sobota, 7 stycznia 2012

niewidzialna.


Wracając właśnie do domu o północy od brata doznałam olśnienia.
 Bywam niewidzialna… Tłumaczyłam 3-letniemu bratankowi,z którym spędziłam ostatnie kilka godzin na zabawie na dywanie oglądając kątem oka Władcę Pierścieni, że ten zaczarowany pierścień sprawia, że gdy go założysz stajesz się niewidzialnym. Słuchał z zafascynowaniem, co mam do powiedzenia, chyba jako jedyny tego wieczoru. Bo tylko dla niego nie byłam niewidzialna, reszcie było wygodnie, że ma kto się dziećmi zając. Choć wcale nie żałuję, bo beztroska dzieci bywa bardziej kojąca niż wymuszone rozmowy z dorosłymi mimo, że skończyłam z siniakami i zadrapanym ramieniem. Usłyszeć : „kocham Cię Koko” imóc powiedzieć „ja Ciebie też Wilson” było punktem kulminacyjnym wieczoru. Rozeznani w bajkach będą znać te postacie z bajki „Stacyjkowo”J.
Wracając jednak do niewidzialności. We własnym domu? Czuję to niemal codziennie. Moje „dzień dobry”odbijające się echem bez odpowiedzi nad ranem. „mamo, zrobić Ci herbaty?”pozostające bez odzewu. Oferowanie pomocy odrzucone krótkim „sama to zrobię”.Wśród dorosłych bywam niewidzialna. Zauważyłam, gdy często zaczynam zdanie, niemam okazji go dokończyć. Gdy w końcu położyłam Wilsona spać, stwierdziłam, żenie będę czekać na resztę rodzeństwa i pójdę do domu sama. Nagle para z moich ust przypomniała mi, że mnie widać. Ciemnymi ulicami przebiegał się rozkoszny kundelek i gdy mnie zobaczył zaczął merdać ogonem i podszedł by go pogłaskać.Pomyślałam: zauważył mnie. Poczuł, że jestem dobrym człowiekiem? Tego wieczoru zaufałam istotom posiadającym jeszcze instynkty najbardziej zbliżonych pierwotnych. Dzieci, którym nie odebrano jeszcze niewinności i nie zamglono postrzegania świata i ludzi. I psu, który pojawił się znienacka i postanowił do mnie podejść i pocieszyć. Czując się jak w najsmutniejszym teledysku świata. jak Alanis naga i niewidzialna wśród tłumu w piosence "Thank You". Chwila kolejna. Ucisk w sercu. Zakleszczenie gardła. Zaciśnięcie szczęki. Łza na policzku skutkiem wydarzeń wcześniejszych. Chuchnęłam mocno parą w powietrze, by przypomnieć sobie, że jestem, istnieję,idę, czuję i chcę być widzialna…

Do dzisiejszego spaceru nocą:

niedziela, 1 stycznia 2012

Nie postanawiaj, działaj!


