czy gej zarazi cię dotykiem i to, że cię przypadkiem muśnie znaczy, że od razu cię pocałuję i rzuci się na ciebie?
Z coraz większym zażenowaniem odpowiada : no nie…
- a znasz historię Dominika? Oczywiście, że nie znał. Zatem mu opowiedziałam.

Dziś powiedział, że kolega na lekcji krzyknął „nie znoszę angielskiego, and fuck you teacher!” i pani nic nie zrobiła, bo jest głucha. Dodał, że też sam często przeklina na lekcji, bo robi to połowa ludzkości. Zapytałam zatem czy czyni to ich bardziej atrakcyjnymi, mądrymi i fajnymi? Zapytał, co bym zrobiła, gdyby przeklął u mnie na lekcji. Po usłyszeniu mojej odpowiedzi, odparł jednym zdaniem: Pani powinna uczyć w naszej szkole…

Każdy ma w sobie ogień zrozumienia dla odmienności i nieznanych mu jeszcze uczuć. To nasza rola, dorosłych, pedagogów, by wzniecić iskrę i zapalić te młode umysły. Zatem w rocznicę ataków na WTC oglądaliśmy wywiad z Muzułmanką pt. „Dorastanie Muzułmanki w świecie po 9/11”, a zakończyliśmy go dyskusją o uchodźcach z Syrii. Kreować, edukować, stymulować. All the time.


P.S. Kto nie czytał ani nie oglądał „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”, to nadrabia koniecznie! ;)




poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Osobliwie wakacyjne środki lokomocji.

Chłonę zapach wina w skwierczącej Toskanii.

Zalewam upał w gardle lodowatym drinkiem nad Morzem Śródziemnym.

Prażę się na żaglówce otoczona pięknem Mazur.

Nie mogę przestać głęboko wdychać rześkości polskich gór.

Ach co to były za wakacje! Moich znajomych. Na Facebooku. Oczywiście;)

 Ja odbyłam całkowicie odmienne podróże.

Moje stopy nie stawiły się w żadnych nowych miejscach, nie pobrudziły się podczas wspinaczki górskiej, nie przecięły po wskoczeniu do dzikiego jeziora z nieznanym gruntem, nie obtarły się od dalekich wędrówek leśnych, a skóra nie pomarszczyła się od długich, słonych kąpieli morskich. Ale czy to znaczy, że nie spędziłam ich bogato? Że nie szukałam innych pamiątek do zachowania w pamięci?



Przewędrowałam niesamowite połacie wyobraźni. Cisza, pustka, pejzaż wpisany w uwypuklony krajobraz natury wsi, do której często i jedynie uciekałam w te wakacje uruchamiał maszynerię wyobraźni. Tam ruszają różne trybiki i nagle, słyszę i widzę. Absolutnie wszystko. Tu kanty pejzażu nie stępiły się licznymi spojrzeniami, tratowaniem stóp niedocenienia natury. To tutaj przechadzam się i rozmyślam czy melancholia wyjdzie z użytku? Czy jestem jedyna? Nihilizm, ironia i sarkazm mają się całkiem dobrze, ale czy moja dusza nie wyjdzie z użytku na podobieństwo kasety magnetofonowej? Zaiste, w moim pokoju retro kaseta leży już na starej maszynie do pisania jako ozdoba. W tym miejscu, na tej wsi, widzę najdłuższą tęcze świata i chcę pobiec w poszukiwaniu jej końca, by uczcić i nagrodzić dziecko w sobie, tutaj szykuję śniadanie na dworze, kartki książki samoistnie przewraca mi wiatr.

Mówi się, że coś „tańczy na wietrze”. Tutaj wyobraźnię porywa huragan. Nieopisany chaos wrażeń. Tutaj drzewa nie tańczą. One pochylają się ku sobie, przygarniają i snują opowieści. Niemi świadkowie mojego dzieciństwa, wieczni towarzysze, żądnej ciszy błogości bezczynności, dorosłości. Żadne drzewa nie są tak głośne jak topole. Ona siedzi obok, a ja zachodzę w głowę jakie myśli podróżują po firmamencie jej umysłu i wyobraźni. Ledwo widoczny uśmiech w kącikach oczu i ust mówi mi, że melancholijnie gdzieś tam mi towarzyszy i wspina się na szczyt tych topoli. To one w tle szumiały, gdy pierwszy raz wyznała mi miłość, chwytając twarz w dłonie i upewniając mnie, powiedziała stanowczo:

„słyszysz? Kocham cię…”



Zatem może wiatr nie wywiał nas zagranicę ani nie przybliżył nowych miejsc rodzimych, co nie oznacza, że nie szukałyśmy wrażeń w znanych już miejscach, nie odkrywałyśmy ich na nowo. Czy długi spacer to nie przygoda? Wypatrywanie osobliwych kształtów drzew, opuszczonych domów albo tych o tak prostych kształtach jakby były zdjęte z dziecięcego rysunku zachwyca nas równie bardzo jak wkroczenie do Narnii. Czuję się równie całkowicie oderwana od ziemi, gdy zaznaczamy swoją obecnością podczas kilku wielkich koncertów tego lata. Nic nie może się równać ogromie wrażeń podczas koncertów Of Monsters and Men czy Hozier’a, podczas tegorocznego Opener’a. Absolutnie nie odbiega od znakomitości polska scena muzyczna zaprezentowana podczas Męskiego Grania, a sielankowość tych wakacji podkreśla darmowy koncert Natalii Przybysz na trawie, kiedy to po koncercie nie mogę się powstrzymać i podejść z pytaniem „Natalia, zrobimy sobie zdjęcie stópek?” Zatem, oto i oneJ



Ale poczekajcie, brakuje tu ścieżki dźwiękowej. Podróżowałyśmy obok siebie w kilkunastu metrach kwadratowych mojej sypialni i odkrywałyśmy nowe dźwięki.


