wtorek, 22 maja 2012

Trolle w ataku!

Dla niezorientowanych chodzi o komentarze pod notką http://infatuation-junkie.blog.onet.pl/Rodzaj-ludzki-nijaki,2,ID471642969,n

Właśnie mi się przypomniało, dlaczego nie przepadam za"polecaniem na głównej Onetu":) Nigdy nie nadziwię się wytworowi ludzkiemu, który zwie się trolling i osób, który swój czas przeznaczają na wytykanie ludziom ledwo zauważalnych błędów językowych czy gramatycznych co bawi mnie niezmiernie, bo NIE JESTEM POLONISTKĄ, więc śmiało mogą mnie w tej kwestii obrażac, bo idealna w składni nie jestem, a dziennikarstwa też nie ukończyłam:) Więc przypominam, usuwam komentarze nie wnoszące nic do dyskusji prócz prowokowania do złości i nienawiści, poprawienie mnie nie dotyczy w ogóle treści notki, a co nie jest pisane na temat nie chcę by zaśmiecało miejsce, gdzie inni zostawiają swoje cenne poglądy, uczucia, opinie i krytykę bardzo dla mnie cenne.
Może porównanie będzie to drastyczne i nieadekwatne, ale jestem w trakcie czytania (zabawne, że posądzało się mnie dziś też, że nie czytam wystarczająco:) "Dziewczyna w Zielonym Sweterku: Historia Ocalenia Krystyny Chiger" i nasunęła mi się pewna myśl. Natomiast, by się nie przejmowac takimi ludźmi, bo gdyby to porównac do zdarzeń sprzed kilku dekad to można dzisiejszy trolling nazwac formą represji. Ludzie nie cenią daru życia, jego wartości, dziś nie mierzy się nam pistoletem w głowę, przyjaciel nie wydaje przyjaciela na pewną śmierc po to by samemu przetrwac. Nienawiśc rodziła nienawisc i przemoc, to niestety nie zmieniło się do dziś. Tylko, że dziś nikt do Nas nie strzela, nic Nam nie grozi i zamiast to cenic, to wynajdujemy durne nowe formy nienawiści obrażające pamięc poległych w skutek nienawiści oprawców.
Więc Kochani zanim znowu zaczniemy się obrażac, to zastanówmy się czy warto sobie i innym psuc krew. Posądzono mnie dziś też o zazdrośc i nienawisc, tak, mam ją również w sobie wobec osób marnujących życie i kierujących je w inne strony, i tak, oceniam kierunek jaki obrali, tak jak i mnie się ocenia przez pryzmat tego, co piszę. Daję Wam tyle ile zechcę, to jak to zinterpretujecie nie należy do moich obowiązków:)ale buduje kolejne przemyślenia, za co serdecznie dziękuję i zapraszam częściej nawet do obrażania, bo jeśli ktoś myśli, że mnie czymś zniszczył, to właściwie w tym miejscu postawił fundament pod wybudowanie czegoś nowego:)

niedziela, 20 maja 2012

Rodzaj ludzki - nijaki.

Rodzaj ludzki nigdy nie przestanie mnie zadziwiac. Głównie ze względu na to, że gdy wydaje mi się niesamowity, za chwilę okazuje się nijaki. Rzadko kiedy opisuje konkretne sytuacje z życia wzięte, ale gdy rasa ludzka przejawia się jako najmniej ludzka to trudno przejśc obok tego obojętnie. Sytuacja może nie jakaś ogromnie skandaliczna, ale we mnie włączyła wszystkie czerwone lampki. Czasami żartobliwie mówię, że nienawidzę bogatych ludzi. Często to też mówię, że wierzę, że w żarcie zawiera się 50% prawdy, a 50% faktycznego żartu. Ten dzień potwierdził moją sporadyczną niechęc do ludzi nie znających nigdy biedy. 

Zatem weszłam do kawiarni zamówic dwie kawy na wynos w naszej zacnej mieścinie i stojąc przy ladzie prawie 10 min napotkałam różny szereg ludzi. Jednak, że kawiarnia jest ta raczej uważana za wykwitną, głównie ze względu na "wykwintne" ceny, klientela nie należy zazwyczaj do biednych, ja tu jednak lubię przychodzic głównie ze względu na tą kawę na wynos jedyną w mieście. Pierwszy wszedł mężczyzna mający nie tylko w stroju, ale na twarzy i w postawie ciała zapisane wywyższenie się i pewnośc siebie wynikającą ze zdecydowanej większej ilości zer na koniec niż taka przeciętna ja. Potwierdził to wyjmując przy mnie plik kilku "stów" przy płaceniu za tort, robiąc to oczywiście od kompletnego niechcenia, a jednak ostentacyjnie. Jednak najbardziej moją uwagę przykuła rodzina siedząca za mną. Matka i dwie córki plus syn jednej z nich. Chłopiec ok. 4-letni ubrany od stóp do głów markowo, a ja że fanka zegarków ogromna i wierna ich kolekcjonerka, spojrzałam na jego zegarek, szczęka mi opadła, że miał go przede wszystkim założonego na bluzę, a nie pod nią, a po drugie, że był wart kilkaset złotych. Matka jak i córki zatapiające zachłannie oczy w szereg trufli, o których ja tylko marzę, bo kto normalny kupi parę gramów wartych kilkadziesiąt złotych. No ale kto to oczywiście zrobił? Panie powoli robiły się oburzone czekaniem na zamówienie, gdy nagle do kawiarni wszedł ktoś, kto oburzył je jeszcze bardziej. 

Był to mężczyzna może 30sto kilkuletni. Nie był szczególnie urodziwy, nie pachniał drogimi perfumami, garderoba składała się z koszuli w kratę, za dużych spodni ze sztruksu, skromnej teczki i butów ortopedycznych. Miał widoczną wadę postawy i problemy z chodzeniem, stąd te buty. Stąd też jego trzęsienie się i trochę niebezpieczny widok. Ale zwykły człowiek ot co, który przyszedł popatrzec na menu, bo może napiłby się kawy, rozejrzał się i jednak wyszedł. Dlaczego? Bo zobaczył je. Ich pożerające go oczy, ale co tam oczy! Ich wytykające palce, pozycja nachylona do wspólnego obgadywania, niezbyt cichego pragnę nadmienic. Oburzone były, że "wpuszczono tu bezdomnego!" Jakiego bezdomnego pomyślałam?! Miałam ochotę do nich podejśc, trzasnąc każdą w twarz, albo chociaż w stół i kazac im się opamiętac i wyciągnąc łby ze swoich portfeli i kieszeni i spojrzec na człowieka jak na istotę ludzką, a nie podczłowieka! 

