czwartek, 10 lipca 2014

Bez tajemnic.

Czym przyciągamy? Ostatnio ktoś nazwał to tajemniczością. Myślę, że wielu sobie tę tajemniczość dorysowuje do obrazu postaci. Zimne suki, femme fatale, zranione istoty przyciągają jak kobiety w niezbyt atrakcyjnej reklamie AXE. Jak ludzie czują uzależniającą potrzebę bycia osobą, która tą tajemnicę odkryje. A czasami za atrakcyjnością fizyczną nie kryje się żadna tajemnica - zwykła farsa, kot w worku, brzydka wewnętrznie istota.

Czasami największą tajemnicą jest to, że każdy posiada serce i wewnętrzne ciepło, które trudno ugasić mimo wielu prób nadaremnego ugaszenia. To przyciąga. Serce gotowe do pokochania i przytulenia, troski, partnerstwa i lojalności. Nie do zimno-suczenia.



Ja żadnej tajemnicy nie skrywam. Chyba, że moją tajemnicą jest to, że zamiast czubka własnego nosa wolę patrzeć w górę lub spoglądać pod nogi po czym stąpam. To, że ze wszystkich spotkań towarzyskich i imprez, najbardziej lubię tę najbardziej prywatne i intymne z kieliszkiem wina w ręku, a nie drinkiem o skomplikowanej nazwie. To, że może i skrzywdzono mnie nie raz, ale serce się jakoś zregenerowało i stoi i krzyczy o swoje i przytulenie. To, że może to czyni mnie czasami naiwną i trywialną. Może największą tajemnicą jest to, że nasze maski da się ściągnąć i gdy je ściągamy, chcemy zostać otuleni? Czy nie jest to jedną z największych fobii dzisiejszych czasów? Przyznać się, że potrzebujemy drugiego człowieka? W świecie promującym silną niezależność finansową i uczuciową, staliśmy się czujni, wybredni, dzicy.

Żadną tajemnicą jest to, że się wzruszam dość często. Obrazami, dźwiękami, zapachami, smakami, prostymi gestami. Czy naturalnym pięknem ukazanym w tym świeżym teledysku jednej z ukochanych piosenek. Widzę skrawek siebie w każdej występującej tu postaci i wyrazie ich twarzy. Żadnej tajemnicy z tego nie czynię. Bezpośredniość czasami bywa najbardziej atrakcyjna.




Spójrzcie w górę, w spójrzcie w dół, a potem dookoła. Może jest tam ktoś wart przytulenia? Spójrzcie w lustro i odsłońcie własne tajemnice. Co skrywamy? Uśmiechniesz się do lustra czy przesłoni Ci obraz słona poświata? 


80% za dużo...

poniedziałek, 7 lipca 2014

Wakacje są wtedy, kiedy kończy się chodnik.

Kiedy zaczynają się dla was wakacje, urlop, odpoczynek? Czy starczy tylko ta chwila kiedy po pracy, spełnionych wszystkich obowiązkach dnia powszedniego, możecie usiąść wieczorem przed telewizorem, w ogrodzie, z piwem, kieliszkiem wina czy książką w ręku? Czy to zaplanowane od A do Z wakacje all inclusive? Biuro podróży układa za nas trasę wypoczynku, karmi bez wyboru, pokazuje bez upragnionego przystanku? Czy to może spakowanie plecaka i wyruszenie "byle przed siebie", "z dala od ciebie" czy "ucieczka od zgiełku"? Czy odpoczynek to zwyczajnie wolny weekend i siedzenie w miejscu dla odprężenia ciała i umysłu? Osobiście dbam o to by codziennie w ciągu miesięcy pracy znaleźć chwile dla siebie, więc dla mnie prawdziwy wypoczynek, wakacje, urlop to coś bardziej, intensywniej, głośniej, mocniej, boleśniej.

Wakacje są wtedy, kiedy kończy się chodnik.

Wtedy, kiedy nocą przechadzasz w sandałach kilkanaście kilometrów po jednym z najpiękniejszych miast Polski i nabawiasz się pęcherzy, brudzisz stopy piachem, by za chwilę przemyć je w wilgotnej trawie. Są wtedy, kiedy przebiegasz środkiem autostrady, gdy spacerujesz w ciemnościach po stoczni, a przyświecają ci tylko gwiazdy. Są wtedy, kiedy nocujesz u koleżanki z liceum, boisz się czy nie nadwyrężasz gościnności, by potem zostać oprowadzona nocą po najbardziej magicznych zakątkach Gdańska i spędzić jedną z najbardziej niezapomnianych nocy życia. Wakacje są wtedy, kiedy przysiadasz w pubie by ostudzić pragnienie wrażeń zimnym piwem by za chwilę wstać i iść dalej i nie zatrzymywać się w żadnym pubie na dłużej niż 30 minut. To ta chwila kiedy siedzisz, obserwujesz roześmianych znajomych i myślisz jak bardzo kochasz życie. To moment kiedy znajomy mieszkający na stałe w pięknym mieście zapomina o jego wyjątkowości i dziękuje ci za przypomnienie mówiąc „człowiek jest tak zabiegany, że zapomina spoglądać w górę by zachwycić się pięknem tutejszych kamienic i nieba”. Zmierzamy na przystanek na autobus nocny by stwierdzić, że noc nie może się jeszcze skończyć, a nogi przecież mogą nas same zaprowadzić do domu.



Tak, to był jeden z najbardziej wyjątkowych weekendów mojego życia. Rozpoczął się tradycyjnie za kierownicą niecierpliwości tego, co przede mną. Żadne zmęczenie świata podróżą samochodem nie mogły ostudzić tego, co się we mnie kotłowało na myśl, że wieczorem dotrę na Open’er Festival i zobaczę na żywo spełnienie swojego marzenia. Wakacje są więc też wtedy, kiedy w ścisku upału i ludzi jedziesz autobusem podekscytowania do miejsca, na które zawsze chciałaś dotrzeć. Przekraczasz bramki festiwalu, rozpościerasz ręce, podskakujesz i puszczasz się pędem na pole i żadna zakłopotana mina współtowarzyszek ci tej radości bycia tu i teraz nie odbierze. Powiedzieć, że to było jak Gwiazdka w lipcu to za mało, bo nawet na pierwszą gwiazdkę na niebie nie czekałam w dzieciństwie z takim podekscytowaniem jak na to, że w końcu tego wieczoru zobaczę BANKS. Kiedyś kobiety mdlały na widok Elvisa, Beatlesów czy Michaela Jacksona. Kiedyś uważałam to za widok komiczny, a w piątek sama stałam się tego obrazem. Miejsce pod sceną zajęłam już dwie godziny wcześniej i nie ruszałam się z niego na krok. Motylki w brzuchu – obecne. Drżące dłonie – obecne. Palpitacje serca – obecne. Mdłości – obecne. Gardło do bezustannego krzyku i śpiewu – gotowe!



