środa, 29 stycznia 2014

Urodzinowy bełkot.

Pozwolicie, że ją ściągnę? Przy Was mogę, prawda? Nie obrazicie się, nie skarcicie, nie skrytykujecie?
Mogę już zdjąć tę maskę? Tego wieczoru, tego dnia? Mogę dziś być zgorzkniała troszkę, prawda? Dziś moje święto, więc pozwolicie mi? Choć na chwilę. Bo chyba zaraz eksploduje, bo tego wodospadu łez już nie mam gdzie pomieścić. Co się stało? Skąd to przylazło, przywlekło się jak grypa ze szkoły. Patrzę na notkę urodzinową zeszłego roku i w sumie przecież nic się nie zmieniło. Powinnam patrzeć równie barwnie na świat, a dziś coś się stało z moim dniem. Może, gdy pozwolę słowom płynąc, a palcom być przekaźnikiem splotu spontanicznych myśli to dojdę do tego. Albo utknę. Jakakolwiek droga i jej koniec, potrzebuję porozmawiać z kimś albo chociaż ze sobą.

Nie wiem czy kojarzycie, ale obecnie na ekranach kin wyświetlany jest film „Sekretne życie Waltera Mitty”. Walter to mężczyzna żyjący w swojej głowie. O większości spraw jedynie marzy, ale nigdy nie wciela ich w życie. Do każdej sytuacji dopowiada kolejną historię, upiększa ją, przekształca, ulepsza. To chyba mój odwieczny problem. Ciągle chce wierzyc, że ludzie potrafią więcej, lepiej, pełniej, głębiej i mocniej. I co? Ciągle, to się tylko rozczarowuję.

Po północy nie mogłam jeszcze zasnąć. Chyba nie lubię jednak dnia swoich urodzin. To dzień-wyliczanka. Ile w życiu przeżyłam, ile straciłam, ile zraniłam i zostałam zraniona. Ile razy mi serce pękło i czy właściwie się kiedykolwiek zabliźnia. To mimo wszystko, żałosne liczenie tego kto i w jaki sposób złożył Ci życzenia. Czy Facebook czy telefon. Bo nie szalejmy, nikt nie przyjedzie. Więc niczym Walter Mitty, zaczęłam uciekać w wyobraźnię. Po północy uderzyła mnie myśl, że nie mam w życiu nikogo, kto by nie mógł wytrzymać do rana i chciał mi złożyć życzenia tuż po północy. I wtedy zabrzęczał telefon. Jak żyletka rozciął świeżą ranę. I jak się kran odkręcił, to łzy nie przestały lecieć przez jakieś dwie godziny. Nie ma co, cudowna maseczka upiększająca na cały urodzinowy dzień w pracy.

Nie mogę narzekać. Nie powinnam. Dostałam masę naprawdę szczerych, napisanych od serca życzeń, którymi wielu ludzi udowodniło, że zna mój gust, a czasami nawet duszę. Zapomniało parę ważnych dla mnie osób. W pracy siedziałam od 8 do 20, więc kto miał mnie niby odwiedzić, nie powinnam mieć pretensji. Siedząc już ostatkami sił po 19tej czekając na rodziców podczas wywiadówki, usłyszeliśmy pukanie do drzwi. „Pani E. jest proszona”, oczy podkrążone, makijaż zostawiłam na którymś biurku, o które się opierałam ze zmęczenia. Myślę sobie „o nie, mój mózg już nie pracuje i nie obroni się sensownie przed żadną pretensją o ocenę”. Ale to stała moja ukochana uczennica. M. wyszła już ze szkoły, w której pracuję i jest w liceum, a pamiętała przyjść do mnie z życzeniami i czekoladą. Była najmilszą niespodzianką tego dnia oprócz 20stki śpiewających do granic pojemności płuc i chowających się z prezentem moich wychowanków.

Ale chciałam chociaż zjeść ciepły posiłek po powrocie i wypić swoje zdrowie. A siedzę z Wami, ze sobą tutaj i stukam w klawiaturę. Dzień, jak co dzień. Wiem, że nadrobię w weekend z paroma osobami, ale jestem tylko nadwrażliwym człowiekiem i potrzebuję zbliżenia. W taki dzień potrzebuję ludzi. A dzień zaczęłam i kończę łzami.

Cały dzień spędziła ze mną tylko jedna osoba. Niesamowita jest moc jednej osoby w naszym życiu. Osoby, która krążyła gdzieś dookoła i nagle życie, przypadek, odpowiedni czas sprawił, że ta osoba staje się Twoim serdecznym przyjacielem, którego dziwisz się, że nie kochałeś już wcześniej.

A. Ty wiesz, że mówię o Tobie, prawda?:) Dałaś mi dziś swój czas, cały dzień byłaś przy mnie, wiedziałaś kiedy mi przykro, przez kogo, dlaczego i ciągle miałaś dla mnie bukiet słów zamiast kwiatów, a to znaczy dla mnie więcej niż jakikolwiek inny gest czy prezent. Nie dostałam dziś ani jednego, nawet nie całe rodzeństwo złożyło mi życzenia. Ale nie szkodzi, Ty mi dziś pomogłaś bardzo. Kazałaś mi się cieszyc najbardziej z tego,” że mam siebie, jestem dobrym, fajnym człowiekiem, który nie ma sobie nic do zarzucenia i nie powinien oceniać innych, bo wierzysz, że karma do nas wróci. Powiedziałaś, że mało jest takich osób jak my, które są tak intensywne i mogą z siebie dać tak dużo,  uświadomiłaś mi, że ciągle jesteśmy zmęczone , bo bardzo dużo energii oddajemy innym, a wiele osób nie daje nic w zamian i musimy się niestety do tego przyzwyczaić i nabrać dystansu”, a teraz UWAGA! Zacytuję Ciebie w całości, bo ten fragment naszej rozmowy podobał mi się najbardziej J
łatwiej się cieszyć z tego, że nic się nie oczekiwało, a jest
niż płakać, bo się oczekiwało, a nie ma”
Wiesz, że po tych słowach rozpłakałam się w samochodzie w drodze z jednej lekcji na drugą. Katharsis, pomogłaś mi się oczyścić. Przyjechałam do domu, a tam nie czekało nic i nikt i też byłaś, by mnie pocieszyć i o tym posłuchać. Śmiałaś się, że napiszę notkę o naszej miłości i właśnie to robię, bo ludzie są dla mnie ważni i trzeba ich doceniać tu i teraz, a nie jak zaczną się od siebie oddalać.
Zatem, gdybym miała sobie życzyć czegoś na ten dzień, to tylko i wyłącznie więcej takich osób jak Ty w moim życiu.

I miłości. Bo mam chyba wszystko, czego chcę, pragnę czy potrzebuję. A tej miłości ciągle brak. Dłoni w mojej dłoni, serca w moim sercu, obecności, gdy nikt nie jest obecny.

Dziś do auta wsiadł znów ze mną Dawid Podsiadło. Dlatego ten fragment wzbudza w ten dzień najwięcej emocji:


And I know that
You saw me
There in the crowd I stood alone
Alone, alone, alone...”

Życzę sobie osób, które zauważają mnie w tłumie stojącą samotnie, mnie prawdziwą, bez masek. I takich, którzy mają odwagę taką osobę przytulic i nie puścić po dwóch sekundach.


Zatem dziś…banalnie…ale…niech mnie ktoś cholera przytuli. 

czwartek, 23 stycznia 2014

Chwyc czas za rogi!

Wczoraj, a może już w pobliżu wtorku zaczaił się on. Nie oddam mu wielkiej litery początku słowa, ponieważ ma pozostać maleńkim, mało wyczuwalnym, nieobecnym, niemym. Czaił się, sama nie wiem gdzie. Czy w umyśle, czy w stęsknionym za czymś sercu, czy buzującym hormonie. Bardzo łatwo można pozwolić mu wygrać i wpuścić bez pukania. Niekiedy bardzo często tak robiłam. Przychodził, widziałam go już przez „judasza” i otwierałam drzwi, zanim zdążył wejść na moje piętro. Siadał, rozgaszczał się, kładł stopy na moje biurko i tlił się w blasku monitora, chował za oknem, tulił w moją kołdrę, zasypiał na poduszce. Brał moje oczy w dłonie i delikatnie wyciskał z nich łzy i zatykał usta przed łkaniem.

