czwartek, 20 września 2012

Muzyka zwana pożądaniem...


Człowiek z natury jest istotą wstydliwą. Seksuolodzy i psychoanalitycy dawno temu zidentyfikowali zakorzeniony w nas kompleks winy i wstydu. W końcu od zarania dziejów prymitywni ludzi czuli potrzeby zakrywania swoich genitaliów przeróżnymi roślinami. Nie dziwię się, że ze wstydu nie wyrośliśmy, bo każdy go szczyptę potrzebuje, ale po co tyle w nas winy? Zwłaszcza winy odczuwanej potrzebą odczuwania przyjemności jakichkolwiek, nie tylko cielesnych. Boimy się poprosić o spontaniczne gesty, częstsze spotkania, bo wstyd nam, że tęsknimy bardziej niż druga strona. Wstydzimy się potrzebować, chcieć. Bezwstydne pragnienie to dla wielu z nas zapomniane pojęcie, a właściwie nigdy nie wcielony w życie frazes, fantazja schowana na pustym regale świadomości , nigdy nie mająca szansy ujścia. Jak wielu z nas czuję skrępowanie przed okazaniem, że mamy przysłowiową „ochotę”.
Powiedzieć „mam ochotę na seks” wydaje się zbyt mechaniczne, proste, szczere, dlatego każdy z nas „uzbroił” się w listę znaków sygnalizujących ochotę na seks. Nasze „okrzyki godowe” mogą się zacząć już przy przemiłym przywitaniu w drzwiach, obiedzie czy kolacji przygotowanymi ze szczególną uwagą zwróconą na detale, to może być typowo „niedzielno-odświętne” danie w środku tygodnia, podane do stołu jadalnego, a nie przed telewizor, dołożenie gdzieś świeczek, przygotowanie kąpieli – po prostu wszystko co składa się na tzw. „przymilanie się”. Niektórzy nie potrzebują znaków bądź się na nie wysilają i przechodzą od razu do rzeczy. Bo trzeba przyznać, że jednak gra wstępna rozpoczynająca się już przy progu domu potrafi już wzbudzić dreszczyk emocji i podniecenia. Z czasem się rozleniwiamy i zapominamy nawet dać coś z siebie wcześniej, żeby później móc coś dostać w zamian. Nie oszukujmy się, że bywają sytuacje typu „ogoliła nogi, będzie chciała seksu” :).
Umówmy się też, że nie każdy ma swój zestaw „okrzyków godowych”, bo jest wstydliwy i nie wie jak sobie wziąć to, czego pragnie, ale jest to po prostu miłą formą budowania „napięcia”. Przecież nie każdy romantyczny wieczór ma obowiązek skończyć się w łóżku, jednak nie oszukujmy się, że miło jest, gdy takie preludium rytmicznie przechodzi w sferę łóżkową kończąc się jękiem. 
Ja w tej sferze nie czynię z siebie enigmy. Mój alfabet erotyczny łatwo rozkodować. Nie robię romantycznych, smacznych kolacji przypinając im warunek „ale później idziemy do łóżka”. Wystarczy spojrzeć mi w oczy, odczytać język ciała. Jednak nie ukrywam, że najbardziej lubię się nastrajać muzyką. Istnieje muzyka, która sprawia, że mam wrażenie, że dźwięki wypływające z głośnika skraplają się w powietrzu spływając później między moje uda. Bo czym jest seks jak nie częstym tańcem ciał, wymaga dopasowania, rytmicznych, zgodnych ruchów, wsłuchiwania się w dźwięki partnera by wiedzieć czy trzeba przyśpieszyć lub zwolnic tempo. Gdy podczas seksu zamykamy oczy, naszym głównym przewodnikiem stają się uszy i ja te ubóstwiam drażnić dodatkowymi odgłosami z głośnika.
Dla każdego definicja zmysłowej muzyki jest inna. Dla mnie lista jest nieskończona, bezustannie płynna i otwarta. Nie ukrywam, że muzyka R’N’B ze względu na samo posiadanie słowa „rytm” w swojej nazwie wprawia biodra w ruch.


Możemy zacząc powoli, sprawic by czas się wlókł bądź nawet stanął w miejscu. Niech usta wyraźnie zaznaczają swoją obecnośc za uchem, na obojczyku, między piersiami.



Gdy dojdziemy do 58 sekundy złapmy stanowczo za biodra i dodajmy język.


Biodra się uniosą, więc tempo się zmienia, lekko przyspieszamy, biodra przyciągamy do swoich, zatapiamy dłonie we włosach, w rytm skrzypiec wędrujemy dłonią po całym ciele.


Każdy stosunek w pewnym momencie odrywa się od nieśmiałych, delikatnych, powolnych początków, bo pojawia się zniecierpliwienie wynikające z narastającego pożądania.

Przychodzi moment kiedy wijemy się coraz bardziej, ocieramy się intensywniej, przygryzamy wargi, zwilżamy usta, całujemy łapczywiej, ściskamy mocniej...

Paznokcie samoistnie wbijają się w pożądaną skórę, tempo przyspiesza znacznie, pragniemy odważniejszych, głębszych posunięć w łóżku, drobnego pociągnięcia do siebie, za włosy…
Czujecie to? Jesteście ze mną? Znacie muzykę zwaną pożądaniem?
Dla mnie jej królową ostatnio zostaje ona
Zmysłowość w najlepszym wydaniu. Gęsia skórka, ciarki, skroplone pożądanie gwarantowane.


Dziś nie będę Wam życzyć spokojnej nocy…jeśli miałabym wybrac słowo na „s” wybrałabym Soczystej…



piątek, 7 września 2012

Wypuśc potwora z szafy!?


"Step one: you say " we need to talk..."

