Brunetki, blondynki, ja wszystkie
was dziewczynki całoooooowac chcę…chwila, kto to śpiewał? Na pewno nie ja! Bo
jak to tak, wszystkie? Gdzie tu wyjątkowość, zgranie, dzielona pasja, namiętność,
i umiejętności. Bad kissing, bad fucking – and it is fucking true. Pamiętacie,
który polityk rzucił słynne zdanie „na lesbijki to ja bym sobie popatrzył”?
Otóż czasami nie ma na co patrzeć, bo to, że dwie kobiety, to nie zawsze
oznacza, że całowanie będzie zapierać dech w piersiach. W całowaniu, jak w
życiu, gusta i stopień zaangażowania jest przeróżny.
Całowanie to kolejny język
komunikacji. Ze sposobu w jaki człowiek całuje można tak wiele wywnioskować i
cech odkryć. Wrażliwość, namiętność, dominację, uległość, egoizm, manipulacje, pewność
siebie, kompleksy, nieśmiałość. Pocałunki to
też sfera życia zaniedbywana i degradowana. Nie muszą być zakrapiane
alkoholem, wymuszane, rozproszone, przerywane, za krótkie, za długie, obojętne,
nie muszą być grą wstępną. Mogą być spontaniczne, czułe, namiętne, oddane,
skupione, urozmaicane, o różnym tempie, nasyceniu, długości, zaangażowaniu.
Zaniedbujemy całowanie. Osobiście uważam, że poziom agresji, chęci do kłótni, zawiści, zemsty, zmalałyby, gdyby ludzie częściej się do siebie nie tylko przytulali, ale siadali na przeciw siebie i przypominali sobie siebie, całowali się jakby to był ich pierwszy raz. Zapominamy jak to łączy, oddaje, daje, dzieli na dwoje, podnosi na duchu,
rozbawia, uspokaja, koi, otwiera, ufa, pobudza…
Siedziałyśmy w kinie. (Lubię mieć
Cię obok w kinie.). Szereg półgodzinnych reklam. Szereg chemii między nami. Szereg
odbijającego się światła od ekranu na nas. Obracam twarz w Twoją stronę, bo
chcę Ci coś powiedzieć, pewnie coś skomentować, i w tym akurat momencie
przygasa światło, więc nie widzę, że Ty w tym samym momencie zwracasz się ku
mnie by też coś powiedzieć. Rozbłyska reklama i okazuje się, że moje usta są
tuż przy Twoich. Nie pamiętam co chciałam powiedzieć, staje się to nieważne, po
prostu przywieram ustami do Twoich, delikatnie, jak znaczek przyklejany do
koperty pragnień, i powoli je oddalam. Wysłałam Ci siebie w załączniku. Nogi mi
miękną niemiłosiernie. Twoje usta nie mają dla mnie litości. Ale zaczyna się
film. A w moich ustach wojna myśli niespokojnych. Wołały Cię, ciekawe czy
słyszałaś?
Szukam tej kobiety ze zdjęcia z przenikliwym spojrzeniem. Gdzieś mi się zawieruszyła.
Jak opisać fenomen tego momentu
kiedy dociera do Ciebie, że pracuje z Tobą najlepszy przyjaciel? Nie taki,
którego „nabyłeś” po paru latach pracy w jednym miejscu, ale ktoś, kto zna Cię
jak ten łysy koń od 12 lat? Kochana K. , to już 12 lat?! Od miesiąca codziennie
wymijamy się na korytarzu i chyba nadal w to nie wierzymy i na nowo odkrywamy
swoją przyjaźń. Ten wykradziony ciepły uśmiech, który czeka na mnie gdzieś
pośród gromadki dzieci albo z końca korytarza, nawet jeśli któraś jest zajęta
przez kogoś innego. Ten sporadyczny całus w policzek, spontaniczny uścisk, ta pewność,
że mogę oprzeć głowę na Twoim ramieniu, gdy już nie dajemy obie rady. Ta świadomość,
że gdy mnie coś boli, ale nie umiem albo nie chcę tego wyrazić słowami, ale
wiem, że mogę zajrzeć do sali K. ona na mnie spojrzy i zapyta „skąd ten smutek?”.
Opowiadam „zmęczona jestem K., czasami myślę, że zwariuję” i wiem, że Ona wie
co mam na myśli. Dziś zobaczyłaś ten smutek w moich oczach zakrywany żartem, gdy znów padło pytanie "E.a Ty kiedy będziesz miała swoje dzieci?"
Już wie co to znaczy pracować w
moim środowisku, pośród tych zawistnych ludzi i rodziców. Przepełnia mnie od
paru tygodni ogromna wdzięczność za takie osoby
w życiu i większy spokój wewnętrzny. Dyrektorka śmieje się za każdym razem,
gdy nas widzi szepczące sobie na ucho, woła za nami: „psiapsiółki”. Dzieci
pytają czy jesteśmy siostrami, a my z dumą odpowiadamy „nie, najlepszymi
przyjaciółkami od lat i Wam też takiej przyjaźni życzymy”. Maluchy nadały nam
jeszcze lepszy przydomek: „chichciary”, bo się ciągle chichramyJ
Z psychologicznego punktu
widzenia przyjęło się, że przyjaźń która trwa dłużej niż 5-7 będzie trwać do końca naszego życia. Od
lat mam silny instynkt obrończy bliskich mi osób. Zauważam, że ten wobec K.
przetrwał do dziś nietknięty. Nie doprowadzam do sytuacji, by ktokolwiek mógł o
niej źle pomyśleć, od początku ją reklamowałam i przekonywałam dyrekcję, że
warto ją zatrudnić i tego nie pożałują. Dziś siedzimy niedaleko siebie w pokoju
nauczycielskim, a mnie przepełnia duma z mojej przyjaciółki i tego kim się
stałyśmy. Jest niesamowitym pedagogiem i nie daje sobie w kaszę dmuchać, a mimo
to ciągle uroczo podchodzi do mnie i pyta czy zrobiła dobre wrażenie, bo tak
się strasznie stresuje. K. nie ma w sobie ani krzty złośliwości. To taki
strasznie rzadki gatunek człowieka na wymarciu – człowieka wiecznie uprzejmego.
Z K. łączy mnie tyle wspomnień, że nie starczyłoby tygodnia by je Wam tu wszystkie spisac. K. to osoba, która przekonała mnie do wypicia
mojego pierwszego alkoholu. W czasach liceum poszłabym za nią w ogień. W nocy w
parku wypiłyśmy na pół wino, a K. pilnowała bym za mocno nie szalała i nie zrobiła
sobie krzywdy swoim pierwszym upojeniem alkoholowym. Gdy jakiś chłopak jej
dokuczał, to dostawał ode mnie w pysk, dosłownie;). Pisywałyśmy sobie liściki
na lekcjach, a gdy się kłóciłyśmy, pisywałyśmy do siebie listy, by wszystko
sobie wytłumaczyć. Nie raz przez siebie płakałyśmy.