Puszczałyśmy całe zło przeszłości w niepamięć i w milczeniu kroczyłyśmy po kojących wokalach.


Sprawdzałyśmy ścieżki dźwiękowe do nowości kinowych.




Chodziłyśmy do kina, wybierałyśmy własny repertuar na kilkudziesięciu calach telewizora i kilkunastu laptopa. Próbowałyśmy osobliwych seansów wybierając się do Łóżkoteki podczas Festiwalu Transatlantyk, sącząc prosecco, uprzednio racząc podniebienia wykwintnością francuskiej kuchni, przygotowując się balsamicznym hiszpańskim winem. Wracając do auta, po skosztowaniu wyśmienitej kawy po wietnamsku, śmiejemy się unikatowością spotykanych nas zdarzeń, gdy mały kolega zastawia mi auto (nie)znacznie utrudniającym wydostanie się z parkingu Mercedesem! Mina parolatka, który pilnował w jaki sposób się wydostanę, by nie potracić jego auta bezcennie zapisała się w mojej pamięciJ



Bo podróżować muzyką, filmem, jedzeniem też można.  

Zatem, gdybyśmy miały polecić kierunki kina jakie obrać, a w których może macie zaległości, to koniecznie wybierzcie się do Francji, Hiszpanii czy innych krajów europejskich, nie omijając Wielkiej Brytanii i dokumentu „Amy”, który absolutnie kazał mi wyjść z kina na czworakach smutku i przypomniał o porażającym talencie i tragedii życia Amy Winehouse. Francois Ozon znów zachwycił w filmie „Nowa Dziewczyna”. Absolutnie królowało jednak kino hiszpańskie, kiedy to bez wahania wydawałam ocenę 10/10 oglądając „Magical Girl”. Jeśli ktoś tęskni za osobliwością i odrobiną kiczu w kinie koniecznie musi obejrzeć „O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu”, którego wydłużone kadry zdjęte jak ze starej pocztówki całkowicie zawładnęły moim sercem. Filmy „Plemię”, „Grubasy”, „Dzikie historie” czy „Biały Bóg” to filmy, których nie zobaczycie już na ekranach kin, ale zdecydowanie warto je dołączyć do swojej filmoteki.  Kategorycznie zabraniam tracenia czasu na obejrzeniu głośnego i przereklamowanego „LOVE” Gaspar’a Noe, który ani nie mówi o miłości ani o seksie, jest banalnym filmem bez opowieści, ani chwytliwych dialogów, za to z taką ilością seksu rzucaną w twarz, dosłownie, że uczyniło to z niego kiepskiego pornosa, jak dla mnie. Dawno nie wyszłam tak rozczarowana z kina z językiem przesyconym samymi nieprzychylnymi uwagami pod adresem filmu, którego wyczekiwałam i specjalnie na przedpremierę  się udałam. Zatem, niewiele zjechałam kilometrów, ale przewertowałam godziny filmowych wrażeń.

Skoro wakacje te nie są takie mobilne, podróżuję pamięcią i wyobraźnią. Przypominam sobie te wszystkie miejsca, w których zabłądziłam autem. We wspomnieniach nie szukam zgiełku, znajomości i powszechności. Widzę ciemne uliczki, baśniowe ogrody, stare, poczciwe babcie. Odtwarzam wszystkie te zbłądzone, zagubione w morzu pozornej nieistotności miejsca, w których słucham i przestrzegam nakazów ograniczenia prędkości, tam gdzie auto i wyobraźnia samoistnie zwalniają. To miejsca, które nie niszczeją od ludzkich spojrzeń i ciężaru stóp. To miejsca, gdzie mogły zacząć się ciekawe opowieści, gdzie nie wyciąga się aparatu, gdzie dopisuje się własne opowieści nieśmiałego podróżnika.

Emil Cioran cytowany w książce Andrzeja Stasiuka „Jadąc do Babadag” radzi byśmy „trzymali się towarzystwa zwierząt, kucali sobie u ich boku jeszcze przez tysiąclecia, wdychali wonie stajni niż laboratoriów, umierali z chorób, a nie z lekarstw, kręcili się wokół naszej pustki i łagodnie w nią zapadali.” I to właśnie książki wytyczyły mi szlaki najlepszych podróży podczas tych wakacji. Słuchałam się ich nostalgii, melancholii, przemyśleń i trzymających mnie na skraju łóżka wrażeń. Kucałam, by pogłaskać miejscowego psa, który wita nas niczym sołtys swoich włości, przedstawialiśmy się sobie, oprowadzał mnie po okolicy, oglądałam wszystko z perspektywy czworonoga, z językiem na wierzchu, wąchaniem okolicy, podskakiwaniem na ciekawsze kąski odosobnienia miejsc, do których poniosły mnie stopy podczas spacerów. Gdzie indziej mogłabym na końcu rzeki, odnodze jeziornej, zobaczyć dwie kąpiące się krowy, które wlepiły we mnie wzrok tak uporczywie, że czułam się jakbym weszła komuś do łazienki i naruszyła jego nagą prywatność.



5937 stron złożyło się na 16 książek, które pochłonęłam w te wakacje. Używanie słowa „przeczytać” nie równa się ilości wrażeń jakie ono dostarczają i tego lata również mnie nie rozczarowały. Przecież pod tym pałacem liter, spotykamy siebie, pukamy do drzwi, które zamknęliśmy za sobą albo i otwieramy te  lśniące nowością. Jak to mawia mój ukochany Andrzej Stasiuk, którego lekturze również musiałam się rytualnie poddać tego lata, książki zawieszają samotność istnienia.