Jak Wam opisać to uczucie, gdy wykonawca dostrzega cię w tłumie, wskazuje palcem kilka razy, odsyła buziaka, uśmiecha, schodzi ze sceny i podaje dłoń? Nigdy nie wyrosnę z miłości do koncertów. To są wrażenia nie do zastąpienia. Jedni skaczą z samolotów ze spadochronami, szukają adrenaliny. Mi wystarczy właśnie to. Dostrzeżenie przez ukochaną wokalistkę, że kocham jej muzykę, osobowość i nie ma piosenki, której płuca i serce by nie znały. Skaczesz w tłumie, roztapiasz się w jego zapachu i powszechnym uwielbieniu tej, która stoi na scenie. Tak – to był najlepszy koncert na jakim w życiu byłam. Co lepsze, nie był to koniec, ponieważ wystarczyło parę kroków przejść dalej być zachwycić się Lykke Li na ogromnej scenie. Czego chcieć więcej dla takiego muzycznego zapaleńca jak ja?:)




Po tak intensywnym piątku, człowiek nie chce przerywać, zatrzymywać się. Chcę więcej wrażeń, emocji, widoków, smaków, życia! Wakacje są wtedy, kiedy nie przeszkadza ci na plaży żaden płacz  dziecka, pijany mężczyzna, plotkujące kobiety, marudzący ludzie, skrzeczące mewy. Wakacje są wtedy, kiedy się do tego wszystkiego uśmiechasz i sama wyruszasz na spacer wzdłuż morza i nie obchodzi cię nic. Jeszcze nigdy tak bardzo nie pieścił mnie piasek po stopach, łagodnie nie otulała zimna woda morza. Wolna dosłownie i w przenośni, za przecinkiem, przed kropką, z wykrzyknikiem! Momentami coś zatrzepotało w sercu, gdy widok przesnuły całujące i tulące się pary na plaży, ale wtedy wystarczy położyć się na wznak, na nos wsunąć okulary słoneczne, słuchawki włożyć do uszu i ze stoickim spokojem czekać na swoją kolej.

Zatem czekam. Wsiadam w auto, pakuję bagażnik wrażeń i przynajmniej wiem, gdzie chce wracać, a z kim, to życie samo rozstrzygnie. Zamieniamy się z siostrą rolami i tym razem ja chcę być pasażerem chłonącym książkę i rzeczywistość dookoła. Na tę podróż wybrałam lekturę wybitną, której opisy, sposób przeżywania rzeczywistości idealnie odwzrowywały to, co sama przeżyłam w miniony weekend. Mianowicie "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach" Andrzeja Stasiuka. Gdy czytałam fragment "siedziec na rynku nieznanego miasteczka lub wsi w obcym kraju to jest jak czytac piękną książkę" widziałam odwrócenie tej sytuacji. Oglądanie nowych miejsc, słuchanie ukochanych dźwięków na żywo, siedzenie na ławce wyobraźni, cały ten weekend było jak czytanie pięknej książki.
Nie zamykać okna w aucie, chłonąc wymieszane zapachy ludzi, dusznych wsi i miast, kwaśny zapach upałów połączony ze słodką trawą i parującą jezdnią po świeżej, letniej ulewie.

Bo wtedy są wakacje – kiedy kończą się pobocza zmartwień, chodniki tęsknoty za kimś, a otwiera się pole możliwych miejsc do zobaczenia, osób do poznania, smaków do skosztowania, a potem do wspólnego podzielenia się.


Czym Wy się ze mną podzielicie? Gdzie cudownie kończą się jeszcze chodniki?

czwartek, 3 lipca 2014

Nieproszeni goście Bezimiennej.

Bezimienna mieszka za górami strachu, ukrywanych kompleksów, niespełnionych obietnic, uporczywie trwającej nadziei, i lasami lat zwalczania samej siebie i osób wyniszczających jej góry i lasy bycia najlepszą wersją siebie w obliczu obłudnego świata.

Mieszka na drugim piętrze swojej samotni, drugie drzwi duszy na lewo, kanapa rozkładana na łóżko, również po lewej od serca, która dawno już na dwa nie była rozkładana i nie pamięta co to ciepło zasypiania przy drugiej istocie ludzkiej nieskomponowanej z bawełny, potocznie zwanej kołdrą.
Dawno temu…i nie żyła długo i szczęśliwie. Bezimienna od dziecka rzadko miewała gości. W życiu poznała tylko jedną osobę, która parę razy odprowadziła ją do domu. A przecież zawsze miała długie włosy w pełni gotowości zbrojnej by spuścić je z okna swej samotni i kogoś do siebie podciągnąć. Wszystkim zawsze nie  po drodze, zawsze w biegu, zawsze w przeciwnym kierunku do szczerości, spontanicznych, wielkich gestów, inicjatywy, szczypty romantyzmu z erotyzmem. W dorosłym życiu Bezimienna wyrobiła w sobie przez to patologiczny nawyk wyglądania przez okno w razie, gdyby warczący silnik serca, stukające obcasy o chodnik obojętności, okazały się jej niespodziewanych gościem, który zapuka do drugich po lewej drzwi duszy.

Bezimienna odkąd pamięta miewała wielu nieproszonych gości, o których nie było trudno kiedy to pokój zawsze musiała dzielic z jednym z rodzeństwa. Zbyt mało kątów do skulenia, zbyt mało przestrzeni do prywatności, zbyt mało powietrza do bycia w pełni sobą. Nieproszony strach przed ojcem, siostrą jedną, bratem drugim. Bezimienna obiecała sobie gościc w sobie samą siebie, poznawać siebie, być wierną sobie, odkąd zrozumiała, że starszy nie zawsze ma rację i nie ma na celu Twojego dobra psychicznego, tylko materialne.

Skoro brak w życiu Bezimiennej gości proszonych, szukała ich ona w postaciach fikcyjnych. To wtedy natrafiała na zwierciadła siebie, utwierdzała w przekonaniu, że wszystko z nią w porządku, że życie, rodzina mogą być inne. Ukochała sobie filmy i książki, które obrazowały chociażby skrawki jej samej. Byli jej ulubionymi goścmi. W końcu to Michelle Pfeiffer czy Robin Williams utwierdzili ją w przekonaniu, że w życiu chce nie tylko nauczać, ale edukować, wychowywać i inspirować. Nie ojciec karcący jej ubogi wybór kariery, nie zawsze milcząca matka w chwilach życia ważnych. Dziś Bezimienna jest z siebie dumna, bo wyedukowała nawet własną rodzinę. Przestali jej życzyć męża i wyśmiewać wieczną pasję oglądania i czytania. Dziś w każdy dzień zakończenia roku szkolnego, matka wzdycha na jej widok i mówi jej, że wygląda nieziemsko. Bezimienna widzi wtedy w oczach matki, że jest jej wielkim osiągnięciem i całuje ją wtedy, o przytuleniu nie zapominając. Bo nawet tego Bezimienna nauczyła swoich rodziców - tulenia ich przeszłych błędów i wyciskania dobroci na stare lata.