Nie dziwię się temu mężczyźnie, że wyszedł. Bo czy my wszyscy nie czujemy się zdefiniowani przez pieniądze? Gdy ja widzę wykwitną restaurację bądź sklep z odzieżą, na którą mnie mnie pewnie nie stac nie wejdę nie dlatego, że jest tam za drogo, ale dlatego, że boję się dziwnych, oceniających, gardzących spojrzeń i sprzedawczyń okrążających mnie dookoła obawiających się kradzieży i jako wymówki do podejścia do mnie zadają to znienawidzone pytanie świata: "pomóc w czymś pani?"

Dziwię się za to ogromnie takim ludziom, którym pieniądze odebrały chyba resztki nie tylko człowieczeństwa, ale i taktu. Ale czy to tylko przez pieniądze obracamy się za każdą "odmiennością"? Za Hindusem tudzież "ciapatym", Niemcem czy tam "szwabem", Afroamerykaninem potocznie zwanym "asfaltem", kobietą o męskiej posturze i o męskim stylu ubierania, czy też niejaka "lesba", mężczyzną metroseksualnym czy też "ciotą" jak wolicie, obrócimy się bez dwóch zdań. Czy to niewidomym z laską, głuchoniemym mówiącym językiem migowym, inwalidą z amputowaną nogą. I tak cud, że na takie osoby nie wynaleziono jeszcze obraźliwych określeń. 

Ja jednak nigdy nie zapomnę widoku pewnej dziewczyny w pociągu ok. 5 lat temu. Była niemal niewidoma, więc cokolwiek chciała przeczytac musiała to przysuwac pod sam nos, co przykuwało uwagę oczywiście całego przedziału. Ja patrzyłam z zafascynowaniem i uśmiechem w kącikach ust. Dlaczego? Bo była cudowna, nie przejmowała się niczym i nikim dookoła. Z jej twarzy emanowała taka radośc, optymizm i życiowa witalnośc, że miałam ochotę dosiąśc się do niej i zapytac jak ona to robi i skąd to bierze. Co chwilę dostawała smsy i odczytywała je trzymając telefon przy nosie, ale uśmiechając się przy tym tak cudownie, szczerze i radośnie jak dziecko dostające swój pierwszy rower. Potem do ręki wzięła książkę i przesuwając nosem po kartkach uśmiechała się ciągle do siebie, jakby ten nos wssysał jednocześnie każde uczucie przewodzone w tej książce, a ona je chłonęła, interpretowała i odczuwała po swojemu. Mam wrażenie, że jakby nawet czytała jakiś dramat i tak uśmiechałaby się tak dalej. Pewnie większośc myślała, że jest dziwna, bo kto na zdrowym umyśle tyle się uśmiecha sam do siebie w tłumie w pociągu? Ona jest dla mnie ciągłym przypomnieniem by nie przejmowac się ludźmi dookoła, do dziś zazdroszczę jej niejakiej odwagi nie zwracania uwagi na to czy ludzie patrzą i tym bardziej co myślą. Bo ja powinnam podejśc wtedy do stolika tych "bogaczek" i zapytac je, że gdybym ja też miała na czole wypisane lesbijka tak samo by mnie tu nie chciały i czy nie wstydzą się nazywac się niby "człowiekiem"?

środa, 16 maja 2012

refleksyjnie na temat słowa "prawdziwy".

Krótki wstęp:) :  Ze względu na ciągłe awarie blog.onet.pl i strach przed utratą ponad dwuletnich wypocin, postanowiłam pójść w ślady innych współblogowiczów i sklonować bloga na inny serwer. Choć była to praca dosyć automatyczna, to nie sposób było nie wybrać się w podróż do przeszłości. Zatem witam wszystkich starych i nowych czytelników i zapraszam na tego, bloga który właściwie załaduje się pierwszy:) 

118 postów w ciągu 26 miesięcy, kilkaset stron, kilkadziesiąt tysięcy słów, które nigdy nie przelały się na karty Internetu z nudów czy od niechcenia, ale wypływały z różnych potrzeb, emocji, wydarzeń ze świata czy mojego życia. Obecnie ponad 360 tysięcy osób, których pokręcone ścieżki Internetu przyciągnęły do mnie, a 2455 osoby poruszyły w sposób pozytywny lub negatywny moje słowa i postanowiły zostawić swoje opinie, słowa przychylne bądź karcące i obrażające. Komentarze dla mnie równie cenne jak słowa, które tworzę sama, bo bez czytelników nie mielibyśmy inspiracji i motywacji. Wywołujecie śmiech, poruszenie, wzruszenie, zastanowienie, jak i też łzy. To jest mój czwarty blog, ale dla mnie najważniejszy, dlatego nie chcę pozwolić by zniknął. Dlaczego? 

Całe życie człowiek dąży do tego by sprostać jakimś standardom wyznaczonym lub narzuconym przez świat, bliskich albo też nas samych. Gdy zakładałam tego bloga, zamierzenie i cel miałam jedno i staram się go trzymać za każdym razem, gdy zasiadam do pisania. Mianowicie być prawdziwą i autentyczną. Nie musieć się chować przed osądzającymi spojrzeniami, przed krytyką, nie musieć dorastać do wymagań innych. Pisać o tym, co chcę, co czuję i co mnie porusza nawet jeśli czasami to ma bolec. Ale koniec końców przynosi katharsis.

Nie ma co sobie oczu mydlic, słowa „prawda” i „autentyczność” dawno wyszły z mody, a w ich miejsce wszedł fałsz, obłuda, spełnianie cudzych oczekiwań, dwulicowość i niska samoocena. Moją główną wytyczną tutaj jest pisanie prawdy prosto z mostu, nie ubranej w piękne obrazki, epitety. Prawdę nie przefiltrowaną strachem przed krytyką, odkryciem, wstydem. Choć prawda pisana oczami jednej osoby nie może być obiektywna, to jednak wierna grupka czytelników udowadnia i przypomina mi, że ta prawda tyczy się nie tylko mnie i nie dotyka tylko moich zakończeń nerwowych.
Skąd to nagłe skupienie na prawdzie? Odpowiedź prosta, a zarazem zawiła. Otóż dostałam olśnienia jak przymiotnik „prawdziwy” i wszelkie jego odmiany jako jedyny potrafi przebić się przez wszystkie tkanki, żyły, naczynia krwionośne i trafić, wbić się ostro w moje serce. Nie używam tutaj przenośni, ponieważ jest to autentyczne fizyczne odczucie. Tego olśnienia doznałam ostatnio w kinie i obiecałam sobie o tym napisać. Wybierając niebanalną komedię „Nietykalni” wzruszyłam się i oczy napełniły mi się łzami na samych napisach początkowych „Film oparty na PRAWDZIWEJ historii…”. Nie od dziś wiadomo jak kocham filmy oparte na faktach, bo co innego wzrusza i przybliża nas bardziej do bohaterów filmu niż to, że istnieli, bądź istnieją, oni naprawdę. Nie wiem czy te łzy przypłynęły szturmem, ponieważ czytałam wcześniej prawdziwą historię znajomości głównych bohaterów. Myślę jednak, że to uczucie wywołało to małe, ale jakże kontrowersyjne słowo „prawdziwej”. To samo ukłucie w sercu poczułam na „W ciemności” na początku filmu jak i na końcu, gdy to dowiadujemy się o dalszych losach pana Sochy. Film się skończył, zapalili światła i na koniec zrzucają na widza taką bombę, że ja miałam ochotę siedzieć w tym kinie przez przynajmniej kolejną godzinę i wyć wniebogłosy nad okrutnym losem p.  Sochy i nad okrucieństwem tego świata.

