Czym przyciągamy? Ostatnio ktoś
nazwał to tajemniczością. Myślę, że wielu sobie tę tajemniczość dorysowuje do
obrazu postaci. Zimne suki, femme fatale, zranione istoty przyciągają jak
kobiety w niezbyt atrakcyjnej reklamie AXE. Jak ludzie czują uzależniającą
potrzebę bycia osobą, która tą tajemnicę odkryje. A czasami za atrakcyjnością
fizyczną nie kryje się żadna tajemnica - zwykła farsa, kot w worku, brzydka
wewnętrznie istota.
Czasami największą tajemnicą jest
to, że każdy posiada serce i wewnętrzne ciepło, które trudno ugasić mimo wielu
prób nadaremnego ugaszenia. To przyciąga. Serce gotowe do pokochania i
przytulenia, troski, partnerstwa i lojalności. Nie do zimno-suczenia.
Ja żadnej tajemnicy nie skrywam.
Chyba, że moją tajemnicą jest to, że zamiast czubka własnego nosa wolę patrzeć
w górę lub spoglądać pod nogi po czym stąpam. To, że ze wszystkich spotkań
towarzyskich i imprez, najbardziej lubię tę najbardziej prywatne i intymne z
kieliszkiem wina w ręku, a nie drinkiem o skomplikowanej nazwie. To, że może i
skrzywdzono mnie nie raz, ale serce się jakoś zregenerowało i stoi i krzyczy o
swoje i przytulenie. To, że może to czyni mnie czasami naiwną i trywialną. Może
największą tajemnicą jest to, że nasze maski da się ściągnąć i gdy je ściągamy,
chcemy zostać otuleni? Czy nie jest to jedną z największych fobii dzisiejszych
czasów? Przyznać się, że potrzebujemy drugiego człowieka? W świecie promującym silną
niezależność finansową i uczuciową, staliśmy się czujni, wybredni, dzicy.
Żadną tajemnicą jest to, że się wzruszam
dość często. Obrazami, dźwiękami, zapachami, smakami, prostymi gestami. Czy
naturalnym pięknem ukazanym w tym świeżym teledysku jednej z ukochanych
piosenek. Widzę skrawek siebie w każdej występującej tu postaci i wyrazie ich
twarzy. Żadnej tajemnicy z tego nie czynię. Bezpośredniość czasami bywa
najbardziej atrakcyjna.
Spójrzcie w górę, w spójrzcie w
dół, a potem dookoła. Może jest tam ktoś wart przytulenia? Spójrzcie w lustro i
odsłońcie własne tajemnice. Co skrywamy? Uśmiechniesz się do lustra czy
przesłoni Ci obraz słona poświata?
Kiedy zaczynają się dla was
wakacje, urlop, odpoczynek? Czy starczy tylko ta chwila kiedy po pracy,
spełnionych wszystkich obowiązkach dnia powszedniego, możecie usiąść wieczorem
przed telewizorem, w ogrodzie, z piwem, kieliszkiem wina czy książką w ręku?
Czy to zaplanowane od A do Z wakacje all inclusive? Biuro podróży układa za nas
trasę wypoczynku, karmi bez wyboru, pokazuje bez upragnionego przystanku? Czy
to może spakowanie plecaka i wyruszenie "byle przed siebie", "z dala od ciebie" czy "ucieczka od zgiełku"? Czy odpoczynek to zwyczajnie
wolny weekend i siedzenie w miejscu dla odprężenia ciała i umysłu? Osobiście
dbam o to by codziennie w ciągu miesięcy pracy znaleźć chwile dla siebie, więc
dla mnie prawdziwy wypoczynek, wakacje, urlop to coś bardziej, intensywniej,
głośniej, mocniej, boleśniej.
Wakacje są wtedy, kiedy kończy
się chodnik.
Wtedy, kiedy nocą przechadzasz w
sandałach kilkanaście kilometrów po jednym z najpiękniejszych miast Polski i
nabawiasz się pęcherzy, brudzisz stopy piachem, by za chwilę przemyć je w
wilgotnej trawie. Są wtedy, kiedy przebiegasz środkiem autostrady, gdy
spacerujesz w ciemnościach po stoczni, a przyświecają ci tylko gwiazdy. Są
wtedy, kiedy nocujesz u koleżanki z liceum, boisz się czy nie nadwyrężasz
gościnności, by potem zostać oprowadzona nocą po najbardziej magicznych
zakątkach Gdańska i spędzić jedną z najbardziej niezapomnianych nocy życia. Wakacje
są wtedy, kiedy przysiadasz w pubie by ostudzić pragnienie wrażeń zimnym piwem
by za chwilę wstać i iść dalej i nie zatrzymywać się w żadnym pubie na dłużej
niż 30 minut. To ta chwila kiedy siedzisz, obserwujesz roześmianych znajomych i
myślisz jak bardzo kochasz życie. To moment kiedy znajomy mieszkający na stałe
w pięknym mieście zapomina o jego wyjątkowości i dziękuje ci za przypomnienie
mówiąc „człowiek jest tak zabiegany, że zapomina spoglądać w górę by zachwycić
się pięknem tutejszych kamienic i nieba”. Zmierzamy na przystanek na autobus
nocny by stwierdzić, że noc nie może się jeszcze skończyć, a nogi przecież mogą
nas same zaprowadzić do domu.
Tak, to był jeden z najbardziej
wyjątkowych weekendów mojego życia. Rozpoczął się tradycyjnie za kierownicą
niecierpliwości tego, co przede mną. Żadne zmęczenie świata podróżą samochodem
nie mogły ostudzić tego, co się we mnie kotłowało na myśl, że wieczorem dotrę
na Open’er Festival i zobaczę na żywo spełnienie swojego marzenia. Wakacje są
więc też wtedy, kiedy w ścisku upału i ludzi jedziesz autobusem podekscytowania
do miejsca, na które zawsze chciałaś dotrzeć. Przekraczasz bramki festiwalu,
rozpościerasz ręce, podskakujesz i puszczasz się pędem na pole i żadna
zakłopotana mina współtowarzyszek ci tej radości bycia tu i teraz nie odbierze.