„Jadąc do Babadag” I znów mnie pan, panie Andrzeju, porwał z kanapy, ławki w ogródku, krzesła w kuchni, z wszystkich tych banalnych miejsc, w których pochłaniałam pana słowa, do zupełnie innych krain. Bo kraje i miejsca, które opisuje i odwiedza p. Stasiuk może i są stare oraz zapomniane, opustoszałe, jak te stare, bujane krzesło na strychu obrastające kurzem zapomnienia i braku docenienia, ale i tak natrafi się w końcu ktoś, kto je odkopie i zechce przywrócić do stanu używalności. Jakakolwiek lektura Stasiuka jest idealna na wakacyjne dni, wszelkie jesienne dysfunkcje i zimowe chandry. Mistrz podróżniczego i duchowego pióra!

Raczyłam się kilometrami różnymi gatunkowo, zachwycałam się rozwiązłością wątków w końcu nadrabiając słynną kryminalną trylogię „Millenium”, gdzie równie otwarcie przyjęłam Lisbeth Salander do grona literackiej nieśmiertelności. Rozczulałam się czytając literaturę dziecięcą „Prosiaczek Fryderyk i dzięcioły”, którą otrzymałam w prezencie za zdany ważny egzamin zawodowy. Sir D'arcy Power w cytacie rozpoczynającym książkę, którą mimo, że traktuje o medycynie, czyta się ją niczym kryminał, przyrównuje przedsięwzięcia chirurgów do mocarstwa nazywanego Imperium Chirurgów - dodam od siebie, że każdy z nas powinien je zwiedzić i kupić sobie bilet do Państwa Nauki, do którego tak dostojnie zgrabnie zaprasza nas dr. Hartmann w książce „Triumf Chirurgów”.

Olga Tokarczuk wraz z Agnieszką Holland napisały wspólnie scenariusz i obecnie kręcą thriller moralny na podstawie znakomitej książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Bohaterka książki, pani Janina, nie znosi tego imienia, innym ludziom nadaje również swoje własne owoce wyobraźni. Jej zdaniem ludzie powinni mieć imiona odzwierciedlające ich osobowość, więc nazywa ludzi Wielką Stopą albo Dobra Nowina, albo powinni nosić imiona owadów czy ptaków jak Dębosz, Drozofila czy Corvus. Śledzimy świat jej oczami i jej opiniami na temat tego kto zabija jej sąsiadów. Okoliczni mieszkańcy mają ją za wariatkę ślepo wierzącą w horoskopy. Ale co jeśli pani Duszejko ma rację...? Tu żadne słowo nie jest przypadkowe, utkało się w cudownym talencie umysłu pani Tokarczuk i wciągnęło mnie bez reszty. Te porównania, zabawnie-ironiczne przemyślenia zamalowane dobitnymi prawdami o życiu.

Ktoś mógłby powiedzieć czy, aby mocno nie przytyłam w te wakacje, bo widać, że dużo siedziałam, a mało się ruszałam. Cóż za błędny przelicznik. Uwielbiam umysł spuchnięty od przemyśleń i wrażeń, kiedy namacalnie niemal czuję jak zmienia się jego pojemność, która wiecznie jest dodatkowo stymulowana godzinami rozmów z Nią.

Bo widzicie, ja cały rok noszę kombinezon. Drugie ja, oficjalne ja, obecne w pracy, wśród rodziny, w sytuacjach oficjalnych. Zdejmuję go uroczyście tylko przy Niej i w wakacje, kiedy to absolutnie nic nie staje pomiędzy mną a mną. Czuję się wtedy wyjątkowo wolna. Gdy sierpień chyli się ku końcowo powoli odkurzam ten kombinezon, odświeżam go, przygotowuję się do pracy i stawiam w pełnej gotowości działań.


Bo widzicie, jestem Atlantydą, która nie chce siebie uratować. Pierwszy raz w tym roku, suwak ewidentnie się zaciął, a ja nie tylko nie mam ochoty nałożyć na siebie kombinezonu, a co dopiero próbować naprawić ten suwak. Nie szarpię się, wracam z pewną rezygnacją, już z tęsknotą za pełnią siebie przy Niej.



Podczas różnych wydarzeń, nie możemy się widocznie całować w usta, ponieważ soczystość Jej czerwonej szminki odcisnęłaby się znacznie i mnie by rozmazała, dlatego proszę Ją albo Ona robi to znienacka i całuje mnie mocno w policzek, by zostawić odcisk swoich ust. Nie zmazuję go wtedy, noszę go dumnie jako odznakę prawdziwości Nas. Zdarzyło się, że nieświadome niczego, moje obie siostry, podchodząc dwukrotnie rozmazały te szminkę na moim policzku.

Boję się, że wrzesień porządnie rozmaże…mnie.

poniedziałek, 27 lipca 2015

List otwartej prywatności.


Często ostatnio myślę o cyklach życia. O odchodzeniu i przychodzeniu. Pojawianiu się i znikaniu. Pewności i niepewności. Panice i stoickim spokoju. Życiu i śmierci. Słucham, patrzę, obserwuję, chłonę, czuję i widzę.

Widzę chmury i milknę jak głaz zastanawiając się czy w każdym jej majestatycznym kształcie kryją się wszyscy, którzy odeszli. Czy po śmierci stajemy się chmurami? Lubię tę pocieszającą myśl, gdy środek krzyczy niesprawiedliwość, gdy okrutny los zabiera znowu kogoś znajomego z mojego życia. Czy tam jest babcia, jedna i druga, czy tam uśmiecha się M., czy dołączyła do niej właśnie K., a tam w oddali przebija się blask Pani I.? Czasami nie mieszczę w sobie tęsknoty i poczucia niesprawiedliwości, chmury absolutnie pulchnieją we mnie.