Pomyślcie, czy słowo „prawdziwy” nie jest jednym z silniejszych na świecie? W samym języku angielskim, gdy dodajemy przysłówek „truly” ma on na celu podkreślenie prawdziwości danego stwierdzenia.
„I truly love you, I truly miss you, I truly hate you”. Naprawdę Cię kocham. Kocham Cię prawdziwie. Szczerze Cię nienawidzę. Gdy w języku polskim mamy ochotę coś wyeksponować, upiększyć lub nasilić  też użyjemy słów pochodzących od prawdy.

Boje się, że jesteśmy tak otoczeni dookoła kłamstwami, że zapominamy o wartości prawdy. Zapominamy o prawdziwych uniesieniach. Czytając jakikolwiek materiał w mediach jesteśmy narażeni na uszczerbek kłamstwa, bo trudno o 100% autentyczny przekaz medialny czy polityczny. Skupiam się uparcie na słowie „prawda”, ale czy ona nie kryje się też w gestach? W tych łzach, które płyną po moich policzkach odnajduje swoją autentyczność i bywam zła, że dzisiejszy świat sprawia, że publicznie np. w kinie trzeba je tłumic, bo wyglądałoby się dziwnie. Odbiera się nam czasami prawo do prawdy, autentycznych uniesień, uczuć wyższych i niższych, bo postrzegane by były jako dziwne. Prawda pisana prostu z mostu budzi w ludziach uczucie zmieszania. Wiem, że gdybym choćby w 30% przypadków pisała prawdziwie co czuję w danej chwili np. na profilu na Facebook’u ludzie czytaliby to z uczuciem zażenowania. Ludzie często zamiast pisania prawdy docinają sobie, wchodzą w potyczki słowne, krążą dookoła sedna sprawy, zamiast rzucić coś prosto z mostu. A potem się dziwic historiom ludzi skączących z mostów, bo dusili w sobie zbyt wiele, może coś ich przytłoczyło, ktoś okłamał, zataił prawdę bądż nie dawał szansy jej wyjawienia...

Może dlatego tyle radości daje mi praca z dziećmi, bo ich tej prawdy i autentyczności się jeszcze nie pozbawiło. Przykład?

Podchodzi do mnie ostatnio 7-letnia Laura po dosyć długim czasie „rozłąki” ze mną.
Ona: Nasza pani powiedziała nam dziś, że szkoła jest jak rodzina, a nauczyciele są naszymi matkami.
Spojrzała swoim niewinnym spojrzeniem dziecka i mocno objęła mnie w pasie. Zgodziłam się z nią mówiąc, że „a wy jesteście moimi dziećmi”.

Prawdziwie, autentycznie. Tak chcę iść przez życie i doznawać uniesień, radości, katharsis.

czwartek, 10 maja 2012

Karczochy, buraczki, sandacze i inne - czyli rewia osobowości wypełza w upale.


Nie raz pisałam już o  ludzkiej obsesji na punkcie ciała i wyglądu. Nie oszukujmy się, każdy uwielbia zimę z jednego względu. To wtedy (Bóg wie skąd!) narastające fałdki tłuszczu na brzuchu, udach czy rękach można ukryć pod jeszcze grubszą warstwą ubrań. Gdy nasz ukochany płaski brzuch pewnego dnia staję się brzucholem, możemy go przykryć szerszymi bluzkami.
Zima nie sprzyja tężyźnie fizycznej, bo komu w trzaskający mróz chce się ruszyć z domu? I tak trudno zgubić tłuszczyk świąteczny przez następne kilka miesięcy. Mnie ta cholera trzyma się do dziś!
Nadszedł terror i niewola ciepłych dni. Kiedy upał jest tak nieznośny, że nie da się dłużej kryć pod warstwą ubrań, ale co gorsze, trzeba wskoczyć w strój kąpielowy to wtedy budzi się w nas obrzydzenie, strach, niska samoocena. O zgrozo! Szczęśliwcy będą kroczyć po promenadzie lekko, dumnie bez wysiłku przeznaczonego na prostowanie się i wciąganie brzucha. W duchu będziemy przeklinać swoje obżarstwo i lenistwo. Ale jak tu odmówić sobie schłodzonego piwa w upalny dzień nad wodą i fryteczek na zagyzkę? Alkohol pomoże tez stłumić ciągłe spoglądanie na brzuch i przejmowanie się wyglądem.
Na wypad do jakiegokolwiek kurortu wypoczynkowego składa się spakowanie najlepszych ubrań i ciągłe rozglądanie się na ludzi i porównywanie. Wybierając się na wakacyjny obiad najlepiej wybrać lokal wzniesiony na tarasie, gdzie można obrać dobry punkt widokowy na przeróżnych ludzi, którzy bardziej niż dla wypoczynku przyjechali się pokazać, porozglądać, „wyhaczyć”, związać.
Oto moje trzy ulubione kategorie„dań”. Karczochy – grupa, do której przynależą mężczyźni z pokaźną masą mięśniową, wiecznie odsłoniętą. Ramiona szeroko rozstawione jak do wietrzenia pach,rytmiczne nimi bujanie, zazwyczaj mocno opaleni, okazyjnie tatuaż na zacnie wyrzeźbionym ramieniu. Chodzą jakby napompowali się całym powietrzem, jakie ich otacza i okupują zazwyczaj połowę chodnika. Często towarzyszą im blondynki w białych kusych, zwiewnych sukienkach w delikatnych sandałkach. Karczoch często w ręku tez dzierży smycz, na której trzyma równie potężnego psa, często boksera.
Buraczki, to kategoria trochę podobna do powyższej. Danie mniej mięsiwe, czasem trochę chucherkowate, mimo tonie przeszkadza im wiecznie chodzić bez odzienia górnego by pokazywać swoją opaleniznę, często niekoniecznie brązową, ale graniczącą z purpurą podobną dokoloru buraczków, stąd nazwa. Tatuaże mile widziane, a w ręku zamiast psa,trzymają któreś z kolei piwo, które przy znacznym spożyciu, zataczaniu się,rozbija się o chodnik chlapiąc moje nogi, co miało miejsce całkiem niedawno.Buraczki zazwyczaj ze względu na spore spożycie są niegroźne, lepiej po prostu ustępować im miejsca na ich "zawiłej" drodze.
Sandacze – mimo wszystko to chyba jedna z najbardziej pogardzanych grup. Ich totalny brak wyczucia stylu burzy nawet najbardziej obojętnych na trendy w modzie. Zbyt wysoko zaciągnięt espodnie, białe podkoszulki, które nadają się do noszenia tylko pod ubraniem,bądź T-shirty o mdławych barwach, ale gwoździem programu, a raczej do ich trumny, są białe skarpetki połączone z sandałami. Nie ma nic bardziej niemęskiego niż facet w "jezuskach", a dodatek skarpetkach. Nie rozumiem właściwie o co chodzi z mężczyznami i ich chęcią noszenia skarpetek wysoko czy też nawet w łóżku? Taki kompleks czy fetysz?
Kobiety też dzielą się na swoje kategorie. Są te rodzinne, co przyjechały się pokazać z mężem i nowym wózkiem. Są te, które towarzyszą karczochom i patrzy się na nie z nie lada pogardą, bo odsłaniają nieustannie więcej niż zasłaniają.Mamy też "fashion victims", którzy choć nieważne jak jest nieznośnie gorąco to założą na siebie trendy, markowe ciuchy i okulary. W oczy rzucają mi się też te kobiety, które są bagażem tylnym motocyklistów i wsiadają za nimi wtulone i może skwar lać się z nieba, ale te pary nigdy nie zdejmą swojego wierzchniego odzienia przeznacz ego na jazdę motorem. Są tez osoby, grupki znajomych, którzy przyjechali się po prostu dobrze bawić, popływać rowerem wodnym, kajakiem czyłodzią, poleżeć na kocu i wypić piwko. I choć chciałabym powiedzieć, że jestem tą ostatnią to nie zaprzeczę, że gdy przechodzą obok jakiegoś sklepu to niespojrzę w bok w swoje odbicie i nie zastanowię się czy nie bardziej trzeba wciągnąćten zimowy brzuchol, bo przecież wszyscy dookoła patrzą na mnie tymi samymi oceniającymi oczami.