Dlaczego człowiek bloguje? Powodów pewnie mnóstwo. Ja zaczęłam, ponieważ za dużo dzieje się we mnie i w świecie zarówno realnym jak i internetowym bym mogła przejść obok tego obojętnie. Za dużo spraw, osób, wydarzeń prowokuje do myślenia, a czasem za mało czasu i osób dookoła, które chciałaby albo, najzwyczajniej w świecie, miały czas to słuchać. Zatem człowiek musiał zacząć to gdzieś spisywać. Jestem osobą, która lubi szperać w sieci poszukując wrażeń, wzruszeń, pełnej gamy emocji i inspiracji. Czasem będzie to krótki filmik, trailer, reklama, film, piosenka, cytat, fotografia. Mogą one poprawić humor, zezłościć, wzruszyć, doprowadzić do łez. Prostolinijność nie jest dla mnie. Dlatego dziś kolejne zdjęcia wprawiły szare komórki w ruch.
Napis „Ludzie nie powinni kiedykolwiek musieć się „ujawniać”, ale jeśli  to wydarzy to będą oni potrzebować od was jednego. Przyjaciela”. Samo nazwanie ujawniania orientacji homoseksualnej „wychodzeniem z szafy” sugeruje, że niektórzy będą chcieli byśmy stamtąd nigdy nie wychodzili i zostali na zawsze. Sugeruje zamknięcie, izolację, samotność, ciemność, przerażenie. Bo przecież w szafie chowają się przed nami wszelkiego rodzaju najstraszniejsze potwory. Osoby homofobiczne często zarzucają nam obnoszenie się ze swoimi uczuciami i wpychanie innym swoich postaw, uczuć, pragnień. Jesteśmy perwersyjni i desperacko pragniemy wyjść z tej szafy i zacząć straszyć niczym jakieś monstrum.  Jednak smutną prawdą jest fakt, że większość nigdy z tej szafy nie wyjdzie przed najważniejszymi osobami w życiu. Większość z nas całe życie będzie siedzieć skulona w kącie ciemnej szafy czując się ciągle niepewną, nieśmiałą dziewczynką, chłopakiem panicznie bojącym się braku akceptacji osób najbliższych. Bo nam nie zależy na opinii publicznej, my pragniemy być kochani przez osoby, które sami kochamy. Większości z nas śnią się koszmary bądź snujemy marzenia na temat rozmowy z matką  czy ojcem, siostrą czy bratem, przyjacielem, przyjaciółką w cztery oczy, w której oświadczamy, że ta moja „koleżanka”, którą tak lubisz jest miłością mojego życia. Mnie osobiście często śni się scena, gdy ze łzami w oczach dopiero na łożu śmierci moich rodziców mówię im, że kochałam nie tak jak tego pragnęli. Oni wtedy spokojnie mówią „córeńko, przecież wiedziałam i kochałam Cię mimo to” bądź alternatywna wersja tego snu „wiedziałam i się za Ciebie wstydziłam. Często jest to sen na jawie, często nie wypowiedziane głośno życzenie. Zatem wiadomość dla tych, co myślą, że uwielbiamy mówić o sobie, kogo kochamy i z kim sypiamy – nie ma nic bardziej wzbudzającego w nas strach i panikę niż moment, gdy decydujemy się powiedzieć komuś o tym jakiej jesteśmy orientacji. Ja sama prowadząc blog otwarcie o tym pisząc i jednocześnie informując o moim zawodzie, obawiam się nie raz, że ktoś użyje tego przeciwko mnie. Boję się, że pewnego dnia pożałuję, że wylazłam z szafy w sieci. Ale potem myślę, że może i to uczyni mnie silniejszą.
„Ujawnienie się to dla mnie czasami proces trwający miesiącami bądź latami. Co gorsze, czasami jest to nigdy nie rozpoczęty proces i zawsze zostanie w zarodku. Są osoby, które poznaję i wiem od razu, że zostaną w moim życiu na dłużej i od razu panicznie się boję momentu kiedy będę chciała im wyjawić kogo kocham. Jest to proces zaczynający się od obserwacji natury tej osoby. Czy jest otwarta, lewicowa czy prawicowa, staroświecka czy postępowa, tolerancyjna czy nie. Sprawdzić to trzeba i na trzeźwo i po pijaku. Sprawdzić ludzką zdolność tej osoby do bycia lojalnym i godnym zaufania. Czy osoba potrafi zatrzymać tajemnicę drugiej osoby dla siebie, czy jest zdolna do empatii i współczucia. Osoba, która z mojego wyznania nie uczyni plotki, bo tak ją ta informacja zaciekawi i zaszokuje, że zapragnie zrobić z tego gorącą informację w pudelkowie każdego miasta. Ja czasami potrzebuję starannie wybrać moment, choć ostatnio uczę się nie planować i robić to spontanicznie. Prawie zawsze na odwagę potrzebuję alkoholu. I powiem Wam jedno, mimo upływu tylu lat, ja ciągle dostaje palpitacji serca, robię się czerwona i panicznie boję się, że zamiast radości na czyjejś twarzy, zobaczę rozczarowanie i zmieszanie. Bo przecież nie oszukujmy się, człowiek czasami dostaję takim spojrzeniem w twarz. Chciałabym nie musieć już nigdy doświadczać tego, gdy widzę, że wyraz twarzy rozmówcy krzyczy negatywne „o mój Boże, nie wierzę…”, a po chwili ten ktoś usilnie stara się sprawić by słowa „no co Ty?!super, możesz mi zaufać…” brzmiały prawdziwie i szczerze. Potem człowiek żałuję, że go podkusiło wyjść z tej szafy. Bo tak, czasami się mylę wierząc w jakąś osobę. Obecnie czaję się od 4 latach by przyznać się koleżance, z którą zależy mi mieć w 100% szczerą relację. Ukrywając kogo kocham to jak ukrywać jedną z najpiękniejszych części siebie. Wychowano mnie w domu pełnym szaf. Każda jest na chowanie innej części siebie. Nie tylko tej homoseksualnej. Gdyby moja siostra zakochałaby się w chłopaku o odmiennym wyznaniu, kolorze skórze czy narodowości, wiem, że doświadczałaby takich samych palpitacji serca przy wyjściu ze swojej „szafy” jak ja.
Gdy decyduję się zerknąć zza drzwi szafy, postanawiam Ciebie poznać, wystawiam jedną nogę nieśmiało, drugą stawiam pewniej, staję przed Tobą wysoko i mówię te słowa „jestem lesbijką”, to uważaj. To znaczy, że najprawdopodobniej Cię kocham i chcę Cię mieć w swoim życiu jako oparcie, przyjaciela. Nie spieprz tego. Nie spieprzajcie tego nikomu, gdy ktoś powierza Wam siebie, bo może się okazać, że straciliście wartościową osobę w swoim życiu.
Bo jestem lesbijką,
Nie jestem chorobą, abominacją, problemem. Nie potrzebuję leczenia, nie potrzebuję pomocy. Nie jestem zmieszana, zdezorientowana, nie jestem grzechem. Jestem Twoją córką, siostrą, przyjaciółką, sąsiadką, pracownikiem, obcym wymijającym Cię na ulicy. Jestem lesbijką i potrzebuję Twojej miłości i byś kochała mnie w ten sam sposób zanim się o tym dowiedziałaś.

