Otulam Was.
https://www.youtube.com/watch?v=9sLW5hT6NwE
Ludzie lubią grac, pogrywać,
wygrywać. Gorzej im idzie przegrywanie, tutaj wygrywa frustracja i łatwe
wybuchy złości i nieumiejętność przyznania się do błędu i porażki. Wtedy
znikają z pola bitwy. Tyle ich widziałam. Nawet kurzu za sobą nie zostawiają. Czasami
zapominam, że byli.
Nie przepadam za grami. Nie
rozumiem fenomenu kasyn i konsol gier. Tęsknię za Pegasusem. Jeśli gry, to
ewentualnie strategiczne lub wyścigi samochodów. Nie te, gdzie liczy się wynik,
ale przebyta droga i doświadczenia z niej płynące.
Mało rozmawiamy, jeszcze mniej
pytamy, a najrzadziej szczerze odpowiadamy. Ostatnio osoba, którą widziałam raz
w życiu i po której bym się nie spodziewała, zadała trzy najodważniejsze pytania,
wykazując się miłą troską.
„Czy wszystko z tobą dobrze?”
„Czy jesteś szczęśliwa?”
„Czy wiesz co i kogo chcesz od
życia?”
To pytania trudne, łatwo można w
nich przegrać pewność siebie, postawić na złym polu rosyjskiej ruletki życia i już
nie wiadomo czy bardziej boimy się i nie ufamy intencji pytającego czy raczej
własnych odpowiedzi. A są to pytania, które każdy człowiek dbający o własny
rozwój, powinien sobie od czasu do czasu zadać.
Bo my lubimy chować się za
pewnością siebie. A to przecież ułuda łodzi, której nie zatopi żaden sztorm. To
twarde obstawanie w przekonaniu, że żadna osoba nie rozbiła i nie rozbije nas o
skały. Pewność niezniszczalności, wolności, siły i odporności na roztrzaskania
ludzkich rozczarowań.
Zatem czy wszystko ze mną dobrze?
Pragnę wierzyc, że tak. Samotność zadomowiła się w przyjaznym kącie. Nie pcha
mnie już nigdzie na siłę. Głupotą jest prowadzić własną łódź na pewne roztrzaskanie.
Skończyłam z tym. Wypatruję spokojnych wód gruntowych, a nie przypływów i
odpływów zaangażowania. Trzymam się osób pewnych, nie ulotnych. Nie tych co
podają listę manipulacyjnych warunków znajomości, ale tych, co są mimo
wszystko, mimo czasu, mimo odległości. Zaangażowałam się w pracę, odwieczne
przyjaźnie i budowanie z niczego, bez wymówek i dzięki temu „u mnie dobrze jest”.
Czy jestem szczęśliwa? Na tyle,
ile życie mi pozwala i ubogaca mnie w chwile spontanicznej radości, na tyle
jestem szczęśliwa. A gdy czai się wysysacz szczęścia, zwany smutkiem,
niepewnością jutra, poczuciem dogłębnej samotności, to mam jeszcze jakieś
spontaniczne spotkanie, ugotowanie dobrego jedzenia, poczęstowania się dobrym
filmem, muzyką, książką czy troską o drugiego człowieka, małego czy dużego, która
sama wypełnia mnie docenieniem tego, co mam.
Co i kogo chcę od życia? Chcę
umiejętności walki i stałości. Nie poddawania się, gdy wiatr zawieje mocniej,
braku zachwiań. Wypatruję na horyzoncie dojrzałości siebie, poglądów, planów na
własne życie i siebie. Lojalności i świadomości, że są dni gorsze i lepsze, a
nie uciekania na łódź ratunkową i odpłynięcie przy pierwszych burzowych
chmurach. Nie życia z dnia na dzień, bo to nie zapewnia bezpieczeństwa i
pewności jutra. Dobrej duszy z pasją, a nie wyniosłości bez mądrości życiowej,
inteligencji i dociekliwości własnego charakteru i zdarzeń dookoła. Nie szukam
klapek na oczach, raczej giętkości charakteru i własnych wad i zalet. Stagnacja
nie daje wiatrów w żagle, tylko skutkuje w kłótniach, który kurs obrać. Zatem zdolność
kompromisów, autorefleksji, spotykania się w połowie drogi.