Bezimienna latami budowała siebie od podstaw, starając się nie być zależną od spojrzeń i ocen innych. Myślała, że już po tylu ranach w samo serce i jego okolice, opancerzyła winowajcę w siłę i szybką regenerację. Gdy w jej życiu zabrakło tej „najważniejszej”, nauczyła siebie zabierać na randki i prezentować sobie rzeczy wzbogacające jej wnętrze. Obiecała sobie nigdy nie być próżną i leniwą. Życie to ciągła praca nad samym sobą. Stagnacji mówi stanowcze NIE. Przyszedł dzień kiedy Bezimienna przestała wypatrywać przez okno tej niespodziewanej, która rzuciłaby ją na kolana wyczekiwania. Nauczyła zapraszać siebie samą do kina i na dobrą kolację, czerpać radość z otaczającej rzeczywistości, nowych smaków serwowanych podniebieniu, uszom, oczom, ciału, wszystkim zmysłom.

Zatem to miał być wieczór jak nie jeden w jej życiu. Kupiła sobie dobre, wytrawne czerwone wino, oliwki, ser pleśniowy. Dzień wcześniej zakupiła nową książkę do kolekcji. Usadowiła się na swojej prywatnej kanapie bezpieczeństwa. Pierwszy kieliszek otwiera naczyńka zmysłów i łaskocze delikatnie poczucie humoru. Drugi kieliszek przemienia Bezimienną w rozkoszną istotę, która przelewa swoją czułość na swój obecny obiekt zainteresowania. Trudno jej wtedy nie chcieć pocałować, przytulic i gdzieś porwać. Ale to nie ten dzień. Dziś Bezimienna jest na randce sama ze sobą.

Tak przynajmniej myślała. Dopóki nie zjawili się przy trzecim kieliszku nieproszeni goście. Wtargnęła bezczelnie pani niska samoocena, zaraz za nią z buciorami zwaliła się wdowa zgorzkniałość, w ślad za nią powędrowała rozwódka braku nadziei na kogoś za oknem. Bezimienna bierze głęboki oddech, napina mięśnie i całymi siłami próbuje zamknąć drzwi, żeby przez szparę nie przecisnął się jeszcze popsuty humor, łzy i kiepski sen. Myślała, że jej się udało. Zatem nagle dopadła ją ta nieposkromiona, ciągle w niej drzemiąca, potrzeba wyjrzenia za okno.

To był ułamek sekundy.

Wiatr zawiał mocniej.

Nawet byście nie zdążyli krzyknąć.

Bezimienna wychyliła się za mocno.

Roztrzaskana na chodniku obojętności, leży, jeszcze oddycha i wydycha z siebie ciche:


„Po prostu chciałam, żebyś tu była…”




niedziela, 15 czerwca 2014

Senne manifestacje pragnień.

Co, jak, gdzie, kiedy? Już niedzielny wieczór?! A gdzie piątek śmiechu, sobota pragnień, niedziela lenistwa?!

Budzę się. Żyłka w oku pękła. Z nosa krew kapie. Ale ja miewam się świetnie! Naprawdę! Pędzę do łazienki, przecież czeka mnie dzień pełen wrażeń przeze mnie zaplanowany! Wskakuję każdemu na łóżko i całuję w policzek, budząc perfidnie, przecież musimy się pożegnać zanim wyjdę łykać kolejne chwile życia! Kolejny panieński za mną. Wszyscy nocowaliśmy w jednym domu. Po czym poznać, że udany? Bolą mięśnie od śmiechu, siniak nowy na nodze? Nie. Dostałam zaproszenie na wesele last minute:)

Zanim wyjdę przypierasz mnie do ściany. Zawsze byłaś grzeczna. Nigdy nie zdradziłaś. Wiem jak kochasz. Zachłysnęłam się zaskoczeniem. Twoimi wilgotnymi ustami na moich. Rozpływam się pod temperaturą Twojej inicjatywy. Chowamy się za drzwiami. Szybka zmiana scenerii, ukrywamy się w łazience. Czuję Twoją pierś w swojej dłoni. Moje usta na Twojej szyi, zakończenie podniecenia między nogami. STOP! 9:36. To Tylko sen…to tylko sen.

Sen to najokrutniejsza manifestacja pragnień i tego, co nieosiągalne. Jak moja wredna wyobraźnia lubi sobie ze mną pogrywać.


 „E. ja nie rozumiem, ciągle jesteś sama? Jak można cię nie chcieć na stałe, na zawsze?!”. – „nie rozmawiajmy dziś o tym, dziś nie o mnie. Wiesz, my homoseksualiści mamy skomplikowane życie. Dziś znów mi się to przypomina. Jesteśmy w klubie, który kipi pragnieniem i pięknem. Jestem singlem, mogłabym kogoś poderwać, dać się poderwać, grzeszyć, ale nawet nie mam z kim, bo za chwilę zacznie się wieczne odganianie płci przeciwnej.”

Godziny tańca mijają. Stoję pośrodku parkietu. Ręce wyrzucam w górę, bawię się włosami, ruszam biodrami. Nie ma nikogo. Dla mnie, parkiet jest pusty. Patrzę na sufit kołysząc się do zmysłowego rytmu. Parkiet moich myśli się opróżnia. „E. jest dobrze. Zajmuj umysł aktywnością towarzyską, śmiechem, momentami wartymi zapamiętania do załatania dziurawego serca, a sobie poradzisz”. Uśmiecham się do siebie. Opuszczam głowę do poziomu ludzkich spojrzeń. Chmara facetów dookoła i ona oparta o ścianę uśmiechająca się do mnie. 

Dziękuję jej za sen. Przypomnienie kolejne co to i jak pragnąc. Prawie zapomniałam. Dziś karmiłam zmysły promieniami słońca, dobrą muzyką, parkowymi wrażeniami, smacznym jedzeniem. Leżałam w słońcu, w tle piękne kobiety, zmysłowa piosenkarka. Tylko ja słuchałam jej uważnie, reszta się zajadała, zapijała. Złapała moje spojrzenie, utrzymałam je, podniosłam ręce w zachwycie nad jej talentem, przesłała buziaka i wyśpiewała „dziękuję”. Obracam się, patrzy na mnie inna, patrzy druga. Od tego patrzenia, wiecie co? Wzrok się tylko psuje, nic nie zmienia. Kładę się na kocu, podśpiewuję, obserwuję samoloty nad głową. Niech patrzą, nie zabronię.

Dziś, niech nie śni mi się nikt. Realne sny potrafią też zabijać od środka jak rzeczywistość.




czwartek, 12 czerwca 2014

Roznegliżowana tortura.



Nastał czas tortur. Upały przekraczające 35 stopni odczuwa każdy na różne sposoby. Puchną przeróżne części ciała, pocą się, trzeba znosić mieszankę niekoniecznie przyjemnych zapachów dookoła, człowiek z trudem łapie powietrze, doskwierają migreny na ciągłe wieczorne burze.  