1 stycznia chyba jest najprawdopodobniejdniem wypełnionym największą dawką nadziei na lepszą przyszłość dla większościludzkości. Musi taki być, bo ta większość postawia sobie wyżej poprzeczki życia i postanawia je przeskoczyć. Ja myślę, że to śmieszne wybierać dzień, w którym większośćludzkości wstaje z ogromnym kacem grubo po południu bez ochoty wyskoczenia zpiżamy, kiedy to większość tych postanowień wyląduję na dnie kanalizacji razemz naszymi porannymi wymiocinami. Brakuje nam silnej woli, żeby wstać z łóżka, agdzie tu dopiero mówić sobie: rzucę palenie! Po czym idziemy na balkon i nasze postanowienie ląduje na dnie popielniczki wraz ze słowami „od jutra”. W zeszłym roku podobno najczęściej życzyliśmy sobie pieniędzy, co jest zabawne przy powszechnym upieraniu się i wpajaniu sobie, że pieniądze szczęścia nie dają. Ale nie oszukujmy się, szczere życzenie, bo jak to słynny napis z naszego polskiego filmu głosi : „pieniądze to nie wszystko, ale wszystko bez pieniędzy to ch***”J . Obiecujemy sobie rzeczy drobne, wierząc, że się ich będziemy trzymać, nikt nie sięga po te wielkie. Nie będę jeść słodyczy, schudnę, zacznę więcej się gimnastykować, będę mniej pic. Zjadłam czekoladkę, przecież to nie grzech. Przytyłam dwa i pół kilograma, przecież to nie zaraz 10kg, jest sobota i jak tu nie wypić? Najzabawniejsze,że Polacy wychodzą na pierwsze miejsce w jednym życzeniu „rozwiodę się w tym roku”. Słodko-gorzkie te postanowienia mogą być. Obiecujemy sobie, że nie pozwolimy, by szef traktował nas jak śmiecia, że poprosimy o podwyżkę. Że będę lepszym człowiekiem, lepszą przyjaciółką, lepszą matką, żoną i kochanką. 
Ale po co się tak zwodzić? Prawie nikt się za te postanowienia nawet nie zabiera. Wypuszczamy je o północy razem z petardami i pijackim oddechem w powietrze, życząc sobie by rok następny był lepszy od poprzedniego. Życzyć sobie to mogę, ale czy taki będzie?Przecież zależy to tylko ode mnie. Więc nie jestem fanką postanowień, ale bardziej podsumowań i nie powielania tych samych błędów.
Ja nie mam postanowienia, mam konkretny plan, który już wcielam w życie. Jak już wspominałam - wyprowadzić się, ale jestem w pełni świadoma, że to proces, a nie skok w przepaść, więc zadeklarowałam komu musiałam swoją decyzję, zrobiłam obliczenia ile będzie na co potrzebne, kiedy będę mogła wziąć ewentualny kredyt i jak niespodziewane wydatki nie wyskoczą, to wiosną, najpóźniej latem, będę do Was pisać z mojego mieszkania. Co bym chciała jeszcze dla siebie? Być twardszą, silniejszą w odrywaniu się od osób, które wysysają ze mnie radość życia? Na pewno. Dalej walczyć o powodzenie swojego związku i docierać się z moją dziewczyną tak, jak Nam to szło w roku ubiegłym, być dla niej lepszą, mniej upartą i by ona robiła dla mnie to samo? Z pewnością. Bo póki życzenie jest obustronne to może jednak jest możliwe do spełnienia?JTrudniej mi schudnąć, rzucić piwo i chipsy niż powalczyć z własnym ja. Moim postanowieniem jest więc, nie postanawiać, ale działać. A zatem, do roboty!

środa, 28 grudnia 2011

uszorgazm.


Nie wiem czy już wspominałam, ale mam bardzo czułe uszy. Gdyby o tym pomyśleć, to właściwie każdy zmysł jestczuły, ale moje są arcy aktywne i wyczulone na obrazy i dźwięki. Siedząc w fotelu i wisząc dziś cały dzień nad klawiaturą i czekając na genialne zdania, które przyjdą do głowy i stworzą kolejny rozdział pracy magisterskiej, którą mam wrażenie piszę już ze 3 lata, musiałam wybrać muzykę nie przeszkadzającą w skupieniu, ale bardzo stymulującą do myślenia. Mało gwałtowne nuty, delikatne instrumenty, miękkie głosy, które nie rozproszą, ale wygenerują powoli literki na pustej kartce w Wordzie, na którą później spojrzę i przeczytam z dumą. Póki co skleiłam ledwo jedną stronę elektronicznie podartych kart, a jedyne co mnie uspokaja i zarazem rozprasza to ta muzyka. Wszędzie zaczynają się pojawiać rankingi najlepszych i najgorszych filmów minionego roku. Ja mam ochotę podzielić się swoimi muzycznymi odkryciami z półki, którą mogę nazwać „kojąco-depresyjna”. Przymiotniki te rażącą sobie przeczą, a to dlatego, że czasami faktycznie koją zmysły, a czasami zwalają je z hukiem i bólem na podłogę. Poza tym myślę po prostu, że niektórzy z Was uznają je jedne z powyższych:)
Czy jest coś lepszego niż muzyka działająca na nas tak skrajnie? Muzyka, która czasem nie potrzebuje słów by poruszyc duszę. Dźwięki, które sprawiają, że wszystko dookoła porusza się dla mnie w zwolnionym tempie. Sprawia, że przerywam cokolwiek co robię by w wolnym tempie opaśc na łóżko i obserwowac każdy centymetr własnego pokoju i skóry. Muzyka sprawiająca, że patrzymy na wszystko świeżym, bardziej przyjemnym i pogodzonym wzrokiem. Obserwowac poruszające się w powietrzu palce i nadgarstek i nasysac się finezją tego ruchu. Muzyka wywołująca w moim wnętrzu ochotę kochania się z otaczającą mnie rzeczywistością. Dostarczającą nieziemskiej przyjemności z przepływania dłonią przez własne włosy, które nigdy wcześniej nie wydawały się tak miękkie. Dotykanie kartki papieru, która dostarcza delikatnego muśnięcia dłoni, a nie na odwrót. Muzyka wywołująca dreszcze.
Dziś takich uczuc dostarczyli mi na początek Arms and Sleepers i ich następujące utwory.
Sleeping At Last, którzy jak dla mnie śpiewają poezją pytając w piosence:
"If love's elastic, then were we born to test it's reach?
 Is it buried treasure or just a single puzzle piece?
Cry heart, cry yourself to sleep, cry a storm of tears if it helps you breathe"
Coś bardziej optymistycznego to polski Klimt udowadniający jako kolejny, że muzyka nie potrzebuję słów by czasami nas unieśc bądź przewrócic.
Kolejny muzyczny geniusz odkryty tego roku to Big Scary.
Trudno mi było wybrac najlepszą propozycję zespołu The Jezabels, który brzmi raz diabolicznie, a raz delikatnie, dlatego przedstawiam dwa utwory.
I na koniec męska wersja Joni Mitchell jak dla mnie. James Blake.