środa, 25 kwietnia 2012

Siła ciszy w świecie, który nie przestaje gadac.


Żyjemy w społeczeństwie, które ma obsesję na punkcie metek, w sensie dosłownym i przenośnym. Obserwuje jak dzieci od najmłodszych lat przejmują się marką odzieży, butów czy toreb będą mieli. Po świeżo zrobionych zakupach przybiegają na przerwie i chwalą się butami Nike,torbą Adidas, chustą z H&M’u , nie pomijają przy tym wspominania o cenach. Robiąc się starszymi patrzymy nie tylko na firmę widniejącą na metce, ale i rozmiar. Czy przytyłam i przeskoczyłam z 38 na 40 czy zmieściłam się w te jeansy o rozmiarze 36?! I czujemy się genialnie i atrakcyjnie.
Inny rodzaj metki to ten, który ciągle doczepiamy ludziom i ich zachowaniom, osobowościom, cechom charakteru. Jesteśmy społeczeństwem obsesyjnie oceniającym innych, nie da się zrobić nic, byc sobą i pozostać bez oceny, obraźliwych uwag, gadania za plecami czy wytykania palcem. 
Ostatnio przeczytałam przesłanie interesujące, ponieważ dobitnie prawdziwe. Jeśli jesteś biseksualny znaczy, że jesteś zdezorientowany. Jeśli jesteś homoseksualistą, jesteś grzesznikiem.Jeśli jesteś chudy, to pewnie bierzesz narkotyki albo inne świństwa. Jeśli jesteś gruby, wyglądasz okropnie. Jeśli ubierasz się elegancko, jesteś snobem.Jeśli ubierasz się luźniej, jesteś niechlujem. Gdy mówisz to, co myślisz,jesteś zimną suką. Jeśli jesteś miły dla obcych, jesteś sztuczny. Jeśli płaczesz,jesteś królową dramatów. Jeśli masz przyjaciół płci męskiej, jesteś puszczalską. Jeśli masz przyjaciółki płci żeńskiej, jesteś podrywaczem. Reasumując, nie możemy zrobić nic i być kim jesteśmy bez natychmiastowego przypięcia nam jakiejkolwiek metki. 
Wyobraźmy sobie imprezę, gdzie ewidentnie mamy ludzi dzielących się na ciągle głośno się śmiejących,opowiadających zabawne anegdoty, tańczących do upadłego, prościej mówić, tak zwane dusze towarzystwa. I na końcu kanapy siedzi osoba, która odmawia w większości tańczenia, w spokoju sączy drinka, śmieje się z opowiadanych żartów,ale nie ma wiele do wniesienia w dyskusję. Pierwsze co pomyślimy to, że psuje zabawę swoją ospałością, pozornie kiepskim nastrojem i zamknięciem w sobie.Pomyślimy – dziwak, bo po co przyszedł na imprezę skoro nie bierze w niej udziału?
Nikt nie pomyśli, że może to introwertyk, który czuje się stłamszony w otoczeniu ekstrawertyków, tzw. lwów salonowych. Może woli świat uczuć i wrażeń i spędzić wieczór z książką przy winie, co nie znaczy, że jest odludkiem czy dziwakiem. Mówię o tym, bo ostatnio przeczytałam artykuł mówiący, że nadchodzi koniec ery krzykaczy, a rodzi się era introwertyków.
Susan Cain, zdeklarowana introwertyczka i obecnie ich bohaterka wygłosiła ostatnio wykład o tym, jak introwertyków odpycha się na bok i nie docenia ich wkładu w dyskusję. Dowody tego możemy zobaczyć od najmłodszych lat. Dziecko ciche i zamknięte w sobie uważane jest za dziecko z problemami. Jako nauczyciel mogę potwierdzić to, że zmusza się nas wręcz do promowania dzieci o głośnych osobowościach, bo to one najlepiej dowodzą i pracują w grupie i wygrają najwięcej konkursów by wypromować szkołę i dobrze wypaść przed rodzicami i władzami lokalnymi. Ogromny nacisk kładzie się właśnie na pracę w grupach, bo umiejętność pracy w grupie jest wyznacznikiem normalności i przygotowuje dziecko do dorosłego życia. Autorka książki „Republika hałasu: brak samotności w szkolnictwie i kulturze” zarzuca szkołom, że wychowujemy pokolenie pustych krzykaczy.
 Spójrzmy na to, kogo zatrudniają pracodawcy i wielkie korporacje. Nie trudno zauważyć, że cechy pożądane to charyzma, przebojowość,umiejętność pracy w zespole i kreatywność, ale kto powiedział, że człowiek cichy nie posiada tej ostatniej cechy? W USA kult ekstrawersji osiągnął takie apogeum, że introwersję uznaję się jako przesłankę do rozpoznawania chorób psychicznych. Jednak naukowcy w „kulcie niedouczonych krzykaczy” dopatrują się przyczyn kryzysu ekonomicznego, ponieważ to oni okupują w większości stanowiska prezesowskie w wielkich przedsiębiorstwach. Naukowcy twierdzą, że introwertyk z racji tego, że jest bardziej zainteresowany pracownikiem, świetnie go chwali i motywuję potrafiłby lepiej zarządzać firmą i przewidzieć nadchodzący krach. W Chinach stawia się obecnie na introwertyków, którzy dowodzi się procentowo mają więcej pomysłów i mówi się, że to oni są przyszłymi twórcami nowych technologii. Zwróćmy uwagę na to jak tworzone są biura by dowieść tego, że promuje się ekstrawersję. W większości to otwarte przestrzenie, gdzie mamy mieć poczucie pracy w grupie, brak szansy na prywatność. Niektóre jednak firmy odsuwają się od tego, by dać szansę pracy indywidualnej i skutki są zdumiewające, ponieważ z początkowych obaw o brak kreatywności, produktywność pracowników i liczba pomysłów wzrosła. Susan Cain krzyczy „dość” w kierunku ekstrawersji z racji tego, że mnóstwo badań i statystyk dowodzi, że to introwersja jest ogniwem ewolucji, więc dla dobra rozwoju cywilizacji i w imię ciężkiej pracy powinnyśmy zacząć słuchać tych bardziej z pozoru nieśmiałych pracowników i uczniów. 
Nie wiem ile prawdy w tych badaniach i statystykach, bo zawsze twierdzę, że całego świata nie da się zbadać i poddać ankietom. Jednak, gdy na imprezie widzę osobą siedzącą na uboczu, z pozoru zamkniętą w sobie, to ona intryguje mnie bardziej i sprawia, że chcę do niej podejść i zacząć ciekawą rozmowę o życiu niż wychylić kolejny kieliszek w góry w tłumie podpitych znajomych, którzy przyszli się tylko wyszaleć, wytańczyć i wykrzyczeć. 