STOP!

Nie o takich torturach mówię. Albowiem nastał czas aktywności fizycznej. NIE! To też nie to. Nastał czas negliżu fizycznego. Dla kogoś, kto uważnie obserwuje, przygląda się, chłonie szczegóły, podziwia piękno rodzaju żeńskiego – to dopiero tortura. Kobiety, ah kobiety! Torturują tymi krótkimi spodenkami, kusymi sukienkami, pomalowanymi paznokciami, opalonymi ciałami, rozpuszczonymi włosami spływającymi po plecach, odkrywają kuszący kark, gdy spinają włosy, spięte mięśnie, mocne łydki na obcasach. Wszystko jak na tacy! Nie daj Bóg dostrzec krople delikatnego, świetlistego potu spływającego po szyi czy karku! Dręczą, oj dręczą.

Ostatni tydzień to nie tylko upały i tortury, ale i silne emocje. Kolejne, zasłyszane stanowcze NIE w moją stronę. Zakończenie nawet nie początku, które w środku się tli. Próbuję go zagasić. Wczoraj spontaniczny grill z przyjaciółmi. Jak gdyby znów słyszeli, że gdzieś, do kogoś, o coś - wołam. Z kolei dziś mama poprosiła mnie bym zawiozła ją do naszego domu na wsi. Miałam zostać góra dwie godziny i wrócić do dalszej pracy. Zajechałam. Szumiały drzewa, łaskotało słońce, kusił spokój. W 5 minut odwołałam całe popołudnie i wieczór korepetycji. Na spokój nie ma ceny, wolałam stracić kilkadziesiąt złotych niż siebie.

Sprzyjająca pogoda wołała mnie na długi spacer. Przed weekendem okolice nie są zaludnione przez turystów czy wędkarzy. Mogłam zdjąć bluzkę i przechadzać się bezwstydnie, w negliżu wzdłuż Warty. Dziś to nie kobiece, odsłonięte, podane na tacy kształty kusiły. To przyroda mnie wzywała, kusiła swoją dzikością, bezkresem, stoickim spokojem, który budził we mnie burze pragnień. Każdy z nas pewnie zaznał kiedyś tego uczucia pragnienia kogoś/czegoś, kogo mieć nie możemy. Chemia aż kipi, krzyczy, rozlewa się po nas, a my nie możemy dotknąć, przycisnąć do ściany, namiętnie pocałować, pieścić tam, gdzie pragniemy. Dziś tak ze mną natura pogrywała. Słońce przygrzało, ostro opaliło dekolt, ramiona, dłonie, nogi. Wróciłam do domu. PSSSST. Lato to nie tylko wzmożony negliż, ale wzmożona ochota na napoje chłodzące. Otwarła się butelka piwa, a z każdym łykiem wylewały się pragnienia i burza myśli wszelakich.
Czas na prysznic. Czas na negliż w swoich czterech ścianach. Mówiłam już, że ten, kto odkrył, że z dźwięków można tworzyć muzykę, był geniuszem? Wczoraj znów natrafiłam na nowy utwór, który fizycznie mnie rozbiera, rozdziera, pieści, dotyka, torturuje.


Prysznic mieści się tuż przed lustrem, w związku z czym, gdy stanę na wprost widzę siebie w całościowym negliżu. W tle nie mogło oczywiście lecieć nic innego jak, co dopiero odkryte nowe dźwięki. Muzyka, która sprawia, że wszystko zwalnia. A najbardziej piana spływająca po moim ciele. Zatrzymuję się. Znów nie śpieszę. Chcę obserwować jak chłodna piana spływa po moim rozgrzanym, opalonym ciele. Nie starczy mi widok spływającej piany między piersiami, po brzuchu…niżej…Obracam się, widzę plecy, mapę siebie, piana spływa strużkami po kręgach by za chwilę zrobić delikatny zakręt po dołeczkach. Znacie je? Dołeczki na dole pleców? Jestem ich właścicielką.



Piana mnie muska. Fantazja się budzi. Czemu jeszcze nikt nie prześledził językiem mapy moich piegów na plecach? Myślę „jak dawno nikt nie widział mnie nago”. Spodobałabym się? Coś się we mnie zmieniło? Rzeźbię siebie. Mięśnie się wyrabiają. Myślę „po co? Skoro to miesień sercowy mam wyrobiony najbardziej i to on pociąga najgłębiej”.

Myślę. Ty. Ty, która zobaczysz mnie następna nagą. Wyobrażasz sobie mnie i Ciebie? Moje ciało i umysł tego upału nie są w stanie pojąc. Roznegliżowana tortura.



Trudno o kobietę, która potrafi spojrzeć prosto w lustro. Nie odwrócić się. Złapać w bezruchu, a jednocześnie namiętnym wygięciu bioder. Spojrzeć prosto w oczy i nie odwrócić wzroku.

Spojrzysz?




niedziela, 8 czerwca 2014

Skrzydła na autopilocie.


Jak poskładać połamane skrzydła?
Jak je znów rozłożyć i polecieć w głąb siebie?
Przebić się nimi przez mur samotności,
Uśmiechnąć się w tłumie odosobnienia.
Łykam chwile ogromnymi haustami powietrza.
To ten moment, gdy dziecko uśmiecha się na twój widok
To ta chwila, gdy obserwujesz swoje najlepsze przyjaciółki
I wypełnia cię po brzegi ciebie duma z tego, jakimi cudownymi matkami się stały.
To ta radość na widok wytęsknionego przyjaciela
Rozmowy do białego rana o wszystkim i niczym
To smak dobrego jedzenia w doborowym towarzystwie
Łaskotanie kuszącego alkoholu po podniebieniu
To wiatr we włosach przy spuszczonych szybach samochodu
To bezwarunkowa miłość zwierzaka.
Koniec z kontaktem z wiecznym biurem odroczeń.
Odroczeń spotkań cennych i rozmów ważnych.
Mam dość pisania odwołań.
Mam dość czucia się jak bezpański pies,
Który cieszy się na ochłapy czułości przemycone między wierszami.
Zasługuję na złożone zdania,
Bezpośrednie spojrzenia w oczy,
Namiętne pocałunki
Dłuższe przytulenie
Rozłożenie skrzydeł
Nie poklepanie po grzbiecie,
Ale otwarte ramiona wyciskające mnie na zewnątrz, a nie tłumiącą w zarodku.
Chcę znów mieć skrzydła i nie myślec o tym, gdzie mnie poniosą.
Włączam autopilota.

Nic tak mnie ostatnio nie uspokaja jak muzyka z filmu "Gwiazd naszych wina".



i niewinne istoty jak ten mały koleżka :)

czwartek, 5 czerwca 2014

Na strzępy.