Powiedzieć, że to było jak Gwiazdka w lipcu to za mało, bo nawet na pierwszą
gwiazdkę na niebie nie czekałam w dzieciństwie z takim podekscytowaniem jak na
to, że w końcu tego wieczoru zobaczę BANKS. Kiedyś kobiety mdlały na widok
Elvisa, Beatlesów czy Michaela Jacksona. Kiedyś uważałam to za widok komiczny,
a w piątek sama stałam się tego obrazem. Miejsce pod sceną zajęłam już dwie
godziny wcześniej i nie ruszałam się z niego na krok. Motylki w brzuchu –
obecne. Drżące dłonie – obecne. Palpitacje serca – obecne. Mdłości – obecne.
Gardło do bezustannego krzyku i śpiewu – gotowe!
Jak Wam opisać to uczucie, gdy
wykonawca dostrzega cię w tłumie, wskazuje palcem kilka razy, odsyła buziaka,
uśmiecha, schodzi ze sceny i podaje dłoń? Nigdy nie wyrosnę z miłości do
koncertów. To są wrażenia nie do zastąpienia. Jedni skaczą z samolotów ze
spadochronami, szukają adrenaliny. Mi wystarczy właśnie to. Dostrzeżenie przez
ukochaną wokalistkę, że kocham jej muzykę, osobowość i nie ma piosenki, której
płuca i serce by nie znały. Skaczesz w tłumie, roztapiasz się w jego zapachu i
powszechnym uwielbieniu tej, która stoi na scenie. Tak – to był najlepszy koncert
na jakim w życiu byłam. Co lepsze, nie był to koniec, ponieważ wystarczyło parę
kroków przejść dalej być zachwycić się Lykke Li na ogromnej scenie. Czego chcieć
więcej dla takiego muzycznego zapaleńca jak ja?:)
Po tak intensywnym piątku,
człowiek nie chce przerywać, zatrzymywać się. Chcę więcej wrażeń, emocji, widoków,
smaków, życia! Wakacje są wtedy, kiedy nie przeszkadza ci na plaży żaden
płacz dziecka, pijany mężczyzna,
plotkujące kobiety, marudzący ludzie, skrzeczące mewy. Wakacje są wtedy, kiedy
się do tego wszystkiego uśmiechasz i sama wyruszasz na spacer wzdłuż morza i
nie obchodzi cię nic. Jeszcze nigdy tak bardzo nie pieścił mnie piasek po stopach,
łagodnie nie otulała zimna woda morza. Wolna dosłownie i w przenośni, za
przecinkiem, przed kropką, z wykrzyknikiem! Momentami coś zatrzepotało w sercu,
gdy widok przesnuły całujące i tulące się pary na plaży, ale wtedy wystarczy położyć
się na wznak, na nos wsunąć okulary słoneczne, słuchawki włożyć do uszu i ze
stoickim spokojem czekać na swoją kolej.
Zatem czekam. Wsiadam w auto,
pakuję bagażnik wrażeń i przynajmniej wiem, gdzie chce wracać, a z kim, to
życie samo rozstrzygnie. Zamieniamy się z siostrą rolami i tym razem ja chcę być
pasażerem chłonącym książkę i rzeczywistość dookoła. Na tę podróż wybrałam lekturę wybitną, której opisy, sposób przeżywania rzeczywistości idealnie odwzrowywały to, co sama przeżyłam w miniony weekend. Mianowicie "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach" Andrzeja Stasiuka. Gdy czytałam fragment "siedziec na rynku nieznanego miasteczka lub wsi w obcym kraju to jest jak czytac piękną książkę" widziałam odwrócenie tej sytuacji. Oglądanie nowych miejsc, słuchanie ukochanych dźwięków na żywo, siedzenie na ławce wyobraźni, cały ten weekend było jak czytanie pięknej książki.
Nie zamykać okna w aucie, chłonąc
wymieszane zapachy ludzi, dusznych wsi i miast, kwaśny zapach upałów połączony
ze słodką trawą i parującą jezdnią po świeżej, letniej ulewie.
Bo wtedy są wakacje – kiedy kończą
się pobocza zmartwień, chodniki tęsknoty za kimś, a otwiera się pole możliwych
miejsc do zobaczenia, osób do poznania, smaków do skosztowania, a potem do
wspólnego podzielenia się.
Czym Wy się ze mną podzielicie?
Gdzie cudownie kończą się jeszcze chodniki?
Bezimienna mieszka za górami
strachu, ukrywanych kompleksów, niespełnionych obietnic, uporczywie trwającej
nadziei, i lasami lat zwalczania samej siebie i osób wyniszczających jej góry i
lasy bycia najlepszą wersją siebie w obliczu obłudnego świata.
Mieszka na drugim piętrze swojej
samotni, drugie drzwi duszy na lewo, kanapa rozkładana na łóżko, również po
lewej od serca, która dawno już na dwa nie była rozkładana i nie pamięta co to
ciepło zasypiania przy drugiej istocie ludzkiej nieskomponowanej z bawełny,
potocznie zwanej kołdrą.
Dawno temu…i nie żyła długo i
szczęśliwie. Bezimienna od dziecka rzadko miewała gości. W życiu poznała tylko
jedną osobę, która parę razy odprowadziła ją do domu. A przecież zawsze miała długie
włosy w pełni gotowości zbrojnej by spuścić je z okna swej samotni i kogoś do
siebie podciągnąć. Wszystkim zawsze nie
po drodze, zawsze w biegu, zawsze w przeciwnym kierunku do szczerości,
spontanicznych, wielkich gestów, inicjatywy, szczypty romantyzmu z erotyzmem. W
dorosłym życiu Bezimienna wyrobiła w sobie przez to patologiczny nawyk
wyglądania przez okno w razie, gdyby warczący silnik serca, stukające obcasy o
chodnik obojętności, okazały się jej niespodziewanych gościem, który zapuka do
drugich po lewej drzwi duszy.
Bezimienna odkąd pamięta miewała
wielu nieproszonych gości, o których nie było trudno kiedy to pokój zawsze
musiała dzielic z jednym z rodzeństwa. Zbyt mało kątów do skulenia, zbyt mało
przestrzeni do prywatności, zbyt mało powietrza do bycia w pełni sobą.
Nieproszony strach przed ojcem, siostrą jedną, bratem drugim. Bezimienna
obiecała sobie gościc w sobie samą siebie, poznawać siebie, być wierną sobie,
odkąd zrozumiała, że starszy nie zawsze ma rację i nie ma na celu Twojego dobra
psychicznego, tylko materialne.