Ale jak to tak? Znowu wrócić do punktu wyjścia, poddać się, dać się? Mam w sobie więcej siły! Jestem bardziej samoświadoma, sprytniejsza i wiem jak odeprzeć atak hormonów. Ten pan czający się za rogiem to zwyczajnie smutek. Próbował do mnie przemówić, usiadł na ramieniu, szeptał myśli złe, ale tym razem powiedziałam mu wyraźne i głośne „Spadaj!”. Gdy tylko odtwarzacz wrzucał jego ulubione piosenki, podchodziłam szybko i wyszukiwałam coś weselszego, co by go tylko bardziej wkurzyć. Poszłam dalej i postanowiłam poszukać nowych dźwięków, co by mieć więcej opcji odpędzania smutku. Odkrywanie nowego zawsze napawa mnie niesamowitą pasją życia i radości. Szukałam również nowych obrazów i stron do przeczytania. Wypełniłam do połowy pustą szklankę!
Natrafiłam na ten teledysk:



I nagle poczułam prawie namacalnie jak ktoś rozlewa mi uśmiech i ciepło na sercu. Rozpuścił się nagle lód za oknem. Dodatkowo, wstając dziś zobaczyłam nieśmiało wstające razem ze mną słońce. Jakby poprzedni wieczór zapowiedział dziś świetlisty dzień. Są teledyski, które przenikają wprost do mojej duszy, mówią do mnie swoim własnym językiem obrazów, tworząc gonitwę myśli w mojej głowie. Ten mężczyzna w teledysku to przecież ja!

Zdradzę wam sekret. Junkie jeżdżąc do swojego domu na wsi porzuca wszystkie rzeczy przyziemne. Ściąga obcisłe ubrania, zakłada luźne spodnie, białą koszulkę lub wyłącznie stanik, wkłada ręce w kieszenie, zmywa makijaż, zostawia zegarek na półce, zostawia za sobą wszystko to, co ją ogranicza, narzuca jakieś powierzchowne standardy piękna, czuję się wtedy niesamowicie wyzwolona i kobieca, zabiera ze sobą tylko muzykę i słuchawki i idzie w las. I co robi? Wchodzi w jego głąb, widzi przebijające się między konarami promienie słońca i ma wrażenie, że są odzwierciedleniem wszystkich pozytywnych myśli i dobra na świecie. Wtedy nie ogląda się nawet za siebie, rozpościera ręce i idąc przed siebie zaczyna tańczyć, podskakuje, robi piruety. Dokładnie tak, jak ten mężczyzna w teledysku. Potem zastanawia się czy ktoś jej może nie widział i pomyślał „wariatka”. Ale Natura zaprasza ją do tańca. Jak odmówić takiej partnerce? Ludzie mówią na mnie „wariatka, świr, głupol” i inne eufemizmy na kogoś optymistycznego;) Ale jeśli mam tę umiejętność, siłę, charakter, pomysł czy chęć by wywoływać uśmiech, salwy śmiechu czy poprawy humoru u innych, to czemu mam z tego nie korzystać?


Dlaczego o tym piszę? Bo myślę, że wszyscy w te mrozy, samotne wieczory, smutki czające się za rogiem każdego piętra naszych egzystencji potrzebujemy trochę ciepła. Zawsze mamy wybór. Możemy sobie wmówić, że nic dobrego nas już nie spotka, że wcale nie mam czasu ugotować sobie czegoś dobrego, nie mam czasu zadbać o swój wygląd, nie mam chwili chwycić za książkę, a co dopiero pójść do kina. To wszystko to kwestia chęci, a nie czasu! Mogłabym bez problemu powiedzieć sobie, że nie mam na nic czasu. Kiedyś tak robiłam, byłam podręcznikowym leniem. Pracuję od 10 do 12 godzin dziennie. Komu by się chciało potem jeszcze coś zrobić ze sobą lub dla siebie? Ale Kochani, jak brak nam siebie, to przecież brak nam wszystkiego. Ostatnio kolejna osoba zapytała mnie jak ja znajduje na wszystko czas? Bardzo mnie to dziwi, ponieważ czas, choć może i szybko płynie, to jednak my jesteśmy jego władcami i tylko od nas zależy na co i na kogo go poświęcimy.  Nic i nikt nie mieszka tak daleko by nie móc wyruszyć w jego stronę, przytulic, pocałować, poczuć. Swój czas powinnyśmy organizować tak, żeby było nam jedynie żal, że kończy się już udane spotkanie z książką, filmem i fascynującą osobą, ale nigdy nie powinnyśmy wyliczać sobie ile tego czasu nie mamy. Skupianie się na tym czego nam brak zamiast na tym, co jest w zasięgu naszej ręki, jest źródłem największej ilości frustracji i kłótni między ludźmi.

Recepta jest prosta. Chcesz przeczytać książkę, nie patrz na mnie, nie patrz na innych, nie zazdrość mi mojego czasu – chwyć za swoją i do dzieła! Otwórz wyobraźnię, a od razu nabierzesz energii do dalszych działań. Może dziś nie ma warunków do biegania, do ćwiczeń na świeżym powietrzu i spaceru po lesie, ale wiem, że ten las tam jest, czeka na mnie i w końcu przyjdzie na niego czas, wiem, że mogę wpakować się do auta i pojechać napalić w kominku i popatrzeć na olśniewającą biel, która może być równie piękna jak kwitnąca zieleń wiosny.

Przyszłość niesie ze sobą tyle możliwości, teraźniejszość nie jest gorsza. Jestem stwórcą własnego czasu.
Jedno z porzekadeł głosi „Najpiękniejsze, co możesz komuś dać, to swój czas”. Dostrzegam to i doceniam. Nie wymyślam wymówek, nie zamykam się, nie obwiniam zmęczeniem. Najlepszy czas to taki przegadany z Tobą na łóżku, nie musi być zakrapiany dobrym alkoholem, częstowany wykwintnym jedzeniem i ciekawym towarzystwem. W gonitwie ludzi i zajęć, to dla mnie najcenniejszy prezent.

Wstań i pobiegnij. Zatańcz na swój sposób. Smutkowi drzwi nie otwieraj.

Live and let live. Love and let love.

:)

niedziela, 12 stycznia 2014

W zgodzie ze sobą.

Pamiętam swoje dzieciństwo bardzo wyraźnie. Mnóstwo zabaw, uczuć, emocji, niepewnych, strachu. Nasza ulica była pełna dzieci w podobnym wieku, rosłam razem z moimi dwoma młodszymi braćmi, zawsze było z kim kombinować, broić, bawić się. Pamiętam wspólne ogniska, pierwsze kroki odpowiedzialności i dzielenia obowiązków, czyli kto rozpala, kto przynosi chleb, kto kiełbaskę, a kto wiadro z wodą, żeby je potem ugasić. Pamiętam kąpiele błotne, za które matka potem nam dawała ostro na tyłek. Pamiętam wyrywanie zęba nitką, przyciskanie zimnego noża przez mamę, gdy nabiłam sobie ogromnego siniaka na czole. Pamiętam wyścigi za bratem do babci, bolesny upadek i szwy na czole. Pamiętam rysowanie węglem po ścianach niezamieszkałego domu, pamiętam próby dostania się do niego, jakby to była nasza strzeżona forteca. Pamiętam smak piachu i szczawiu i zakłady kto zje go więcej.  Pamiętam bójki z rodzeństwem, kłótnie, łzy, strach przed karą, każdą jedynką przyniesioną do domu. Pamiętam pierwsze gotowanie u babci, jej nauki, wysyłanie mnie do sklepu po zakupy i nagradzanie mnie za to lizakiem albo złotówką, wartą dla mnie wtedy milion dolarów. Pamiętam pomaganie dziadkowi w szklarni, sadzenie warzyw. Pamiętam pierwszą jazdę na rowerze, pierwsze przyjaźnie, pierwsze łzy, rozczarowania, odkrywanie swojej seksualności i w którą stronę ona podąży. Pamiętam umiłowanie do tańca, muzyki, śpiewu i filmów. Wystarczyła prośba babcia, „E. zatańcz i zaśpiewaj dla nas” i zawsze posłusznie słuchałam i z miłą chęcią sprawiałam innym radość.

Pamiętam dzieciństwo bez technologii i Internetu i jestem za to wdzięczna.

Pamiętam, że ojciec zawsze chciał być pierwszym w posiadaniu nowinek technologicznych. Pierwszy kolorowy telewizor na ulicy, pierwsza satelita, pierwsze MTV, pierwsza kamera, wypożyczalnia kaset wideo, pierwszy komputer, pierwszy Internet. Pamiętam wprowadzenie się jeszcze większej agresji i kłótni rodzinnych razem z Internetem do naszego domu. Najbardziej furiackie bójki między rodzeństwem, gdy stawialiśmy się nastolatkami, były często spowodowane tym, że ktoś wydłużał surfowanie po Internecie, kiedy była kolej już kogoś następnego. Nie jeden włos z głowy został wyrwany i nie jedna osoba wylądowała odbita od ściany lub kaloryfera. Pamiętam wprowadzenie się oddalenia odkąd w domu zamieszkało coraz więcej technologii.

Skąd przypływ słodko-gorzkich wspomnień i odniesień? Po seansie filmu „Her”. Spośród śmietanki propozycji filmowych, jakie nam kino oferuje w sezonie Oscarowym, ten film póki co zachwycił mnie najbardziej. Nie bazuje na żadnej prawdziwej historii, których zawsze jesteśmy świadkami pośród Oscarowych fabuł. Nie kusi brawurą i brutalnością tematyki. Reżyser Spike Jonze to marka sama w sobie i albo się lubi jego kino albo nigdy się do niego nie sięga. Ja kocham jego „Adaptację”, „Być jak John Malkovich” czy „Gdzie mieszkają dzikie stwory”.