"Pokaż mi swoje blizny - powiedział.
Ale...dlaczego? - zapytała z zaciekawieniem.
Chcę zobaczyc ile razy mnie potrzebowałaś, a mnie przy tobie nie było - wyszeptał, a łza zbiegała mu po policzku."
Droga Nikt,
Ciągle cię nie ma.
Wymijamy się?
Ja wracam z pracy, a ty do niej wychodzisz?
Przecież nie czuję woni twoich perfum w powietrzu.
Nie było cię, gdy oni mnie poniżali
Nie było cię, gdy one złamały mi serce
Nie ty trzymałaś ręki, którą sama się podnosiłam.
Nie ma cię, gdy wracam z pracy, a w głowie burza myśli niespokojnych,
Nie podajesz mi przypraw, gdy gotuję w kuchni,
Nie ma cię, gdy napawam się uderzeniem zapachów lata, cynamonu zimą, zielenią wiosny, nostalgią jesieni,
Nie siedzisz na miejscu pasażera, gdy mijam kilometry siebie za oknem samochodu,
Nie ma cię, gdy muzyka budzi we mnie najdziksze instynkty,
Nie ma cię, gdy sceny filmowe wyciskają ze mnie krople mnie samej,
Nie widziałaś kolekcji nowych książek na półce,
Nie ma cię, gdy opowiadam ich treści obcym,
Nie stoisz obok na koncercie, gdy wyśpiewuję swoje płuca,
Nie ma cię teraz obok na kanapie, gdy piszę o tobie na kolanach,
Nie całujesz po karku, szyi, za uchem, dłoniach, żyłach mnie całej,
Nie obudziłaś się w moim łóżku od ponad półtora roku.
Przez ciebie mój pokój pachnie tylko mną i wonią drewna, papieru książek.
Droga Nikt,
Jestem na ciebie piekielnie obrażona, wściekła i rozżalona.
Droga Nikt,
Nie przychodź do mnie, nie dziś
Nie było cię, gdy rozdarto na nowo moje blizny od środka,
Nie ma cię teraz, gdy świeża krew po nich mnie zalewa.
Droga Nikt,
Nie pokazuj się dziś u mnie,
Zbyt tęsknię, zbyt jestem głodna, zbyt zniesmaczona.
Rozszarpałabym cię

Na strzępy. 


poniedziałek, 26 maja 2014

Płynnośc orientacji.


Mój Śp. wykładowca od Historii Wielkiej Brytanii potrafił sprawić, że żadna epoka w Wielkiej Brytanii nie była nudna. Znał wszystkie szczegóły z życia władców, oprócz ważnych wydarzeń i dat dodawał informacje „kto i z kim”. Wiedział zawsze, który król był homoseksualistą, a który krwiożerczym psychopatą – mordercą. Mówiąc pokrótce – homoseksualizm jest stary jak ziemia, po której stąpamy. Liczy sobie tyle lat, co heteroseksualizm, a mimo to ciągle budzi kontrowersje.
Psycholodzy, lekarze, księża, politycy od wieków próbują dociec przyczyn tej orientacji seksualnej zdobywając tym przychylność bądź też nie. Konserwatywni księża i politycy powiedzą, że gdyby Bóg chciał by istnieli homoseksualiści i by byli oni tolerowani, to stworzyłby Adama i Stefana, a nie Adama i Ewę. Kościół postrzega osoby o odmiennej orientacji seksualnej jako dewiację, z którą albo się człowiek rodzi, albo jest ona sytuacyjnie wymuszona na człowieku w miejscach takich jak więzienia, zakony czy wojsko. Podzielają oni wiarę, że orientacja ta jest uleczalna, a jeśli „pacjent” jest oporny na terapię, powinien tłumic w sobie swoje pragnienia i nie przekształcać ich w grzech cielesny.
Nie ma się co dziwić, że ten trend nietolerancji nadal jest obecny skoro Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne sklasyfikowało homoseksualizm jako dewiację w 1952 przyrównywaną do sadyzmu czy pedofilii. Swego czasu psychiatria była nazywana narzędziem ucisku homoseksualistów i główną przyczyną utrwalania stereotypów i szerzenia nietolerancji. W 1969r. doszło do pierwszym zamieszek w gejowskim pubie Stonewall Inn w Nowym Jorku, które uważa się, że zapoczątkowały amerykański, a co za tym idzie, światowy ruch walki o prawa LGBT. Był to czas kiedy policja dokonywała nalotów na tego typu miejsca, ludzie byli traktowani brutalnie, wyciągani po podłodze, spisywano dane osobowe, a potem podawano je do wiadomości publicznej, często rujnując kariery i życia. Kierowano się zasadami, według których:
1. Gejom nie wolno było podawać alkoholu w lokalu,
2.Mężczyzna nie mógł tańczyć z mężczyzną,
3. Każda kobieta i każdy mężczyzna musi nosić przynajmniej trzy części garderoby, które odpowiadają biologicznej płci.
Gejowski ruch aktywistów powstał na dobre, działając aktywnie np. w San Francisco. Mimo to, minęło ponad 20 lat zanim homoseksualizm wykreślono z listy chorób, nastąpiło to dopiero po referendum Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego w kwietniu 1974r.
Jeśli spojrzeć na inne wcześniejsze karty historii. Naziści naznaczyli ok. 10tys. homoseksualistów różowym trójkątem i wysyłali do obozów koncentracyjnych, uważając ich za antyspołecznych pasożytów stojących na drodze czystej rasy aryjskiej. Liczbę ok. 100 tysięcy zamykano w więzieniach lub zakładach psychiatrycznych. Z kolei w 1933r. Stalin „zatwierdził nowy kodeks karny przewidujący karę 5 lat ciężkich robót za seks z osobą tej samej płci. Kontakty homoseksualne uznawano za przestępstwo przeciw państwu tej samej rangi co szpiegostwo. Po "odwilży" w 1956 roku, w ramach psychiatrii represyjnej, gejów i lesbijki umieszczano w zakładach zamkniętych, gdzie często byli poddawani terapiom z użyciem elektrowstrząsów i środków psychotropowych.