Słucham zawsze za oknem odgłosów dziecięcych, czy to śmiechu czy urywek rozmów, nasłuchuję, niczym szpieg, rozmów dzieci sąsiadów z rodzicami, gdy wracają ze szkoły, sklepu, placu zabaw. Na chwilę staję się uczestnikiem ich życia, którego nie posiadam. Życia matki.

Obserwuję życie znajomych i widzę kolejne śluby, obwieszczenia o ciąży, narodzinach, uciechach kolejnego etapu dorosłości w formie rodzicielstwa czy małżeństwa. Przybieram minę całkowicie rozradowanej przyszłej cioci, gdy w środku dostaję tak naprawdę dotkliwy celny strzał prosto w serce, rozrywane na kawałki, rozbryzgujące się w ciągle usypianym instynkcie macierzyńskim.

Pamiętacie małego O. na którego temat rozpływałam się z początkiem roku szkolnego? Jego koniec przyniósł już bardziej rozbrykanego chłopca, który rozpycha się łokciami i próbuje przeżyć na szkolnych korytarzach przez popychanie innych i szarpanie. Mogę na niego patrzeć z uśmiechem, który stara się go udobruchać i uspokoić, a on odwzajemnia je już z pewną dozą smutku i bez przytulania, bo to nie jest już ten sam O., a ja nie jestem jego matką, by nauczyć go, że potrafi lepiej. Kolejne dziecko, które odchodzi w swój świat, a ja tracę jakikolwiek wpływ na jego życie.

Słucham, patrzę, chłonę i czuję jakie to obezwładniające uczucie, gdy obok Ciebie zasypia Twój bratanek, pilnujesz go, poprawiasz kocyk, czytasz przy nim książkę, obserwujesz jego sen, a gdy nagle wyrywa się w złym śnie, otwiera oczy, patrzy na sufit, zdezorientowany nie wiedząc gdzie jest, jeszcze chwila i się rozpłacze, a ja go chwytam za rączkę, spogląda na mnie i nagle ogarnia go spokój, znów ogarnia go sen, bo wie, że jest bezpieczny ze mną. Swoją ciocią, nie matką.

Czuję ogromne szczęście zabarwione smutkiem za każdym razem, gdy moją chrześniaczkę na mój widok rozjaśnia absolutnie szczery uśmiech radości na zabawę i troskę, które ją czekają. Bawimy się, rozmawiamy, bo ma zaledwie 20 miesięcy to jest już bardzo bystra i bez problemu można się z nią dogadać i w ferworze zdarzeń i zabawy nagle zwraca się do mnie i mówi: „mamo”, a mi to słowo staje kołkiem w gardle, staram się nie rozpłakać, spoglądam na jej prawdziwą mamę, zapada niezręczna cisza, a ja z uśmiechem na twarzy prostuję: Kochanie, nie jestem Twoją mamą, ale ciocią, mama jest obok, widzisz?” – bo dzieci słowom przypisują emocje bez szufladkowania. Widoczne emocje mojej obecności przy niej sprawiają, że zdarza się jej nazywać mnie mamą…

Pewnego dnia dwa lata temu, gdy znów puchły we mnie emocje ogromne napisałam list. List do swojego nienarodzonego dziecka…w którym zawarłam wszystkie przeszłe rozważania na temat jego posiadania. Musiałam porozmawiać…

„Do mojego wyczekiwanego, nienarodzonego Dziecka,

Musisz wiedzieć, że przychodzą takie chwile, kiedy obezwładnia mnie wszechogarniający, paniczny strach, że nigdy nie będę Twoją mamą. W takich momentach oczy samoistnie wypełniają się po brzegi łzami, spływają po policzkach i lądują na pustych kolanach, na których nigdy Cię nie przytulę i nie ukołyszę do snu. To momenty, gdy na przykład oglądam jakiś film poruszający temat relacji „dziecko-matka”. Kiedy obserwuję trudy wychowania dookoła. W swojej pracy nauczyciela, gdy widzę wdzięczność dzieci wobec rodziców z okazji Dnia Matki czy Ojca. Ich ciągłe opowieści, obserwowanie jak rosną, rozwijają się, zmienia się ich postrzeganie świata, dojrzałość i poglądy. Widzę jak kształtują się ich charaktery i będąc nauczycielem mogę mieć jedynie namiastkę roli rodziciela-wychowawcy. Nie chcę, by za parę lat patrzono na mnie jak na zdziwaczałą nauczycielkę- starą pannę, bezdzietną, która mieszka z kotami i zabija czas piekąc placki.

Musisz wiedzieć, ze nie ma Cię na tym świecie nie dlatego, że Ciebie nie chcę, ale dlatego, że homofobiczne, polskie społeczeństwo sprawia, że boję Ciebie wprowadzić na ten świat. Odkąd pamiętam zadaję sobie pytanie czy moja krzyczącą od wewnątrz chęć posiadania Ciebie wynika z bardziej egoistycznych czy altruistycznych pobudek, bo wiesz drogie Maleństwo, na świecie istnieje wiele rodzajów miłości, kiedyś mam nadzieję pokażę Ci jej wszystkie formy, a Twoje mądre serce samo je ogarnie swoim rozumem. Pojmiesz, że bycie „innym” nie znaczy „gorszym”, ale wyjątkowym i szczególnym. Dowiesz się, że na świecie istnieją ludzie tacy jak mama, które kochają inne kobiety, a nie mężczyzn, ale są również tacy, którzy kochają inaczej i dobierają się w inne pary i żadna z nich nie jest gorsza czy dziwniejsza od drugiej. Jedyne co będziesz musiało wiedzieć to, to, że ludzie źli to ci, którzy sprawiają, że ktoś taki jak Twoja mama czuje się niebezpiecznie wracając wieczorem do domu trzymając Twoją drugą mamę za rękę. Taki ktoś nazywany jest homofobem, ponieważ boi się odmienności i nie potrafi jej zaakceptować, nie chce spróbować jej zrozumieć. 