sobota, 1 września 2012

Patrząc za siebie w tylnym lusterku.


Proszę głośno dziś:) i niepoważnie:)

Czasami ktoś mnie zapyta jak tam autko? jak się prowadzi?
Ale jak im tak naprawdę powiedziec co to dla mnie znaczy?

Musicie wiedziec, że lubię auta, lubię się za na nimi oglądac jak za piekną postacią płci pięknej:P porównywac, oceniac, a najlepiej to każdego miec i móc choc raz w życiu poprowadzic.

Jak to jest posiadac w końcu własne? Jak mam byc szczera to czuję się jak dziecko, które kupiło swoją wymarzoną zabawkę. Najbardziej oczywiście lubię jeździc sama bez krępowania. Mogę się rozpędzic do 150km/h i nikt nie zadrży. Auto na tyle nowe, że nie czuję w końcu, że się przy większych prędkościach rozpadnie.

Zaciśnięcie rąk na kierownicy, okulary słoneczne na nosie, idealnie dobrana muzyka w tle dodają tyle energii, świeżości, władzy i radości. Złapałam się na tym, że w któryś momencie wymknęło mi się głośne "NIUUUUUU" przy wyprzedzaniu :)))

Nie, nie jestem piratem drogowym, jestem rozsądnym kierowcą, bojaźliwym również mimo wszystko:P

Jednak, gdy mogę, lubię poczuc się jak w Batmobilu i włączyc turboprędkośc:))

Dlaczego jednak dziś o tym? Bo chcę się z Wami podzielic jednym z moich ulubionych widoków na świecie.

Mianowicie o zachodzącym, pomarańczowym słońcu w tylnym lusterku. Gdy okulary musimy założyc mimo później pory nie dlatego, że razi nas słońce z przodu, ale dlatego, że niesamowicie się odbija w tylnym i bocznych lusterkach. Autostrada mieni się na niesamowitą liczbę kolorów, ścięte pola wyglądają jakby się paliły, każdy dom ma swój urok, a na moich ustach gości nie dający się zmyc uśmiech... No i głośny śpiew:)

Chciałam się z Wami tym dzisiejszych wyzwalającym uczuciem podzielic:)

 Bo w głośnikach grał Wolf Gang,

A ja patrzyłam w tylne lusterka myśląc, że ten jeden raz mogę sobie pozwolic na spojrzenie wstecz i że widok w tylnym lusterku nie musi oznaczac tęsknoty za czymś, ucieczki przed czymś, nostalgii i smutku. Można obejrzec się za siebie i uśmiechnąc do głębi Naszego serca:)

A potem tylko się drzec jak Alanis Morissette w teledysku "Ironic":)

wtorek, 21 sierpnia 2012

Dobro ze zła.



Na świecie istnieje wiele form nienawiści. A właściwie obiektów nienawiści. Nienawiść wobec odmiennej rasy, religii, orientacji seksualnej, pochodzenia, ilości pieniędzy na koncie, tuszy, stylu ubierania, subkultury, poglądów politycznych. W dzisiejszych czasach ogólnie rzecz biorąc nienawidzić można za wszystko, to co jeszcze się pogorszyło to formy wyrażania nienawiści. Antysemici, rasiści, naziści, radykałowie, teraz każdy może odnaleźć swoje miejsce w szeregu i wstąpić do tzw. hate group w Internecie. Internet stał się platformą do anonimowej nienawiści, agresji słownej, poniżania, obrażania, oczerniania, degradowania. Odkąd na każdym portalu informacyjnym czy rozrywkowym stworzono opcję dodawania komentarzy każdy ma niby swoje niezbywalne prawo do wolności słowa i wyrażania własnych poglądów i opinii. Ale czy tak naprawdę to robimy, tworzymy własne opinie czy ulegamy powszechnej wolności i napływowi tsunami nienawiści słownej w Internecie, czujemy się bezkarni i bawi nas wystukiwanie obelg wobec innych.
Od pewnego czasu po Internecie krąży film demaskujący niejaką Panią Grażynę Żarko. Kto nie widział, polecam obejrzenie. Pani Grażyna pojawiła się około trzech miesięcy temu na kanale Youtube mianując się katolickim głosem Internetu reprezentując swoje kontrowersyjne, przestarzałe poglądy. Jej kilkanaście filmików doczekało się fali nienawistnych komentarzy i innych filmów w odpowiedzi. Wszystkie są prawdziwe prócz samej Pani Grażyny. Panią Grażynę stworzono by ujawnić jak łatwo rodzi się agresja i nienawiść w Internecie. Mnie osobiście w tym „eksperymencie” przeraża kilka rzeczy. To jak łatwo ludzi da się oszukać i jak potem falowo zaczęli usuwać swoje komentarze, bo zostali nabrani podoba mi się najbardziej. Przeraża jednak młody wiek komentujących i słownictwo. Totalny brak logicznych argumentów, ilość wulgaryzmów przekracza ludzkie pojęcie.