Spike Jonze to hollywoodzki dziwak i tym razem serwuje nam miłosną historię, w której główny bohater zakochuje się w swoim systemie operacyjnym, który dopasowuje się indywidualnie do potrzeb użytkownika. Ten film to obraz społeczeństwa żyjącego w dobie zaawansowanej technologii, które niby dalej korzysta z metra, opala się na plaży, je na świeżym powietrzu, ale w uchu zawsze ma swój przenośny komputer wykonujący wszystkie jego polecenia. To też opowieść o tym jak ludzie się do siebie zbliżają i oddalają, kochają, by potem zranić, ale zawsze też w końcu powstać. Niestety premiera tego filmu w Polsce została wyznaczona na banalną datę Walentynek, co moim zdaniem już trochę ujmuje filmowi. Polska reklama filmów odbiera im tak naprawdę dobrą opinię. Widz sugerujący się wyłącznie trailerem w Polsce często myśli, że idzie na komedię, a potem wychodzi z kina oburzony, że obejrzał melodramat albo dramat, jak np. Don Jon czy Wilk z Wall Street. Zatem pragnę uczulić, „Her” to nie komedia romantyczna.  Spike Jonze to też autor krótkometrażowego filmu, nad którym się już kiedyś zachwycałam i polecałam Wam jego lekturę:



Mi takiego kina brakowało, coś świeżego, coś innego, coś osobistego. Odnajdywanie siebie w skrawkach fikcyjnych postaci, to dobra cecha filmu, bo to znaczy, że nie koloryzuje on rzeczywistości. Oprócz czerni i bieli i tęczy, ukazuje również szarości, a przede wszystkim daje lekcje. Każe się nad sobą zastanowić, a przede wszystkim odejść od komputera i wyjść do ludzi.
Ostatnio natrafiłam na cytat, który bardzo mi się spodobał, tłumacząc go, brzmiał mniej więcej tak : „Jesteś szczęśliwym człowiekiem, jeśli potrafisz cieszyc się widokami, kiedy nieplanowo zbaczasz z drogi”.
Uśmiechnęłam się szeroko, ponieważ najpiękniejsze widoki minionego roku to były dla mnie te, gdy przypadkowo źle skręciłam i wjeżdżałam na jakąś polną drogę lub mijałam szereg polskich wsi, od których bił spokój i sama natura. Odkryłam dzięki temu parę pięknych rzek, o których istnieniu nie miałam pojęcia.

UWAGA.

Użyję teraz tych dwóch przerażających słów. Choć są tak potężne, że zawsze mam ochotę w nie wpleść jeszcze słowo „chyba”. Ale dziś tego nie zrobię.

Jestem szczęśliwa.

I wystarczyło przypomnieć sobie siebie i pogodzić się z wariatem w sobie. Tańczę, krzyczę, skaczę, wygłupiam się, inspiruję i jestem inspirowana, wywołuję uśmiech i salwy śmiechu. Ktoś mi kiedyś powiedział, że mam talent wywoływania uśmiechu. Odparłam, że to żaden talent, bo mnóstwo ludzi to potrafi. Usłyszałam, że ja robię z tego sztukę i nie jestem byle jakim wariatem. Co się zmieniło? To, że w końcu zaczęłam w to wierzyc. Będąc na wycieczce w Berlinie z dzieciakami, wyminął nas mężczyzna na rowerze, który śpiewał sobie ile wlezie. Wyśpiewywał radość i optymizm. Dzieci się śmiały, że dziwak, a ja byłam zachwycona i zazdrosna. Czemu ja tylko nucę pod nosem, kiedy płuca same się rwą do wolności głosu? Gdy widzicie kobietę przechadzającą się między wieszakami ubrań w centrum handlowym, która sobie śpiewa i okazjonalnie nawet zrobi obrót do rytmu, to jestem ja. Dziwak. Optymista. Wariat. Człowiek żyjący, a nie tylko egzystujący.

Jedna z bohaterek filmu „Her” mówi o sobie: „Potrafię zbyt dużo myślec o wszystkim i mogę znaleźć milion sposobów by w siebie zwątpić. Dużo ostatnio myślę o tej części siebie i dopiero teraz zaczynam rozumieć, że jesteśmy na tym świecie naprawdę krótko, a ja jestem tutaj i chcę w końcu pozwolić sobie odczuwać radość. So fuck it.”

Zatem. Oddycham życiem. To również noworoczne zalecenie dla Was wszystkichJ



niedziela, 5 stycznia 2014

Przepis na zdrowe relacje.

Związek. Może być partnerski, konkubinacki, małżeński, poligamiczny czy monogamiczny. Udany bądź nie. Dlaczego „bądź nie”? Bo zamiast przywiązywać się to się związujemy na supeł wokół szyi uniemożliwiając zdrowe oddychanie? Bo nie potrafimy rysować granic i nie umiemy też ich łamać, kiedy trzeba? Bo brakuje nam wolności? A może powód jest zły?

Na powiedzenie „mam wolność w związku” reakcje są raczej negatywne, kojarzone z rozwiązłością seksualną bądź brakiem wystarczającego zaangażowania i miłości. A ile razy cytujemy frazę mówiącą o tym by puszczać to, co kochamy wolno, a jak do nas wróci to jest nasze? Wolność w związku oznacza, że wybieramy bycie z kimś nie dlatego, że go potrzebujemy do spełniania własnych celów bądź ratowania siebie i swojej samooceny, ale dlatego, że wybieram ją/go dlatego, bo chcę z nim być, bo szanuje jego poglądy, uczucia, potrzeby, bo dana osoba jest dla nas najpiękniejsza, niepowtarzalna i ważna.

Pomyślmy jak wiele razy jakaś więź rozpoczyna się od uleganiu pochlebstwom i łechtaniu cudzego ego. Tak wielu z nas chodzi ze spuszczonymi głowami własnych samoocen, że merdamy ogonkiem na każdy komplement wymierzony w nasze bezbronne serce i ego. Ja osobiście doszłam do punktu w życiu, w którym nie oglądam się za każdym zasłyszanym komplementem i nie czuję powinności odwzajemnienia go. Jak o wiele pociągająca i interesująca jest osoba, z którą podczas rozmowy z nią możemy słuchać o jej planach na przyszłość, pasjach, można śledzić iskrę w oku życia, a nie zalewać się ich zmartwieniami, problemami, niepewnością. Oczywiście usłyszeć, że jest się pięknym, ślicznym i inteligentnym jest cudowne, ale jak o wiele bardziej pobudzająca jest pochwała naszych poglądów, postawy, nastawienia do życia i zainteresowań. Najlepszy dowód, że ktoś nas też słucha i obserwuję, a nie tylko patrzy.

Wielu z nas nie wierzy, że ma wystarczająco atrakcyjne cechy by móc być tymi wybranymi. Że można nas z „wolna” wybrać. Idea wolności jest przedstawiania w opozycji do związku. Wielu z nas sądzi, że związek to budowanie zaufania, poczucia bezpieczeństwa, wzajemna opieka i podnoszenie poszarpanego w dzieciństwie poczucia wartości. Związek to nie ratunek, to nie jest cel, jeśli wchodzimy w związek bez umiejętności spojrzenia w lustro przychylnie, to powinnyśmy to wyleczyć na terapii, a nie wywierając presję na partnerze. Poczucie naszej wartości kształtuje się w dzieciństwie i pośród najbliższych, głównie rodziców, ukochana osoba nie uratuje nas przed przeszłością, która już nastąpiła. Może wspierać, ale nie leczyć.

Bez wystarczająco zdrowego poczucia wartości, żyjemy w ciągłym strachu, że partner odejdzie, gdy tylko zobaczy jacy jesteśmy albo gdy natrafi na kogoś lepszego. Zaczynamy się stawać obsesyjnie zazdrośni, kontrolujemy, niszczymy całe piękno relacji, które nas połączyło. Jesteśmy mordercami miłości. Nie potrafimy sobie szczerze gratulować, życzyć dobrze, jesteśmy zawistni, wypominający, roszczeniowi. Ciągle chcemy coś w zamian. A co to za partner, który nie życzy mi dobrze, nie pragnie spełnienia moich marzeń, albo wręcz staje na ich drodze? Mówimy o poświęceniach, tracimy czas na wyliczanki kto ile pracuje, kto ile zarabia, kto więcej naczyń zmył. Zapominamy o sile prezentu. Zapominamy dawać i nie chcieć nic w zamian. Zapominamy siebie zaskakiwać. A przede wszystkim zapominamy o docenianiu siebie i o swojej wzajemnej wyjątkowości. Po czasie miłość przeradza się w bardziej uzależnienie emocjonalne i podstawy idą gdzieś na bok. Wolność powinna zostać zachowana „Kocham Cię, ale nie jesteś mi potrzebny by żyć, pęknie mi serce jak odejdziesz, ale dam sobie radę, wstanę i pójdę dalej”. Tak mało z nas nie umie powiedzieć „nie”. Idź Kochanie na miasto jeśli masz ochotę, ja dziś zostanę w domu. Albo to ja dziś zrobię obiad, a Ty odpocznij, mimo tego że sami jesteśmy piekielni wyczerpani tygodniem zajęć. Musimy też wiedzieć, że nie potrzebujemy kogoś, żeby nam sprzątał, gotował, prał, zabawiał czy podnosił samoocenę, ale chcemy kogoś, bo ten ktoś jest dla nas wyjątkową istotą, krocząc ze świadomością, że nie ma drugiej takiej. Chodzimy na kompromisy, „statkujemy” się, a nie chodzimy na randki.