Wiedz zatem, że istnieją ludzie, którzy mówią Twojej mamie, że chęć posiadania Ciebie płynąca prosto z mojego serca jest czystym egoizmem, ponieważ byłbyś/abyś narażony/a na uszczypliwości, obelgi i jeszcze „zaraziłbyś/łabyś” się taką samą miłością jaką mama żywi do Twojej drugiej mamy. Przez takich ludzi ciągle pytam siebie czy to nie jest właśnie egoizm to, że chcę Ciebie tylko dlatego, że ja tego chcę. Przeraża mnie wizja dnia, w którym rzuciłbyś/łabyś mi w twarz, jak kamieniem goryczy, słowa: „żałuję, że mnie urodziłaś, żałuję, że jesteś moją matką”. Boję się dnia kiedy będziesz starszy/a i zrozumiesz, że żyjesz w rodzinie trochę „innej” od pozostałych i zarzuciłbyś/łabyś mi, że sprowadziłam Cię na świat, gdzie musisz cierpieć przez moje życie. Martwi mnie dzień, w którym usłyszałabym pytanie wypełnione po brzegi pretensją, dlaczego nie potrafię być z mężczyzną jak „inne”, „normalne” mamy i dlaczego nie możesz mieć ojca.

Potrafię jednak te wszystkie obawy wznieść ponad wszelką wątpliwość, że kocham Cię, choć nie istniejesz. Jesteś wytworem mojej wyobraźni, instynktu macierzyńskiego, moim niespełnionym marzeniem, dopełnieniem, spełnieniem, kontynuacją, dokończeniem, pozostałością, całą mną. Oczami wyobraźni malowałam Ciebie już milionkrotnie, widzę Cię w moich podopiecznych, dzieciach na ulicy, swoich bratankach, chrześniaczce, uczuciach młodszych i starszych. Wierzę, ze pokazałabym Ci, że wszelka odmienność jest źródłem naszej wyjątkowości i nie ma nic złego w tym, kogo i jak kochamy. Musisz wiedzieć, że mało kto, jak Twoja mama, spogląda na świat z perspektywy dziecka i stara się w najmniejszym możliwym stopniu przenosić frustracje i zmartwienia dorosłego życia na dzieci.

Wyobraź sobie Promyczku, że ostatnio usłyszałam, że żyjemy w świecie, w którym matki niewystarczająco kochają swoje dzieci. Złe, niedbałe matki. Pewna pisarka, która sama jest matką, posunęła się do stwierdzenia, że kiedy zostajemy matkami, umieramy… Ja nie wyobrażam sobie umrzeć w macierzyństwie. Wiem, że robiłabym wszystko, by wywiązać się jak najlepiej z zadania jakie sobie powierzyłam – bycia Twoją matką. W świecie traconych wartości, słów bez pokrycia, braku wytrwałości i doceniania tego, co mamy, obiecuję Ci:

- obiecuję przelać na Ciebie całą miłość, czułość i wrażliwość jaką w sobie noszę, które pozwalają mi patrzeć na świat w przyjaźniejszych barwach,

- obiecuję wychować Cię na silną i potrafiącą się bronic osobę, mimo, że pewnie w głębi będziesz się wszystkim przejmować, jak Twoja mama, jednak sprawię, że będzie to dla Ciebie powodem do dumy, a nie wstydu, źródłem Twojej wyjątkowości,

- obiecuję nie szczędzić słów „kocham Cię”, „jestem z Ciebie dumna”, przytulania, wysłuchiwania, pomagania, wspierania i chwalenia,

- obiecuję nie doprowadzić do tego, że będziesz nienawidzić swojego odbicia w lustrze i czuć źle się z jakiegokolwiek centymetra swojego ciała,

- obiecuję nie dopuścić do tego, byś nienawidził/a siebie za to, że zawiedziesz czyjeś oczekiwania albo gdy zawiedziesz siebie,

- obiecuję być dla Ciebie ostoją, silną belką, której możesz się chwycić, gdy będziesz spadać w otchłań złamanych serc, rozczarowań, smutku, kłótni z przyjaciółmi, niepowodzeń życia codziennego,

- obiecuję nigdy nie podnieść na Ciebie ręki,

- obiecuję nie być surową za to, że czasami będziesz nieznośnie psocić, bo w końcu jesteś tylko dzieckiem i nie mogę od Ciebie wymagać pojęcia konsekwencji swoich czynów, które dorośli znają z wyprzedzeniem,

- obiecuję całować Cię w zbite kolano, a nie krzyczeć, żebyś przestał/a się mazać, bo nie jesteś już dzieckiem; w świecie, w którym dzieci coraz częściej i szybciej wychodzą z dzieciństwa próbując już w wieku 10 lat alkoholu czy papierosów,

- obiecuję Ci tego procesu nie przyśpieszać, zatem pozwolę Ci okazjonalnie poskakać po murkach, popłakać, gdy się lekko uderzysz, pośmiać z niekoniecznie śmiesznego dla dorosłego psikusa, poprosić o loda, gdy jeszcze na niego trochę za zimno.

Obiecuję, obiecuję, obiecuję. Wiedz, że mama rzadko używa tego słowa, bo jest dla niej na wagę złota i oznacza nierozerwalną więź i jednoczesną obietnicę spełnienia. Wiem, że mogę obiecywać, zarzekać się, że nie zrobię bądź zrobię powyższe rzeczy, ale wiedz, że będę się starać całym swoim sercem wyciągać wnioski z własnych lekcji życia, jakich udzielili mi, bądź nie, moi rodzice lub rodzice, których w ciągu życia obserwowałam. Moi rodzice, Twoi dziadkowie nie byli idealni, zasłonili gęstymi chmurami wiele sukcesów, wiarę w siebie i poczucie własnej wartości, ale mam to już za sobą.