 Wydaje nam się, że ekran komputera działa w dwie strony. Pisząc coś, chroni nas on przed ujawnieniem naszej tożsamości. Po drugie, gdy ktoś obrazi nas, to ten ekran uchroni nas przed tym by nas to dotknęło. Spójrzmy na 14 minutę filmu, który zamieściłam i zobaczmy jak kobieta, która właściwie nie podziela głoszonych "przez siebie" poglądów rozpada się na kawałki. Grozi się jej śmiercią i nie jest w stanie tego pojąc. Ludzie zapominają, że każdy, ale to KAŻDY ma uczucia, ma serce, ma sumienie, ma skryte łzy. Ja, gdy zaczęłam pisać nie sądziłam, że spotka mnie tyle obelg, ataków agresji czy nienawiści bez konkretnych zarzutów. Byłam taką Panią Grażyną i w pewnym momencie pękłam aż w końcu się uodporniłam.  Zatrważające jest to, że ziarno nienawiści każdy z nas ma zasiane gdzieś głęboko w sobie. Nienawidzimy brata, siostry, nauczyciela, szefa, ojca, pani sklepikarki, wrednej obsługi w urzędzie skarbowym, kontroli radarowej. Mnóstwa rzeczy. Będąc na wakacjach w górach obserwując tłumy ludzi więcej widziałam nienawiści i niechęci niż urlopowej radości. Siedząc i czekając na posiłek w różnych karczmach o uśmiechnięte beztroskie twarze rodziców wraz z dziećmi było trudno. W oczach mieli zazdrość, nienawiść do życia, które mają wrażenia już ich ominęło. Że nigdy więcej nie poczują beztroski, w bo ich życie wkroczyły nowe obowiązki jak wychowanie dziecka. Ich twarze mówiły, że chcieliby te dzieci zostawić w domu. Kątem oka często patrzyli na nas, bezdzietnych, młodych, popijających grzańca. Ja patrzyłam wtedy na ta dzieci i uśmiechałam się ciepło uzyskując jeszcze gorętszy i beztroski uśmiech w zamian. Czasami mam wrażenie, że największą nienawiść i pogardę można dostrzec w oczach osób, które kochamy najbardziej. Mówię tu też o sobie. Czasem tak trudno odnaleźć punkt zaczepienia albo odczepienia od własnego życia, spojrzenia na niego z dystansem i uśmiechem dla bliskich.

Istnieją filmy, osoby, wydarzenia, które prowokują do myślenia, do wstydu, do działania.

Ja chciałabym by ten coś zdziałał, choć pewnie wiele nie zrobił.

Wczoraj napotkałam następny nagrany z okazji Światowego Dnia Humanitarnego. Piosenkę znałam już wcześniej i nie raz roniłam nad nią łzy, wczoraj nabrały kolejnego sensu i wydźwięku i chciałabym by dotknął Was tak jak mnie. Chciałabym, żeby po jego obejrzeniu każdy zrobił coś miłego dla kogokolwiek, bo gdyby ludzie widzieli ile każdy człowiek traci każdego dnia, to może na świecie byłoby trochę mniej nienawiści…

Beyonce śpiewa, że chce zostawić swoje ślady na piaskach czasu. ChcĘ wiedzieć, że coś po mnie pozostanie, gdy opuszczę ten świat, nie zostawię za sobą żali. Zostawię coś do zapamiętania by nie zapomnieli.

Byłam tutaj,
Żyłam, kochałam,
Zrobiłam wszystko czego pragnęłam i było to więcej niż sobie wyobrażałam
Zostawię po sobie ślad by wszyscy wiedzieli…
Byłam tutaj.
Chcę by wiedzieli,
Że dałam z siebie wszystko i robiłam wszystko najlepiej jak mogłam
Przysporzyłam komuś szczęścia
Pozostawiłam ten świat ciut lepszym
Tylko dlatego, że…
Byłam tutaj…



piątek, 10 sierpnia 2012

Nerwica cywilizacyjna.