Można by zamieszczac i zamieszczac, ale dziś głośniki obezwładnione są przez powyższe dźwięki i nie polecam ich słuchac jeśli nie jest się w odpowiednim nastroju:)
Otwórzcie swoje uszy i dusze, doznajcie uszorgazmu.

piątek, 23 grudnia 2011

świąteczny rozgardiasz.


Wybaczcie, że zacznę dziś znów od ciut negatywnej nuty, ale nie pamiętam Świąt wyłącznie radosnych, przygotowań jedynie roześmianych, Wigilii ciepłej bez kłótni. Jak wszyscy zauważyli o nastrój świąteczny w tym roku wyjątkowo trudno. Pogoda płata nam niezłe figle i daje nadzieje na białe Święta i po chwili je odbiera z powrotem wprowadzając w ponury nastrój. Last Christmas w radio i centrach handlowych pojawiło się dosyć późno. Drzewa sąsiadów nie poubierane w lampki jak co roku. Ludzie opóźniali się zatem z kupnem prezentów przez co biedni kurierzy i sprzedawcy mieli pełne ręce roboty przez ostatni tydzień. Jedynie Polsat nas zaskoczył w tym roku emitując Kevina już w Mikołajki. Nie martwmy się, Kevin zawita do nas w Wigilię z Nowego Yorku! Święta uratowane! Niestety nie moje.
Od paru dni pytam się po co to wszystko? Nie mamy w tym roku z czego się cieszyc czy dziękować za błogosławieństwa minionego roku. W zeszłym roku pisałam o „Świętach z Nikim”dziś powinnam o Świętach z niczym. Jak już wspominałam o nastrój świąteczny tego roku bardzo trudno, dlatego postanowiłam coś z tym zrobić by we mnie zawitał. Przygotowałam dla każdej klasy inną lekcję o świętach. Poszło na to chyba kilka drzew, bo tyle kserówek narobiłam. Idąc zadowolona w środę na lekcję o temacie „ mój najlepszy prezent świąteczny” wzięłam własne nagrania video z dzieciństwa, gdy dostawałam przeróżne prezenty. Dotarłam na lekcję, a tu płyty nie odtwarza i po lekcji. Mówię OK., przeżyję. Nastrój przyjdzie w inny sposób.Niespodziewane prezenty świąteczne od uczniów. Nastrój narasta. Czwartek to czas Wigilii klasowej. Kolejki uczniów z opłatkiem chcących złożyć życzenia świątecznepotem przyjemna Wigilia pracownicza. Mogę już powiedzieć, że serce w połowie wypełnione jest Świętami. Prezenty dzień wcześniej już prawie spakowane. Z radości pojechałam dokupić jeszcze Whiskey dla taty, bo wiem jak lubi wieczór pierwszego Święta spędzić przed TV sącząc whiskey łamaną lodem. Wracam do domu,a tu choinka leży złamana na pół na korytarzu. Matka ją wyrzuciła mówiąc, że Świąt nie będzie. „I tak nie ma pieniędzy na mięso, owoce, napoje.” Ojca bezrobocie skutecznie uszczupla moje oszczędności i zarobki. Czuję się jak bankomat. Podaj kod PIN. Kwota pobrana. NIEdziękujemy za transakcję. Po prostu bierzemy, co się nam należy. Pesymizm mamy jeszcze skuteczniej dobija mnie psychicznie. Ale mówię sobie NIE. Te Święta się odbędą. Jadę do rzeźnika.Oddelegowuję siostrę do kupna owoców i napoi. Brata do zrobienia czegoś z choinką. Cały piątek spędzam na sprzątaniu i szorowaniu. Po wszystkim jadę jeszcze pomóc bratu sprzątać jego nowo nabyty dom. Widzę uśmiech mamy na ustach. Ale chwila, gdzie jest mój uśmiech? Oddalił się gdzieś razem z kilkaset złotymi wydanymi w jedno przedpołudnie. Odpłynął razem z rodzicami i ich pesymizmem. Jutro zaś przygotowania będą stresujące. Przy dzieleniu opłatkiem serce będzie bić mi mocniej w nadziei, że tego roku rodzice nie zażyczą sobie  znowu zięcia. Swoją drogą uwielbiam życzenia składane sobie. Z tego wszystkiego, to chyba jednak Święta ratuje mi Kevin. 