Marzeniem, niekiedy rozdzierającym serce na strzępy, jest wyobrażenie Ciebie Maleńka jak w Dzień matki słucham wierszyka, którego się dla mnie nauczyłaś i oglądam laurkę, którą z niezdarną wprawą dla mnie zrobiłaś. Ja w podzięce w Dzień Dziecka zabrałabym Cię, gdzie byś tylko chciała i podarowałabym Ci to, co lubisz, bo zawsze słuchałabym Twoich potrzeb i marzeń, ucząc, że takowe się spełniają, jeśli na nie sobie człowiek zapracuje i mocno w nie wierzy. Marzę byś Ty, Ukochany już Synku, opowiadał mi z entuzjazmem na ile drzew się wspiąłeś, ile kałuż przeskoczyłeś, by pokazać mi jakim silnym mężczyzną się stajesz.

Opowiem Ci krótką sytuację z mojego życia. Mama kiedyś pracowała w fundacji ucząc dzieci, które niekoniecznie stać na dodatkowe zajęcia z języka obcego. Pewnego razu jeden z chłopców zaczął wymiotować. Zaprowadziłam go do łazienki, posprzątałam zabrudzony dywan, przytrzymałam mu głowę, przytuliłam, sprawdziłam czy nie ma gorączki. Zadzwoniłam po jego mamę poinformować o sytuacji i z zapytaniem czy jest w stanie przyjechać po chorego syna. Gdy okazało się, że jest w pracy, obiecałam przywieźć go do niej. Po tym jak posprzątałam, usłyszałam od niego: Przepraszam, że sprawiłem kłopot, że pani musi sprzątać i dziękuję. Na te słowa 11-latka, musiałam silnie wstrzymać łzy. Pomyślałam o wartości i sile słów „przepraszam” i „dziękuję”. Pomyślałam „może tak czuje się wdzięczność dziecka względem matki?”

Wyczekując Ciebie za zakrętem obaw i braku wiary w Twoje zaistnienie,

Zawsze gotowa na Ciebie,

Twoja mama”

I może na dziś skończę wylewanie siebie.
Bo czasem wstyd.
A czasem nie umiem inaczej mówić jak palcami o klawiaturę.
Bo czasami absolutnie muszę.

Żeby się nie przelać…zalać…utopić.


wtorek, 14 lipca 2015

Wszechobecna.

Statystycznie rzecz biorąc, ode mnie częściej się odchodzi niż zostaje. Czy to telefonicznie, w lokalu, na łóżku we własnej sypialni. Śmiercią naturalną, wyjazdem za granicę, zdradą. Zrywa się wszelkie łączące nici, które splotły się w nierozwiązalny kłębek nerwów i nieporozumień. Żyję ze sobą niemal trzy dekady, zatem poznałam siebie już całkiem wystarczająco, by wiedzieć, gdzie tkwią różne problemy, co odstręcza, jak coś niszczeje, kiedy zaczyna się rozkład, czai się niewierność.

Nazwałam kiedyś siebie emocjonalną przylepą. Wiem, przerażam. Pewnością. Pewnością uczuć jakie noszę w spojrzeniu, szczerości uwielbienia oddanych w dotyku, prostych gestach. My, generacja impotentów miłości, nie wierzymy, że można nas tak kochać, jakimikolwiek byśmy nie byli. Czasami dopada nas poczucie oszustwa, no bo jak można? Mnie? Kochać?

Przeraża mnie jak bardzo potrzebuję Ciebie. Wszystkie „jak bardzo”, „tak bardzo”, „niesłychanie” – przerażają mnie. Skręcają w kłębek, w który wtula się wtedy w Ciebie mocno i w głębi ducha pyta znów siebie „a co jeśli znów za mocno?”

Emocjonalnie przylepiam się do Ciebie spojrzeniami. Szeregami zdarzeń, manifestacjami troski i oddania pośród zwyczajnych czynności życia codziennego, czy to robię Nam pranie, czyszczę buty, szykuję śniadanie, romantyczną kolację, masuję plecy, prasuję, pytam czy masz ochotę się czegoś napić. Pytanie czy wszystko w porządku zatem jest silniejsze ode mnie, zdradza podświadomość podszytą lękiem, bo co jeśli którego dnia odpowiedź będzie przecząca?

Przy tak silnych uczuciach, ich przeciwwaga nie dziwi, strach jest naturalny. Leżąc na wznak jednej z Naszych licznych nocy tematy przypełzły poważne. Rozważając o śmierci i o tym czy istnieje coś poza nią przyznałam, że nie obawiam się śmierci, obawiam się niebycia i nieczucia. Choć będziemy po drugiej stronie, gdzie może nic już nie ma, więc i nie będziemy świadomi nieczucia, ale mnie i tak dopada momentami ten irracjonalny strach – jak to? Mogę nie żyć, ale jak to będzie nie móc już czuć Ciebie?  

Bo tak, częściej ludzie odchodzą ode mnie niż pozostają. Ona przyjechała do mnie z początkiem lipca, a ja nie posiadałam się z radości na stos wrażeń jaki czeka na Nas podczas nadchodzących dni. Pogoda się dla nas uatrakcyjniła. Od razu wyruszyłyśmy do mojego domu na wsi, by „przywitać” się w odosobnieniu. Następnie czekał na Nas Open’er Festival i urokliwe, pożądliwe Trójmiasto i skwar morskiego powietrza. Koncert dla mnie to zjawisko intymne, to nie zwykłe odhaczenie na liście „wysłuchane na żywo”, to lista mojego życia, ścieżka dźwiękowa naszych emocji. Ekstaza dzielona na dwoje, gdy w tle mam wrażenie, że Of Monsters and Men iście grają tylko dla Nas. „Nie stać mnie na Paryż, ale mam nadzieję, że Ci się podoba”, mówię, gdy po powrocie z koncertowych wrażeń wychodzimy jeszcze na ulice nocnego Gdańska.