Osoby wyzwolone, pewne siebie, wiedzące czego chcą, niezależnie uznajemy za zadufane w sobie. Mi lata pokazały, że są to cechy atrakcyjne i pożądane. Potrzeba nam osób, które rozwiną z nami skrzydła, bo już je posiadają i można na nich zalecieć po prostu o wiele dalej. Jeśli natrafimy na osobę z podciętymi skrzydłami, zawsze można wspierać i nakierowywać, ale nie wyręczać i samodzielnie ratować. Brak nam stanowczości i akcji. Zamiast powiedzieć „Pozwoliłam sobą pomiatać”, mówię „mąż/żona mną pomiata”. Wszystko jest do zrobienia, a my wolimy pozamykać się w klatce własnych obaw i słabnącego zaufania. Żyjemy w błędnym przeświadczeniu, że miłość to uległość i zadowalanie drugiej strony. A co z nami?  

Nie dostaniemy uwagi i niezależności jeśli sami jej w sobie nie mamy. Jeśli nam się wydaje, że sami nie jesteśmy w pełni warci uwagi, uczucia czy pożądania naszego obiektu zainteresowania, sami tracimy na atrakcyjności.

Często nie pamiętamy, dlaczego związaliśmy się z daną osobą. Przypominamy sobie to zaledwie w krótkich chwilach, zazwyczaj w chwilach upojenia alkoholowego i okazujemy nagle nadmierną troskę, pożądanie i chęć na seks.  

Ostatnio zostałam zapytana nie raz o etap w życiu w jakim jestem, czego bym chciała. Domieszki dojrzałości ze zwariowaniem, Martini wstrząśniętego nie mieszanego, głębokiego spojrzenia prosto w oczy, nie słabnącego pożądania, szczerego przytulenia, atrakcyjnej samoświadomości, pasji, niezależności, chęci, inicjatywy, ja doceniam Ciebie, Ty mnie. Pamiętamy, a nie przypominamy okazjonalnie.

Moje myśli mają imię.


Chowam je dla siebie, nigdzie się im nie śpieszy. 

niedziela, 29 grudnia 2013

Wielowymiarowe podsumowanie 2013r.

Zbliżamy się do krawędzi równi pochyłej nazywanej końcem roku. Końcem jakiegoś kolejnego etapu w naszym życiu i naturą człowieka jest spojrzeć wstecz na miniony czas z refleksją. Z dwóch wielkich „P”, czyt. postanowienia vs. podsumowania, ja wybieram zając się tym drugim. Wielu z nas nie znosi presji tego dnia, tej godziny zero, tego przymusu dobrej zabawy, odpowiadania na pytania o plany na kolejny rok i co byśmy chcieli w nim zmienić. Ja nie planuję, nie nadziejuję, nie wyrokuję, nie wypatruję. Podsumowuję. W końcu zewsząd bombardują nas różne zestawienia, dzięki którym dowiaduję się, że najczęściej śledzonymi celebrytkami tego roku były Kim Kardashian, Miley Cyrus, Księżna Kate i Jennifer Lawrence. Ja statystyk nabijałam tylko tej ostatniej. Najczęściej oglądanym teledyskiem na Youtubie był „Wrecking Ball”, a najczęściej ogłaszanym najlepszym filmem roku jest „Życie Adeli” lub „Grawitacja”.

Czym Wy byście podsumowali swój rok? Z czym go zestawili, jak ubrali w słowa, myśli, zdania? Podejdę do tego dwoiście. Na końcowo-roczną myśl tego roku przychodzi mi piosenka „Seasons of love” z musicalu „Rent”:
 
525, 600 minut- czym mierzysz rok?
Dniami, zachodami słońca, nocami, kubkami kawy.
Calami, milami, radościami, smutkami.
W 525,600 minut- czym mierzysz rok życia?
A co z miłością? może miłością?
Mierz miłością. Porami miłości.
525,600 minut! 525, 000 podróży do zaplanowania.
525,600 minut- czym można zmierzyć życie kobiety lub mężczyzny?

Prawdami, których sie nauczyła lub chwilami kiedy płakał.
Mostami, które spalił lub tym jak umarła.


Zabierzmy się za statystyki i wyliczanie. Jeśli portal lubimyczytac.pl mnie nie oszukuję, to w tym roku przeczytałam 58 książek. Na pewno chciałabym policzyć ten rok w przeczytanych książkach, mój najlepszy przyjaciel na ten rok, wierny kompan, wypełniacz samotności, inspirator i konspirator, łącznik dusz. Jeśli miałabym polecić tegoroczne wydawnictwa, to na pewno kazałabym Wam sięgnąć po „Ości” Karpowicza, „Umarł Mi” Iwasiów, „Duszę Światową” Masłowskiej, „Pornogarmażerkę” Dobrzanieckiego oraz „Baśń” Bengtssona wraz z każdą inną pozycją ich autorstwa. Z półki „wstyd, że jeszcze nie przeczytałam”, zjadłam całą serię Harrego Pottera w dwa miesiące, trylogię „Igrzysk Śmierci” i kończę „Opowieści z Narnii”, do tej listy dorzucę koniecznie „Serce tak Białe” Marias’a, „Smażone Zielone Pomidory” Flagg, „Służące” Stockett, „Nieznośną lekkość bytu” Kundery i większość pozycji Marcina Szczygielskiego.


Jeśli chodzi o kino obfitował ono premierami wielkich produkcji, na które czekałam jak dziecko na pierwszą Gwiazdkę, i tak „Grawitacja”, „Igrzyśka Śmierci: W pierścieniu Ognia” i „Hobbit: Putstkowie Smauga” mnie nie rozczarowały. Do filmów innej kategorii, które mnie w tym roku urzekły, dotknęły, zapadły w pamięć i dobrze się kojarzą to kino francuskie przede wszystkim, „Wspaniała” i „U niej w domu”, koncertowa rola Cate Blanchette w „Blue Jasmine”, wyczekiwany debiut reżyserski i jako scenarzysty Josepha Gordona-Levitt’a, kontynuacja serii „Przed Północą”, świeży w kinach „Kamerdyner”, ale zgodzę się z krytykami i ogłoszę najlepszym filmem tego roku „Życie Adeli”, bo serce i duszę skradła mi postac i rola Adele Exarchopolous.

Muzyczne królestwo mych uszu skradło znów kilka niezapomnianych dźwięków. Nie szczędziłam w tym roku ani na płyty ani koncerty. Wyczekiwałam płyt Birdy, Sara Bareilles, John’a Legend’a, Beyonce, Justin’a Timberlake, Dawida Podsiadło. Polecę ścieżki dźwiękowe z „Igrzysk Śmierci”, „Kamerdynera”, „Django”, „Frances Ha”, „Perks of being o wallflower”, a dla miłośników muzyki granej na żywo, kanał muzyczny Mahogany Sessions na Youtubie. Spełniłam swoje marzenia muzyczne będąc na koncertach Ellie Goulding, która bezczelnie odmówiła przyjęcia moich oświadczyn, zeszłam prawie na zawał z wrażenia po koncercie Beyonce, wzruszałam się na Alicii Keys, wybawiłam niesamowicie na Kamp! I Tegan i Sarze, a uszy i duszę pieściły koncerty Dawida Podsiadło i Glen’a Hansard’a. Poznawałam niekończące się pokłady głośności mojego głosu, dzięki któremu ten ostatni zadedykował mi piosenkę. Wielu ludzi mi zazdrości, trochę karci, trochę patrzy z góry. Każdy pusty frazes zachęca: „spełniaj marzenia” i ludzie bliscy też nas do tego pchają, a potem zawiść ich ogarnia. Wielu patrzyło dziwnie na moje wydawane pieniądze na koncerty, ale mało kto, to rozumie. Koncert dla mnie to nie coś do odhaczenia. Ja to wchłaniam, każdy dźwięk, każdą strunę gitary czy skrzypiec, uderzenie w bębny. Witam każdy nowy dźwięk z otwartymi ramionami i duszą i jest to fizycznie uczucie bliskie ekstazy. Muzyka to nie tylko komercja i wypełnianie hałasu w aucie czy podczas podróżami komunikacją publiczną. Dla mnie to coś znacznie większego. Dlatego dla Was lista moich niektórych ulubionych kawałków i wykonawców tego roku:
















https://www.youtube.com/watch?v=1X6R_8oGZ1E i Glen Hansard z dedykacją dla mnie i mojego krzyku z końca saliJ


Rok ten zaczęłam we Wrocławiu, po drodze udało mi się zobaczyć znów Kraków, wiele razy Warszawę, Trójmiasto, Londyn i Berlin i gdzieś tam zostawiłam i zabrałam kawałki siebie.