Dłuższą chwilę mnie z Wami nie ma, bo właściwie to w końcu wyrwano mnie z moich czterech ścian. Na pewno ułatwia to kupno samochodu, który wymaga wiadomego przetestowania:) Choć wyczyściłam konto i swoje oszczędności do zera to oczywiście był to zakup potrzebny i udany, a inwestycja mam nadzieję koniec końców okaże się trafna. Mobilność ciała ogranicza skręcenie nogi, która ciągle mi dokucza, ale nie powstrzyma mnie to przed dzisiejszym wyjazdem w góry. 
Kilometrami w aucie uciekam od siebie, swojej złej strony siebie, szukam szczęścia i przyjemności, staram się nie marudzić, przesuwam swój horyzont, gdy wydaje się, że jest źle. Powrót do swoich ścian oznacza powrót do siebie, a to nie zawsze kończy się dla mnie dobrze. Mówi się, że uznanie choroby jest pierwszym krokiem do jej wyleczenia, ale czasami jej ciężar bardziej nas przytłacza, bo jak tu sobie samemu pomóc? Jak poprosić o pomoc jak w oczach innych nic nam nie jest?
Pewna osoba towarzysząca mi tu prawie od początku regularnie mnie czytając słusznie zauważyła u mnie pewne zaburzenie, a jej poniższe słowa przeszyły najskrytsze zakamarki chorej duszy:
„Zaburzenia psychiczne wywołują w ludziach przeważnie inni ludzie. Wieloletnie traktowanie drugiego człowieka jakby był robotem. Lekceważenie jego uczuć i tego co mówi, stawianie zbyt wysokich wymagań, narzucanie własnego zdania, ciągła krytyka, nacisk na perfekcje powodują bunt organizmu, który objawia się skrajnym wahaniem nastrojów, bezpodstawnym lękiem, niskim poczuciem własnej wartości, poczuciem beznadziejności, brakiem zadowolenia lub radości, agresją, brakiem wiary w siebie, spadkiem lub nadmiernym przypływem energii, pesymistycznym widzeniem przyszłości.”
Te parę zdań jest niemal idealnym podsumowaniem mojego życia emocjonalnego i choć już za nie dziękowałam to robię to tutaj jeszcze raz:)
Chwilę potem padły dwa słowa „nerwica depresyjna” i po raz kolejny nie mogłam się nie zgodzić z tą „diagnozą”. Krótka definicja i objawy : „Nerwica depresyjna inaczej zwana również nerwicą dystymiczną wywołana jest zazwyczaj zbyt długo ciągnącym się napięciem emocjonalnym oraz zaburzeniami osobowości. Do jej najczęstszych objawów należą: częste poczucie winy, niechęć do własnej osoby, niechęć do świata, rozdrażnienie, agresja,  myśli samobójcze, pesymistyczna wizja świata i otoczenia, ciągły smutek, wewnętrzny konflikt własnej osoby, zaburzenia emocjonalne, frustracja oraz ciągłe niezadowolenie. Osoby z nerwicą depresyjną budzą w nas raczej negatywne nastawienie oceniające niż współczucie. Drażnią ich niezaspokojone ambicje, pretensje do świata i samych siebie, nieuzasadnione poczucie krzywdy itp.”
Jeśli miałabym zrobić listę moich zachowań, postaw, cech, które mnie męczą, nie podobają się, powstrzymują mnie od radości i normalności to wymieniłabym wszystkie powyższe. Myślę, że osoby regularnie mnie czytające nie zaprzeczą, że takie wnioski „ze mnie” można wysnuć. Ile osób wychodzi stąd również z raczej negatywną reakcją wobec mojej osoby, ponieważ wydaję się zbyt marudna, negatywna, pesymistyczna. Nie wzbudzam współczucia, często wręcz przeciwnie.
Jednak to co chcę dziś powiedzieć to, że swą nerwicędepresyjną przemieniam ostatnio w cywilizacyjną i tę cywilizację wprawiającą mnie w skrajne nastroje zostawiam za zatrzaśniętymi drzwiami. Dziś cieszę się ze swojej ambicji, która doprowadziła mnie do kupna porządnego auta marzeń,doprowadziła do punktu dumy, że w dzisiejszej ekonomii nie musiałam nikogo o finansową pomoc prosić, nie musiałam wyjeżdżać za granicę by dorobić, poradziłam sobie tutaj sama. Czarne okulary wymieniam na różowe i niechęć do własnej osoby i ciała zamieniam w mniej krytyczne spojrzenie w lustro. Zakładam rękawice i wychodzę naprzeciw z silnym ciosem przeciwko swojemu ciągłemu niezadowoleniu,bo nieustannie takowe się do mojej głowy pcha. Może noga nie pozwoli mi wejść na szczyt żadnej góry i przesunąć swój własny horyzont możliwości fizycznych, ale wjadę na takowy kolejką by móc zaczerpnąć oddechu życia, kresu szczęścia, piękna natury,z dala od cywilizacji, zgiełku, frustracji, agresji i autodestrukcji. Wybuduję coś na szczycie siebie i mam nadzieję wrócić Wam o tym opowiedzieć. 

piątek, 27 lipca 2012

Naga masa ciała.


Jako nauczyciel wydaję mi się, że jestem tym z powołania. Marzy mi się zawsze zrobic lekcję poza tą podręcznikową na temat kanonów piękna i zaniżania samooceny nastolatków. Każda lekcja powinna miec wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Jak dobry film czy książka. Zaczęłabym od prostych zdjęc ukazujących różne kanony piękna by każdy się zastanowił co widzi. Potem zasięgnęłabym insipracji od piosenek dotyczących oceniania po wyglądzie. Zawsze są to te dwie piosenki. Teksty są dosyc, myślę, zrozumiałe, a przekaz i teledyski wystarczająco docierające do serc ludzkich. Zakończyłabym drastycznymi tematami, które wypływają z ludzkich kompleksów napędzanych przez media i ludzi nas otaczających.

Wiem, że przyjdzie klasa z którą taką lekcję będę mogła zrobic i wszyscy wyjdziemy z niej zamyśleni, ale jednak silniejsi, piękniejsi...

Mi całe życie mówi się, że jestem ładna, piękna, niesamowita, ale zawsze doczepi się człowiek czegoś. I jestem osobą, która niestety częściej słyszy to coś niż całą resztę pustych komplementów nie popartych konkretnymi przykładami. Kocham swoje serce, jednak często przekrzykuje je rozum.

Przedwczoraj pierwszy raz kąpałam się o pólnocy w jeziorze nago. Człowiek pomyślałby, że powinno to byc niesamowicie wyzwalające uczucie. Było zabawne, było pierwsze, samo fizyczne uczucie może i było wyzwalające, ale po chwili stało się przytłaczające, gdy po chwili wskoczenia do tej wody słyszy się uszczypliwości na temat częsci ciała, do których mamy sami największe pretensje. Byłam twarda, odpierałam atak, broniłam się, ale w środku coś bolało. Jak zawsze.

Zjadłam właśnie jogurt po bratanku, który nie miał już na niego ochoty, wcześniej grilla i dwa piwa przełknęłam. Spojrzałam na partie brzuchowe i po raz kolejny pogardziłam sobą. Ale czy pogardziłam, bo się sobie nie spodobałam czy dlatego, że może jutro na grillu w strojach kąpielowych przy basenie ktoś jutro znów bezmyślnie wypomni te dwa kilogramy więcej masy ciała?