wtorek, 17 kwietnia 2012

bez tęczy na polskim niebie.


Błogosławieństwa Internetu nigdy nie przestaną mnie chyba zaskakiwać. Odkąd do naszych rodzin dołączyli wujek Google i ciocia Wikipedia nasze życie zrobiło się szybsze i wygodniejsze,ciekawsze. To chyba najczęściej i najchętniej odwiedzani członkowie naszych wirtualnych rodzin. Trudno się nie uzależnić i nie odwrócić od papierowych książek, słowników, encyklopedii, realnej komunikacji i kontaktów, gdy wszystko mamy w zasięgu naszych palców i kilku kliknięć myszą i stuknięć w klawiaturę.Wszystkie informacje, adresy, kontakty, osoby, pliki w jednym miejscu, czyż to nie kuszące i piękne? Potrzebujesz definicji słowa, chcesz znać dyżury aptek w niedzielę, bo akurat dopadła Cię gorączka, chcesz wiedzieć na której stacji jest najtańsze paliwo w dobie pożerającej nasze portfele ekonomii, masz dziwną wysypkę i zanim pójdziesz do lekarza to poradzisz się doktora Googla skąd mogła się wziąć i jak można ją leczyć, jesteś zbyt wstydliwy i nie wierzysz już w powodzenie swoich poszukiwań w realnym świecie, to założysz profil na portalu randkowym i dobierzesz partnera/kę według swoich potrzeb, zainteresowań i upodobań. Bo przecież każdy pragnie zostać zauważonym, docenionym. 
Nie okażemy smutku w pracy czy bliskim, ale podświadomie zawołamy o uwagę czy pomoc szyfrem, zagadką, cytatemczy piosenką zamieszczoną na facebookowej tablicy. Chcemy by ktoś podziwiał naszą nową fryzurę, świeżo zrzucone kilogramy, nowego chłopaka czy dziewczynę więc zaktualizujemy zdjęcie. Niech nam ludzie trochę pozazdroszczą i komplementują pod albumem z naszej wyprawy do Tajlandii. Gratulacje pod zawarciem związku małżeńskiego, narodzinami dziecka, chrzcinami, uzyskaniem tytułu naukowego, kupnem mieszkania czy auta. Wszyscy w morzu ludzi chcemy choć na chwilę przestać być niewidzialnymi. 
Moim zdaniem Internet nie staje się już ucieczką od życia codziennego, przestajemy być anonimowi. Wystarczy parę chwil poszukiwań i można zidentyfikować osobę ukrywającą się pod danym pseudonimem. Ja najbardziej staję się widzialna przez ten blog i to w jaki sposób ludzie mnie odnajdują nie wiem czy jest już bardziej  pozytywnie zaskakuje czy robi się zatrważające. Nie raz proszono mnie już o udział w jakimś badaniu, ankiecie do pracy magisterskiej czy wywiadzie. Gdy to się zdarza to od razu pytam jak mnie Pani/Pan znalazła, bo sposoby wyszukiwań w Internecie zaczynają coraz bardziej mnie fascynowac. Na przykład dowiedziałam się, że gdy wpisze się słowo „psycholog” w wyszukiwarkę blogów Onetu to mój blog wyskakuje jako jeden z pierwszych. W ten sposób odnalazła mnie psycholog z Warszawa oferująca rozmowy mailowe pro bono jeśli będą tego potrzebować. (a propos notki „cały mój świat potrzebuje psychologa:).
Każdy skrycie marzy o byciu zauważonym by upewnić się, że ktoś go słyszy, a nasze słowa nie odbijają się przeraźliwie pustych, głuchym echem o puste ściany naszego prywatnego wariatkowa w mózgu. Tak więc po zapytaniu wujka Googla i wpisanie w jego wyszukiwarkę frazy „tęczowa rodzina” pojawia się po raz kolejny mój blog i w ten sposób odnalazła mnie ostatnio pewna Dobra i Miła:) dziennikarka, bądź jak ja to wolę nazywać "story hunterka:) i zaproponowała mi udział w programie Miasto Kobiet na kanale TVN Style, który miałby poruszać temat świadomego macierzyństwa osób homoseksualnych by stworzyć inteligentny dialog, by móc pokazać, że tęczowe rodziny mają problemy jak każde inne rodziny oraz by pokazywać różnorodność i zacząć ją w końcu akceptować. 
Komu nie zrobiłoby się miło i nie zechciałby przeżyć ciekawej przygody, zobaczyć telewizję od kuchni, zrobić sobie kilkugodzinną przejażdżkę i poznać Dorotę Wellman i Paulinę Młynarską i może jeszcze inne wartościowe osoby?
Czemu by nie, prawda? Ale odmawiam, ponieważ nie wierzę w wystarczającą zmianę mojego wizerunku i imienia by moja własna matka lubiąca oglądać ten program zasiadając w swoim bujanym fotelu mnie nie poznała. Bo choć odkąd żyję nie widziała przecież mężczyzny u mojego boku i żaden takowy nie przekroczył progu naszego domu to nie chciałabym by musiało jej możliwie pękać serca oglądając to. Choć nie mam też pewności czy nie byłaby może dumna, to nie będę jednak ryzykować ani jej niepewnej reakcji ani mojej pracy i szykanowania. Bo nie oszukujmy się, ale ciągle żyjemy w państwie, gdzie nie mogę być zauważona i jednocześnie być bezpieczną. Nie mogę powiedzieć koleżankom z pracy przy winie, że świadomie pragnę mieć dziecko z kobietą i chce je świadomie począć, a nie wejść w związek, w którym partnerka będzie już miała dziecko z poprzedniego związku z mężczyzną. Bo to nie byłaby już tęczowa rodzina, ale rodzina zabarwiona homofonią, zawiścią polskiej społeczności. Społecznośc, która chyba nigdy nie zrozumie, że homoseksualni rodzice nie „zarażą” dziecka homoseksualizmem, bo jeśli by tak było to czemu moi heteroseksualni rodzice i rodzeństwo nie „zarazili” mnie heteroseksualizmem? Po raz kolejny odzywa się we mnie idealistka rozdrażniona na myśl o uparciu polskiego społeczeństwa i braku umiejętności podjęcia przez niego otwartego dialogu składającego się naprawdę z logicznych argumentów popartych faktami i ludzkimi uczuciami, a nie zabobonami,uprzedzeniami, stereotypami i wszelkiego rodzaju fobią przed cokolwiek nowym i odmiennym.
Wrócę więc dziś i skryję się z powrotem w szafie i będę lesbijką, która dziś ponownie czuje się jak ta przerażona 15-latka, która nie miała pojęcia jak komuś powiedzieć, że kocha kobietę, bo bała się odrzucenia i ludzkiego obrzydzenia. Choć na co dzień wśród wspierających osób, bliskich i Was kochani czytelnicy, przypomniano mi i wkurzyłam się ponownie na myśl, że homofobia w Polsce is alive and well.