Skoro brak w życiu Bezimiennej
gości proszonych, szukała ich ona w postaciach fikcyjnych. To wtedy natrafiała
na zwierciadła siebie, utwierdzała w przekonaniu, że wszystko z nią w porządku,
że życie, rodzina mogą być inne. Ukochała sobie filmy i książki, które
obrazowały chociażby skrawki jej samej. Byli jej ulubionymi goścmi. W końcu to
Michelle Pfeiffer czy Robin Williams utwierdzili ją w przekonaniu, że w życiu
chce nie tylko nauczać, ale edukować, wychowywać i inspirować. Nie ojciec
karcący jej ubogi wybór kariery, nie zawsze milcząca matka w chwilach życia
ważnych. Dziś Bezimienna jest z siebie dumna, bo wyedukowała nawet własną
rodzinę. Przestali jej życzyć męża i wyśmiewać wieczną pasję oglądania i
czytania. Dziś w każdy dzień zakończenia roku szkolnego, matka wzdycha na jej
widok i mówi jej, że wygląda nieziemsko. Bezimienna widzi wtedy w oczach matki,
że jest jej wielkim osiągnięciem i całuje ją wtedy, o przytuleniu nie
zapominając. Bo nawet tego Bezimienna nauczyła swoich rodziców - tulenia ich
przeszłych błędów i wyciskania dobroci na stare lata.
Bezimienna latami budowała siebie
od podstaw, starając się nie być zależną od spojrzeń i ocen innych. Myślała, że
już po tylu ranach w samo serce i jego okolice, opancerzyła winowajcę w siłę i
szybką regenerację. Gdy w jej życiu zabrakło tej „najważniejszej”, nauczyła siebie
zabierać na randki i prezentować sobie rzeczy wzbogacające jej wnętrze.
Obiecała sobie nigdy nie być próżną i leniwą. Życie to ciągła praca nad samym
sobą. Stagnacji mówi stanowcze NIE. Przyszedł dzień kiedy Bezimienna przestała wypatrywać
przez okno tej niespodziewanej, która rzuciłaby ją na kolana wyczekiwania. Nauczyła
zapraszać siebie samą do kina i na dobrą kolację, czerpać radość z otaczającej
rzeczywistości, nowych smaków serwowanych podniebieniu, uszom, oczom, ciału,
wszystkim zmysłom.
Zatem to miał być wieczór jak nie
jeden w jej życiu. Kupiła sobie dobre, wytrawne czerwone wino, oliwki, ser
pleśniowy. Dzień wcześniej zakupiła nową książkę do kolekcji. Usadowiła się na
swojej prywatnej kanapie bezpieczeństwa. Pierwszy kieliszek otwiera naczyńka
zmysłów i łaskocze delikatnie poczucie humoru. Drugi kieliszek przemienia
Bezimienną w rozkoszną istotę, która przelewa swoją czułość na swój obecny
obiekt zainteresowania. Trudno jej wtedy nie chcieć pocałować, przytulic i gdzieś
porwać. Ale to nie ten dzień. Dziś Bezimienna jest na randce sama ze sobą.
Tak przynajmniej myślała. Dopóki
nie zjawili się przy trzecim kieliszku nieproszeni goście. Wtargnęła bezczelnie
pani niska samoocena, zaraz za nią z buciorami zwaliła się wdowa zgorzkniałość,
w ślad za nią powędrowała rozwódka braku nadziei na kogoś za oknem. Bezimienna
bierze głęboki oddech, napina mięśnie i całymi siłami próbuje zamknąć drzwi,
żeby przez szparę nie przecisnął się jeszcze popsuty humor, łzy i kiepski sen. Myślała,
że jej się udało. Zatem nagle dopadła ją ta nieposkromiona, ciągle w niej
drzemiąca, potrzeba wyjrzenia za okno.
To był ułamek sekundy.
Wiatr zawiał mocniej.
Nawet byście nie zdążyli krzyknąć.
Bezimienna wychyliła się za
mocno.
Roztrzaskana na chodniku obojętności,
leży, jeszcze oddycha i wydycha z siebie ciche:
Co, jak, gdzie, kiedy? Już
niedzielny wieczór?! A gdzie piątek śmiechu, sobota pragnień, niedziela
lenistwa?!
Budzę się. Żyłka w oku pękła. Z
nosa krew kapie. Ale ja miewam się świetnie! Naprawdę! Pędzę do łazienki,
przecież czeka mnie dzień pełen wrażeń przeze mnie zaplanowany! Wskakuję
każdemu na łóżko i całuję w policzek, budząc perfidnie, przecież musimy się pożegnać
zanim wyjdę łykać kolejne chwile życia! Kolejny panieński za mną. Wszyscy
nocowaliśmy w jednym domu. Po czym poznać, że udany? Bolą mięśnie od śmiechu,
siniak nowy na nodze? Nie. Dostałam zaproszenie na wesele last minute:)
Zanim wyjdę przypierasz mnie do
ściany. Zawsze byłaś grzeczna. Nigdy nie
zdradziłaś. Wiem jak kochasz. Zachłysnęłam się zaskoczeniem. Twoimi
wilgotnymi ustami na moich. Rozpływam się pod temperaturą Twojej inicjatywy. Chowamy
się za drzwiami. Szybka zmiana scenerii, ukrywamy się w łazience. Czuję Twoją
pierś w swojej dłoni. Moje usta na Twojej szyi, zakończenie podniecenia między
nogami. STOP! 9:36. To Tylko sen…to tylko sen.
Sen to najokrutniejsza
manifestacja pragnień i tego, co nieosiągalne. Jak moja wredna wyobraźnia lubi
sobie ze mną pogrywać.
„E. ja nie rozumiem, ciągle jesteś sama? Jak
można cię nie chcieć na stałe, na zawsze?!”. – „nie rozmawiajmy dziś o tym,
dziś nie o mnie. Wiesz, my homoseksualiści mamy skomplikowane życie. Dziś znów
mi się to przypomina. Jesteśmy w klubie, który kipi pragnieniem i pięknem.
Jestem singlem, mogłabym kogoś poderwać, dać się poderwać, grzeszyć, ale nawet
nie mam z kim, bo za chwilę zacznie się wieczne odganianie płci przeciwnej.”
Godziny tańca mijają. Stoję
pośrodku parkietu. Ręce wyrzucam w górę, bawię się włosami, ruszam biodrami.
Nie ma nikogo. Dla mnie, parkiet jest pusty. Patrzę na sufit kołysząc się do
zmysłowego rytmu. Parkiet moich myśli się opróżnia. „E. jest dobrze. Zajmuj
umysł aktywnością towarzyską, śmiechem, momentami wartymi zapamiętania do
załatania dziurawego serca, a sobie poradzisz”. Uśmiecham się do siebie.