Ale to nie koniec, Ona jeszcze ode mnie nie wyjeżdża. Po powrocie z całą pewnością naszego uwielbienia dla niebanalnego kina wybieramy się na francuską jego odmianę do klimatycznego kina w stolicy Wielkopolski, której Ona jeszcze nie widziała. Pragnę karmić Jej zmysły na wszelkie sposoby. Ciągle jestem głodna Jej zadowolenia. Gdy mija Nam wspólnie spędzony tydzień, podświadomość moja dziwi się, że Ona jeszcze ze mną jest. Są wakacje, zatem nie ma narzuconej daty Jej powrotu do domu. Umownie pada na piątek, w czwartek wieczór jednak słyszę te cudowne słowa, że zostanie jeszcze dłużej.

Ze mną? Przecież ze mną nikt tyle nie zostaje…Nie ma jeszcze dość moich nieprzerywanych spojrzeń? Emocjonalnej przylepności i zależności? Przecież pokazywanie tak intensywne, że się kogoś tak pragnie, potrzebuje, kocha, wszystko w nadmiarze może męczyć czyż nie? No ale też chwileczkę, czemu nie miałabym być całą sobą przy Niej? Dlaczego miałabym patrzeć krócej niż tego pragnę prosto w Jej oczy? Dlaczego nie miałabym pożerać wzrokiem Jej ponętnych ust? Dlaczego nie miałabym się z Nią kochać kiedy tylko pragnę? Prawic komplementów, karmić zmysłów, uciekać od tego, co czuję? Więc kiedy zdaje mi się, że Ona zaraz wyjedzie, to oświadcza mi, że jeszcze zostaje. Kiedy wkrada się myśl, że może ma mnie już za dużo, to Ona po śniadaniu wydłuża Nasze udanie się pod prysznic kładąc się na mnie i zalewając falą pożądania, rozpina spodnie…szeptam „rozpieszczasz mnie”, a Ona dziwi się mojemu zdziwieniu, co jeszcze bardziej mnie porusza. Bo ze mną przecież nikt tyle nie dzielił…

Po dwóch tygodniach razem musiałyśmy się dziś rozstać, by znów do siebie za jakiś czas powrócić. A ja? Siedzę i nie wierzę, że Jej tu nie ma i, że zaraz nie wyjdzie z NASZEJ łazienki do NASZEGO pokoju. Tak, pokochałam liczbę mnogą Nas. Absolutnie nie ma mnie, bez Ciebie. To nielogiczny stan abstrakcji. Powstrzymywałam się zatem dziś od łez, bo wiem, że niedługo znów tu będziesz. Tymczasem zostaje mi przewijać album Nas, zapierać własny dech w piersiach przesytem obrazów jaki zostawiłaś w Naszym łóżku. I podejmować próby radzenia sobie z rzeczywistością wypełnioną krzykliwym brakiem Ciebie.

Z pewnością, że wrócisz,

z ciągłym niedowierzaniem, że jesteś

i będziesz.


Wdzięczna ja. 

niedziela, 21 czerwca 2015

Czy Ona mi się śni...?



To ją przypierałam zawsze do ściany w przypływie dzikiego pożądania.

To ona przywierała ciałem do mnie i nie dawała wytchnienia moim pragnieniom.

To ona była tą femme fatale, która odkurza najbardziej mistyczne zakamarki wyobraźni.

Związywała mi ręce pasem…

Kazała odwrócić się tyłem i sprawiała, że napinają mi się wszystkie mięśnie niepewności jej następnego ruchu i kierunku dotyku.

Ona popychała mnie na łóżko i klękała przede mną…

Podzielała mój brak zahamowań, wyprzedzała moje myśli i zawsze zasypiała ze mną nago, nigdy nie czuła potrzeby chowania się za pozorną moralnością ubrań.

Nakazywała przyniesienie lodu i wsuwała go w najgorętsze miejsca absolutu mojego podsycenia.

To przy niej wyciekała cała rozkosz, która skraplała się ze strumieniami potu spływającego po udach, brzuchu, karku, między piersiami, nie potrafiąc już rozróżnić źródła tego wodospadu, była adresatem wyznania „nigdy nie byłam taka mokra”…

Sprawiała, że krzyczałam w ekstazie i nie skąpiła mi orkiestry własnych dźwięków.

To jej pożądliwe spojrzenie znajdywałam na sobie, gdy otwierałam oczy w przypływach rozkoszy. Nigdy go nie odwracała, zwężała go, łasiła się, zniewalała mnie bezczelnym spojrzeniem premedytacji władzy nad moim ciałem.

Zawsze chciałam, by na mnie tak patrzyła. By tak zniewalała i dała się zniewolić. By ciała nabierały tysięcy woltów, elektryzowały się, nie potrafiły się od siebie odczepić, krzyczały z bliska i oddali do siebie i o siebie.

Ona śniła mi się całe życie. Nigdy nie miała konkretnej twarzy, ale konkretne przymioty, wiedziała co lubię i robiła to z bezczelną dokładnością. Zadowalała w nocy, o poranku i w dzień. Potem znikała o poranka brzasku i nigdy nie wracała w tej samej postaci. Jej jedyną stałą była nieobecność i nierzeczywistość. Zwykła senna zmora. Ot co, fantazja.