Jednak, aby nie Kończyc tak posępnie. Zajrzałam właśnie na Google, a tam kolejny podnoszący na duchu Google Doodle świąteczny:) A więc Szczerze z serca życzę Wam atmosfery ciepłych i pogodnych Świąt w Waszych domach bez względu na to, czy jest śnieg czy nie, czy dostaniecie wymarzony prezent czy nie, czy po drodze pokłócicie się z kimś w nerwówce przygotowań. Rodzinnie spędzonych w gronie najbliższych Kochani. Wesołych Świąt:) 

czwartek, 15 grudnia 2011

bitwa o jajka.

Wszyscy wiemy co to bank spermy.Ile to filmów nakręcono z facetami spuszczającymi się do kubeczka, jakby spermanie była dla nich niczym innym jak oddanie moczu, dlatego gdy kobieta szukaplemników nie jest o to trudno. W kraju, gdzie temat in vitro należy dodelikatnych i dzielących Polaków na kolejne dwie walczące ze sobą grupy niedziwię się, że o bankach jajeczek nie mówi się praktycznie wcale, dlatego zaintrygowałmnie niedawno przeczytany artykuł na ten temat. Błogosławieństwa Internetu nieznają granic. Teraz może on nas nawet pobłogosławić dzieckiem po wejściu wwyszukiwarkę i kliknięcie na zakładkę „rozmnażanie”. Sądząc po umieszczanychtam ogłoszeniach, człowiek mógłby się pomylić i pomyśleć, że znajduje się naportalu randkowym. „pani poszukuje”, „chcę zapłodnić”, „chcę być zapłodniona”to niektóre z grup. Oczywiście nie ma nic za darmo. Ludzie szukają z różnychpowodów, jak i również kobiety oferują swoje jajeczka z różnych pobudek. Jednesą bezinteresowne i chcą po prostu pomóc, inne są studentkami, które międzywierszami nawet nie potrafią ukryć, że czekają na rzuconą od niechceniapropozycję wynagrodzenia. Jako osoba, której o dziecko w życiu jest i będzietrudno nie wiem co mam o tym myślec. Kobiety jako te bardziej emocjonalne inabuzowane hormonami i podobno z wrodzonym, niekoniecznie przebudzonym,instynktem macierzyńskim, czujemy się na pewno bardziej zżyte z naszymijajeczkami niż mężczyźni ze swoja spermą. To nie oni noszą w sobie przez 9miesięcy ludzkie życie codziennie obawiając się o jego/jej zdrowy poród idalszą egzystencję. Może dlatego, gdy jedna z kobiet zdecydowała się nie ukrywaćz faktem, że ma zamiar zaoferować swoje jajeczko innej kobiecie, rozpętało toniemałą wojnę w jej życiu. Naciskanie na sumienie i mówienie jak będzie mogła żyćwiedząc, że gdzieś porusza się po ziemi dziecko, które ma jej oczy, włosy, osobowość,a nie jest jej. Że będzie kochało grę na gitarze, piłkę nożną, będzie nieznośnai wrażliwa zarazem i nie będzie rozumiała skąd się to w niej wzięło skoro jej „matka”jest jej totalnym przeciwieństwem. Szykanuje się ją oskarżając o brak szacunkudo własnego ciała i  życia. Dla jednychmoże ona czynić coś pięknego, dla innych coś niedopuszczalnego mówiąc, że ottak oddaje swoje dziecko w świat. Jajko to jeszcze nie dziecko, po drugiemężczyzna może poimprezowac w weekend i porozsiewac swoje „dzieci” po parulokalach, a kobieta nie puszczająca się w lokalach, chcąca zwyczajnie komuśpomóc nazywana jest szaloną? Mam znajomą, która boryka się z problemami genetycznymize strony swojej bądź męża i nie może urodzić zdrowego dziecka, rozwijają się ztakimi defektami, że umierają jeszcze przed urodzeniem. Rozumiem jej głębokiból i potrzebę posiadania dziecka. Nie wiem jednak czy oddałabym swojejajeczko, nie wiem czy potrafiłabym przyjąć cudze. Wiem jedno, nie mamy prawanikogo w tej sprawie osądzać, a jeśli już to robimy to róbmy to biorąc poduwagę wszystkie za i przeciw i strony żeńskie jak i męską.  