Opuszczam głowę do poziomu ludzkich spojrzeń. Chmara facetów dookoła i ona
oparta o ścianę uśmiechająca się do mnie.
Dziękuję jej za sen.
Przypomnienie kolejne co to i jak pragnąc. Prawie zapomniałam. Dziś karmiłam
zmysły promieniami słońca, dobrą muzyką, parkowymi wrażeniami, smacznym
jedzeniem. Leżałam w słońcu, w tle piękne kobiety, zmysłowa piosenkarka. Tylko
ja słuchałam jej uważnie, reszta się zajadała, zapijała. Złapała moje spojrzenie,
utrzymałam je, podniosłam ręce w zachwycie nad jej talentem, przesłała buziaka
i wyśpiewała „dziękuję”. Obracam się, patrzy na mnie inna, patrzy druga. Od
tego patrzenia, wiecie co? Wzrok się tylko psuje, nic nie zmienia. Kładę się na
kocu, podśpiewuję, obserwuję samoloty nad głową. Niech patrzą, nie zabronię.
Dziś, niech nie śni mi się nikt. Realne
sny potrafią też zabijać od środka jak rzeczywistość.
Nastał czas tortur. Upały
przekraczające 35 stopni odczuwa każdy na różne sposoby. Puchną przeróżne
części ciała, pocą się, trzeba znosić mieszankę niekoniecznie przyjemnych zapachów
dookoła, człowiek z trudem łapie powietrze, doskwierają migreny na ciągłe
wieczorne burze.
STOP!
Nie o takich torturach mówię.
Albowiem nastał czas aktywności fizycznej. NIE! To też nie to. Nastał czas
negliżu fizycznego. Dla kogoś, kto uważnie obserwuje, przygląda się, chłonie
szczegóły, podziwia piękno rodzaju żeńskiego – to dopiero tortura. Kobiety, ah
kobiety! Torturują tymi krótkimi spodenkami, kusymi sukienkami, pomalowanymi
paznokciami, opalonymi ciałami, rozpuszczonymi włosami spływającymi po plecach,
odkrywają kuszący kark, gdy spinają włosy, spięte mięśnie, mocne łydki na
obcasach. Wszystko jak na tacy! Nie daj Bóg dostrzec krople delikatnego,
świetlistego potu spływającego po szyi czy karku! Dręczą, oj dręczą.
Ostatni tydzień to nie tylko
upały i tortury, ale i silne emocje. Kolejne, zasłyszane stanowcze NIE w moją
stronę. Zakończenie nawet nie początku, które w środku się tli. Próbuję go zagasić.
Wczoraj spontaniczny grill z przyjaciółmi. Jak gdyby znów słyszeli, że gdzieś,
do kogoś, o coś - wołam. Z kolei dziś mama poprosiła mnie bym zawiozła ją do
naszego domu na wsi. Miałam zostać góra dwie godziny i wrócić do dalszej pracy.
Zajechałam. Szumiały drzewa, łaskotało słońce, kusił spokój. W 5 minut
odwołałam całe popołudnie i wieczór korepetycji. Na spokój nie ma ceny, wolałam
stracić kilkadziesiąt złotych niż siebie.
Sprzyjająca pogoda wołała mnie na
długi spacer. Przed weekendem okolice nie są zaludnione przez turystów czy
wędkarzy. Mogłam zdjąć bluzkę i przechadzać się bezwstydnie, w negliżu wzdłuż
Warty. Dziś to nie kobiece, odsłonięte, podane na tacy kształty kusiły. To
przyroda mnie wzywała, kusiła swoją dzikością, bezkresem, stoickim spokojem,
który budził we mnie burze pragnień. Każdy z nas pewnie zaznał kiedyś tego
uczucia pragnienia kogoś/czegoś, kogo mieć nie możemy. Chemia aż kipi, krzyczy,
rozlewa się po nas, a my nie możemy dotknąć, przycisnąć do ściany, namiętnie pocałować,
pieścić tam, gdzie pragniemy. Dziś tak ze mną natura pogrywała. Słońce
przygrzało, ostro opaliło dekolt, ramiona, dłonie, nogi. Wróciłam do domu.
PSSSST. Lato to nie tylko wzmożony negliż, ale wzmożona ochota na napoje
chłodzące. Otwarła się butelka piwa, a z każdym łykiem wylewały się pragnienia
i burza myśli wszelakich.
Czas na prysznic. Czas na negliż
w swoich czterech ścianach. Mówiłam już, że ten, kto odkrył, że z dźwięków
można tworzyć muzykę, był geniuszem? Wczoraj znów natrafiłam na nowy utwór,
który fizycznie mnie rozbiera, rozdziera, pieści, dotyka, torturuje.
Prysznic mieści się tuż przed
lustrem, w związku z czym, gdy stanę na wprost widzę siebie w całościowym
negliżu. W tle nie mogło oczywiście lecieć nic innego jak, co dopiero odkryte
nowe dźwięki. Muzyka, która sprawia, że wszystko zwalnia. A najbardziej piana
spływająca po moim ciele. Zatrzymuję się. Znów nie śpieszę. Chcę obserwować jak
chłodna piana spływa po moim rozgrzanym, opalonym ciele. Nie starczy mi widok
spływającej piany między piersiami, po brzuchu…niżej…Obracam się, widzę plecy,
mapę siebie, piana spływa strużkami po kręgach by za chwilę zrobić delikatny
zakręt po dołeczkach. Znacie je? Dołeczki na dole pleców? Jestem ich
właścicielką.
Piana mnie muska. Fantazja się
budzi. Czemu jeszcze nikt nie prześledził językiem mapy moich piegów na plecach?
Myślę „jak dawno nikt nie widział mnie nago”. Spodobałabym się? Coś się we
mnie zmieniło? Rzeźbię siebie. Mięśnie się wyrabiają. Myślę „po co? Skoro to
miesień sercowy mam wyrobiony najbardziej i to on pociąga najgłębiej”.
Myślę. Ty. Ty, która zobaczysz
mnie następna nagą. Wyobrażasz sobie mnie i Ciebie? Moje ciało i umysł tego
upału nie są w stanie pojąc. Roznegliżowana tortura.
Trudno o kobietę, która potrafi spojrzeć
prosto w lustro. Nie odwrócić się. Złapać w bezruchu, a jednocześnie namiętnym
wygięciu bioder. Spojrzeć prosto w oczy i nie odwrócić wzroku.