W latach 80tych zeszłego wieku zaobserwowano zwiększoną zachorowalność na mięsaka Kaposiego, czyli nowotwór związany z zakażeniem wirusem opryszczki, oraz na pneumocystowe zapalenie płuc pośród mężczyzn w USA. Połączono te objawy z mężczyznami mającymi stosunki seksualne z innymi mężczyznami, w rezultacie czego powstawała nazwa GRID - Gay-related immune deficiency – zespół niedoboru odporności gejów. Dziś znane jako AIDS, a wprowadzenie tej nazwy nastąpiło dopiero w 1982roku. Dziś wiemy, że to nie choroba gejów i lesbijek, ale każdego mającego kontakt z osobą zarażoną wirusem HIV i jej śluzami, a nie sztućcami, dotykiem, pocałunkiem czy kichnięciem… W czasach kiedy AIDS było jeszcze GRID, lekarze niekiedy odmawiali leczenia pacjentom, ponieważ bali się zakażenia. Chorymi i umierającymi zajmowali się lekarze-wolontariusze zakładający maski, przedkładający dobro pacjenta nad własne.
W dzisiejszych czasach walczą ze sobą dwa poglądy źródła homoseksualizmu. Empiryczne podejście zakłada, że nie ma naukowych i fizycznych dowodów na to, że człowiek rodzi się gejem czy lesbijką i jest to jedynie cecha nabyta, co za tym idzie, orientacja ta jest zmienna. Przeciwne założenie mówi o tym, że człowiek rodzi się z daną orientacją i jest ona niezmienna. Naukowcy próbują odszukać „śladu” w mózgu, który determinuje nasz pociąg seksualny. Całkiem niedawno powstała teoria, że człowiek rodzi się z bardziej męskim lub damskim mózgiem, zatem gej jest to mężczyzna, który urodził się z mózgiem z cechami kobiecymi, a lesbijka to kobieta, która ma mózg z cechami męskimi.
I bądź tu człowieku mądry.
Powiem Wam, co wiem ja. Wiem, że weszłam do zerówki i wiedziałam na kogo spojrzałam pierwszego. PIERWSZĄ. Wiedziałam w szkole podstawowej, że kocham się w Ewelinie. Nie w Przemku, nie Łukaszu, żadnym Mateuszu, bożyszczu nastolatek. Nie siedziałam w więzieniu, nie zamknięto mnie w szkole dla dziewczyn, żaden mężczyzna mnie nie skrzywdził. Pewnego dnia, gdy Internet stał się bardziej dostępnym medium, zaczęłam wchodzić na czaty i w ten sposób poznałam swoją pierwszą dziewczynę, którą po pierwszym spotkaniu wiedziałam, że chcę całować i dotykać jak nikogo innego. Jestem tą, która nigdy nie widziała siebie obok mężczyzny, nie dlatego, że uważa ich za płeć gorszą, ale po prostu od zawsze tak czułam w zakamarkach siebie i nie chciałam próbować niczego, co by odpowiadało normom społecznym. Urodziłam się w kobiecym ciele z męskimi pragnieniami. Tak, jak mam brązowe/zielone oczy, brązowe włosy i piegi. Żadna doza alkoholu, nawoływań, obelg i uszczypliwości nie potrafiła do tej pory tego zmienić.
Wiem też, że są kobiety, które nie poszły za swoim pragnieniem i dziś są mężatkami, które tęsknią do niespełnionych kobiecych miłości. Niektóre te kobiety odważyły się pójść za swoim sercem i odnalazły miłość w późniejszych latach. Niektóre pewnie umrą i nigdy jej już nie odnajdą, bo nie będą umiały wyjść z wygodnej społecznie szafy.
Wiem też, że pragnienie i orientacja rozpływają się po alkoholu. Zwłaszcza po ciele kobiecym. Alkohol ściąga nogę z hamulca i wciska gaz do dechy otwartości. Miniony weekend był kolejną okazją by się o tym przekonać. Byłam na weselu, gdzieżby indziej poddać się alkoholowym uciechom ciała i puścić wodze zaciśniętego języka za zębami.

„Ożeń się ze mną! Będę z Tobą tańczył do końca świata!” – krzyknął I. w tańcu.
Podbiegł Ł. I wycałował/obślinił mi rękę do ramienia zanim się obejrzałam.
Rozmowa moich dwóch przyjaciół płci męskiej (oboje żonaci) przy stole:
 „Gdy E. zmieni kiedyś „drużyny” to ja pierwszy się jej oświadczę i z nią ożenię”
– „Po moim trupie!” Odparł A.
„Kim jest ta niewiasta w żółtej sukience, za którą wszyscy latają? Bo zaraz i ja odfrunę” – zawtórował ojciec jednej z koleżanek.
Nie odstępowała mnie K. dolewając whiskey wyznając na boku: „Dobra, ja już nie piję, bo nie wiem już czy podobasz mi się bardziej Ty czy mój mąż”.

Jej mąż później w tańcu ze mną: „jesteś feministką, prawda? Pederastką pewnie i nimfomanką też” dodał pół żartem, pół serio.
Odparłam: „Za pierwsze i drugie przepraszać nie musisz, ale za ostatnie tak, bo już nie pamiętam co to seks”.
Nie była to pierwsza mężatka i nie pierwszy mężczyzna, którzy „wyczuli” moją orientację. Nie była to jedyna mężatka, której orientacja robi się płynna po alkoholu.
Czy byłam niegrzeczna? Nie. Ktoś kiedyś mi powiedział, że ja sama jestem chodzącym grzechem, którego trudno nie popełnić, nieważne co robię, czy tańczę, rozśmieszam innych czy po prostu stoję i patrzę przed siebie.

Nie wiedzą jednego. Gdy wszyscy położą się pijani do łóżek obok swojego męża/żony/chłopaka/dziewczyny, ja ugniotę kołdrę komplementów i wtulę się w nią w pozycji embrionalnej, bo to ona żoną mą. 




środa, 21 maja 2014

Pokolenie nienasyconych.

„Może to odwieczny lęk człowieka, że w ogóle jest na świecie, legł u podstaw wynalezienia aparatu fotograficznego. W każdym razie doczekał się człowiek wreszcie wynalazku, który, zaszczepił w nim wiarę, że istniał, istnieje i będzie istniał. Wielka to przewaga zdjęć nad życiem. Zastanawiam się tylko, dlaczego człowiek jest tak nienasycony.” (W. Myśliwski)

Otóż to. Dlaczego tacy nienasyceni? Kto jeszcze pamięta co to klisza na 36 zdjęć i trzeba było wyliczać co uwiecznimy z wycieczek. W którym momencie staliśmy się tak skupieni na sobie, że przesunęliśmy obiektyw na swoje twarze zamiast przed siebie? Co sprawia, że czujemy tak niepohamowaną potrzebę uwieczniania wszystkiego na aparacie jakby ze strachu, że to zniknie w naszej pamięci jak zdmuchany przez wiatr pył zapomnienia? Najbardziej rozczarowujące i uwłaczające – kiedy i ja poddałam się temu trendowi? Bo mamusia i tatuś za mało mnie kochali? Nie dostałam nigdy takiej uwagi, jakiej pragnęłam, a teraz technologia i Internet nam to ułatwiają? Nie brzmi to żałośnie? A jednak. Czy zachód słońca stanie się piękniejszy, bo odbije go w ekranie telefonu? Nic bardziej mylnego, ponieważ nigdy nie uzyskujemy idealnego odzwierciedlenia krajobrazu przed nami, kolory nigdy nie będą tak samo nasycone, światło nie będzie tak samo padało, a co ważniejsze, nie zapiszemy w ten sposób naszych wrażeń i nie będziemy mogli nacisnąć przycisku „odtwórz”.