niedziela, 4 grudnia 2011

polski żywot lesby i pedała.


Jakiś czas temu jednym z głównych tematów Onetu był: Gdy mój mąż jest gejem. Dla mnie przywiodło to od razu myśl co się dzieje, gdy mężczyzna dowiaduje się, że żona, dziewczyna, koleżanka jest lesbijką. Otóż reakcje bywają różne, tak jak różni bywają ludzie. To co można powiedzieć na pewno, żaden facet nie lubi dowiadywać się ani w trakcie ani po fakcie, że jego kobieta woli sypiać z innymi kobietami. Pod ostatnią notką napisano mi, że mam poważne kompleksy, które muszą leczyć. Bardzo mnie rozbawiło, ponieważ chciałabym, żeby ta osoba pokazała mi kogoś, kto kompleksów nie ma żadnych. Nie ma ideałów, dzięki czemu mamy bezustannie płynący pokarm dla kompleksów. Chyba nic mężczyzn tak nie rani jak celny strzał w ich męskie ego. A większość i wielkość ich ego mieści się w spodniach. Więc jak ma się poczuć mężczyzna, a raczej jego przyrodzenie, gdy daje mu się do zrozumienia, że nie wystarcza? Czy jest za małe, za ostre, za delikatne, zbyt wulgarne, niezadbane? Gdy człowieka się zdradza, to szuka on braków w sferze fizycznej, zamiast może czasami psychicznej. Pierwszym etapem usłyszenia słowa „lesbijka” jest wyparcie. Jak zresztą reakcja większości ludzi. Ogromne niedowierzanie: „Ty? Jaja sobie robisz.” Potem szukanie usprawiedliwień: to tylko faza, Twój bunt, znudziłaś się, to nie na poważnie, nie wiesz czego chcesz, eksperyment, który się nie powiedzie na dłuższą metę. Gdy mąż zaczyna wyczuwać, że może to jednak nie bunt, a nie daj Bóg to miłość, to zaczyna porównywać. Przypominać, wypominać jak będzie trudno z kobietą. Jak nigdy nie złapię jej za rękę, jak nie zasiądą razem przy stole wigilijnym, na zaproszeniach na weselach wiecznie będzie napisane „z osobą towarzyszącą”. Mąż będzie próbował złamać psychikę i wzbudzić wyrzuty sumienia swojej żony-lesbijki.  Są tacy, którzy zareagują żartem: „no to w końcu będzie trójkącik” albo „no to super, będziemy mogli razem napalać się teraz na laski i porównywać, która lepsza!” (tak autentycznie zareagował mój kolega). Po czasie przychodzi etap gróźb i zastraszeń: Powiem całej Twojej rodzinie, zrujnuje Ci życie, nie znajdziesz pracy. Albo będzie mąż, który odejdzie w ciszy, bo zeżre go wstyd, że żona wolała inną, a nie innego.
Tyle ile ludzi, tyle przypadków. Ja mogę jedynie odnieść się do swoich. Ja osobiście rzadko wyznaję mężczyznom jakiej jestem orientacji. Po pierwsze, po co im to wiedzieć? Po drugie, fakt, boję się ich reakcji. Mówię jedynie, gdy wiem, że muszę. Zazwyczaj, gdy mężczyzna zaczyna się powoli we mnie zakochiwać, ponieważ tak dobrze się ze mną dogaduje. Trzeba wtedy wybawić go z ułudy i wyznać, że dzieje się tak tylko, dlatego, bo mnie w ogóle nie pociąga i mogę sobie z nim swobodnie gadać o wszystkim i o niczym. Większość początkowo jest w wielkim szoku, ale potem się nie dziwi. Najczęściej jednak utrzymuje dystans, by mężczyźni się mnie nie czepiali, ale mieli mnie za silną niezależną osobowość, która nie wierzy w małżeństwo. W większości skutkuje;). Mam już na pewno nauczkę by nie informować o tym mężczyzn podchmielonych i napalonych, bo usłyszysz słowa typu: zerżnę Cię od tyłu i od razu odechce Ci się być lesbą. Facet wyjmie działa na wierzch, a Ty będziesz musiała uciekać ile sił w nogach do domu. Uczę się na błędach i z tej nauczki również wyciągnęłam dosadny morał. Bo niestety taki żywot lesby i pedała, by najlepiej ciągle żyć zamkniętym w szafie.
Jak ostatnie statystyki donoszą „Co druga osoba homo lub biseksualna doświadczyła przemocy psychicznej z powodu orientacji. Co siódma - fizycznej, co dziesiąta - seksualnej. W zeszłym tygodniu samobójstwo popełnił uczeń gimnazjum szykanowany za to, że wyznał miłość koledze z klasy. Jedna z respondentek zgłosiła, że jest regularnie gwałcona przez ojca i brata, bo chcą ją "wyleczyć" z homoseksualizmu.” Tak więc, póki nie mam 100% pewności bądź potrzeby by przed kimś się otworzyć, to wolę siedzieć sobie zamknięta w swoich czterech ścianach dopuszczając jedynie ludzi bliskich memu sercu, a nie temu, co robię w łóżku i z kim, co aby mój żywot był względnie spokojny, nie szykanowany.