Mój Śp. wykładowca od Historii Wielkiej Brytanii potrafił
sprawić, że żadna epoka w Wielkiej Brytanii nie była nudna. Znał wszystkie
szczegóły z życia władców, oprócz ważnych wydarzeń i dat dodawał informacje „kto
i z kim”. Wiedział zawsze, który król był homoseksualistą, a który krwiożerczym
psychopatą – mordercą. Mówiąc pokrótce – homoseksualizm jest stary jak ziemia,
po której stąpamy. Liczy sobie tyle lat, co heteroseksualizm, a mimo to ciągle
budzi kontrowersje.
Psycholodzy, lekarze, księża, politycy od wieków próbują
dociec przyczyn tej orientacji seksualnej zdobywając tym przychylność bądź też
nie. Konserwatywni księża i politycy powiedzą, że gdyby Bóg chciał by istnieli
homoseksualiści i by byli oni tolerowani, to stworzyłby Adama i Stefana, a nie
Adama i Ewę. Kościół postrzega osoby o odmiennej orientacji seksualnej jako
dewiację, z którą albo się człowiek rodzi, albo jest ona sytuacyjnie wymuszona
na człowieku w miejscach takich jak więzienia, zakony czy wojsko. Podzielają
oni wiarę, że orientacja ta jest uleczalna, a jeśli „pacjent” jest oporny na
terapię, powinien tłumic w sobie swoje pragnienia i nie przekształcać ich w
grzech cielesny.
Nie
ma się co dziwić, że ten trend nietolerancji nadal jest obecny skoro
Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne sklasyfikowało homoseksualizm jako dewiację
w 1952 przyrównywaną do sadyzmu czy pedofilii. Swego czasu psychiatria była
nazywana narzędziem ucisku homoseksualistów i główną przyczyną utrwalania
stereotypów i szerzenia nietolerancji. W 1969r. doszło do pierwszym zamieszek w
gejowskim pubie Stonewall Inn w Nowym Jorku, które uważa się, że zapoczątkowały
amerykański, a co za tym idzie, światowy ruch walki o prawa LGBT. Był to czas kiedy
policja dokonywała nalotów na tego typu miejsca, ludzie byli traktowani
brutalnie, wyciągani po podłodze, spisywano dane osobowe, a potem podawano je
do wiadomości publicznej, często rujnując kariery i życia. Kierowano się zasadami, według których:
1. Gejom nie wolno było podawać alkoholu
w lokalu,
2.Mężczyzna nie mógł tańczyć z mężczyzną,
3. Każda kobieta i każdy mężczyzna musi nosić
przynajmniej trzy części garderoby, które odpowiadają biologicznej płci.
Gejowski ruch aktywistów powstał na dobre,
działając aktywnie np. w San Francisco. Mimo to, minęło ponad 20 lat zanim
homoseksualizm wykreślono z listy chorób, nastąpiło to dopiero po referendum
Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego w kwietniu 1974r.
Jeśli spojrzeć na inne wcześniejsze karty
historii. Naziści naznaczyli ok. 10tys. homoseksualistów różowym trójkątem i
wysyłali do obozów koncentracyjnych, uważając ich za antyspołecznych pasożytów
stojących na drodze czystej rasy aryjskiej. Liczbę ok. 100 tysięcy zamykano w
więzieniach lub zakładach psychiatrycznych. Z kolei w 1933r. Stalin „zatwierdził nowy kodeks karny przewidujący karę 5 latciężkich robótza seks z osobą tej samej płci. Kontakty homoseksualne
uznawano za przestępstwo przeciw państwu tej samej rangi coszpiegostwo. Po "odwilży" w
1956 roku, w ramachpsychiatrii represyjnej, gejów i lesbijki umieszczano w zakładach zamkniętych, gdzie
często byli poddawani terapiom z użyciemelektrowstrząsówiśrodków
psychotropowych.”
W latach 80tych zeszłego
wieku zaobserwowano zwiększoną zachorowalność na mięsaka Kaposiego, czyli
nowotwór związany z zakażeniem wirusem opryszczki, oraz na pneumocystowe
zapalenie płuc pośród mężczyzn w USA. Połączono te objawy z mężczyznami
mającymi stosunki seksualne z innymi mężczyznami, w rezultacie czego powstawała
nazwa GRID - Gay-related immune deficiency– zespół niedoboru odporności gejów.
Dziś znane jako AIDS, a wprowadzenie tej nazwy nastąpiło dopiero w 1982roku. Dziś
wiemy, że to nie choroba gejów i lesbijek, ale każdego mającego kontakt z osobą
zarażoną wirusem HIV i jej śluzami, a nie sztućcami, dotykiem, pocałunkiem czy
kichnięciem… W czasach kiedy AIDS było jeszcze GRID, lekarze niekiedy odmawiali
leczenia pacjentom, ponieważ bali się zakażenia. Chorymi i umierającymi
zajmowali się lekarze-wolontariusze zakładający maski, przedkładający dobro
pacjenta nad własne.
W dzisiejszych czasach walczą ze sobą dwa
poglądy źródła homoseksualizmu. Empiryczne podejście zakłada, że nie ma
naukowych i fizycznych dowodów na to, że człowiek rodzi się gejem czy lesbijką i
jest to jedynie cecha nabyta, co za tym idzie, orientacja ta jest zmienna. Przeciwne
założenie mówi o tym, że człowiek rodzi się z daną orientacją i jest ona
niezmienna. Naukowcy próbują odszukać „śladu” w mózgu, który determinuje nasz
pociąg seksualny. Całkiem niedawno powstała teoria, że człowiek rodzi się z bardziej
męskim lub damskim mózgiem, zatem gej jest to mężczyzna, który urodził się z
mózgiem z cechami kobiecymi, a lesbijka to kobieta, która ma mózg z cechami
męskimi.
I bądź tu człowieku mądry.