Że mam wielki biust
Poruszam nim
I wszyscy się gapią
Śniłam też ze mam nogi jak miód
Ciągnęły się od szyi po kanapie
Że jestem pewna gdzie mam przygód gdzie mam tył
Że wierze w boga, który we mnie wierzy
Że mam odwagę mówić prawdę lub nic
Ze moim gardłem biegnie złota nic
Jak to się stało
Ze zapomniałem o moich piersiach
Jak to się stało
Ze wciąż jest za mało prawdy w mych pieśniach
Wciąż wyciągają szyję nieśmiało
Łaknąc powietrza
Wołają mnie rano
A serce schowane
Zamknięte
w żebrach
Nowy rozbrajający, nieokiełznany
i zadziorny utwór Natalii Przybysz urzeka szczerością kobiety. Jak dla mnie
mówi o sprzeciwie podmiotowemu traktowaniu kobiet, taki drobny feministyczny
manifest własnych pragnień i przypomnienia sobie o sile własnych, zapomnianych
pragnień i atrybutach.
Zatem obecnie mojej kobiety nie
ubiera Prada, Gucci, wysoki obcas, torebka na ramieniu, długie czy krótkie
włosy, ale szczery wybuch śmiechu, opuszczenie gardy, kiedy tego potrzebuje, umiejętność
przyznania się do błędu i przyznania racji. Ubiera ją szczerość obrana z
sarkazmu i złośliwości. Bo jak już mówiłam, nie lubię gierek. Piaskownica jest
dla dzieci. Ja szukam kobiety z krwi i kości ulepionych z pewnej gliny.
Pragnę wierzyc, że taka kobieta
istnieje, a to nie manekin stojący na wystawie w antykwariacie ludzkich
pragnień.
To przecież cechy, które są
oczywiste i powinny być pożądane i w
przyjaciołach i potencjalnych partnerach na życie, a trudne o nie, jakby to był
towar sprowadzany z dalekich wód dzikiego kraju. W świecie ogólnej dostępności
jakichkolwiek dóbr, wszystko chcielibyśmy łatwo, blisko, z dostawą prosto do
domu, bez dodatkowych opłat. Przeszkadza nam odległość, pierwsze napotkane
przeszkody. Towar zawsze można odesłać do sprzedawcy. Zamówić zastępczy.
Wszystko chcemy szybko i wygodnie, jak wakacje all inclusive, które zamawiamy
na wypoczynek.
Internet otula nas ostatnio
kolejnym nagraniem będących hołdem wolności małżeństw homoseksualnych. To
wiersz napisany przez Richarda Blanco, czytanego przez aktorów, Bena Fostera i
Robin Wright (którą pewnie znacie z roli pani Underwood w „House of Cards”). To
piękne wyznanie miłości, ale przede wszystkim drogi przebytej do ołtarza w
coraz większej ilości stanów, które umożliwiają małżeństwa homoseksualne w
Stanach Zjednoczonych.
Osoba, której wypatruję musi rozumieć
piękno takiego prostego wiersza. Musi wynosić na piedestały drobne gesty jak
dzielenie śmiechu na kanapie przy oglądaniu filmu, chwycenia za dłoń,
przytulenia w nocy, śmiechu dziecka.
„Yes, I counted your eyelashes…
No and maybes turned into yeses.
Love is the right to say ‘I do’.”
I wish I could say “I do”.
ze wszystkich rzeczy które pragnę najbardziej w życiu to życie..
OdpowiedzUsuń