czwartek, 22 marca 2012

Kobieta na skraju dojrzewania.


Od urodzenia do czegoś bezustannie dążymy.Przepychamy się w szeregu naprzód w poszukiwaniu celu i sensu naszych działań.Zawsze chcemy być lepsi i dojrzalsi niż dzień wcześniej. Ciągle czegoś pożądamy i uzyskujemy to na najróżniejsze sposoby. Świadomie, a czasem nie, stawiamy żądania. Najbardziej na świecie jednak chyba chcemy to móc powiedzieć o sobie,że jesteśmy szczęśliwi i dojrzali. Te dwa słowa wzbudzają skrajną zazdrość przy spotkaniu po latach. 
Niemowlę nie mogące jeszcze wyrazić swojej potrzeby słowami, płaczem woła o jedzenie, toaletę czy przytulenie. Gdy rośnie zaczyna żądać nagród za dobre zachowanie w postaci lizaków, jajka niespodzianki,samochodzika, lalki, roweru, telefonu, laptopa… Dziecko wypatruje dorosłości,by móc posiadać, to co mama, tata czy też tak wyglądać i się zachowywać. Mierzy ile centymetrów urosło, mimo obaw i wstępnych narzekań wypatruje dnia kiedy pójdzie do pierwszej klasy. Potem czeka na komunię świętą, kiedy jak dorosły będzie mógł stanąć w kolejce do komunii. W czwartej klasie ekscytuje się zdawaniem na kartę rowerową, bo to pierwszy dokument upoważniający ich do kierowania jakimś pojazdem jak dorośli. Każde zakończenie szkoły i egzamin przybliża ich ku dorosłości. Siedzą jak na szpilkach, gdy zbliża się wielka 18stka by móc zdawać na prawo jazdy, wypić legalnie alkohol i móc wykrzyczeć rodzicom,że są już dorośli i mogą za siebie decydować i wracać do domu kiedy chcą.Zaczynają palić papierosy w wieku lat 12 by wyglądać na twardzieli. Nie wykrzywiają się, gdy biorą pierwszy w życiu łyk piwa by pokazać, że smakuje im jak dorosłym i mogą wszystko. Gdzieś po drodze ktoś złamie im pierwszy raz serce, tzw. przyjaciel zdradzi i rozczaruje i poczują gorzki smak goryczy życia, który w niczym nie przypomina żrącego dymu papierosów w płucach. Poczują, że złamane serce to nie tylko przenośnia i smutny demotywator w Internecie, ale też prawdziwa fizyczna dolegliwość, która wysusza oczy od łez, powoduje migreny, brak apetytu, ból brzucha, kłucie w sercu, a nawet wymioty. Zaczną powoli żałować i zastanawiać się czy warto tak pędzić do tych dorosłych uczuć izachowań, które nie niosą ze sobą tyle frajdy, które towarzyszyły ich dziecięcym fantazjom. Choc ciężko nam to przechodzi przez gardło to przełykamy te gorzki smaki i chwile życia i idziemy dalej mówiąc sobie, że czyni nas to silniejszymi i dojrzalszymi. 
Dostajemy się na studia i otrzymujemy zieloną legitymację i dumnie prosimy o bilet studencki w kinie czy na dworcu. Każdy kolejny stempel na odwrocie legitymacji pcha nas ku dorosłości i poważniejszym decyzjom. Uzyskujemy tytuł licencjata czy inżyniera i rzucamy biret w górę z ulgą przez chwilę myśląc „To koniec!”. Ale trzeba wybrać przecież karierę zawodową, podjąć kolejną dorosłą decyzję. Ci którzy mają szczęście i dostęp do czyjejś kieszeni jako pomocy odsuną kolejny krok w dorosłość i pójdą na studia magisterskie. Potem będą tytuły, praca, mąż, dzieci – dorosłość ale czy dojrzałość?
Ja myślałam, że jestem dojrzała.Znalazłam dobrze płatną pracę, w której się sprawdzam i jestem ceniona,jednocześnie kończąc studia magisterskie sama je opłacając. Kiedy w domu zaczęło się źle dziać, nie uciekłam od odpowiedzialności i wspieram finansowo rodzinę. Umiem gotować, sprzątać, prac, załatwić sprawę w urzędzie. Dla mnie dojrzałość to nie to, co robimy, ale to jacy jesteśmy w różnych sytuacjach w stosunku doi nnych. Znam siebie i myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy i będę żyć swoim statecznym życiem rozsądku, a moim kolejnym krokiem w dorosłość będzie kupno mieszkania. Jednak inteligencja i dojrzałość nie zawsze słuchają się rozumu i rozsądku, ale szwankują i głupieją. I nigdy nie zawiodłam tak siebie i kogoś,gdy usłyszałam: miałam cię za najbardziej inteligentną i dojrzałą, rozsądną osobę jaką znam, a okazałaś się po prostu dziecinna. A usłyszałam to, bo mimo wszelkich zapewnień i ciągu podejmowania rozsądnych decyzji w życiu, w związku zawiodłam i zdradziłam. Stałam się tą suką co się w filmach nienawidzi i zmieniłam scenariusz swojego związku i zamiast spełnic Jej największe marzenia,spełniłam jej największy koszmar. Role się tym razem odwróciły, nie zrobiłam tego w zemście, może karma po prostu zawsze do nas jednak wraca? Dziś w polecanej notce na Onecie czytamy, że kobieta nie zdradzi póki dostaje miłość i adorację, której potrzebuje.Nieważne jak mogę być dojrzała to i tak może jestem typową babą. W tym okresie poczułam się jak kobieta na skraju załamania nerwowego, która już nic nie wie o sobie, życiu i miłości. Aż przyszedł dzień, kiedy powiedziałam sobie, że może nigdy nie będę wiedzieć do końca kim jestem, ale wiem kim chcę być i o to się mogę starać dla siebie, dla Niej i innych. Tak więc może nie zawsze będę szczęśliwa, ale mogę się postarać być dojrzała i dawać stabilizację sobie i osobom, które kocham. Dlatego teraz uzupełniam listę „100 sposobów na odzyskanie dziewczyny”i idzie mi chyba całkiem dobrze. Czuję się kobietą na skraju dojrzewania, która może nigdy nie przekroczy tego „skraju”, ale czy ciągłe bycie w drodze nie jest motywujące by stawiać sobie kolejne cele? Popełniłam w życiu kolejny błąd, wyciągnęłam wnioski i wcielam je w życiu starając się być kimś, kogo sama będę szanować czy to dojrzała czy nie. 