Powiem Wam, co wiem ja. Wiem, że weszłam do
zerówki i wiedziałam na kogo spojrzałam pierwszego. PIERWSZĄ. Wiedziałam w
szkole podstawowej, że kocham się w Ewelinie. Nie w Przemku, nie Łukaszu,
żadnym Mateuszu, bożyszczu nastolatek. Nie siedziałam w więzieniu, nie
zamknięto mnie w szkole dla dziewczyn, żaden mężczyzna mnie nie skrzywdził. Pewnego
dnia, gdy Internet stał się bardziej dostępnym medium, zaczęłam wchodzić na
czaty i w ten sposób poznałam swoją pierwszą dziewczynę, którą po pierwszym
spotkaniu wiedziałam, że chcę całować i dotykać jak nikogo innego. Jestem tą,
która nigdy nie widziała siebie obok mężczyzny, nie dlatego, że uważa ich za płeć
gorszą, ale po prostu od zawsze tak czułam w zakamarkach siebie i nie chciałam próbować
niczego, co by odpowiadało normom społecznym. Urodziłam się w kobiecym ciele z
męskimi pragnieniami. Tak, jak mam brązowe/zielone oczy, brązowe włosy i piegi.
Żadna doza alkoholu, nawoływań, obelg i uszczypliwości nie potrafiła do tej
pory tego zmienić.
Wiem też, że są kobiety, które nie poszły za
swoim pragnieniem i dziś są mężatkami, które tęsknią do niespełnionych
kobiecych miłości. Niektóre te kobiety odważyły się pójść za swoim sercem i
odnalazły miłość w późniejszych latach. Niektóre pewnie umrą i nigdy jej już
nie odnajdą, bo nie będą umiały wyjść z wygodnej społecznie szafy.
Wiem też, że pragnienie i orientacja rozpływają
się po alkoholu. Zwłaszcza po ciele kobiecym. Alkohol ściąga nogę z hamulca i
wciska gaz do dechy otwartości. Miniony weekend był kolejną okazją by się o tym
przekonać. Byłam na weselu, gdzieżby indziej poddać się alkoholowym uciechom
ciała i puścić wodze zaciśniętego języka za zębami.
„Ożeń się ze mną! Będę z Tobą tańczył do
końca świata!” – krzyknął I. w tańcu.
Podbiegł Ł. I wycałował/obślinił mi rękę do
ramienia zanim się obejrzałam.
Rozmowa moich dwóch przyjaciół płci męskiej (oboje
żonaci) przy stole:
„Gdy
E. zmieni kiedyś „drużyny” to ja pierwszy się jej oświadczę i z nią ożenię”
– „Po moim trupie!” Odparł A.
„Kim jest ta niewiasta w żółtej sukience, za
którą wszyscy latają? Bo zaraz i ja odfrunę” – zawtórował ojciec jednej z
koleżanek.
Nie odstępowała mnie K. dolewając whiskey wyznając
na boku: „Dobra, ja już nie piję, bo nie wiem już czy podobasz mi się bardziej
Ty czy mój mąż”.
Jej mąż później w tańcu ze mną: „jesteś
feministką, prawda? Pederastką pewnie i nimfomanką też” dodał pół żartem, pół
serio.
Odparłam: „Za pierwsze i drugie przepraszać
nie musisz, ale za ostatnie tak, bo już nie pamiętam co to seks”.
Nie była to pierwsza mężatka i nie pierwszy
mężczyzna, którzy „wyczuli” moją orientację. Nie była to jedyna mężatka, której
orientacja robi się płynna po alkoholu.
Czy byłam niegrzeczna? Nie. Ktoś kiedyś mi
powiedział, że ja sama jestem chodzącym grzechem, którego trudno nie popełnić,
nieważne co robię, czy tańczę, rozśmieszam innych czy po prostu stoję i patrzę
przed siebie.
Nie wiedzą jednego. Gdy wszyscy położą się
pijani do łóżek obok swojego męża/żony/chłopaka/dziewczyny, ja ugniotę kołdrę komplementów
i wtulę się w nią w pozycji embrionalnej, bo to ona żoną mą.
„Może to odwieczny lęk człowieka,
że w ogóle jest na świecie, legł u podstaw wynalezienia aparatu
fotograficznego. W każdym razie doczekał się człowiek wreszcie wynalazku,
który, zaszczepił w nim wiarę, że istniał, istnieje i będzie istniał. Wielka to
przewaga zdjęć nad życiem. Zastanawiam się tylko, dlaczego człowiek jest tak
nienasycony.” (W. Myśliwski)
Otóż to. Dlaczego tacy
nienasyceni? Kto jeszcze pamięta co to klisza na 36 zdjęć i trzeba było wyliczać
co uwiecznimy z wycieczek. W którym momencie staliśmy się tak skupieni na
sobie, że przesunęliśmy obiektyw na swoje twarze zamiast przed siebie? Co
sprawia, że czujemy tak niepohamowaną potrzebę uwieczniania wszystkiego na
aparacie jakby ze strachu, że to zniknie w naszej pamięci jak zdmuchany przez
wiatr pył zapomnienia? Najbardziej rozczarowujące i uwłaczające – kiedy i ja
poddałam się temu trendowi? Bo mamusia i tatuś za mało mnie kochali? Nie
dostałam nigdy takiej uwagi, jakiej pragnęłam, a teraz technologia i Internet nam
to ułatwiają? Nie brzmi to żałośnie? A jednak. Czy zachód słońca stanie się
piękniejszy, bo odbije go w ekranie telefonu? Nic bardziej mylnego, ponieważ
nigdy nie uzyskujemy idealnego odzwierciedlenia krajobrazu przed nami, kolory
nigdy nie będą tak samo nasycone, światło nie będzie tak samo padało, a co
ważniejsze, nie zapiszemy w ten sposób naszych wrażeń i nie będziemy mogli nacisnąć
przycisku „odtwórz”.
Na początku zeszłego wieku ludzie
walczyli o to by w ogóle przeżyć i uciekali od śmierci, niekiedy poświęcając się
dla kraju. Nam przyszło żyć w wieku, w którym panicznie boimy się zapomnienia,
braku uwagi i śmierci. Presja bycia sprawnym fizycznie, atrakcyjnym, zadbanym,
zabieganym. Pchamy się po karnety na baseny, siłownie. Na osiedlach obserwujemy
wysyp biegających ludzi. Nie oszukujmy się, mało kto robi to dla utrzymania
kondycji, większość skupia się na zgubieniu wagi. A może by tak zgubić kompleksy
i narzucane przez media, uszczypliwe koleżanki z pracy, wymagającego partnera
standardy?
Ciągle chcemy bardziej mieć niż być.
Nienasyceni dobrami. W szafie ciągle za mało ubrań, w portfelu zawsze mogłoby być
więcej królów Polski, w garażu mógłby stać lepszy samochód, a w salonie
bardziej designerskie meble. Nienasyceni. Bezustannie. Sobą i rzeczami.
Nienasyceni swoim wyglądem.