czwartek, 24 listopada 2011

serce złamane, szacunek utracony.


Mam żałobę. Powinnam zacząć nosić czerń, omijać imprezy i alkohol, bo on zmarł. Zmarł...
Zmarł szacunek do moich rodziców. Urodził się razem ze mną, towarzyszył mi całe życie, z nim się wychowałam, według niego żyłam, postępowałam i podejmowałam różnorodne decyzje w swoim życie. I nagle parę dni temu... zmarł. Chorował już od jakiegoś roku, ale niedawno odszedł ostatecznie. Ostatnio w moim życiu, nieważne z jak bardzo pozytywnym zamiarem się za coś zabieram, to kończy się to porażką. Kończy się kompletnie błędną interpretacją moich dobrych zamierzeń. Jestem w wieku i miejscu swojego życia, kiedy moja kariera zawodowa jest zadowalająca jak na dzisiejsze warunki pracy. Całą swoją energię, czas, radość z życia i pieniądze mogłabym, powinnam przeznaczać na siebie, ale życie to przewrotny żart, który śmieję się nam w twarz i rujnuje plany. Nie zasługuję na takie traktowanie. Całe życie patrzyłam na rodziców z niejakim podziwem, szacunkiem. Że pomimo kiepskiej ekonomii, takiej ilości dzieci potrafili zawsze nam zapewnić wystarczającą liczbę dóbr. Nie brakowało nigdy jedzenia, dobrych ubrań, zabawek. Przy dzisiejszej ekonomii powyższe równanie się totalnie odwróciło, tak samo cele i zadania mieszkańców tego domu. Dziś mi każe się być dorosłą utrzymującą dom, w którym nie mieszkam tylko ja, a mój ojciec ucieka od dorosłych decyzji jakie musi podjąc.  
Całe życie ten szacunek pozwalał mi nie załamać się nerwowo. Powtarzał mi ile rodzice dla nas zrobili, to teraz ja mam okazję się odwdzięczyć. Jednak nie można mylić pomocy z wyzyskiem, brakiem wdzięczności i ciągłym obrażaniem i życiem pod presją. Moi rodzice stali się rozwydrzonymi bachorami, a ja osobą, która musi trząsnąć pięścią w stół by się uspokoili. I tak też ostatnio zrobiłam. Pewna sytuacja zmusiła mnie do bycia matką dla mojego brata i powiedzieć na głos to, co każdy myślał. Rodzice nie powinni wybierać stron pomiędzy dziećmi, nie powinni bronic jednego bardziej od drugiego. Moja matka wybrała. Źle wybrała. I złamała mi serce. Nie wstawiła się za mną, nie obroniła, gdy wyzywano mnie od suki totalnie niezasłużenie. Za to zapłakała za niewdzięcznym synem. Wygrał. Wszyscy wygrali. Ja się wyprowadzam. Wczoraj oglądałam genialny film poruszający temat rasizmu, jednak ja najbardziej wzruszyłam się na słowa, gdy matka wyznaje wiecznie niedocenianiej córce "Nigdy wcześniej nie byłam z ciebie tak dumna jak teraz". 
Całe życie jestem niewystarczająca. Matura była nie wystarczająca dobrze zdana. Studia ukończone z wynikiem 4+ miały odzew: a czemu nie 5? Wybór zawodu nie był zadowalający, ciągła usłużność nie spełnia wymagań, pieniędzy ciągle za mało, prezenty ciągle odkładane do kąta, lodówka nieustannie za mało pełna. Dziś rodzice nie rozmawiają ze mną, bo wychowali mnie na człowieka, który musi za nich mówić i bronic ich dóbr i rozpadającego się domu. Traktują mnie jak powietrze, bo postąpiłam słusznie.
Oscar Wilde kiedyś napisał: "Dzieci zaczynają od kochania rodziców, gdy dorastają zaczynają ich osądzac. Czasami im wybaczają".