Jednak co najważniejsze, K. była
pierwszym wnikliwym obserwatorem mojego życia i emocji, to ona jako pierwsza i
jedyna zdobyła się na odwagę, o którą nigdy bym jej nie podejrzewała i zapytała
mnie wprost „E. jesteś lesbijką, prawda?” Pamiętam ten dzień jak dziś, pamiętam
schody, na których przysiadłyśmy i zabrała mnie potem do parku na rozmowę.
Pokazała mi, że ludzie kochają mnie za to jaka jestem, a nie za to, kogo kocham
i że nie powinnam tego ukrywać przed resztą przyjaciół. K. mnie otworzyła, była
przy każdym moim coming-oucie. Jestem Jej za to ogromnie wdzięczna do dziś.
Potraficie odczuwać szczęście z
powodu sukcesów drugiego człowieka? Nie oszukujmy się, wielu z nas często
gdzieś coś kłuje, gdy komuś się powodzi, a nam nie. Wobec K. nigdy nie
doświadczyłam tego uczucia. Gdy poznałam Jej obecnego męża, wiedziałam, że to
ten i zasługuje na Nią. Płakałam jak dziecko w kościele podczas ich ślubu, a na
zabawie weselnej bawiłam się najlepiej i jak najbliższa rodzina. Rodzice K. to
moi drudzy rodzice, a moi Jej. Siedem miesięcy temu na świat dołączyła kolejna
nieskończenie dobra istota, w której widzę kopię dobroci poczciwej K – Jej synek
J Dziś widzę jak sobie
radzi jako pracująca matka i żona i odczuwam ogromne szczęście i dumę.
Ale co najważniejsze – gdy przychodzi
piątek i koniec tygodnia pracy – z pracy wychodzi ktoś, kto zanim wsiądzie do
auta krzyczy mi jeszcze, że mnie kocha J
I stąd zrodziła się ta notka – z tego
krótkiego „kocham Cię” rzuconego naturalnie do mnie przez K. po wyjściu z pracy
i w powiązaniu ze zdjęciem K. z czasów liceum, które do dziś noszę w portfelu,
a Wam prezentuje jego tył J
Mogłabym was ogrzać ciepłem słów
przeróżnych przemyśleń. Strzepać śnieg z samotnych dni i obudzić wiosnę w
sercach w te mokre dni, które tak szybko zalały termometr endorfin. Trudno było
nie rozpocząć weekendu uśmiechem, gdy ogrzał nas cudownymi 25 stopniami. Ludzie
wykluli się ze swoich skorup i wyszli z głową zwróconą do słońca.
Obniżyłam szyby auta, wystawiłam
rękę na zewnątrz, wybijając nią rytm na dachu. Obserwowałam namnażające się
delikatne piegi pozytywnych myśli na moich ramionach, czole czy nosie.
Zaparkowałam na starym osiedlu, przy rozpadających się kamienicach i usiadłam z
książką w uroczej kawiarni na przepysznej kawie, zagryzając ją smacznym
ciastem. Podzielność uwagi sprawiała, że jednocześnie napawałam się widokiem
dziecka biegającego po chodniku, ludziach prażących się na trawie,
wszechogarniającej przyjaznej atmosferze ludzi i ich uprzejmości. Następnie
ruszyłam na spotkanie z osobą, która wiedziałam, że doprowadzi mnie do
szczerego śmiechu. Jednocześnie mając okazję posiedzieć w spokoju i popatrzeć
na otaczającą nas rzeczywistość, ponapawać się zapachem i szumem drzew.
Zapowiadał się weekend spędzony z rodziną, dostałam więc zakaz czytania
książek. Udało mi się czasami uciec od gwaru rozmów o niczym, rodzinnej zawiści
wiszącej jak zawsze w powietrzu, w świat książki. Nazajutrz szwagier uratował
mnie od zgiełku i pojeździliśmy na rowerze, a on pokazywał mi miasto od strony,
której go w ogóle nie znałam. Widziałam niesamowite spowite drzewa, budzącą się
zieleń, niesamowite budowle, opuszczone domy, pola otwartych możliwości.
Komentowaliśmy i zachwycaliśmy się wspólnie wieloma rzeczami. Czas płynął
nieubłagalnie i żadne z nas nie chciało wracać do tego rodzinnego galimatiasu.
Przy rodzinie, siebie chowam w siebie, zatem gryzłam się w język, pomagałam
siostrze w przygotowaniach, słowem wzorowa siostra, córka, ciocia, kompanka.
Mimo niesprzyjającej już w niedzielę pogody, zabrałam rodzeństwo w przyjazne
miejsca by spróbowali i nowych smaków i
miejsc.
Bo wiosna sprzyja rozkwitowi
wszystkiego. Przyroda działa na nas inspirująco. Chcemy wszystkiego bardziej,
intensywniej, wyraźniej, głośniej, czulej, ciszej. Ludzie wydają nam się nagle
piękniejsi, gdy wyskakują z grubych ubrań. Kobiety są bardziej kobiece, sąsiad
bardziej uśmiechnięty, ludzie stojący w korkach mniej zdenerwowani. Wiosną
ludzie nie chcą tylko by otwierały się pąki drzew, ale ich serca również, a po delikatnym rozkwicie, ktoś zamieszkał na
tej użyźnionej glebie.
Jeździłam na tym rowerze, niby
przepełniona zachwytem i radością wiosny, ale coś się czaiło za każdym drzewem.
Czułam wiszący koniec czegoś, co się jeszcze porządnie nie zaczęło, coś, co
kazało radości kurczyć się do korzeni, bo to jeszcze nie jej czas. Mam
wrażenie, że koniec w moim życiu posiadł już swój własny zapach, jak perfum. Wiosna
tego roku pierwszy raz mi ciąży, podkreśla samotną egzystencję.
"Po raz pierwszy w życiu było mi wiosną tak
ciężko i samotnie. Już wolałbym trzy razy z rzędu przeżyć luty".
Mój węch nie pomylił znów
zapachów.