Naprawdę chciałabym miec tyle siły i dystansu w sobie by móc to zdanie miec za swoje motto : "To nie jest żaden tłuszcz! To "erotyczna powierzchnia użytkowa"!"

Jakkolwiek banalnie to brzmi:

People are all the same
And we only get judged by what we do
Personality reflects name
And if I'm ugly then
So are you


wtorek, 24 lipca 2012

Związki partnerskie - out!

To trwało tylko chwilę i trudno, żeby się w człowieku nie gotowało, gdy parę niekompetentnych, skorumpowanych, nie współczujących i nie empatycznych pseudo-posłów decyduje o losach ponad dwóch milionów Polaków (homoseksualistów) i kolejnych milionach heteroseksualistów pragnących związków partnerskich. Nie jestem osobą wielce angażującą się w politykę, bo nie oszukujmy się, nigdy nie znajdziemy partii, która będzie tak zdecydowana by coś zdziałac w tej kwestii i jednocześnie uzyskała większośc sejmową w katolickim państwie polskim. Nie chodzę na żadne manify, nie ubieram się tęczowo i z transparentem dumnie kroczę obwieszczając światu kogo kocham, bo za to większośc Polaków nas nienawidzi. Jak tu pokonac tłumy Rydzyka maszerujące w obronie Radio Maryja? Dwóch milionów w jedno miejsca zebrac się nie da. Najchętniej to zebrałabym nas wszystkich w jednym czarno-białym marszu milczenia, bo nasze życia nie bywają kolorowe jak te tęcze, które mają niby symbolizowac naszą miłośc. Ludzi uderzają drastyczne obrazy, a nie radosne okrzyki i bunczucznośc. Może wtedy byłoby ciut więcej empatii niż pogardy.Nie wierzyłam ani przez sekundę, że się to dziś zmieni.
Mimo wszystko jest przykro, bo to jeszcze długie lata bym mogła wkleic podobne zdjęcie do swojego albumu życia.

http://femka.net/mam-gdzies-koltunski-pelen-hipokryzji-i-zaklamania-katolicki-model-rodziny-chce-zwiazkow-partnerskich/

Trudno nie zastanowic się dziś nad słowami tego artykułu:

"Wstrzymywanie ewolucji społecznej, jak pokazują badania i analizy, jest nieskuteczne na dłuższą metę, nieekonomiczne, nierozwojowe. Związki partnerskie i tak zostaną wprowadzone. To nie ulega wątpliwości. Pytanie tylko kiedy kościół zostanie pozbawiony swojej władzy a społeczeństwo zacznie się oczyszczać z kościelnych kadzideł."



poniedziałek, 23 lipca 2012

Ślub mojego życia:)


Na specjalne zamówienie :)