Zauważyłam, że znudziło mi się patrzenie na samą siebie. Wstydzę się swojego
uzależnienia od technologii, nie chcę by mój telefon był przedłużeniem mojej
dłoni. Od jakiegoś roku, kto jest uważny, śmieje się, ze moją trzecią ręką jest
książka, nie telefon. Co złośliwsi nadal powiedzą, że to pierwsze. Przestałam dodawać
tyle zdjęć na wszędobylskiego Facebooka, zdecydowaną większość usunęłam, nie
wstawiam zabawnych statusów, które kiedyś, mówiłam sobie, że poprawiają ludziom
humor, a mnie utwierdzają w roli bezpiecznego clowna. Po co mi to było?
Przecież nie jest tak, że ktoś mnie prosi by wróciły, bo za nimi tęskni.
Bezcenne chwile chowam dla siebie, jak chcę je wyrazić, to ubieram je jedynie w
słowa i przelewam na papier.
Słowa. Myśli. Rozmowy.
Autentyczne spotkania. Dyskusje o życiu. Zwierzenia. Szczerość. Tym jestem nienasycona. Czytając wczoraj
Newsweek natknęłam się na statystyki mówiące dumnie o tym, że plasujemy się w światowej
czołówce w częstotliwości uprawiania seksu. Polak uprawia seks średnio 143 razy
rocznie, 52% uprawiało seks oralny, a 15% analny. 143? Kiedy? Gdzie? A na mnie
niektórzy mówili zboczona. Odbiegam od statystycznego Polaka znacznie. Nie
takiego nasycenia szukam.
Wyglądam „połączenia”. Słów bez
końca, dzielenia myśli, nie tylko łóżka i dóbr materialnych. Bo tak, czuję się
przesycona nieufnością do ludzi, rozczarowaniami, dwulicowością, samotnością. A
nie chcę tak. Chcę zajmować się sobą i cieszyc się z tego, co robię dla siebie
i innych. Przecież jest cudownie, nie przelewam się luksusami, ale mam
wszystko, czego potrzebuję by wieść godne życie. A i tak przychodzą dni kiedy
wypływa ze mnie cała energia i nic nie jest w stanie jej wskrzesić. Człowiek
niby wie, że jest wartościowym człowiekiem i ma wiele do zaoferowania, ale podświadomość
szepcze mu zwątpienie i są dni, kiedy czuję się najbardziej samotnym
człowiekiem na całej planecie. To nie jest brak wdzięczności za to, co mam, ale
nawet będąc nasyconym można czuć się jakby się nie miało nic, gdy wokół brak Kogoś.
Nie narzekam. Spędzam dni starając się pozostawić po sobie ślad w ludziach nie
w postaci głupkowatych zdjęć, ale dobrych uczynków, wartościowej rozmowy,
pocieszenia, po prostu BYCIA. I wiecie co? Dawno nie słyszałam tyle razy słów „dziękuję”
lub „nie wiem co bym bez ciebie zrobiła”. Można? Można. Tego na Facebooku nie
znajdziecie.
Dziś jechałam autem, wracałam z
pracy, płyta odezwała się znaczącą piosenką, chwile zadumy, smutku, spojrzałam
na siedzenie pasażera, nie było Cię tam, ale kiedyś byłaś. Miałam ochotę przycisnąć
gaz i nie skręcać w lewo, jechać w nieskończoność, nie zważając na to czy
doprowadziłaby mnie do Ciebie. Po prostu oddać się tej chwili tęsknoty. Nie
zrobiłam żadnego zdjęcia. „Pstryknęłam” zdjęcie kilkoma słowami i wcisnęłam „wyślij”.
Zrozumiałaś przekaz.
To tak prawie jak BYĆ.
„Jedno, czego nam wolno pragnąc, to miłości. Miłość
nie tylko w słowach, uczuciach, także w rozkoszy. A rozkosz nie zna wieku. Nie
patrzy, czy ciała są młode, czy już się marszczą, obwisają. Być może umierając,
będziemy tęsknic nie do życia, lecz do rozkoszy. Nie życia będziemy żałować, lecz
tego, co nas w nim
ominęło.” (W. Myśliwski)
Dlatego szukam chwil ważnych,
tych, które kiedy miną, będę żałować, że minęły. Nasycam się takimi i
pielęgnuję w pamięci, nie na aparacie. Nie szukam wspólnych zdjęć do wstawienia
na Facebooka z nienasycenia uwagą, ale odbicia wartościowych wspomnień na
kliszy mojej pamięci. Kiedy ostatnio zajrzałeś do swojej prawdziwej „kliszy”?
"Związki nigdy nie giną
śmiercią naturalną. Są mordowane przez nastawienie, zachowanie, ego, ukryte
korzyści lub ignorancję".
Lista jest pewnie nieskończenie
długa. Wina zawsze wypośrodkowana. Błędy w komunikowaniu potrzeb, które
ostatecznie nas od siebie stopniowo oddalają. Co za tym idzie, narastają żale,
tłumione w sobie lub furiacko wyrzucane razem z latającymi talerzami. Brak
uwagi partnera, który popycha nas w ramiona kogoś bardziej „uważnego”. Nasze
kompleksy budują mury, zakrywamy je krzykami, zazdrością, brakiem pewności
siebie i partnera. Rutyna, która, jeśli niedopilnowana, urasta do tak wysokiej
rangi, że nie potrafimy już spojrzeć na partnera przychylnie, jedynie z pogardą
do jego codziennych nawyków. Trzeba być piekielnie uważnym by nie wybudować tak
wysokiej tamy, której już nie przeskoczymy i nie odświeżymy uczucia, ale je
zamordujemy.
Ja dziś tak niechcący się znów
"zamordowałam". Porządkując półkę spadły na mnie stosy kartek.
Różnego koloru, różnej treści, różnej wielkości, ale w większości z zamiarem
wywołania u mnie uśmiechu po powrocie z pracy, gdy ja zawsze wychodziłam
wcześniej, a Ona godzinę po mnie, a pod poduszką zawsze zostawało coś dla mnie.
Miałyśmy mnóstwo swoich małych, bezpiecznych "rutyn". Zawsze wspólne
środy i każdy weekend. Dziś to wszystko urocze, ale obie wiedziałyśmy, że nasze
uczucia zamknięte były w tych kartkach i nie mogły się po czasie uwolnić, by
zmaterializować się w czynach.
Mija prawie półtora roku od rozstania,
a nasi znajomi łapią się na tym, że czasami nawet zapominają, że byłyśmy razem.