Byłam gotowa, nieśmiało i
niepewnie, ale powoli uchylałam serce, podlewałam drobnymi nadziejami. Chciałam
być, a nie bywać, gotowa wiele włożyć siebie i dać z siebie, chciałam ufać i być
osobą zaufaną, kochać i być kochaną, przytulać i być przytulaną. Znów źle się
ulokowałam, zamiast rozkwitać, znów więdnę. Oczy podlewają się wbrew mnie, bo
gdzieś w ich zakamarkach boleśnie im, że nie spojrzą prosto w Twoje, a to
lubiły, usta nie spotkają się z Twoimi, a ramiona nie zamkną na Tobie, a było
im tam dobrze, a nawet bezpiecznie.
"Wie pan, każdy człowiek ma jakąś potrzebę
kontaktu z ludźmi, ale kontaktu nie przypadkowego, tylko jakiejś bliskości
charakteru, myślenia, nastroju."
Tymczasem zostaje mi znów schować z powrotem do środka
te wszystkie słowa, których Tobie nie wypowiedziałam, gestów, których nie
wykonałam, uczuć, których nie okazałam, darów, którymi nie obdarowałam. Zabezpieczyć
je hasłem niedostępności.
Zostają mi piosenki, słowa
pobrzmiewające w uszach. Dlaczego chcemy kochać i byc kochanymi, a tak to sobie komplikujemy?
"Utknęliśmy w pokoleniu, w
którym lojalność to tylko tatuaż, miłość to tylko cytat, a kłamstwo to nowa
prawda".
Niedawno pisałam, że
najpiękniejsze co możemy dać drugiemu człowiekowi to swój czas.
Dziś w promieniach słońca, w
powiewie wiatru i tłumie dziecięcego śmiechu, ciepła i zwierzeń, przyszedł mi
kolejny cudowny prezent do głowy.
W czasach, w których priorytety
stanęły do góry dnem, wartości się poprzewracały potykając się w biegu o
posiadanie rzeczy materialnych, kiedy tak trudno rozstrzygnąć kto ci bratem, a
kto wilkiem, warto się zastanowić co i komu dajemy najważniejszego z siebie.
Czujecie? Zauważyliście za iloma
maskami się chowamy i w ile skorup się skrywamy? Przy kim mogę być sobą? Kto
zasługuje na prawdziwą mnie?
Zaufanie.
To w dzisiejszych czasach wartość
nad wartościami. To ten najpiękniejszy prezent. Ofiarować, darzyć, okazać komuś
zaufanie. Być tą jedną na milion osobą, przy której czujemy i chcemy być sobą.
Przy której tak naprawdę najbardziej chcemy milczeć. W kotle ciągłego hałasu i
rzucanych pustych słów, chcemy spotkać kogoś przy kim bez skrępowania zamilkniemy
i nie będziemy musieli ciągle błyszczeć i czegoś udowadniać. Móc spojrzeć komuś
w oczy i znaleźć tam odpoczynek. „Ty mnie znasz, bez słów wiesz, co czuję, co
myślę, gdzie boli, gdzie dotknąć, jak i kiedy przytulic”.
Znacie program telewizyjny dla
dzieci „Pan Robótka”? Ja tak, i gdy usłyszała o tym siedmioletnia Iza, pełna
entuzjazmu powiedziała, że za tydzień zrobi dla mnie coś, co Pan Robótka jej
pokazał. Uśmiechnęłam się i odparłam „dobrze kochanie, nie mogę się w takim
razie doczekać”. Nie spodziewałam się, że dotrzyma słowa, bo mój zawód mnie
nauczył, że dzieci miewają krótką pamięć J
Minął tydzień i widzę jak w moją stronę ceremonialnie kroczy mała Iza z rączkami
trzymanymi z tyłu. Udawałam, że nie widzę i usiadłam przy biurku. „Pani E.….zrobiłam
dla Pani mrówkę, tak jak obiecałam, cały weekend nad nią siedziałam”. Byłam
szczerze zachwycona, a Iza na moją reakcję chyba uleciała do samego sufitu.
Koleżanka z pracy uprzedziła mnie wcześniej, że Iza od rana chodzi przejęta czy
spodoba mi się jej praca dla mnie.
Dziś spacerowałam po boisku
podczas przerwy na dyżurze. Obserwowałam uważnie dzieci, bo słońce wywołuje w
nich nadmierną aktywność fizyczną, a wtedy łatwo o upadki i skaleczenia:). Emanowała
ze mnie czysta radość, nagle poczułam od tyłu małe ręce tulące mnie z całej
siły „Pani E.!” – krzyknęła mała Oliwka i rozpuściła mnie swoim, jak
zawsze, szczerym uśmiechem pełnym miłości i opowiadaniem o swoich planach na
weekend i co kupiła koleżance na urodziny. Znów dodała mi kopa energii. Dzieciaki
dokazywały, bawiły się w berka, nie mogłam się znów powstrzymać i przyłączyłam
się do nich. Nie obchodziła mnie opinia starszej koleżanki po fachu, która się
nam przyglądała. Biegałam jak szalona po boisku. I ten spontaniczny, niczym niewymuszony,
nieudawany śmiech dzieci do rozpuku to coś, co ładuje moje baterie, dodaje
otuchy, wypełnia mnie jak balon i rozpycha radością.
Iza i Oliwia po raz kolejny
okazały mi ZAUFANIE. To coś, co sądzę wyróżnia mnie od innych nauczycieli.
Łączę nauczanie z zaufaniem budującym fundamenty szacunku. Idę korytarzem i
czuję małe zaufane rączki, który chcą mnie chociaż musnąć, bądź przybić piątkę
i nie omijam nikogo, bo one pewnie nie wiedzą, ale one też są dla mnie całym
światem. Te małe istotki przypominają mi
co dzień, co w życiu ważne. Iza dając mi mrówkę i Oliwia opowiadając swoje
historie na pewno nie miały o tym pojęcia. Kończyłam pracę naładowana po brzegi
siebie wiarą, dobrą energią, nadzieją.
Wezwała mnie do siebie
dyrektorka. Rodzice przyszli na skargę. Zbyt swobodnie uczę.
Skończyłam pracę zawiedziona,
czerwona z nerwów i łzami tłumionymi w gardle. „oho, patrzcie E. jaka czerwona,
musiała być niezła rozmowa” – „tak była, wracam do domu, idę się odstresowac,
miłego weekendu koleżanki”. Dorośli mnie znów rozczarowali.
Trzymam się mrówki. Ona najlepiej
wie jak pracuje.