Na początku zeszłego wieku ludzie walczyli o to by w ogóle przeżyć i uciekali od śmierci, niekiedy poświęcając się dla kraju. Nam przyszło żyć w wieku, w którym panicznie boimy się zapomnienia, braku uwagi i śmierci. Presja bycia sprawnym fizycznie, atrakcyjnym, zadbanym, zabieganym. Pchamy się po karnety na baseny, siłownie. Na osiedlach obserwujemy wysyp biegających ludzi. Nie oszukujmy się, mało kto robi to dla utrzymania kondycji, większość skupia się na zgubieniu wagi. A może by tak zgubić kompleksy i narzucane przez media, uszczypliwe koleżanki z pracy, wymagającego partnera standardy?
Ciągle chcemy bardziej mieć niż być. Nienasyceni dobrami. W szafie ciągle za mało ubrań, w portfelu zawsze mogłoby być więcej królów Polski, w garażu mógłby stać lepszy samochód, a w salonie bardziej designerskie meble. Nienasyceni. Bezustannie. Sobą i rzeczami.

Nienasyceni swoim wyglądem. Zauważyłam, że znudziło mi się patrzenie na samą siebie. Wstydzę się swojego uzależnienia od technologii, nie chcę by mój telefon był przedłużeniem mojej dłoni. Od jakiegoś roku, kto jest uważny, śmieje się, ze moją trzecią ręką jest książka, nie telefon. Co złośliwsi nadal powiedzą, że to pierwsze. Przestałam dodawać tyle zdjęć na wszędobylskiego Facebooka, zdecydowaną większość usunęłam, nie wstawiam zabawnych statusów, które kiedyś, mówiłam sobie, że poprawiają ludziom humor, a mnie utwierdzają w roli bezpiecznego clowna. Po co mi to było? Przecież nie jest tak, że ktoś mnie prosi by wróciły, bo za nimi tęskni. Bezcenne chwile chowam dla siebie, jak chcę je wyrazić, to ubieram je jedynie w słowa i przelewam na papier.

Słowa. Myśli. Rozmowy. Autentyczne spotkania. Dyskusje o życiu. Zwierzenia. Szczerość.  Tym jestem nienasycona. Czytając wczoraj Newsweek natknęłam się na statystyki mówiące dumnie o tym, że plasujemy się w światowej czołówce w częstotliwości uprawiania seksu. Polak uprawia seks średnio 143 razy rocznie, 52% uprawiało seks oralny, a 15% analny. 143? Kiedy? Gdzie? A na mnie niektórzy mówili zboczona. Odbiegam od statystycznego Polaka znacznie. Nie takiego nasycenia szukam.

Wyglądam „połączenia”. Słów bez końca, dzielenia myśli, nie tylko łóżka i dóbr materialnych. Bo tak, czuję się przesycona nieufnością do ludzi, rozczarowaniami, dwulicowością, samotnością. A nie chcę tak. Chcę zajmować się sobą i cieszyc się z tego, co robię dla siebie i innych. Przecież jest cudownie, nie przelewam się luksusami, ale mam wszystko, czego potrzebuję by wieść godne życie. A i tak przychodzą dni kiedy wypływa ze mnie cała energia i nic nie jest w stanie jej wskrzesić. Człowiek niby wie, że jest wartościowym człowiekiem i ma wiele do zaoferowania, ale podświadomość szepcze mu zwątpienie i są dni, kiedy czuję się najbardziej samotnym człowiekiem na całej planecie. To nie jest brak wdzięczności za to, co mam, ale nawet będąc nasyconym można czuć się jakby się nie miało nic, gdy wokół brak Kogoś. Nie narzekam. Spędzam dni starając się pozostawić po sobie ślad w ludziach nie w postaci głupkowatych zdjęć, ale dobrych uczynków, wartościowej rozmowy, pocieszenia, po prostu BYCIA. I wiecie co? Dawno nie słyszałam tyle razy słów „dziękuję” lub „nie wiem co bym bez ciebie zrobiła”. Można? Można. Tego na Facebooku nie znajdziecie.

Dziś jechałam autem, wracałam z pracy, płyta odezwała się znaczącą piosenką, chwile zadumy, smutku, spojrzałam na siedzenie pasażera, nie było Cię tam, ale kiedyś byłaś. Miałam ochotę przycisnąć gaz i nie skręcać w lewo, jechać w nieskończoność, nie zważając na to czy doprowadziłaby mnie do Ciebie. Po prostu oddać się tej chwili tęsknoty. Nie zrobiłam żadnego zdjęcia. „Pstryknęłam” zdjęcie kilkoma słowami i wcisnęłam „wyślij”. Zrozumiałaś przekaz.

To tak prawie jak BYĆ.

 „Jedno, czego nam wolno pragnąc, to miłości. Miłość nie tylko w słowach, uczuciach, także w rozkoszy. A rozkosz nie zna wieku. Nie patrzy, czy ciała są młode, czy już się marszczą, obwisają. Być może umierając, będziemy tęsknic nie do życia, lecz do rozkoszy. Nie życia będziemy żałować, lecz tego, co nas w nim 
ominęło.” (W. Myśliwski)

Dlatego szukam chwil ważnych, tych, które kiedy miną, będę żałować, że minęły. Nasycam się takimi i pielęgnuję w pamięci, nie na aparacie. Nie szukam wspólnych zdjęć do wstawienia na Facebooka z nienasycenia uwagą, ale odbicia wartościowych wspomnień na kliszy mojej pamięci. Kiedy ostatnio zajrzałeś do swojej prawdziwej „kliszy”? 

"I never used to
How did I get to
Ever get used to
Sleeping alone"

Prosta piosenka, dobitny przekaz. 

niedziela, 11 maja 2014

Przeskakując siebie.

"Związki nigdy nie giną śmiercią naturalną. Są mordowane przez nastawienie, zachowanie, ego, ukryte korzyści lub ignorancję".

Lista jest pewnie nieskończenie długa. Wina zawsze wypośrodkowana. Błędy w komunikowaniu potrzeb, które ostatecznie nas od siebie stopniowo oddalają. Co za tym idzie, narastają żale, tłumione w sobie lub furiacko wyrzucane razem z latającymi talerzami. Brak uwagi partnera, który popycha nas w ramiona kogoś bardziej „uważnego”. Nasze kompleksy budują mury, zakrywamy je krzykami, zazdrością, brakiem pewności siebie i partnera. Rutyna, która, jeśli niedopilnowana, urasta do tak wysokiej rangi, że nie potrafimy już spojrzeć na partnera przychylnie, jedynie z pogardą do jego codziennych nawyków. Trzeba być piekielnie uważnym by nie wybudować tak wysokiej tamy, której już nie przeskoczymy i nie odświeżymy uczucia, ale je zamordujemy.