W czym jeszcze policzę ten rok? W napotkanych osobach, w godzinach rozmów, chwilach oświecenia, głębszego poznania siebie. W nerwach, doświadczeniach, miejscach, wybuchach śmiechu, chwilach spokoju, wylanych łzach, najwięcej w pierwszym i ostatnim miesiącu tego roku. Źle to wróży na początek kolejnego roku?

Policzę w spojrzeniach. Namiętnych, pożądliwych, rozmiękczających serce, powalających z nóg, pobudzających, szczerych, krótkich, długich, podczas seksu i poza nim, łamiących serce, pierwszych i ostatnich…

Policzę w orgazmach. Zaskakujących, niespodziewanych, szybkich, powolnych, przeciąganych, niewytrzymanych, niewystarczających, dogłębnych, zewnętrznych, niecierpliwych, niesamowitych, pierwszych i ostatnich…

Policzę go w pocałunkach. Niespodziewanych, nagłych, szybkich, długich, krótkich, namiętnych, dzikich, na powietrzu, w łóżku, w samochodzie, w kinie, osoby kochanej, osoby pożądanej, pierwszych i ostatnich…


Policzę go w tym z czym zostaję. Koniec roku zostawił we mnie wielką wyrwę. Przyniósł tak wiele, zabrał jeszcze więcej. Zabrał mnie, moje przekonania, moją wiarę. Myślałam, że nie znajdę jednego słowa, którym podsumuję rok życia, bo to przecież zbyt skomplikowane, zbyt liczne, zbyt głębokie. A słowo jest tak proste, przyszło od razu – spustoszenie. Czuję się spustoszona. Jakbym spłonęła, zostały zgliszcza i zbierała mnie z ziemi koparka. Czuję się jak zbity wazon, roztrzaskana na niezliczoną ilość kawałków. Niby wszystkie zbieram w całość, ale wiem, że gdzieś po drodze jeden wpadł pod kanapę, drugi pod szafę, następny pod łóżko i może ich już nigdy nie znajdę. Zamiotłam siebie pod dywan i przepełnia mnie nic połączone chyba ze stłumioną złością. Czuję, że potrzebuję przytulenia, takiego mocnego, prawdziwego, szczerego, przytulenia ciała i duszy, jednocześnie panicznie się go bojąc, bo mnie to zgniecie i rozpadnę się ponownie. Obiecałam sobie, że to będzie rok ze szczęśliwą siódemką. Kochałam i byłam kochana. Widziałam, zwiedzałam, słuchałam, dotykałam, oddalałam, zyskiwałam i traciłam. Żyłam. A przyszły rok? Nie życzę sobie w nim nic. Szkoda zachodu, bo życie i tak nas zaskoczy.  

niedziela, 22 grudnia 2013

Zagubione imię Bezimiennej.

Bezimienna odebrała sobie imię. Tak jak odbiera sobie życie. Nadano je przeciętnie przy porodzie jak każdemu noworodkowi. Bezimienna patrząc w lustro ma wrażenie, że jest ono weneckie. Że za nim schowało się jej imię, które wraca do niej czasami jak nigdy nie zapamiętany początek snu. Drażni końcówki nerwów wspomnieniem, odbija się echem, ale nie może wrócić na półki jej pamięci. Która literka, który pieg na twarzy, który wyraz twarzy wróci jej imię? Nie dowiemy się, bo ciągle coś nas od tego lustra odciąga, ale uwierzcie, chcielibyście być po jego drugiej stronie by spojrzeć w Bezimienną.

Bezimienna odebrała sobie życie dawno temu. Nie poda wam dokładnie daty choćby chciała, by móc postawić nagrobek swojemu „ja” za życia. Gdyby tak pomyśleć, gdyby każdy wykuwał sobie nagrobek swojego prawdziwego „ja” to lasy i parki już dawno zastąpiłyby cmentarze.

Bezimienna dojrzała emocjonalnie w bardzo młodym wieku. Bardzo szybko wysnuwała wnioski, widziała ukryte intencje, świadoma uczuć swoich i ludzi dookoła. Bardzo szybko odebrała sobie dziecinną niewinność i pomagała innym przebrnąć przez trudy życia codziennego. Możliwe, że to dlatego ojciec żywił do niej niechęć. Nigdy nie była jego córeczką, szybko obrosła w ironię, sarkazm i brutalną szczerość, świadoma jego wad, chętniej ubierała się w powyższe cechy niż sukienki. To wszystko wrosło w nią szybciej niż dziewczynce wyrastają włosy na nogach. Wchodząc na swoje pierwsze lekcje w szkole jako siedmiolatka przysiadła się do płaczącej dziewczynki. Już wtedy wiedziała, że zawsze będzie chciała bronic słabszych. Odbierze sobie imię i stanie się obrończynią cudzych. Bezimienna bardzo wcześnie pojęła, że jej ojciec jest słaby. Nieważne ile będzie ważył kilogramów, w jej oczach zawsze będzie słabszy i zobaczy filtr prawdy, jej ojciec zawsze zobaczy w niej swoje prawdziwe „ja”.

Ojciec Bezimiennej nie spojrzał jej prosto w oczu od ponad dwudziestu lat. W zasmolonych zakamarkach swoich dusz zaschła w nich wzajemna i umowna nienawiść.

Bezimienna prędko pojęła, że najwięcej życia odbierze sobie dla matki. Szybko zrozumiała, że matka też jest słaba, ale nie w ten sam sposób, co ojciec. Bezimienna wiedziała, że z rodzeństwa wyróżnia ją wiele; mocna psychika i umiejętność uspokojenia matki będące kluczowymi pozycjami. Bezimienna zorientowała się wcześnie, że cienka jest linia między wychowaniem a manipulacją. Wiedziała, że przemoc fizyczna i psychiczna mało mają wspólnego z wychowaniem, dlatego szybko nauczyła się gry swoich rodziców. Jej matka zrobiła z córki powiernika. Wychowała w myśl samodzielności finansowej i psychicznej od mężczyzn. Myślała, że uczy silnego charakteru, zapominając, że córka płacze w ukryciu równie często jak matka. Mijały lata i zawiła siec powiązań matki z córką zakręcała się pod niebezpiecznymi kątami w węzeł gordyjski. Matka często obarcza córkę wspomnieniami, wyrzutami, niezrealizowanymi marzeniami. Bezimienna gra wierną, nieświadomą słuchaczkę, która w rzeczywistości pamięta wszystkie słowa i ciosy, które padły pod ich dachem. Rodzice Bezimiennej wiedzą, że ich córka jest bardziej inteligentna od nich samych. Wiedzą, że to nie oni nauczyli ją kochać filmy, nie oni zaszczepili w niej miłość do literatury, bo sami nigdy nie sięgnęli przy niej po żadną książkę, nie oni motywowali, nie oni nauczyli nowoczesnych technologii, bo to ona dalej doładowuje za nich telefony, pisze smsy, kopiuje i wkleja pliki, płaci rachunki przez Internet. Ojciec zbyt dumny i upokorzony by kiedykolwiek  poprosić, przeprosić, czy szczerze podziękować. Matka zbyt świadoma tego, że córka jest zbyt silna i dobra by kiedykolwiek jej nie wysłuchać i nie osuszyła łez słowami pocieszenia. Rodzice nie wiedzą, że Bezimienna dawno temu odebrała sobie imię. Dla nich, przez nich. Nie znają swojej córki, mówią jej wszystko, za dużo wręcz, ale nie znają swojego powiernika.
Pewnego wieczoru czara goryczy się przelała po obu stronach. Ojciec umarł na zawał. Nie! Pękł mu wyrostek. Nie! Spadł ze schodów. Nie! Zginął w wypadku samochodowym! Matka dostała wylewu zmywając milionowe naczynie. Nie! Potrącił ją samochód, gdy jechała na rowerze po trylionową bułkę na śniadanie. Nie! Spadła z drabiny wieszając firany! Nie! Zmarła na raka w łóżku nie poznając własnej córki. Nie!