„Moje
myśli. Wyłaniają się z nieznanych mi ciemnych zakamarków mojego umysłu, mojego
ja, którego nadal nie mogę do końca poznać i okiełznać. Moje ja, z którym nie
potrafię się zaprzyjaźnić. Nie zawsze potrafię zaakceptować. Ja, które zradza
myśli dla innych czasem przesadne, bezcelowe. Dla mnie jednak są całym sensem
mojego istnienia. Bez moich myśli nie
czuję się sobą. Czuję, że zatracam siebie w oczekiwaniach innych. To czego
mi brakuję ostatnimi czasy to bycia sobą. Świat poza mną wydaję się być
przypadkiem, a ludzie w nim żyjący ciężarami, które nie chcą wyjść z mojej
głowy. Co się stało z ludźmi? Dlaczego wszędzie doszukujemy się noża, który w
każdej chwili ktoś nam może wbić w plecy? "Wsparcie" jest już tylko
pojęciem, słowem, które wyszło z użycia. Czemu pomoc przychodzi w postaci
złośliwej, wytykającej błędy, zamiast poparcia naszych myśli i zapewnienia, że
nie są one złe. Żyjemy w świecie ciągłego strachu i odliczania. Jedno goni
drugie. Moje życie składa się z odliczania. Przed snem odliczam czas, który
przeznaczę na sen. Czy to wystarczy by się wyspać? Gdy wstaję liczę minuty, by
nie spóźnić się do pracy. Gdy jestem w pracy odliczam czas do jej zakończenia.
Gdy wracam sprawdzam czy mam czas i prawo do chwili drzemki przed dalszą pracą.
Gdy przychodzi wieczór staram się wygospodarować czas dla siebie. Na siebie.
Bo, gdy brak nam siebie to przecież brak nam wszystkiego. Siebie odnajduję w
swoich zainteresowaniach i pasjach. Są nimi filmy, muzyka i pisanie.
O czym
myślę? O wszystkim i to „wszystko” będę tu spisywać. Kim jestem? To pytanie bez
odpowiedzi, nie znam nikogo, kto potrafił by na nie bez wahania odpowiedzieć.
Potraficie? Ja nie. Mogę zacząć od powiedzenia, jestem nauczycielką, jestem
lesbijką, co za tym idzie mistrzynią kamuflażu, pasjonatką i więźniem własnych
myśli, wad i obaw. Ale walczę z tym. Walczę ze sobą, by nie obudzić się pewnego
dnia i nie mieć na kogo spojrzeć, o kim pomyśleć i nie znajdywać w niczym
sensu, bo przez moje użalanie się nad sobą i światem odepchnę wszystkich,
których kocham. Bo tak, bywam męcząca. Prawdziwym wyzwaniem i wyczerpaniem jest
kochanie mnie. Dlatego ja czasem nie kocham siebie. Więc tak, będą to myśli
kolejnej zakompleksionej kobiety, realistki z przebłyskami optymizmu i
skrajnymi atakami pesymizmu. Witajcie.„
Tak mniej więcej przywitałam Was dokładnie 4 lata temu. Z
powyższego postu wynika, że nie zaczęłam pisania w dobrym nastroju, pełna wiary
w powodzenie i przetrwanie pisania. Pierwszy post był sumą frustracji
wywołanych przytłaczającym mnie otoczeniem i osobą, która tłumiła cechy, które
w sobie lubiłam, a przy niej czułam, że nie są pożądane, a raczej postrzegane
jako nienormalne. Powyższy post pisała kobieta, która czuła się ciągle
niewidzialną dziewczynką zamkniętą w klatce.
Kim jestem dziś? Chyba potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie
całkiem obszerne. Dziś jestem kobietą świadomą w pełni swoich atutów,
potrafiącą je wykorzystać i czynić z nich dobro. Ciągła autoanaliza
towarzysząca mi tutaj, doprowadziła mnie do wielu budujących wniosków, dzięki
którym dalej poddaje rzeczywistość w ciągłą wątpliwość, ale nie pozwalam już
jej sobą zawładnąć. Nauczyłam się cieszyc, a nie ciągle marudzić. Odgrodziłam
marudzenie od zwyczajnych spostrzeżeń. Zwalczyłam większość kompleksów, nabyłam
pewności siebie, pozbyłam się destrukcyjnych zachowań. Czasami jeszcze toczę
walki sama ze sobą, ale tylko w celu bycia lepszą wersją siebie. Nic co robię
nie ma prowadzić do negatywnych zachowań ani zranienia kogokolwiek. Staram się być dobrym człowiekiem.
Dziś jestem nauczycielem pewnym swoich mocnych stron, który wie,
że obrał dobrą drogę zawodową i odnajduje się na tej drodze i nie wchodzi w złe
zakręty w kolejnym roku swojej pracy. Jestem dumna ze swoich zawodowych
poczynań i chętnie się z Wami często nimi dzielę.
Przestałam odliczać, oglądać się z wyrzutem za siebie, stałam
się panią własnego czasu i rzędu innych cyfr życia. Wyrobiłam sobie warsztat przemyśleń,
stałam się jeszcze bardziej wnikliwym obserwatorem. Zmienił się mój wygląd zewnętrzny
i wewnętrzny, ale to ciągle ja. Ciągle ta kobieta, która nie chce doprowadzić
do braku siebie, a co za tym idzie, braku wszystkiego. W świecie podszytym
ludźmi niestałymi, w dalszym ciągu szukam tych, na których będę mogła się obrócić
i spojrzeć prosto w oczy, dalej walczę o bycie w życiu dłużej niż „dwie sekundy”.
Dziś destrukcyjnym emocjom dawno wystawiłam nagrobek, zaprzyjaźniłam się ze
sobą, zaakceptowałam. Piszę dziś tę notkę w dobrym nastroju, pełna nadziei w
moc sprawczą zdarzeń i mojego życia, które pokochałam.
Dowód? Macie go tu biało na brązieJ Sądzę, że te cztery lata pisania idealnie oddają podróż mojego własnego
ja, stopniowych zmian, i w życiu i stylu pisania. Ten blog to mój najlepszy
powiernik, przyjaciel, kosz na śmieci myśli, wazon na bukiety pozytywnych
myśli, grób w którym chowam żale i frustracje, pole, na którym zasiewam świeże
plony nadziei na przyszłość. Jest wszystkim. Jest miejscem, dzięki któremu
poznałam mnóstwo osób, które zostały na wieczne godziny, a nie dwie sekundy. Kocham
WasJ
A co ważniejsze, kocham siebie. Dzięki Wam, dzięki temu miejscu,
i, kurczę chyba mogę to powiedzieć, dzięki sobie trochę też.
Wita Was dziś inna Junkie niż ta sfrustrowana dziewczyna cztery
lata temu. Witam tych, którzy dopiero zaczęli ze mną podróż i ściskam tych,
którzy prześledzili ją od początku i ciągle tu sąJ
Jestem smakoszem. Tak, chyba tak
mogę siebie określić.