Ja dziś tak niechcący się znów "zamordowałam". Porządkując półkę spadły na mnie stosy kartek. Różnego koloru, różnej treści, różnej wielkości, ale w większości z zamiarem wywołania u mnie uśmiechu po powrocie z pracy, gdy ja zawsze wychodziłam wcześniej, a Ona godzinę po mnie, a pod poduszką zawsze zostawało coś dla mnie. Miałyśmy mnóstwo swoich małych, bezpiecznych "rutyn". Zawsze wspólne środy i każdy weekend. Dziś to wszystko urocze, ale obie wiedziałyśmy, że nasze uczucia zamknięte były w tych kartkach i nie mogły się po czasie uwolnić, by zmaterializować się w czynach.
Mija prawie półtora roku od rozstania, a nasi znajomi łapią się na tym, że czasami nawet zapominają, że byłyśmy razem.

Dziś myślę co się z nami dzieje po rozstaniach, jak czasami osoby kiedyś tak bliskie znikają na zawsze. Wszystkie nasze "zawsze" umierają w "nigdy". Kto by pomyślał? Istnieją pewne umowne zasady, których się nie przekracza z naszymi byłymi partnerami podczas ponownych spotkań. Na powitanie unikamy pocałowania w usta. To zawsze najbardziej niezręczny moment – jak się przywitać? Jak powitać kogoś, kogo się kiedyś kochało, niekiedy do utraty tchu i myślało się, że to ta jedyna? Niezręcznie? To mało powiedziane. Dziś czasem nawet przybija mi piątkę. To dopiero smutne. Kolejna zasada – unikamy kontaktu wzrokowego – bardzo niekomfortowo spotkać się wzrokiem na dłuższą chwilę, bo nasze oczy już nie są nasze, często zarezerwowane dla kogoś innego. Rozmawiamy pobieżnie, o sytuacjach, nie uczuciach. Nie każdemu byłemu partnerowi można wyznać, że czuje się samotnie, bo istnieje ryzyko odebrania tego jako pretensję albo depresję, przesadne marudzenie. Kolejny niezręczny moment – pożegnanie. Zasadą jest, że jak już odważysz się kogoś na pożegnanie przytulic, to nie dłużej niż dwie sekundy. Często uciekamy od siebie jak poparzeni. A po alkoholu? To już inna historia.

"Za każdym razem kiedy piszesz o dzieciakach, odnoszę wrażenie, że sama masz coś z dziecka.. Co dokładnie? Mam wrażenie, że przepełnia Cię bezwarunkowa miłość.. Spotkać takie coś u DOROSŁEGO człowieka to chyba cud w dzisiejszym otaczającym nas świecie. Nie wiem czy zazdrościć czy gratulować:)"

Tak jedna z czytelniczek mnie ostatnio ciepło podsumowała w komentarzu na blogu. A niedawno natrafiłam na stos tych kartek, nie zawsze przychylnych. Dziś myślę o swoich błędach, które potrafiły "mordować". O tym, że nie wyróżniam się tym od nikogo, bywam nieznośna do sześcianu. I żadna doza wariactwa, optymizmu, beztroski we mnie nie potrafi tego zniwelować na wieczność. Bywam skrajna, impulsywna, bywają chwile kiedy chciałabym coś „już, teraz, natychmiast” i gdy tego nie dostaję, czuję się jak dziecko, któremu odebrano zabawkę. Mało dojrzałe, jak na świadomą kobietę, prawda? Uczę i ćwiczę się w cierpliwości. Jak mi idzie? Nie mnie to oceniać.

Ale co to dla mnie znaczy? Że ludzie się nie zmieniają? Jak to? Że zawsze będę taka sama? Nie. Poczułam smutek, rozczarowanie samą sobie. Zawsze wiem co robię nie tak, a czasem nie potrafię tego przeskoczyć. Z wszystkich walk, te toczone ze sobą są najcięższe. Ale po chwili poczułam też motywację. Skoro dalej mogę pracować nad sobą, to jest co robić, nawet w samotności:). Bo na wszystkie komplementy jakie dostaję, to mogłabym nimi wypchać sobie poduszki i przytulać się do nich w nocy, ale one nie zastąpią ciepła autentycznej, ukochanej osoby obok. Mocno wierzę w to, że dla tej następnej będę tą lepszą wersją siebie, o którą walczę każdego dnia.



Są piosenki, które sprawiają, że mam ochotę wstać, wyjść, iść.


Spacerować kilka godzin. Z rękoma w kieszeni, z rękoma wyrzucanymi spontanicznie w powietrze, z rękoma ocierającymi się o liście drzew. Nosem chłonącym litry zapachów, które wlewają w moją duszę uśmiech. Gdy tak idę, lubię siebie i wierzę, że jestem tą zmianą, którą chcę widzieć w ludziach.
Zatem nie próżnujmy. Dalej bądźmy zmianami, jakie chcemy widzieć w ludziach. Jest co robić, nad czym pracować, kształtować siebie, analizować, niwelować niepożądane cechy, dopieszczać te dobre.
Gdyby ktoś mnie dziś zapytał, czego od związku pragnę, powiedziałabym:

Chcę przy kimś pozostać sobą.

Tańczyć, kiedy do tańca się mnie poprosi, śmiać się do rozpuku, gdy się mnie rozśmieszy, śpiewać w aucie, co sił w płucach. Płakać, gdy mnie się wzruszy i tych łez się nie wstydzić. Być przytuloną, gdy tego potrzebuję. Chłonąc życie, które płynie wokół nas, ale też położyć się na trawie i odpocząć, kontemplować rzeczywistość, gdy przecież jest tak piekielnie wciągająca i ciekawa. Być sobą - bo wbrew pozorom, nie wyrosłam na pewności siebie. Wyrosłam na strachu i wstydzie. Wstydzie, że za głośno się śmieję, że mam donośny głos, że jestem wariatem, że za dużo płaczę, że za dużo mówię, że mam piegi, że jestem zbyt wrażliwa. Lubimy wytykać, lubimy zmieniać. Ale czy wszystko warto?


Nie chcę pozostać cieniem własnego potencjału i znów być tłamszona, zalewać mój ogień wodą obojętności. Pewna piekielnia inteligentna osoba:) przypomniała mi wczoraj prostą prawdę: "Mam swoje pewne zasady, które nie każdemu odpowiadają, ale przecież nic na siłę". Oto cel: pozostac sobą z kimś. 



Dziś muzycznie "Not about angels", because I'm not always an angel myself. But that's OKAY.


Proste? Oczywiste? A tak często zapominane. Pamięć w związku to zabawna sprawa. Bo najczęściej idzie w zapomnienie. W chwilach najważniejszych zapominamy o sprawach istotnych. Kłótnia zabija pamięć o tym, co oczywiste. O tym za co kogoś pokochaliśmy, zdecydowaliśmy się z nim być, co nas w kimś pociąga, co szanujemy, cenimy i co napawa nas dumą w partnerze. Tak trudno przeskoczyć tamę obojętności, złości, żalu i pretensji. Czego dziś sobie życzę? Chce skakać najwyżej jak się da.