piątek, 24 lutego 2012

Nie boję się mówic: Seks to zdrowie!


Lubię seks. Ubóstwiam seks.Kocham seks. Seks jest dobry. Nie boję się tego powiedzieć głośno. I nie, nie jestem prostytutką, zdzirą, szmatą, puszczalską, nie szukam sponsoringu i nie jestem żadną matką, żoną czy inną kochanką. Nie wyobrażam sobie seksu bez orgazmu, odmawiania sobie naturalnego prawa do przyjemności. A tak wiele kobiet musi udawać, tak wiele kobiet nie potrafi powiedzieć, poprosić, pokazać co przyprawia je o ścisk ud i uniesienie bioder połączony z głośnym jękiem na rzecz przyjemności partnera. Kolejny artykuł, który na ten temat przeczytałam słusznie zauważa, że taka taktyka sprawdza się na początku, a potem sprawia, że seks ląduję na liście „rzeczy do zrobienia” jak lista zakupów na lodówce. Staje się obowiązkiem i jak wiadomo od obowiązków się ucieka jak się da, bo człowiek potrzebuje odpoczynku. 
Seks jest zabarwiony w Polsce tabu i niemoralnością, kobieta przyznająca się otwarcie, że lubi go uprawiać narażona jest na krytykę społeczną i falę niemiłych epitetów wymierzonych w jej jakże niemoralną i perwersyjną osobę. W rezultacie strachu przyznania się otwarcie, że lubi się seks, kobieta zaczynać również bać się mówić o swoich potrzebach seksualnych i marzeniach zmian w swoim życiu seksualnym. Za bardzo martwimy się o to, że obrazimy drugą osobę. A czym jest seks jak nie dialogiem ciał? Skoro potrafimy porozmawiać na przykład o tym kto w tym tygodniu gotuje obiady i odwozi dzieci do szkoły to czemu by nie powiedzieć: chcę byś dziś dominował/dominowała w łóżku, chcę byś dotykała mnie tak, tu i tam. Rozmowa o seksie powinna być tak prosta i naturalna jak naturalne są nasze instynkty i pragnienia. Jaka to strata, że tak wielu w  Polsce ma zakorzenione głęboko w świadomości, że seks to grzech i powinien być trzymany w sferze prywatnej, co w konsekwencji prowadzi do tego, że choć mimo może i udaje się nam uprawiać często seks to jest on ciągle taki sam i wiecznie przyzwoity. 
Jeśli obawiamy się spełniać nasze fantazje z obawy, że uzna się nas za rozwiązłe czy zdzirowate, to czy nie zabijamy spontaniczności seksualnej? Gdzie miejsce na flirt i uwiedzenie w łóżku. Czemu chować seks do szafy sekretów jak kryje on w sobie tyle radości i wyzwolenia. Naukowo przecież udowodnione, że seks jest zdrowy. Orgazm sprawia,że czujemy się pełni energii, życia i nabieramy pewności siebie. Nie da się zbudować bliskości z kimś przez unikanie seksu lub rozmów o ich zaspokajaniu. Ukrywanie problemów nigdy nie było dobrą drogą do ich rozwiązania. Otwarte rozmowy o seksie i satysfakcja czerpana ze stosunku może nie tylko znacznie zbliżyć partnerów, ale być świetną nicią komunikacji, która umożliwi zbudowanie związku opartego na bliskości nie tylko dusz, ale i ciał, a co za tym idzie, zyskamy związek polegający na rozumieniu własnych potrzeb. Jeśli kobieta potrafi zrozumieć,że mężczyzna lubi oglądać mecze, a mężczyzna potrafi zaakceptować, że kobieta lubi np. kolorowe magazyny i spotykać się na ploty z przyjaciółkami to czemu by nie zrozumieć, że kobieta ma też prawo do swoich sposobów osiągania przyjemności, może nie tylko przez penetrację, może by tak trochę poeksperymentować z własnym ciałem kochane? Nigdzie nie jest napisane, że odkrywanie czułych punktów należy do przeciwnej strony, to jest nasze ciało, znamy je najlepiej, dzielmy się tą wiedzą, a będzie nam dane:) A więc kochani do łóżek, wszyscy mamy prawo do udanego życia seksualnego, nasze potrzeby są w porządku i nikt nie ma prawa ich krytykować. Każdemu przyznano ciało i wyobraźnię, korzystajmy z oby dwóch darów jakie natura nam dała i nie bójmy się przyznac: lubię seks!
http://www.youtube.com/watch?v=mcQ83tOZ4Wk
dziś trochę soulowo, zmysłowo i wieczornie.

poniedziałek, 20 lutego 2012

cały mój świat potrzebuje psychologa.