Lubię „smaczne” życie, osoby, intensywność,
coś co wyostrza zmysły, przeszywa na wskroś. Lubię dbać o wrażenia, silne,
wyraziste, warte zapamiętania i utrwalenia. Przeplatać codzienność zdarzeń z
wyjątkowością by czerpać przyjemność z jednego i drugiego i doceniać obie wartości.
Chyba nie mam cierpliwości do „pieprzenia
trzy po trzy”, do „walenia kotka za pomocą młotka”. Jeśli rozmowa to taka, w
którą inwestuję swoją „własność intelektualną” i wkładam SIEBIE, a nie tylko listę
rzeczy wykonanych w minionym tygodniu. Jeśli osoby w moim życiu to te na
zawsze, a nie na dwie sekundy. Jeśli dotyk, to przeszywający na wskroś, jeśli pocałunek to namiętnie odciskający się w pamięci, jeśli przytulenie do będące przewodnikiem ciepła po całym ciele i duszy.
Lubię też zatem „treściwie” i „smacznie”
zjeść. Dlatego niekiedy zabieram się na randkę zmysłów z nowym smakiem
kulinarnym. Nigdy się wtedy nie spieszę. Próbuję na początku wszystkiego
osobno, witam się z każdą potrawą osobno, przeżuwam dokładnie, przełykam
powoli, pozwalam smakom rozpłynąć się w całym przewodzie pokarmowym. Z nowym jedzeniem
witam się skrupulatnie, z należytym szacunkiem, tak jak z nowo poznaną osobą.
Jeśli muzyka to zdecydowanie
różnorodna, ale zawsze idealnie dopasowana do nastroju czy wymogów sytuacji czy
towarzystwa. Muzyka to pokarm dla duszy, nastrojów, ciała i umysłu. To niewidzialna
ręka przyjaciela podnoszącego nas z chodnika, albo ręka spychająca nas z
ostrego klifu niepowodzeń tygodnia. W każdym bądź razie, oczyszcza. Karmi moje
zmysły i przemyślenia jak wyszukana kolacja w wykwintnym towarzystwie. Nie ma
dnia bym nie znalazła kolejnej pozycji na moim muzycznym „menu” i nie dodała
jej do listy „potraw”.
Jeśli filmy to oczywiście również
wszelkiej maści, bo w końcu by docenić kino dobre, trzeba też czasami sięgnąć
do tego gorszego. Jednak przede wszystkim takie, które przenosi mnie od razu w
zawiłości własnego umysłu, tworzy natychmiastowy dialog w mojej głowie. Kino
takie, które mnie pochłania, które sprawia, że w pewnym momencie oglądania
uderza mnie moja własna mina odbita w ekranie monitora, oznaczająca, że film
mnie „wchłonął”. Kino prowokujące do przemyśleń i budzące gamę skojarzeń i
odnoszące się do kubków smakowych umysłu i serca. Takie, które zaraz po seansie
wylewa ze mnie monolog mnie samej.
Jeśli książka to serwująca słowa
skomponowane we wciągające językowe przystawki, dania główne i desery. Książka,
w której odciska się osobiste pióro autora. Książka wciągająca nie tylko
fabułą, ale oryginalnym językiem, znakiem rozpoznawczym autora. Jednego dnia
mogę przeczytać fantastykę przeznaczoną dla młodego czytelnika, by na drugi
dzień przenieść się w ciężkostrawne meandry czyjejś podświadomości rozbierające
nas ze wstydu, ciasnych ram i szuflad, w które wciska nas społeczeństwo. Z
książką witam się równie dystyngowanie jak z jedzeniem. Dotykam, wącham,
pieszczę, przytulam, rozkładam na kolanach, pochłaniam. Nie bywam tak cierpliwa
jak z jedzeniem, bo często pożeram je po pierwszych kęsach.
Jestem wybredna? Wymagająca?
Przesadna? Jestem swoim własnym szefem kuchni doznań i przeżyć? Czy po prostu
wiem, co lubię, czego chcę, w czym gustuję? Nie jestem łatwym człowiekiem,
podobno ciężkim.
Ale też podobno: „Jeśli jest wspaniała, nie będzie łatwa,
jeśli jest łatwa, nie będzie wspaniała. Jeśli jest tego warta, nie poddasz się,
jeśli się poddasz, nie jesteś jej wart. Prawda jest taka, że każda osoba Cię
skrzywdzi, dlatego musisz znaleźć taką, która jest warta cierpienia”.
Jakakolwiek odpowiedź, wsiadając
w auto i po raz kolejny wyruszając w poszukiwaniu kolejnych smaków dla swoich
zmysłów smakosza, uśmiechałam się do siebie jak zawsze mijając szereg
wiatraków, gdy nagle zza chmur wyjrzało słońce. Dawało mi znów zielone światło,
że mam spędzić miło dzień. Szwendałam się po sklepach bez konkretnego celu.
Celem było zadbanie o siebie. Miałam nieokreśloną ochotę na garderobą, snułam
się zatem szukając inspiracji dla odświeżenia wieszaka. Chciałam sukienkę,
chciałam kurtkę, może płaszcz, długi, krótki, botki, szpilki, trampki, torebkę,
torbę, sweterek, bluzkę opinającą ciało, bluzkę luźną. Chodziłam pytając siebie
w czym będę dobrze wyglądać. Odpowiedź była prosta, bo wyglądać można dobrze we
wszystkim, zależy jak się ktoś w czymś czuje. Skończyłam „obchód” pytając
siebie na co ja mam dziś ochotę, nikt inny, w czym ja się poczuję sobą. Odłożyłam
sukienkę, sięgnęłam zatem po obcisłe czarne spodnie, do tego biała koszulka z
krwisto-czerwonymi przygryzanymi kobiecymi ustami i tak poczułam się piekielnie
smakowicie. Znów uśmiechnęłam się sama do siebie.
Uprzednio siedziałam w
restauracji serwującą wyrazistą i wyśmienitą kuchnię. Romansowałam z daniem
uśmiechając się znów sama do siebie pod nosem. Uśmiechając się do obsługi
lokalu, jak zawsze wyraźnie komplementując ich dobrą kuchnię i dziękując za
nowe doznania kulinarne. Siedziałam i uśmiechałam się do siebie, co obyczajowo
uznaje się przecież za domenę człowieka z lekka niezrównoważonego psychicznie.