To Bezimienna dobiła ich egzystencję siekierą. Bezimienna wiele razy wyobrażała sobie śmierć rodziców. W końcu tyle razy ją o nią prosili. To Bezimiennej bezustannie powierzali swą chęć odejścia z tego świata, pragnąc „zdechnięcia”, „wykitowania”, „kopnięcia w kalendarz”, „wąchania kwiatków od spodu”, „zeżarcia przez robale”, „zgnicia”. Ile razy matka prosiła Bezimienną o siekierę by ją dobić. Bezimienna w końcu jej ją sprawiła. Nie wiedzą, że Bezimienna odebrała sobie imię z wyrzutów sumienia,  bo w myślach wiele razy spełniania ich życzenie. Nie wiedzą, że pragnąc śmierci, to oni odebrali córce imię…


Bezimienna przeczytała kiedyś słowa Oscar’a Wilde’a: „Dzieci zaczynają od kochania rodziców, potem ich osądzają, czasem im wybaczają”. Bezimienna utknęła na „czasami”. 

niedziela, 15 grudnia 2013

Jej siekiera, moja głowa ścięta.

Kolejny piątek wieczorem
ponownie, w pobliżu soboty
próbuję stanąć na nogi
Prywatna grawitacja
jak sznurkiem przywiązana
przyciąga i oddala mnie
Wyciągam do niej ręce
chcę bliżej i więcej
wciąż za daleko by mieć.

I próbuję i znów upadam.

Dziś pierwszy raz matka zauważyła i powiedziała: o Boże, ale widac jaka jesteś zmarnowana.

(nie wiedząc, że to zmarnowanie, to tak naprawdę całodzienny wybuch wodospadu łez dodający różu policzkom, a oczom czerwieni)

Matka o sobie znów: tylko siekierę i dobic.
Ja (nie dająca rady znów tego słuchac): kupię Ci siekierę na Święta i będziesz mogła z nią zrobic w końcu, co chcesz.

Po czasie, pierwszy raz w życiu przeprosiła mnie: Przepraszam, że ciągle marudzę, ale naprawdę nie daję...

Urwała, znów przygniotła mnie swoimi łzami.

Od kilku lat ratuję ją przed tą siekierą. Czasami w makabrycznych myślach sama jej do ręki daję to siekierę i pomagam machnąc ręką, ale na co dzień tak naprawdę zmieniam tematy, z płaczu doprowadzam do śmiechu, rozmawiam i milczę obok, zagaduję, zatrzaskuję usta kiedy trzeba, obsypuję prezentami większymi i drobnymi, kupuję ekspres do kawy, by móc poprawic jej nastroj smakiem dobrej kawy, której po paru dniach notorycznie odmawia, bo mówi, że za droga. Moja matką jest najtrudniejszą kobietą na świecie.
Bo nie widzi, albo nie chce przyjąc do wiadomości, że codziennie to mi ścina głowę tą siekierą.

A mnie? Kto uratuje przed nią? Złem świata, ludźmi dookoła, ogłuszającą, przerażającą pustką dookoła i planami bez powodzenia?

"Uratuje myśl, melodia". ja...tylko ja sama siebie. Bo nigdzie, nikt, nigdy. 


niedziela, 1 grudnia 2013

Samotnośc liczb pierwszych, i drugich, i trzecich.

„W przeciągu kwadransa zaliczył większość oswojonych już i wielekroć przećwiczonych pozycji psychologicznych. Od niegroźnego delikatnego migotania duszy, podobnego do migotania komór na chwilę przed zawałem. Od melancholii w wersji light, zero cukrów i tłuszczów, brak refleksji i wiwisekcji, całość zgrabnie opakowana w ciało lat dwadzieścia plus. Przez pozycję tyle-lat-mam-i-wciąż-jestem-sam. Przez pozycję kiedy-ktoś-zobaczy-jaki-naprawdę-jestem ( w rozumieniu, że super). Przez niewygodną pozycję lotosu zwątpienia, zwaną również węzłem gordyjskim (członki tak pokręcone, że, skądinąd, donikąd dojść się nie da). I jeszcze – pozycję trupa (pożałujecie, że mnie nie kochaliście). Aż po figurę gorejącego serca (wszystkie zdarzenia tego świata mnie ranią, taki jestem wrażliwy) i figurę krematorium (nic po mnie nie zostanie, popiół, popiół, popielniczka). Kwadrans wystarczył, aby uwinął się z całą podręczną psychologią. Przerobił nawet kilka kompleksów. Elektry, Edypa i Minosa na bis (wszystko czego dotknę, zamienia się w gówno) i Minotaura (mój nos przypomina nos byka, najwyższy czas na operację plastyczną).” (I.Karpowicz)

Kwadrans przemyśleń bohatera książki Karpowicza wyraża idealnie stan mojego ducha. Poplątanie z zagmatwaniem. Ja, przykurcz podłogowy. Nowy gatunek człowieka upadłego znany ludzkości od dawien dawna. Poszarpane serce i samotność to od zawsze autentyczne stany fizyczne, a nie tylko przenośnie. Nagłe wybuchy płaczu. Stojąc w kolejce na myjni, siedząc na kolacji przy rodzinie, która cię nie zauważa (mokre oczy tłumaczysz zmęczeniem i zapomnieniem zabrania ze sobą okularów, wierzą, bo tak najwygodniej dla obu stron; czuję się wtrąceniem za średnikiem w nawias), trzymając w ręku konkretną książkę. Upadki mają zapachy. Można je wyczuć z daleka. Koniec ma swoją markę jak Calvin Klein czy Giorgio Armani. Można odurzać się perfumami, smrodu końca i tak z siebie nie spierzesz. Możesz zapierać się nogami i rękoma stojąc na krawędzi dołu, a i tak spadniesz, a jak nie, to ktoś cię popchnie, pomoże, a jakże. Samotność to niewidzialna siła dopadająca w najmniej oczekiwanym momencie. To cichy morderca w afekcie. To wrażenie kurczącej się dookoła rzeczywistości, realistyczna ułuda napierających na nas ścian. Nieważne za jaką książką się schowamy, ile alkoholu w siebie wlejemy, za ekranem jakiego filmu, za pustym śmiechem dla uspokojeniem znajomych, nieważne w jak ciasną pozycję embrionalną się zwiniemy pod koc, nic nie zastąpi ramion drugiej osoby. I wtedy nadchodzi, ściska cię za gardło, struny głosowe, zmuszając do wydobywania z siebie nieartykułowanych, upadlających dźwięków, wprawia w poczucie totalnej bezsilności, bezbronności i beznadziejności, że się jej poddajemy. Świadoma wszystkich praw i obowiązków, poddaję się, mimo rozumu, poddaję się i nie umiem siebie podnieść, ogarnąć, samopomóc. Wiem co przede mną, jakie dni mnie czekają, znam to od podszewki, nieistnienie. Wiem, gdzie ugodzi nóż i ile razy, w serce, plecy, mózg. Miejsca strategiczne, bezczelne. Niewidzialna ręka sprawcy, a ja zmuszona sama ostrze wyciągać z siebie i przeć dalej, uparcie, wbrew sobie, na przód. Podłoga staje się nagle najatrakcyjniejszym meblem bez funkcji spania. Poczucie bycia w tunelu bez końca, mgły bez przejaśnień, wody bez kresu, gdzie w końcu ląd? To niekończący się koszmar senny na jawie. Mogę wymachiwać rękoma do woli, a i tak nie znajdę drogi poza mgłą, nie odgarnę wystarczającej liczby gałęzi by wydostać się z leśnej gęstwiny samotności.

Tak, wiem. Plątanina paplania kobiety zranionej.

Już nigdy nie chcę się tak czuć.

Nigdy.

Słychać mnie?

I kolejnym, dołującym trafem odtwarzacz wrzucił w ten dzień płytę Greg’a Laswell’a.



czwartek, 28 listopada 2013

Umarli mi. Notatnik mojej żałoby.


Jestem świeżo po lekturze książki, którą chciałam przeczytać w chwili, gdy usłyszałam, że wejdzie do sprzedaży. Skłoniła mnie nie tylko dobra autorka, ale przede wszystkim tytuł i opis. „Umarł mi. Notatnik żałoby” Ingi Iwasiów. Miałam duże oczekiwania wobec tej książki, oczekiwania osoby, która też kiedyś straciła kogoś bliskiego i chciała przeczytać nagą, niepokolorowaną, nieokiełznaną prawdę, relację z żałoby i jej zdrady, upadku świata i do niego wracania. Ta książka to zajrzenie przez dziurkę od klucza w głąb złości i rozpaczy kogoś osieroconego. Po tej książce nie można oczekiwać terapii czy katharsis, jedynie podzielenia tego, co samemu się kiedyś czuło i ta książka to zadanie spełniła.