Dziś myślę co się z nami dzieje
po rozstaniach, jak czasami osoby kiedyś tak bliskie znikają na zawsze.
Wszystkie nasze "zawsze" umierają w "nigdy". Kto by
pomyślał? Istnieją pewne umowne zasady, których się nie przekracza z naszymi
byłymi partnerami podczas ponownych spotkań. Na powitanie unikamy pocałowania w
usta. To zawsze najbardziej niezręczny moment – jak się przywitać? Jak powitać
kogoś, kogo się kiedyś kochało, niekiedy do utraty tchu i myślało się, że to ta
jedyna? Niezręcznie? To mało powiedziane. Dziś czasem nawet przybija mi piątkę.
To dopiero smutne. Kolejna zasada – unikamy kontaktu wzrokowego – bardzo niekomfortowo
spotkać się wzrokiem na dłuższą chwilę, bo nasze oczy już nie są nasze, często
zarezerwowane dla kogoś innego. Rozmawiamy pobieżnie, o sytuacjach, nie
uczuciach. Nie każdemu byłemu partnerowi można wyznać, że czuje się samotnie,
bo istnieje ryzyko odebrania tego jako pretensję albo depresję, przesadne
marudzenie. Kolejny niezręczny moment – pożegnanie. Zasadą jest, że jak już
odważysz się kogoś na pożegnanie przytulic, to nie dłużej niż dwie sekundy.
Często uciekamy od siebie jak poparzeni. A po alkoholu? To już inna historia.
"Za każdym razem kiedy
piszesz o dzieciakach, odnoszę wrażenie, że sama masz coś z dziecka.. Co
dokładnie? Mam wrażenie, że przepełnia Cię bezwarunkowa miłość.. Spotkać takie
coś u DOROSŁEGO człowieka to chyba cud w dzisiejszym otaczającym nas świecie. Nie
wiem czy zazdrościć czy gratulować:)"
Tak jedna z czytelniczek mnie
ostatnio ciepło podsumowała w komentarzu na blogu. A niedawno natrafiłam na
stos tych kartek, nie zawsze przychylnych. Dziś myślę o swoich błędach, które
potrafiły "mordować". O tym, że nie wyróżniam się tym od nikogo,
bywam nieznośna do sześcianu. I żadna doza wariactwa, optymizmu, beztroski we
mnie nie potrafi tego zniwelować na wieczność. Bywam skrajna, impulsywna,
bywają chwile kiedy chciałabym coś „już, teraz, natychmiast” i gdy tego nie
dostaję, czuję się jak dziecko, któremu odebrano zabawkę. Mało dojrzałe, jak na
świadomą kobietę, prawda? Uczę i ćwiczę się w cierpliwości. Jak mi idzie? Nie
mnie to oceniać.
Ale co to dla mnie znaczy? Że
ludzie się nie zmieniają? Jak to? Że zawsze będę taka sama? Nie. Poczułam
smutek, rozczarowanie samą sobie. Zawsze wiem co robię nie tak, a czasem nie
potrafię tego przeskoczyć. Z wszystkich walk, te toczone ze sobą są najcięższe.
Ale po chwili poczułam też motywację. Skoro dalej mogę pracować nad sobą, to
jest co robić, nawet w samotności:). Bo na wszystkie komplementy jakie dostaję,
to mogłabym nimi wypchać sobie poduszki i przytulać się do nich w nocy, ale one
nie zastąpią ciepła autentycznej, ukochanej osoby obok. Mocno wierzę w to, że
dla tej następnej będę tą lepszą wersją siebie, o którą walczę każdego dnia.
Są piosenki, które sprawiają, że
mam ochotę wstać, wyjść, iść.
Spacerować kilka godzin. Z rękoma w kieszeni, z
rękoma wyrzucanymi spontanicznie w powietrze, z rękoma ocierającymi się o
liście drzew. Nosem chłonącym litry zapachów, które wlewają w moją duszę
uśmiech. Gdy tak idę, lubię siebie i wierzę, że jestem tą zmianą, którą chcę widzieć
w ludziach.
Zatem nie próżnujmy. Dalej bądźmy
zmianami, jakie chcemy widzieć w ludziach. Jest co robić, nad czym pracować,
kształtować siebie, analizować, niwelować niepożądane cechy, dopieszczać te
dobre.
Gdyby ktoś mnie dziś zapytał,
czego od związku pragnę, powiedziałabym:
Chcę przy kimś pozostać sobą.
Tańczyć, kiedy do tańca się mnie
poprosi, śmiać się do rozpuku, gdy się mnie rozśmieszy, śpiewać w aucie, co sił
w płucach. Płakać, gdy mnie się wzruszy i tych łez się nie wstydzić. Być przytuloną,
gdy tego potrzebuję. Chłonąc życie, które płynie wokół nas, ale też położyć się
na trawie i odpocząć, kontemplować rzeczywistość, gdy przecież jest tak
piekielnie wciągająca i ciekawa. Być sobą - bo wbrew pozorom,
nie wyrosłam na pewności siebie. Wyrosłam na strachu i wstydzie. Wstydzie, że
za głośno się śmieję, że mam donośny głos, że jestem wariatem, że za dużo
płaczę, że za dużo mówię, że mam piegi, że jestem zbyt wrażliwa. Lubimy wytykać,
lubimy zmieniać. Ale czy wszystko warto?
Nie chcę pozostać cieniem
własnego potencjału i znów być tłamszona, zalewać mój ogień wodą obojętności. Pewna piekielnia inteligentna osoba:) przypomniała mi wczoraj prostą prawdę: "Mam swoje pewne zasady, które nie każdemu odpowiadają, ale przecież nic na siłę". Oto cel: pozostac sobą z kimś.
Dziś muzycznie "Not about angels", because I'm not always an angel myself. But that's OKAY.
Proste? Oczywiste? A tak często
zapominane. Pamięć w związku to zabawna sprawa. Bo najczęściej idzie w zapomnienie.
W chwilach najważniejszych zapominamy o sprawach istotnych. Kłótnia zabija pamięć
o tym, co oczywiste. O tym za co kogoś pokochaliśmy, zdecydowaliśmy się z nim być,
co nas w kimś pociąga, co szanujemy, cenimy i co napawa nas dumą w partnerze.
Tak trudno przeskoczyć tamę obojętności, złości, żalu i pretensji. Czego dziś
sobie życzę? Chce skakać najwyżej jak się da.