Czasami żałuję, że nie jestem pełnoprawnym wariatem, mogłabym śmiać się
publicznie sama kiedy bym chciała, miałabym prawo do nagłej depresji kiedy mi
się żywnie podoba, do zerwania się do biegu i obracania w kółko i śpiewania na
głos chodząc po sklepach samotnie. Dużo się w ten weekend uśmiechałam do
siebie. I uderzyło mnie znów. Niestrawne uczucie, że moje codzienne „dania” są
bezustannie doprawianie przyprawą samotności, która zmusza uśmiechać się tylko
do siebie, bo obok na siedzeniu nie siedzi nikt. Dosłownie i w przenośni.
Przytulam się zatem muzyką. Ta
piosenka mnie zawsze dosłownie obejmuje.
Od czego zacząć bujanie po obłokach geniuszu tej
delikatnej, urokliwej książki? Może zacznę od tego, czego nigdy nie poruszam.
Od wyglądu zewnętrznego. „Obłokobujanie” to kruche 88 stron w postaci
niewielkiej książeczki, która w momencie wylądowania w dłoni sprawia, że wiesz,
że gdzieś na pewno odlecisz. Faktura książki i szorstkość okładki sprawia, że
chcesz ją muskać dłońmi jak najlepszego przyjaciela. I ten zapach! Książka
pachnie jak ołówek. Nie ten komercyjny, zapaćkany emaliowaną chemią w dzikim
kolorze, ale najprostszym, najczystszym ołówkiem bez zbędnych dodatków. Kartki
papieru wciągają jak narkotyk, pachną one świeżym drzewem i człowiek nie obraża
się na osobę, która to drzewo ścięła, ponieważ kontynuuje ono swój żywot na
kartkach tej pięknej książki i w jej naturalności.
Patti Smith jest ikoną rocka, kiedyś chciała
zostać malarką. Nie szkodzi, że nią nie została, ponieważ nauczyła się malować
słowami niesamowite pejzaże. Tą książką nie chciała napisać bajki, wszystko w
niej jest prawdą, sumą jej refleksyjnej duszy czerpiącą radości z rzeczy
małych. Życzyła sobie stworzyć książkę, która wyciągnie człowieka z dolin złego
samopoczucia i wyniesie na wzgórza radości. Smith zabiera nas w liryczną podróż
po swoim dzieciństwie i tęsknocie za spojrzeniem na świat pełnym zachwycających
zjawisk. Tutaj chmury przypominają „embrion, zmarłego przyjaciela leżącego na
wznak. Albo wielkie ramię, pełne współczucia jak wiosna”, a źdźbła trawy to
ludzie snujący się po nocy.
Poniosło mnie? Was też poniesie, gdy poddacie
się tej drobnej, a tak wielkiej lekturze. Unosi na duchu i skłania do
obłokobujania. Do każdej strony wracałam dwa razy i uśmiechałam się do każdej
strony i zapachu prawdziwości tych rozważań o życiu. Wiem, że będę do tej
pozycji wracać za każdym razem, gdy poczuję się, że na chwilę zapomniałam co to
znaczy "mieć głowę w chmurach" i uśmiechnę się do myśli autorki i
własnych:)
„Umysł dziecka przypomina pocałunek w czoło -
jest szczery i bezinteresowny. Wykonuje piruety niczym baletnica na lukrowym,
piętrowym torcie, słodkim i trującym.”
Dlaczego książkę zestawiam z dłonią dziecka? Bo ta książka otworzyła w mojej głowie burzę
asocjacji. Zamknąć uścisk na zestawieniu obrazów z dzieciństwa w formie papieru
przypomina to obezwładniające i rozbrajające z trosk uczucie, gdy niemowlę
ściska Twój palec. Może moje porównania mogą wydawac się przesadzone, ale myślę zrozumie ten, kto odbiera rzeczywistośc wszystkimi zmysłami, słuchem, węchem, oczami i uszami, i co się dzieję z człowiekiem, gdy ożywi się i przemówi do wszystkich tych zmysłów.
„Czas mija razem z niektórymi
naszymi wrażeniami. A jednak od czasu do czasu czar łąki i tego wszystkiego, co
się na niej działo, powraca. Niekoniecznie w przyrodzie, lecz między liśćmi
książki, obrazie Milleta albo w odcieniach malarstwa Corota. Powraca do mnie,
kiedy idę długim korytarzem galerii w zdecydowanie holenderskim świetle. Widzę
się wtedy rozświetlona na łące i czuję się tak, jak dawniej - odczuwam czystą,
niewymowną radość.”
A
my dorośli zapominamy jak to jest patrzeć dzieckiem w nas. Gonimy za
zwiększoną liczbą w dowodzie, zerami na kontach bankowych, rzeczami
materialnymi, pędzimy za nakładanymi na siebie obowiązkami i zapominamy, że
oprócz osuwającego się czasami gruntu pod nogami, mamy jeszcze nad sobą niebo,
chmury, obłoki, nad którymi sami możemy panować i nadawać im żądane kształty.
„Czego człowiek pragnie. Partnera. Swobodnego,
beztroskiego księżyca. Albo może słyszeć, tak jak kiedyś w dzieciństwie. Muzykę
- ciekawą, optymistyczną, zwyczajną i nieuchwytną niby krzyk przeszywający
letnią noc, wydany w skocznym tańcu. Rozrastające się czworoboki śmiechu i
radości. Wszyscy tańczą, po prostu tańczą.”
„Jak
nieruchome wydawało się wszystko
jak bardzo
nieruchome
a mnie
leżącej i skaczącej w myślach
ze wzgórza na wzgórze
przychodziło do głowy tylko jedno
"W ruchu jest szczęście”
Ta drobna lektura przypomniała mi
ważne prawdy. Przypomniała o usypianym przez nas dziecku w nas. Przypomniała
gdzie w zakamarkach mnie chowa się szczęście. Bo nigdzie indziej go nie
znajdziemy, jak nie w sobie samych. W naszych „ruchach”, muzyce naszych dusz, zapisanych księgach naszych
egzystencji, łąkach możliwości i obłokach optymistycznych spojrzeń we własne
jutro i lustro.
Bezimienna znów ląduje w kosmosie własnych niedokończonych
myśli. Lądowanie jak zawsze twarde, nieco bolesne na podłodze sypialni
samotności. Coś wbija jej się w plecy. To kaloryfer niespełnionych obietnic,
słów rzucanych na wiatr i naiwnie przez nią łapanych jak bańki mydlane
dziecięcych wyobrażeń o ludziach, kaloryfer przesadnej wrażliwości, często
niemieszczącej się na barkach jej kruchych pleców.