Czy macie swój własny notatnik żałoby, moglibyście taki napisać? Każdy z nas ma swoją księgę zmarłych, mniej lub bardziej dotkliwą, mniej lub bardziej szczegółowo zapamiętaną, rzadziej czy częściej powracającą. Ta książka przypomniała mi ile ja mam w sobie jeszcze złości pomimo upływu lat. Śmierć to temat tabu. Nawet śmierć to pole do zazdrości i licytacji. Kto ważniejszy komu umarł. A przecież każdemu, ktoś, gdzieś, kiedyś… Każdy tracący wie, że nie liczą się więzy krwi łączące nas z umarłym, ale więź emocjonalna nici, która została gwałtownie przez śmierć zerwana, zmuszająca nas do pójścia przez życie z ciągnącą się za nami nicią bardziej pustych doświadczeń odkąd nie możemy ich opowiedzieć osobie, która odeszła.
Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Pamiętam go jak wczoraj, którego już nie ma i nie wróci. Nie zapomina się dnia, w których straciło się naiwność i niewinność świata. Nie wypiera się z pamięci dnia, w którym odeszła osoba, która sprawiała, że czułaś się mądra, ważna, ucząca cię życia i dająca nadzieję na przyszłość. Nie zapomina się dnia, w którym umarła dla ciebie druga matka. To moje tabu, to moja spowiedź, to moja wylana, zachowana głęboko w sercu na wiele lat rozpacz.

To był wtorek 10 lat temu. Weszłam do szkoły jak co dzień, w powietrzu coś wisiało, coś mrożącego krew w żyłach. Zza rogu ujrzałam wciąganą do klasy moją wychowawczynię w łzach. Wiedziałam od razu komu się coś stało. Jej najlepszej przyjaciółce w pracy, a mojemu największemu autorytetowi i drugiej matce. Nie pamiętam od kogo padły te słowa, trzasnęły mnie od tyłu garnkiem w głowę – „Pani C. miała wypadek, ktoś ją potrącił, jest bardzo źle, ksiądz już był u niej.” Pamiętam iskrę nadziei, naiwności. Przecież nie umrze, nie może. Dorośli nie umierają, ukochane osoby nie mają prawa umierać przed nami. Ale łzy Pani S., kobiety, która wydaje się nigdy nie płakać, i jej sekundowe zetknięcie ze mną wzrokiem rozwiało moją nadzieję. E. przygotuj się na najgorsze. Chyba usiadłam na krześle w holu, chyba ktoś chwycił mnie pod ramię, bo zrobiło mi się słabo. „Pijany kierowca walnął w nią, podobno poleciała metr w górę i uderzyła w lampę uliczną i ma całą spuchniętą głowę i obrzęk mózgu. Wracała od krawcowej z sukienką na studniówkę…” Do dziś nienawidzę tego faceta, który nigdy nie poszedł za to do więzienia. Nie znoszę tego niebezpiecznego zakrętu i lampy ulicznej. Dziś stoi tam jeszcze większa i bardziej rozświetlająca niebezpieczne przejście dla pieszych.
Dzień wcześniej, w poniedziałek, miała ze mną ostatnią lekcję języka niemieckiego. OSTATNIĄ. Pamiętam jej ostatnie spojrzenie. Żaden nauczyciel nie potrafił patrzeć ci tak prosto w oczy mówiąc, że jesteś w czymś świetna i będziesz sama świetnym nauczycielem. Pamiętam układ ławek, pamiętam salę, w której widziałam ją po raz ostatni. Ławki ustawione w podkowę, ja siedząca na ukos od biurka Pani C. by zawsze mogła na mnie spojrzeć tym spojrzeniem pełnym wiary. Mało kto wie, że miałam studiować tak naprawdę niemiecki albo lingwistykę stosowaną. Obraziłam się tego dnia na Boga i swoje plany na przyszłość. Nie miały już sensu bez Niej.

Wtorkowe lekcje zakończyła ta najgorsza wiadomość. Zmarła. Byłam w drodze do szatni po kurtkę. Na półpiętrze, na schodach, ktoś mnie prawie zepchnął tymi słowami ze schodów. Rzuciłam się w kąt, a może rzuciła mnie moc sprawcza tych słów i widok tonącej we łzach pani S. Świat dookoła zaczął kręcić się w zastraszającym tempie. W Polsce istnieje sfera intymna rozpaczy. Płacz ile chcesz, ale dla siebie i w domu. Pamiętam jak miałam to wtedy gdzieś. Zaczęłam szlochać, wyrywać się z objęć dwóch przyjaciółek, hiperwentylowac, gdy z sal lekcyjnych zaczęli wylewać się ludzie gapiący się na mnie jak na obłąkaną. Nie można mnie było chwycić i uspokoić, pamiętam uczucie bycia dzikim zwierzęciem, które ktoś chce wepchnąć do klatki. Nie chciałam przestać płakać, nie chciałam zostać przytulona i przyciśnięcia w razie gdyby, to miało mnie uspokoić i moja prywatna rozpacz miałaby mi zostać przerwana. Niech widzą, niech patrzą, gdy rozpacza ktoś, kto stracił ukochaną osobę! Niech świat się zatrzyma, niech wszyscy się zastanowią, zasmucą, niech im będzie niezręcznie. Pamiętam moje przyjaciółki wstrzymujące osoby ode mnie chcące zapytać co się stało i pocieszyć i siebie zamkniętą w kącie. Myślałam, że po tej chwili stracę mowę i już nigdy nic nie powiem. K. i A. były moimi pierwszymi świadkami półosierocenia.

Mieszkańcy mojego miasta mogliby powiedzieć, że od wszystkiego mieszkam daleko, dlatego nikt mnie nigdy nie odprowadzał, z imprez zawsze wracałam sama w nocy z życzeniem bezpiecznej drogi. Dziewczyny odprowadziły mnie połowę drogi do domu. Nie winię ich, że nie doprowadziły mnie do samych drzwi. Trudno być świadkiem zawalenia się czyjegoś świata. Trudno iść przez miasto z kimś kto wyje jak opętany, nie może złapać oddechu i wykrztusić z siebie ani słowa. Zwolniłam je ze służby i resztę drogi wyłam sama. Wyłam do zasłoniętego chmurami słońca, a może do Boga dlaczego Ją zabrał. Nie wiem, ale pamiętam, że nie mogłam wykrztusić z siebie słowa, tylko mnóstwo nieartykułowanych dźwięków. Nie wiem jak doszłam do domu, wiem, że przechodząc jego próg byłam tak wycieńczona jakbym przebiegła maraton i całkowicie się odwodniła zostawiając 60% wody swojego ciała na chodnikach mojego miasta. Torba wypadła mi z rąk i zsunęła się na ziemię, to samo bezwiednie zaczęło robić moje ciało, gdy weszłam na korytarz, a matka zobaczyła mnie przerażona z kuchni. Wstała pytając co się stało, a ja nie mogłam z siebie tego wydusić. Ktoś wsadził mi pięść w gardło i ścisnął struny głosowe. Uniosłam głowę w górę i zawyłam najgłośniej w swoim życiu i jąkając się i zanosząc płaczem wypowiedziałam te słowa: Pani. C nie żyje… I wtedy to się stało. Wtedy moja matka pierwszy raz  w życiu próbowała mnie przytulic na pocieszenie. Ten bezczelny gest tak mnie rozłościł, że odepchnęłam moją matką na ścianę. „Teraz?! Dopiero teraz chce Ci się mnie przytulać?! Miałaś na to całe moje dzieciństwo nieprzytuleń.” Krzyczało moje nieme spojrzenie. Pobiegłam na górę. Reszty dnia nie pamiętam. Zalał się łzami i zamazał bez pamięci.

Nie ma daty ważności na żałobę i rozpacz. W pracy nie wypisują nieokreślonego L4, a do szkoły nie dają usprawiedliwień. Masz żyć. Masz iść dalej. Nic nie jest w stanie oddać mojej wściekłości dnia następnego i konieczności pójścia do szkoły. Nienawidziłam każdego tamtego dnia. Nienawidziłam najbardziej osób, które śmiały się śmiać i żartować. Miałam ochotę uderzyć ich prosto w twarz otwartą dłonią i kazać im padać na kolana i płakać, rozpaczać, uszanować cudze uczucia. Pamiętam M. śmiejącą się w pierwszej ławce na geografii. Wybiegłam z klasy by nie wybuchnąć przed dzwonkiem i usiadłam sama na korytarzu. Jego pustka i cisza dodały mi chwili otuchy i uspokojenia. Bo tak powinna wyglądać rozpacz. Pusta i cicha, nie zmącana echem śmiechu życia toczącego się bezczelnie poza śmiercią.

Piątek 25 stycznia zbliżał się wielkimi krokami. Dzień pogrzebu. Pamiętam deszcz i obojętność na niego, przynajmniej zlewał się znów z niezakręconym kranem moich łez spływających po policzkach. Trzymałam się kurczowo ogromnego znicza. Tak mocno, że miałam potem zakwasy cały tydzień. Z boku stały K. i A. podtrzymywały mnie pod ramię. „Dziś żegnamy nie tylko nauczycielkę, ale i dla wielu z nas, drugą matkę”. Prawie zemdlałam. Prawie umarłam. Prawie pojęłam. Nikt nigdy Jej nie zastąpi. Nikt nie pojmie ile dla mnie znaczyła, nikt nie dowie się, że byłam jej ulubioną uczennicą i nie tylko własną, ale i Jej nadzieją na przyszłość. Dziś regularnie w sekrecie odwiedzam Jej grób, z którego uśmiecha się do mnie już tylko nieżywa fotografia albo powracająca Jej postać w snach.