Pytałam zawsze siebie o rolę fantazji. Czy fantazja z definicji zostaje w sferze wyobrażeń i nie wychodzi z moich erotycznych snów czy jednak przekracza próg majaki sennej, wpełza do sypialni i podsyca Nasze piekielne temperamenty? Czy to wszystko u góry mi się przyśniło? Nie…
Ja nigdy nie sądziłam, że odnajdę tę kobietę ze snów, tę władczynię mojego ciała, oddechu i serca.
Kolejnym z przymiotów Jej absolutnej wyjątkowości i niesamowitości jest fakt, że spełnia absolutnie wszystkie moje fantazje. „Czy masz dziś ochotę na coś specjalnego?” – pyta, ale nie potrzebuje odpowiedzi, sama serwuje coś nowego.

Zjem Cię – informuję Ją tuż przed przyjazdem. Na co Ona, z przypisaną sobie zadziornością, odpowiada – przyrządzam się dla Ciebie, podsycając w sekundzie pożar moich trzewi. Bo wiem, że tak jest. Założy koronkową bluzkę, która odsłania mój uwielbiany dekolt, muśnie usta szminką, by zaznaczyć siebie na mnie przy przywitaniu, w obcasach wkroczy znów w moje życie nieprzeciętnością.

Kobieta – fantazja. Mam coś lepszego. Kobieta – rzeczywistość. Nie jest tą senną, która zostawiała mnie zawsze samą w łóżko, trzaskała drzwiami i znikała, pragnęła, ale nie kochała. Ona po ostatnim krzyku rozkoszy, otwiera ramiona wraz z drzwiami do siebie i wpuszcza mnie do swojego wnętrza jeszcze głębiej. Dzieli ze mną ciało i duszę. Wypijam Ją i wiążę mnie to z Nią na zawsze. Gdy zaczyna zasypiać, ja na Jej plecach kreślę palcami słowo „kocham”, bo wiem jak kocha rysowanie po plecach, a Ona zasługuje na niebanalne wyznania miłości. I nawet jeśli Jej świadomość już nie wyłapuje kolejności literek, to wiem, że Jej ciało wie, co moje na Niej uwieczniło. Uwiecznia po każdym zbliżeniu, spotkaniu. Nic się nie powtarza, nic nie przyrówna się do tego owego pierwszego razu, gdy się kochałyśmy, ale tak jak wydaje Nam się, że my się nie poznałyśmy te kilka miesięcy, ale znałyśmy się od zawsze, to tak samo jest za drzwiami Naszej sypialni. Kochałam się z Tobą całe życie, rzeczywistość teraz tylko nadgania i parzy iskrami.

Uczyniłaś mnie odważną, wyprowadziłaś mnie z zakamarków obumierającej wiary w absolut miłości. Przypomniałaś o wszystkim, czego w życiu pragnęłam. Zrobiłaś więcej. Urzeczywistniłaś się. Ciągle dla mnie jesteś. Nie ma wymówek ani niedomówień między Nami. Chcę Cię pokazać całemu światu. Swojemu światu i tak też czynię. Życie robi nawet więcej, gdy zajeżdżamy do mojego ulubionego miejsca na ziemi i mówisz: „widzę dwoje dzieci, nie – troje! Jednak czworo”. Okazuje się zatem, że w rzeczywistości poznasz całą moją rodzinę i więcej za jednym zamachem. Szukam zatem rodziców, przecież chcę fanfarów, przyjechała miłość mojego życia, zapowiedziałam Ją uroczyście dzień wcześniej! Przedstawiam Ją mamie, która mile ją wita, zajętemu tacie, który tonie w swojej nieśmiałości i na końcu wyskakuje moja siostra, która nie potrafiła schować opadniętej szczęki wrażeń na widok Ciebie. Pierwszy raz nie będzie się liczył nikt prócz Nas, absolutnie nie będę chować uczuć do Ciebie, nie będę puszczać Twojej dłoni. Chciałabym powiedzieć jaka byłam dumna przedstawiając Cię każdemu po kolei i wiedząc jak na Ciebie zareagowali, ale nie potrafią tego wyrazić. Jedynie jeden brat do drugiego cedzi: „popatrz, Junkie przywiozła dziewczynę, a Ty kiedy będziesz miał?!” Ale to nie duma. To ta absolutna pewność, że nikogo więcej nie będę już przedstawiać. Koniec tych szopek, zaczyna się ostatni akt. Kurtyna nigdy nie pójdzie już w dół.

Spędzamy ze sobą długi weekend i staje się on najlepszym w moim życiu. Poznaję Cię w wielu nowych sytuacjach i każda jest przesycona zachwytem i pewnością. Poznaję również Twoich rodziców, którzy nie spodziewali się nigdy, że literka imienia „E” skończy się na „A” i będę w ciele kobiety, a mimo to obiad spędziliśmy miło pomimo uprzednich stanów przedzawałowych, które nawiedziły moją osobę, chcącą dobrze wypaść przed rodzicami swojej miłości. Uwielbiam każdy przekraczany stopień Naszej znajomości, etap intymności, następujące po sobie horyzonty pragnień bez końca.

W kolejny weekend tworzącej się historii Naszej miłości, który właśnie chyli się ku końcowi, gdy patrzę znów na Ciebie z nieukrywaną adoracją, znów obezwładniasz mnie szeptem zmysłowości „zostałam stworzona dla Twojego uwielbienia…”, a ja w duchu znów pytam siebie „skąd ja Cię mam?”. Przekraczasz próg nawet moich najśmielszych snów.

„I ślubuję Ci uśmiech przy porannej kawie, parasol w deszczu i stokrotki na wiosnę…”




Troszczyć się o Ciebie w zdrowiu i chorobie, spalać żywym pragnieniem, iskrzyć miłością, nigdy nie przestając Cię kochać…