Kiedy Bezimienna pojęła, że jest inna niż wszyscy? W
momencie, gdy nauczyła się wymawiać swoje imię i zauważyła jaką trudność
sprawia to rówieśnikom? W chwili, gdy zobaczyła, że za głowę łapie się częściej
niż inni i razem z włosami próbuje wyrwać nurtujące ją pytania? W sekundzie,
gdy spostrzegła, że najczęściej to ona musi tłumic łzy, gdy jej oczy spotykają
się z jakimś wzruszającym widokiem, muskającym drażliwie ściany jej serca i
jeszcze niespełnionych marzeń?
Bezimienna bardzo wcześnie pojęła, że uczucia to coś
wstydliwego. To towar, na który nie ma popytu. Nie w takiej ilości, jaką
posiadała jako dziecko, a potem jako dorosła. Sprzedaje się obojętność, pewność
siebie, unikanie trudnych tematów. Z tego względu Bezimienna bardzo szybko
nauczyła się być swoim najlepszym powiernikiem. Brała muzykę za towarzyszkę i
wyprowadzała swoje myśli na spacer spuszczając je ze smyczy ludzkiego
wyśmiania. Gdyby odkurzyła półki pamięci wiedziałaby, że życie, rodzice,
rodzeństwo dawno temu nauczyli ją ukrywać siebie. Pamięta tyle dziwnych
spojrzeń, wybuchów śmiechu, unikania tematów. Bezimienna zrozumiała, że wielu
ludzi boi się zostać ze swoimi myślami twarzą w twarz i chyba wielu obawia się
ludzi, którzy by ich do tego nakłonili. Tyle pogawędek, tak mało rozmów.
Z wiekiem uczyła się rozróżniać wyśmianie świadczące o
słabości „przeciwnika”, od obiektywnej prawdy. Łzy to nie słabość, ale oznaka
tego jak długo byliśmy silni. Inteligencja emocjonalna rozumiana jako zdolności
rozpoznawania stanów emocjonalnych własnych i innych osób, którym przodują
empatia, samoświadomość, samoregulacja, motywacja, zdolności adaptacyjne oraz sumienność.
Strzał w dziesiątkę! Cała Bezimienna. Ciągle jednak spychana w szpony
inteligencji racjonalnej.
Jednak dorosła Bezimienna dawno rozgryzła ludzkie gierki,
maski, wymijające odpowiedzi i okłamywanie samego siebie. Mimo to nadal nie
czuje się pewnie i chowa się pod swoim kaloryferem. Zwija się w rulon skrywanej
gamy, burzy, wodospadu emocji i wrażeń jakie ma do zaoferowania. Wysiaduje na
ziarnku grochu tykającego zegara by się w końcu przed kimś obnażyć do naga, do
szpiku kości jej prawdziwej.
Wraz z rozwojem technologii Bezimienna sądziła, że za
monitorem w końcu odszuka ludzi, którzy mają swoje własne zdjęcia rentgenowskie
dusz czekające by ktoś je prześwietlił wnikliwym spojrzeniem. Tymczasem siec
okazała się inną formą zamknięcia. Był moment kiedy ludzie mieli szans
bezpiecznie się otworzyć za ekranem monitora, a potem przenieść rozmowę z
okienka czatu do okna kawiarni przy kuszącym aromacie prawdziwości. Zamiast
tego utknęliśmy w sieci, a tam zaszyfrowaliśmy wszystkie swoje cechy. Gust
muzyczny utrwalamy w aplikacjach typu Deezer, Spotify czy last.fm. Chwile warte
zapamiętania zastygają na Instagramie. Nasze hobby zamykamy w kliknięciach „lubię
to”. Książki układamy na wirtualnych półkach lubimyczytac.pl Filmy oglądamy i
publicznie oceniamy na filmwebie. Nasze emocje i charaktery skracamy w
emotikonach, trzykropkach, cytatach czy memach polubionych na Facebooku.
Bezimienna wpadła sama w tą pułapkę jako jedna z pierwszych.
Można to łatwo pomylić z postępem dostępności informacji i form ekspresji. Ale
zanim się obejrzymy łapiemy się na tym, że liczymy lajki i komentarze, a
telefon milczy, a czas na spotkanie w realnym świecie graniczy z cudem, a wraz
z tym łatwym dostępem do informacji zanika potrzeba częstszego realnego
kontaktu.
A to wszystko przecież tylko skrawek nas, by nie powiedzieć
ochłapy. Każdy jest o wiele ciekawszy
niż to, w czym się zamykamy w sieci. Bezimienna przecież wie, a tak często
zapomina, że oprócz szerokiego gustu filmowego, muzycznego, książkowego i
garści myśli do podzielenia się, jest osobą daleką od przeciętności. Wie, że ma
w sobie pokłady dobroci, niebanalnej refleksji, motywacji, optymizmu i chęci do
działania. Pielęgnuje w sobie bezpieczeństwo dające stabilizację i wierność,
jednocześnie będąc impulsywną, dzięki czemu zapewnia też spontaniczność i radość
z rzeczy wielkich i małych. Idealnie wyważa w sobie nostalgiczny romantyzm z
postępowością i oryginalnością. Gdy Bezimiennej zależy, to przygotowuje armie
starań, wsparcia i wiary w siebie samego by sięgnąć wysoko nad poprzeczkę
siebie. Bezimiennej nie brakuje urody i poczucia humoru rozbawiającego do
rozpuku. Jest pełna pasji i wie, że jest warta starań i uwagi. Ona to więcej
niż burza włosów, kupa śmiechu i godzin rozmów.
Który cytat, „polubiona” strona, udostępniona piosenka,
obejrzany film, przeczytana książka to w pełni pokażą?
A gdyby tak zabić wirtualną Bezimienną?
Nakreślić ją piórem i podnieść z kartki?
Może ożyje i zostanie zauważona prawdziwa Bezimienna, ciałem
i duszą?
Do prawdziwej Bezimiennej, muzyka z prawdziwymi instrumentami, prawdziwym przesłaniem, prawdziwym głosem, prawdziwą duszą.
"I powstaniemy,
ponad miłośc,
ponad nienawiśc,
ponad to żelazne niebo, które nieuchybnie staje się naszym umysłem
To był tydzień wyczerpującej i dobrej pracy. Mogłabym Wam
tutaj opisać lekcję rodzącą się w mojej głowie od pierwszej do ostatniej myśli,
byście zrozumieli, że nauczanie to czasami równie wciągająca i trudna sztuka
jak malowanie czy gra na pianinie. Jednak nie będę Was zanudzać, ciągły uśmiech
na twarzach dzieciaków i dyrektora siedzącego z tyłu były wystarczającą
nagrodą, a ja cicho z siebie jestem dumna. Uczę się czuć dumę dla siebie samej,
a nie tłumu. Dziś więc nie świętuję, dzień jak co dzień. Bez rozmów, smsów do
kogokolwiek, przesadnej egzaltacji.