Jeśli mam być szczera to w dzień ślubu mojej przyjaciółki obudziłam się już o 6 rano z mdłościami, a właściwie motylkami w brzuchu. Tłumaczyłam to innym dużą ilością lodów jakie zjadłam późnym wieczorem, ale ja wiem, że to były już stres, wzruszenie i podekscytowanie związane z wybiciem godziny 15:30 i widokiem Panny Młodej kroczącej razem z tatą ku ołtarzowi.
Musicie wiedzieć, ze K. jest wyjątkową osobą. Poznałam ją w pierwszej klasie liceum, powaliła mnie otwartością, śmiechem, poczuciem humoru, ale przede wszystkim dobrym sercem, które biło jakby na zewnątrz i zarażało innych śmiechem i chęcią bycia dobrym. Do dziś mam pudełko pełne liścików, które wymieniałyśmy, a na nich i śmiech i łzy i kłótnie, ale koniec końców zawsze razem. K. nigdy nie podnosi głosu, K. zawsze mnie ścigała, gdy ja gdzieś uciekałam w głąb siebie, K. zawsze służy najcieplejszym uśmiechem na ziemi, który naprawdę odgania wszelkie smutki i żale. Choć nie raz sprawiłyśmy sobie przykrość, to nie potrafię się na Nią złościć, gdy już Ją widzę. Jeśli istnieje bezinteresowność to jej definicji powinniście szukać pod Jej imieniem.
Piszę ten krótki wstęp o Niej byście zrozumieli, dlaczego ten dzień był dla mnie tak ważny. Wyczekiwałam go jak dnia własnego ślubu. Śledziłam plany związane z suknią, każdy kroczek jakby był też po części mój. Dlatego nie chciałam wejść do kościoła zanim nie przyjedzie Para Młoda, musiałam złapać Jej uśmiech zanim zniknie w tłumie gości w kościele, musiała zobaczyć moją twarz, musiałam Jej w tej chwili pokazać jak Ją kocham i jaka jestem szczęśliwa Jej szczęściem. Nawet teraz jak to piszę, łzy same garną się do oczu. Nie potrafię opisać tego uczucia, gdy Pan Młody zmierzał ku ołtarzowi, a szczęście biło z Jego uśmiechu, gdy wiedziałam, że zaraz za nim wejdzie Jej tata i Ona z nim pod rękę. Gdy poznałam Pana młodego, wiedziałam, ze nie mogli trafić lepiej. Takich par jest mało, tak dopasowanych, takich ludzi jest naprawdę coraz mniej. Po prostu dobrych, ciepłych, otwartych i nie zakłamanych. Fakt, że trafili na siebie w tym pokręconym świecie, który ciągle popycha nas i zbaczamy z dobrych dróg, zakrawa o cud i napawa ogromną nadzieją. Więc, gdy zobaczyłam Ją, w tej pięknej białej sukni, długim welonie, prostym makijażu, w całej swojej piękności i prostocie, zakochałam się na nowo. Pokochałam Ją jeszcze bardziej, za to jak wyglądała, za to jak się uśmiechała, za to jak się zachowywała i za to jak dała nadzieję i miłość wszystkim tego dnia. Oni oby dwoje dali. Gardło ściśnięte, uśmiech przez łzy, ciągłe przykładanie dłoni do oczu by nie rozmazać makijażu i po prostu śmiech, szczery, szczęśliwy śmiech, który Cię dopada ze łzami, jak ma się szczęście, kilka razy w życiu. Mnie takie szczęście i śmiech dopadło pierwszy raz, gdy zobaczyłam Ją idącą ku ołtarzowi, która nie patrzyła na nikogo prócz swojego przyszłego Męża na końcu swojej drogi. Właściwie na jej początku. Bo przecież ich historia dopiero się zaczyna. Gdy ta piękna msza, pełna wzruszeń, pięknego śpiewu i dźwięków gitary się skończyła, też chciałam być pierwsza, która zobaczy Ją, gdy się obróci i zacznie wychodzić z kościoła. Schowałam się zatem za kamerzystą i wychylając się zza niego pomachałam do nich energicznie i przesłałam buziaki jak dziecko widzące swojego idola i chcące złapać jego niepowtarzalny uśmiech w tej jedynej chwili. I udało mi się złapać ten autograf napisany ich bezcennym, szczerym uśmiechem. Potem posypały się już ryż, pieniądze i kwiaty i nie mogło mnie i tu zabraknąć by uwiecznić to na fotografii, wyzbierać Parze Młodej ryż z włosów. Większość gości weselnych myślała tylko o tym by dotrzeć do aut i już na miejsce wesela by tam przywitać Parę Młodą. Ja miałam tę niepohamowaną potrzebę pozostania przy nich przy kościele póki się wszyscy nie rozejdą, no ale rozsądek innych zaciągnął mnie w końcu do auta. Potem dzień potoczył się tradycyjnie. Życzenia, uściski, tańce, śmiechy i wzruszenia. Chciałam by czuła jak wyjątkowy jest ten dzień również dla mnie i gdy potwierdziła to mówiąc, że byłam ciepła, wesoła i rodzinna i jej mama sie z tego strasznie cieszyła to chyba udało mi się to udało:). Ja głęboko w sobie bezustannie czułam ogromne wzruszenie, każdą chwilę wykorzystywałam by zerkać na Nią. Na kogoś na czyje szczęście czekałam tak długo jak na własne i powiem Wam, że nie mogłam się napatrzeć, dlatego ciągle oglądam te zdjęcia, bo choć pamięć tych uczuć i obrazów mi nie zabierze, to fotografie idealnie je uchwycą i zachowają w pamięci, gdyby ta zaczęła pewnego dnia szwankować.
Jedna rzecz mi się nie podobała. Niektórzy może stwierdzą, że przesadzam, ale ja sądzę, że moja intuicja i odczucia mnie nie okłamywały, ale momentami czułam się jak nierozumiany dziwoląg. Ludzkie dziwne, może trochę nawet zawistne spojrzenia na widok mojej ekscytacji, radości, wzruszenia. Tego, że pchałam się do drzwi, żeby ich zobaczyc, tego, że użyłam prosty wiersz do księgi gości, tego, że zadedykowałam piosenkę i pierwsza rzuciłam się do odbijanego tańca z Panną Młodą. Nie dałam się jednak zniechęcic tym wyrzutom sumienia, które niektórzy zdawali się chcieli we mnie wzbudzic. Cieszyłam się jak dziecko, byłam naprawdę szczęśliwa, dlaczego inni od razu karzą to tłumic, próbują w Tobie zabic, odebrac, wyśmiac, zbesztac? Możecie byc ze mnie dumni. Nie pokonali mnie i nie zerwali uśmiechu z ust. A uwierzcie, mięśnie twarzy od uśmiechu bolały mnie nieustannie:)   
Momentami dopadała mnie nostalgia, melancholia i drobny smutek, że ja nigdy nie wzruszę tak moich rodziców, nie wprawię ich w taką dumę, łzy, nie podziękuję im przed oczepinami, nie zatańczę, Wiem, że będziecie pisac, że to na pewno się kiedyś spełni, ale nie oszukujmy się, ta duma czy wzruszenie nawetjeśli będą to nigdy do końca nie będą dla nich takie jak byc powinny.
Tym bardziej czuję w sobie radośc, że żadnej złej myśli się nie dałam, każdy smutek przekształcałam we wzruszenie, a zaraz potem radośc, jeśli padały niemiłe słowa, puszczałam je w siną dal, spoglądałam na Parę Młodą i wszystko wracało do normy. 
Kochani, takich wesel i wzruszeń Wam życzę, a przede wszystkim to chyba takich ludzi na swojej drodze:)

piątek, 20 lipca 2012

Wesele - zaszczyt czy koniecznośc?


Jutro idę na wesele. Na moje „szczęście”? pierwsze od dwóch lat. A podobno na szczęście mojej kieszeni. Z racji tego, że zaprosiła mnie przyjaciółka najlepsza, którą kocham nad życie, uradowała mnie bardzo wiadomość ich ślubu i ani przez chwilę nie myślałam o kwestiach pieniężnych i w jaki sposób spustoszy to mój portfelik. Na moją radość i długie wyczekiwanie tego dnia składają się też inne czynniki. Ona jest pierwszą osobą, która wystarczyło, że poobserwowała mnie chwilę i od razu wiedziała, że jestem zakochana. Od razu wiedziała, że nie jest to mężczyzna. Ona pokazała mi, że ludzie mogą kochać mnie za to kim jestem, a nie za to z kim sypiam. Pomogła mi się otworzyć i przestać bać reakcji ludzi. Tak trwamy 9 lat, więc na wieść o tym, że osoba, której życzyłam zawsze wszystkiego, co życie może dać najlepszego wychodzi za mąż uniosłam się niesłychanie z radości, szczęścia i wzruszenia. Jutro wiem, że idąc to ołtarza spotkamy się wzrokiem i wymienimy łzę wzruszenia. Bo ona wie jak bardzo chciałabym również ja kiedyś być na Jej miejscu, wybrać suknię marzeń, iść w stronę jakiegokolwiek ołtarza w celu zawarcia związku partnerskiego i wiedzieć, że to z tą osobą na zawsze, po wieczność, na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Jutro znów będę się cieszyc cudzym szczęściem jakbym było moje. Jest w tym trochę smutku, rozżalenia, ale przede wszystkim radość, że dobrym ludziom przytrafia się coś dobrego.