Zacznę całkiem nie głupimi słowami naszej królowej Doroty Rabczewskiej: " W Polsce prawie każdy powinien pójść do psychologa, by ten powiedział, jak skupić się na pozytywnym myśleniu. Na razie to prawie każdy Polak ma taką minę, jakby miał gówno pod nosem. I mnie się to nie podoba." I ja się pod tym podpisuję, znaczy się,pod grupą z gównem pod nosem. Czasami mam wrażenie, że oscyluję między chorobą afektywną dwubiegunową, manią, depresją i hipomanią. Skrajne wahania nastrojów,ciągła burza myśli, latające w złości przedmioty, chęc wyrządzania krzywdy. Życie nam nie ułatwia, życie nam bezczelnie kłody pod nogi rzuca. Bliscy? Ci tacy najbliżsi, nie przysparzają pocieszeń. Dzień lepszy przeplatany jest gorszym i tak zabawa w życie trwa. Każdy ulega wahaniom nastroju. Nikt nie jest ciągle w dobrym humorze. Po obejrzeniu takich filmówjak „Wstyd” mówiący o mężczyźnie uzależnionym destrukcyjnie od seksu oraz „Niebezpieczna metoda” opowiadającym o narodzinach psychoanalizy, terapii rozmową i znajomością między Sigmundem Freudem i Carlem Gustavem Jungiem, temat depresji powraca. Czasami wydaje się człowiekowi, że jest sam ze swoimi myślami. Patrzę dziś na każdy kąt swojego pokoju z osobna i myślę, że nigdy się z nich nie wyrwę, że zawsze będą zamykać mnie w swych czeluściach i sprowadzać do rzeczywistości bez większych perspektyw. Potem czytam mnóstwo artykułów na temat depresji i widzę, że nie jestem sama. Oglądam potem takie filmy i zastanawiam się co bym powiedziała na pierwszej swojej wizycie u psychologa(mając to szczęście, że faktycznie byłby/byłaby dobra). Że co? Jestem nadwrażliwa, niektórzy mówią, że przewrażliwiona. Ja uważam, że gdy człowiek chce prawdziwie żyć to musi bolec, bo nie ma życia bez bólu. Że kocham zatapiać się w swoim własnym sosie udręczenia, dramatycznych zakończeniach filmów bez happy endu, bo tylko wtedy myślę, że to co czuję głęboko w środku ma sens, a ja jeszcze nie do końca zwariowałam. Happy end nie jest odzwierciedleniem rzeczywistości. Mnie w życiu nie wychowano do szczęścia tylko do wiecznego poczucia odpowiedzialności, poczucia winy, dążenia do perfekcji, bez oglądania się na emocjonalne konsekwencje i łzy spływające po policzkach, ściekające po dekolcie, lądujące po środku stanika lub na kolanie. „Wylądujesz na ulicy lub jako sprzedawczyni na kasie, gdy taka będziesz” mawiał mój ojciec. Nie wychowano mnie w miłości do siebie, bliźniego, ale prędzej do pieniądza i względnie respektowanego statusu społecznego. Jeden z moich ulubionych cytatów brzmi tak: Dzieci zaczynają od kochania rodziców,potem ich osadzają, czasami im wybaczają”. Ja jestem na etapie wybaczania, a może na "czasami", a właściwie to częściej myślę, że "nigdy". Mówi się, że dzieci są najpiękniejszymi istotami, bo są tak niewinne i nie znają smutku czy poczucia nieszczęścia.Czytając wywiad ze specjalistą od depresji młodzieży dowiaduję się, że w rejonach Polski o największym bezrobociu, depresja wśród młodzieży sięga  50%. Najmłodszy przypadek samobójstwo z jakim ten specjalista się spotkał to 6 latek. 6 lat. Dzieci niemo krzyczą. Nie są jeszcze na tyle rozwinięte emocjonalnie by potrafić się wyrazić w słowach,dlatego moczą się w nocy, ich smutek objawia się np. w bólu brzucha. Radzi się,by nauczyciele, pedagodzy obserwowali dzieci i udzielali pomocy. W zeszłym roku uczyłam indywidualnie dziewczynkę, które zapadła w głęboką fobię szkolną,wylądowała na psychotropach. Nie pochwalałam tego, wierzę, że dzisiejszy powrót do szkoły umożliwiła jej troskliwa mama i współpraca ze szkołą i nauczycielami uczącymi. Kolejna, Mała W. od dziecka moczy się w nocy i przejawia bardzo destrukcyjne zachowania. Rodzice są bezradni, regularnie się spotykamy, wymieniamy informacjami i spostrzeżeniami, poleciłam zgłoszenie się do psychologa, bo jak bardzo bacznie ją obserwuję i staram się rozmawiać to nie jestem w stanie pomóc.Gdy człowiek czasami nie widzi sensu we własnym życiu to stara się pomóc innym,by nadać sens sprawom. To też skierowałam się do kuratorium i opieki społecznej o pomoc dla pewnej dziewczynki, którą 4 lata z rzędu omijano i nie zauważano.Opieka społeczna skwitowała: „ale po co tak ostro pisać do sądu na temat tej rodziny? Ewidentnie są w niej problemy, ale to jeszcze mi oponę w samochodzie przebiją albo co”. I jak tu rąk nie załamać. Potem płodzisz w ciągu miesiąca jak dla Ciebie genialne ze względu na totalną samodzielnośc działań ponad 80 stron, bez docenienia przez osoby do tego wyznaczone. Jak tu nie Myślec, że cały mój świat potrzebuje psychologa. Życie jest skomplikowane. Jest zagmatwane, może jego celem nie jest z nim ciągła walka o sens, bo może ten burdel nie powinien zostać uporządkowany. Może powinnam przestać czekać. Czekać na to,  że się uspokoi i przestanie bolec mnie. Ale mówić można jedno, a umysł robi drugie. Każda ręka i noga, cały mój świat potrzebuje psychologa. 

I've been walking on a tightrope falling
And I've been looking for a lifeboat for you
I've been looking for a light left in your eye

środa, 1 lutego 2012

nic dwa razy.


Musi być do wyboru,
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
Czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
Czyta Jaspera i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą,
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.

Kto lepiej sportretował kobietęniż Wisława Szymborska w tym wierszu?
Kto lepiej wyłowywał słowem gamęuczuc, nawet łez, gdy czytałam jej wiersz "Jeszcze" dedykowany ofiaromHolocaustu? Gdy dziś do niego wracam, sama prawie słyszę tę przerażającą ciszęw wagonach... Bo "Tak to, tak, stuka koło. Las bez polan.Tak to, tak.Lasem jedzie transport wołań. Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę. tak to, tak,łomotanie ciszy w ciszę."
 
Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, współobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.

Banalnie umieszczac jej nasłynniejszy wiersz, ale tak właśnie czuję. Tak jak nic dwa razy się nie zdarza, tak nie będzie drugiej takiej polskiej pisarki. Sam jej widok wywoływał chyba w każdym z nas ciepło, a jej słowa ujęte w wierszach ujmowały zobojętniałe serca. Była dumą Polaków i nadal nią będzie. Symbolem ,autorytetem. I chyba to tak smuci, że kolejny ważny autorytet od nas odszedł..."Spróbujemy szukac zgody, choc różnimy się od siebie" - te słowa jejautorstwa wydają się byc idealną puentą moich wierzeń i starań. Godzic się mimo różnic, bez agresji, za pomocą dialogu. Wisława Szymborska zapewne była czymświęcej niż pisarką. Dla mnie była symbolem przemijających wartości, którychnadzieja na odzyskanie w polskim społeczeństwa ulatuje jeszcze dalej, gdywłaśnie usłyszałam o Jej śmierci. Naprawdę mam nadzieję, że będzie spoczywac wspokoju, a pamięc, szacunek do Jej osoby i twórczości i wartości jakie próbowała Nam przekazac nigdy nie przeminą...kończąc trzykropkiem zostawiającym miejsce na Wasze odczucia i smutek...

"Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy,
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę"
a więc...