Dopieszczam jedynie swoje zmysły kolejną dawką kultury. Mówi
się, że oczy są zwierciadłem duszy. Ale w dzisiejszych czasach bombardujących
nas masowo różnymi środkami przekazu, zajrzeć można w wiele miejsc i odnaleźć czyjąś
„duszę”. Pokaż mi filmy jakie oglądasz, muzyki jakiej słuchasz i książki jakie
czytasz, a powiem Ci kim jesteś. Nie da się zaprzeczyć, że jest w tym
powiedzeniu wiele prawdy.
Wiecie co by o Was powiedziały Wasze odtwarzacze muzyczne,
półki z filmami DVD i książkami? Ja wiem doskonale.
Na zdjęciu książki, które obecnie czytam i te za które
zamierzam za chwilę chwycić. Genialna literatura non-fiction o najcięższym
temacie świata (Cesarz wszech chorób: Biografia raka). Francuski kryminał napisany
niebanalnym językiem, od którego nie można się oderwać (Samolot bez niej).
Debiut polskiej autorki o budzącej się do życia Śpiącej Królewnie (Ulica
Pogodna). Prowokacyjna powieść o
zakazanej miłości w powojennych czasach, gdy już nikt nie był bohaterem (W domu
innego). Bujanie w obłokach słynnej piosenkarki będącej jednocześnie pisarką
(Obłokobujanie). Zbiór opowiadań Noblistki, z której twórczością zawsze
chciałam się zapoznać (Widok z Castle Rock). Dwie pierwsze kończę czytać i z ręką na sercu
mogę polecić.
Muzycznie? W tym tygodniu króluje kilka dźwięków.
Rozpocznę i zakończę pozytywną nutą bez względu na
niepowodzenie niektórych planów. Trzeba sobie jakoś radzic! Co innego jak nie
radosna gitara, która podrywa mnie momentalnie do tańca.
Skutecznie w klimat lat 80-tych przeniosły mnie HAIM swoim
nowym teledyskiem i zmysłowością. Przy takim basie dziękuję mojemu HTC za
system Beats Audio, dzięki którym słuchawki rozsadzają mi uszy i umysł
eksplozją uszorgazmicznych dźwięków.
W gradzie propozycji Oscarowych, ja polecę Wam coś innego,
dziś ściągnęłam, więc nie wiem co mnie czeka, ale jak widzę te dwa nazwiska,
Jena Malone i Chloe Sevigny, to się jeszcze nigdy nie rozczarowałam. Wizualna
uczta dla oka będzie to na pewno, ale też coś ciężkiego dla duszy. A co innego
Junkie lubi, jak nie film gwałcący emocjonalnie:
„Lylie nadal szła alejką biegnącą wzdłuż jeziora. To ciekawe,
pomyślała, jak miejsca mogą się przeobrażać w zależności od twojego nastroju.
Jak gdyby instynktownie stawały się tym, co masz w głowie, i towarzyszyły ci.
Jak gdyby drzewa rozumiały, że jest jej źle, i zachowywały się dyskretnie,
kuliły się, solidarnie gubiąc liście, przez wzgląd na nią. Jak gdyby i słońce
schowało się przez skromność, zawstydzone, że miałoby oświecać park, po którym
snuła się płacząca dziewczyna. (Michel Bussi, „Samolot bez niej”)
Ludzie człowieku, ludzie. Nie
wiem jak inaczej ich podsumować. To gatunek tak odrębny, tak nieludzki czasami,
że niekiedy przywala z pół obrotu prosto w bebechy serca. Ostatnie tygodnie dosyć
boleśnie, dość wyraźnie, bardzo celnie. Ostatni tydzień chodziłam bardzo
nabuzowana. Wypełniona czymś po brzegi. Czym? Jak to streścic? Wszystkim. Nie, to nie PMS, to już było. To
ludzie człowieku, ludzie.
Ich konformizm, ich niesłowność,
łamane obietnice, zdrady, oddalenia, brak obiektywizmu, nietrafne wybory,
pasywno-agresywne traktowanie. Powrót po feriach do pracy przeplatał się
śmiechem i łzami, sporadycznymi, bo silnie zwalczanymi, a jednak. Zamiast prostej radości, gdzieś
czaił się on. Wyciskacz łez. Czaił się w ciemności za drzewem
niepowodzeń i spraw nie idących po mojej myśli. Ta ciągła ludzka gra, w której
człowiek jest popychany jak pionek i jest zdany na samego siebie. Wlokła się za
mną nieustanna potrzeba poprawiania sobie sama nastroju i rozmawiania sama ze
sobą i wyjaśniania spraw do lustra myśli kłębiących się tłumnie w
podświadomości, człowieka zmuszonego nieustannie dbać o siebie samego.
Na myśl znów przyszedł film,
jedna z ulubionych scen w historii kina, która najlepiej podsumowuje po raz
kolejny mój pogląd na świat ostatnimi czasy. „Poradnik pozytywnego myślenia”.
"The
world will break your heart ten ways to Sunday - that's guaranteed. And I
cannot begin to explain that or the craziness inside myself and everybody else,
but guess what? Sundays are my favourite day again. I think of everything that
everybody did for me and I feel like a very lucky guy"
“Świat złamie ci serce na dziesięć sposobów do
niedzieli. Bankowo.
Trudno to wyjaśnić, tak samo jak
obłęd, który jest we mnie i w innych.
A jednak, niedziela jest znowu moim
ulubionym dniem.
Myślę o tym, co inni dla mnie
zrobili i czuję się szczęściarzem.”
“You
are afraid to be alive, you are afraid to live. You’re a hypocrite, you’re a
conformist, you’re a liar. I opened up to you and you judged me.”
“Boisz się żyć. Jesteś hipokrytą,
jesteś konformistą, jesteś kłamcą . Otworzyłam się, a ty mnie osądziłeś.”
Świat może łamać nam serce na
milion sposobów na dzień. Ludzie i ich konformizm i obłuda mogą przechylać
czarę rozczarowań dodatkowo. A człowiek dalej prze do przodu. Wynajduje sposoby
by nie zwariować przez najbardziej szalony twór jaki matka natura nam zgotowała
– człowieka.
Co u mnie? – dzięki, że pytasz –
radzę sobie całkiem dobrze.
Tylko zabieram książkę, nalewam
kawę w kubek, chwytam książkę i wyjeżdżam na wieś. Z dala od ludzi człowieku,
od ludzi.