Jednak wiem, że sezon weselny nie u każdego budzi takie pokłady szczęścia. Spokojnie myślę, że można użyć terminu „sezon”, ponieważ znam pary, które są zapraszane na wesela przynajmniej 3,4 razy do roku i cała ekscytacja z nich ulatuje, gdy muszą przeliczyć uszczerbki w budżecie. Nie dziwię się, że im nie do śmiechu ani wielkiego szczęścia. Nawet jeśli doświadczona wizytatorka wesel opracuje sobie plan oszczędnościowy w postaci pożyczania sukienek, kupowania ich w dobrej cenie, to nie można zapomnieć też o butach, torebce, fryzurze i makijażu, które utrzymają się do rana, co wymaga dodatkowo płatnej wizyty u kosmetyczki oraz fryzjerki. Głównym celem wesela powinno być podzielenie się swoim szczęściem z bliskimi, ja akurat mogę Was zapewnić, że jutro wyjątkowo na takie wesele idę. Jednak wiem, że dla większości to okazja na uzbieranie na auto, remont, wycieczkę bądź rekompensatę plus coś ekstra za wydatki weselne. Nie ma nic gorszego, gdy czujemy, że zostaliśmy zaproszeni tylko by „dorzucić się do interesu”. A nie oszukujmy się, każdy z nas pewnie ma takiego członka rodziny, który zaprosił bądź zaprosi nas, bo tak wypada, a nie że tego chce. Nie bądźmy naiwni, gdybyśmy zapraszali ludzie tak naprawdę tylko nam bliskich, byłoby to może  z 20 max 30 osób, a nie ta setka, więc w sumie nie ma się co dziwić, że ludzie dodają karteczki do zaproszeń, że życzą sobie zielonych w kopercie i wina zamiast kwiatów, bo potem te straty i zyski trzeba zapić/opić. Rodzinne harpie, zazdrośnicy, plotkary, które przyszły głównie zobaczyć kto z kim gdzie i dlaczego. I uwierzcie mi, wiek tu nie ma znaczenia, każdy przychodzi poobserwować, oceniać, poplotkować, pobawić się – to na końcu. Dlatego w zeszłym roku odmówiłam udziału w takim weselu. Czułam, że to zaproszenie na siłę, bo któreś dziecko moich rodziców trzeba było „doprosić” i jestem pewna, że kuzynka w ogóle boleśnie nie odczuła mojej nieobecności choć rodzicielka ma była niesłychanie obrażona. A ja jak zwykle bez osoby towarzyszącej płci męskiej to pierwszy pionek do obgadania, obtańcowywania przez pijanych wujków i niezręcznej ciszy i samotności, gdy wszystkie pary dookoła pójdą tańczyć.

 Ale nie jutro. Jutro się tak nie nastawiam, bo wiem, że tak nie będzie. Będę otoczona dobrymi duszami, rodziną, którą traktuję jak własną, nikt nie będzie patrzył na mnie krzywo czy dziwnie, bo obok będę mieć swoją osobę towarzyszącą, której ukrywać nie muszę. Wierzę, że będziemy się wyśmienicie bawić, śmiać i płakać razem. Bez najmniejszego problemu czy martwienia się o uszczuplenie i tak chuderlawego portfela wybiorę wyśmienite wino dla pary młodej, do koperty wrzucę złocisze, bo przy tym weselu czuło się zaszczyt z zaproszenia i tylko takich Wam życzę.

poniedziałek, 16 lipca 2012

częściej.



Gdyby tak zliczyć godziny mojego życia i na co były one przeznaczone
To powiedziałabym wam, że większość życia spędziłam w swoim pokoju
Mojej twierdzy, przystani, przyjacielu.
Przesiedziałam je na swoim łóżku
Zamiast spędzić je żyjąc, koegzystując, oddychając.
Co jest tak strasznego za tymi drzwiami, a bezpiecznego i wygodnego tutaj?
Częściej późnymi wieczorami grzeje mnie w nogi ciepło laptopa
Zmysły koi muzyka
Najczęściej piszą do mnie Groupon i Gruper
Tyle punktów G, nie wiem który wybrac?!

Częściej żyję rzeczywistością kreowaną w filmach i książkach
Niż kręcę klatki własnego filmu czy zapisuję kartki książki swojego życia
Jak teraz, leżę i wyję na filmie pt. „Jeff, who lives at home”
A zatem dziś w moim łóżku gości Jeff, przywitajcie się z nim.
Jeff wierzy, że wszystko dzieję się z jakiegoś powodu
W życiu nie ma przypadków,
Więc gdy dzwoni do niego przez pomyłkę mężczyzna o imieniu Kevin
Jeff poświęca dzień na szukaniu wszystkich i wszystkiego związanego z tym imieniem
Jeśli chcecie wiedziec do czego doprowadza go ten symboliczny Kevin, obejrzyjcie sami.
A zatem dziękuję Ci Jeff za ten wzruszający, szczery wieczór.
Toksyny i hormony w moim organizmie kumulują się i manifestują zewnętrznie pryszczem na twarzy
I dziś nie widzę nic poza tym pryszczem na sobie.
Pęknięcie w umywalce
Rozbic lustro.
Ktoś kiedyś wyrył mi cieleśnie w głowie napis: hate myself and want to die.

btw.