Dnia 21 stycznia 2003 roku odeszła moja matka, którą zawsze chciałam mieć. Nie była pierwszą i ostatnią postacią w mojej księdze umarłych, ale zdecydowanie najważniejszą. Dwa lata później moja księga umarłych zaczęła się tak w zastraszających tempie zapełniać, że wydawało się, że wylewa się w niej tusz i nie mam już gdzie pomieścić rozpaczy. 28 maj, babcię zżarł rak czyhający na nią od dwóch lat. Pamiętam ostatnią przytomną rozmowę, ostatnie odwiedziny, kilkukilometrowy spacer rozpaczy do domu i tłumiony przed gapiami szloch. Dorosła już ja wiedziała, że Babcia umarła już tamtego dnia, w tym łóżku, gdy przeprosiła mnie, że nie dawała mi w życiu więcej i spod poduszki wyciągnęła ostatnie 20zł i wcisnęła w dłoń, które nie chciały ich przyjąć, godząc się jednocześnie na ostatnie pożegnanie. Długie lata wstydziłam się tych 20zł. Wstydziłam się strachu pojechania i pożegnania się z Jej ciałem. To nie była już Ona i nie chciałam pamiętać Jej sztywnego ciała. Pamiętam chęć oczyszczenia sumienia wejściem pod prysznic, zamiast tego znów nie musiałam nawet odkręcać kranu wody, bo zalewała mnie ta słona z oczu, odpływała czarną smugą wraz z tuszem z zaciśniętych powiek. Zmuszenie wnuków, kogokolwiek, do tego by dotknęli po raz ostatni osobę w trumnie jest jednym z najgorszych doświadczeń w życiu. Nikogo nie powinno się do tego zmuszać. Tej lodowatej dłoni i najbardziej gładkiej skóry jakiej w życiu dotykałam, nie zapomnę nigdy. Nie minęły trzy miesiące, a śmierć zabrała mi drugą babcię. Tą mieszkającą za płotem, tą uczącą mnie pieczenia, tą dokarmiająca jedzeniem i miłością brakującą w domu. Ta ucząca samodzielności, ta najbardziej kochająca. Odeszła z kurwami na ustach wykrwawiając się w ramionach mojej matki. Telefon o 5 rano nie mógł przynieść dobrej wiadomości. „babcia umarła, idź ją potem pożegnaj”. Nauczona wyrzutami braku pożegnania z poprzednią babcią, przy tej siedziałam trzy godziny. Leżała na kanapie i wizualnie się przede mną kurczyła, a  kąciki ust opadały coraz niżej. Mówiłam, że nikt nie powinien zmuszać do dotknięcia zmarłej osoby? Nikt nie powinien patrzeć na to jak bezlitośni ludzie z domu pogrzebowego wkładają na siłę do ust szczękę i wkładają do trumny ciało gruchocząc kości. Zbezcześcili ciało i usta, która tyle razy poprawiały mi humor swoim spontanicznym wybuchem śmiechu. Wiele razy powrotów do domu dopadała mnie ta chwila. Ta chwila, w której zapominasz, że ktoś nie żyje i czeka na ciebie w domu. Ten okropny moment oprzytomnienia, że to nie śmiech twojej babci, ale to twoja matka identycznie się śmieje.

Pamiętam, pamiętam, pamiętam…Słowo główne mojego notatnika żałoby. Ciągle pamiętam, ciągle odwiedzam, rozmawiam, tęsknię i czasem, ale to czasem, jestem zła. Ale już nie na ludzi żyjących dalej, ale na ciebie, śmierci.

Tego roku usłyszałam piosenkę, którą wiem, że chcę by zagrano na moim pogrzebie. Życie jest zbyt krótkie by nie pamiętać, że nie znasz dnia ani godziny. Zatem żyjmy.



sobota, 9 listopada 2013

Recenzyjnie bez spoilerów o "Życie Adeli 1 i 2".



Z racji jako takiego obeznania w kinie, ale przede wszystkim z racji bycia lesbijką, od momentu premiery w  Polsce zasypywano mnie pytaniem: „E. widziałaś już „Życie Adeli? Jeszcze nie?! Jak to?!” Zatem nadrobiłam tę zaległość w swoim czasie. Film, wokół którego głośno, ponieważ ku zaskoczeniu wszystkich otrzymał Złotą Palmę w Cannes, a tegoroczny przewodniczący Jury, Steven Spielberg jest filmem zachwycony. Film kontrowersyjny, dzielący krytyków, zarzucający mu zbyt odważne sceny, zahaczające o pornografię i naruszający granice dobrego smaku kina otrzymującego szanowane nagrody filmowe.

Na film oczywiście szturmem ruszają lesbijki w celu kolejnego porównania autentyczności scen seksu między dwoma kobietami, a nie tak naprawdę w celu zobaczenia kawałka dobrego kina. W pełni rozumiem dlaczego jednym ten film może się podobać, a innym nie. Mnie wiedziałam, że nic nie zniechęci i film się spodoba. Potrafię to często z góry stwierdzić i wiem zawsze na co idę do kina. O gustach się ponoć nie dyskutuje, bo każdy ma prawo posiadać różne. Osobiście uważam, że każdy z nas posiada swoją dozę wrażliwości i odmiennie odbiera różne środki przekazu. By docenić tego rodzaju kino jakim jest „Życie Adeli 1 i 2” trzeba mieć w sobie stosowną dozę wrażliwości na szczegóły. Przeciętnego Kowalskiego ten film na pewno nie porwie. Wielu uznaje go za rozlazły i nudny.


Zatem na pytanie „E. co sądzisz o Życiu Adeli”, odpowiadam, że jestem zachwycona. Przychylni krytycy odnoszą się do tego filmu określając go mianem jednego z najbardziej zmysłowych jakie widzieli, niesłychanie wzruszającą i jedną z najważniejszych historii miłosnych XXI wieku, która prawidłowo wpasowuje się w swoje czasy i jest nadzieją na nowy rodzaj kina. Ja się z tym wszystkim zgadzam. Tytuł angielski to „Blue is the warmest color”. Niebieski to najcieplejszy kolor. Niebieski dla mnie w znaczeniu „smutek” pasuje tu o wiele bardziej. Ten film poruszył we mnie całą estetykę. Każda dziedzina sztuki ma swój język. Malarz ma swoje pociągnięcia pędzla, pisarz język jakim operuje, a film dla mnie ma operatora i ujęcia kamery. To one zachwyciły mnie tu najbardziej. Rzadko kamera trafia w idealne punkty odniesienia danej sceny i emocji bohatera. W jednym kadrze ukazuje nam irytującą brzydotę postaci by za chwilę uczynić z niej kogoś pięknego. Gra aktorska odtwórczyń głównych ról nie przejdzie niezauważona. Płacz. Prawdziwego aktora oceniam po tym jak odgrywa płacz. Aktorki przeszły tu same siebie. Gama uczuć na ich twarzy zastępuje milion słów. Życie Adeli jest idealnym tytułem, bo właśnie to oglądamy. Kogoś może to nudzić, może się dłużyc, ja chciałam poznać każdą chwilę życia Adeli, poznać tajemnicę każdej jej emocji, samą ją poznać. Nieważne jest dla mnie tutaj, że pojawia się w nim miłość homoseksualna. Dla mnie film byłby równie dobry bez niej. Ale jeśli do tego wątku mam się odnieść, to bardzo podoba mi się jego ujęcie. Początkowe zagubienie, totalne zatracenie, miłość i pożądanie bez zahamowań. Bawi mnie niezmiernie określane scen seksu jako pornograficznych. Jeśli pornografią jest okazane ciał aktorek w całej okazałości razem z intymnymi (a przecież ludzkimi!) częściami ciała, to nazwijmy to pornografią, ale kino światowe nie pokazało jeszcze dla mnie tak autentycznego pożądania w scenie seksu między jakąkolwiek płcią. Od pierwszego spojrzenia, po pierwszy pocałunek, po wszystkie orgazmy. Jeśli komukolwiek seks w tym filmie między kobietami wydaje się przesadzony, to nigdy nie pragnął prawdziwie, bez ograniczeń w sposób, który jest silniejszy od niego.
Ja film osobiście polecam. Polecam koneserom kina, polecam obejrzeć go spojrzeniem szczegółowym, polecam skupić się na czymś więcej niż tylko na wątku miłości lesbijskiej. Ten film to studio emocji głównej bohaterki. Która dla mnie jest Everymanem dzisiejszych czasów. Kimś, kto ma wrażenie, że ciągle udaje, szuka swojego miejsca, miłości i spełnienia. Film jest jednostajny, ale i obszerny. Można z niego wiele wyciągnąć. Ja wiele z ekranu zabrałam ze sobą. Życie Adeli to tak naprawdę życie wielu z nas. Niektórzy nie lubią oglądać smutnych prawd. Mnie prawda uwodzi. Ta z pewnością tak zrobiła.