P.S. Notka jest pisana dla mnie by osiągnąc wewnętrzny jakiś względny spokój, a nie po to by wylewac konkretne brudy mojej rodziny na głównej stronie Onetu, to już nie ja wybieram polecane notki i to czy przypadną one do gustu nie zależy ode mnie, więc skargi proszę nie do mnie przesyłac, ale do redakcji;). Kto nie umie czytac między wierszami, nie musi czytac dalej i tyle. 

hate.


jakkolwiek żałośnie to zabrzmi
dziś będzie krótko, zwięźle i na jeden konkretny temat,
mianowicie:
I hate my life...
so much.

piątek, 11 listopada 2011

Czy usłyszę kiedyś słowo: mamo ?


Są chwile kiedy obezwładnia mnie wszechogarniający, paniczny strach, że nigdy nie będę matką. W takich momentach oczy samoistnie wypełniają się po brzegi łzami, spływają po policzkach i lądują na pustych kolanach, na których nigdy nie przytulę, nie ukołyszę do snu swojego dziecka. To momenty,  gdy na przykład oglądam jakiś film poruszający temat relacji córka-matka. Kiedy obserwuję trudy wychowania dookoła. W swojej pracy, gdy widzę wdzięczność dzieci wobec rodziców z okazji dnia matki czy ojca. Ich ciągłe opowieści, obserwowanie jak rosną, rozwijają się, zmienia się ich postrzeganie świata, dojrzałość i poglądy. Widzę jak kształtują się ich charaktery i będąc nauczycielem mogę mieć jedynie namiastkę roli rodziciela-wychowawcy. Nie chcę by za parę lat patrzono na mnie jak na tą zdziwaczałą nauczycielkę-starą pannę bezdzietną, która mieszka z kotami i zabija czas piekąc placki. Widzę jak z podekscytowaniem dzieci witają rodziców po lekcjach i opowiadają im wydarzenia z dnia. Jednak ja nie jestem osobą, która chce dziecka póki jest małe, słodkie  i niewinne, bo potem dorasta i przestaje Cię doceniać i postrzegać jako autorytet. Ostatnio na spotkaniu kadry i rodziców z panią psycholog przypomniała mi ona prostą prawidłowość. Otóż jako rodzic trzeba nieustannie uważać na to, co się do dziecka mówi, w jaki sposób odnosimy się do jego ciała, jego osiągnięć. Musimy uważać na to jak sami odnosimy się do swoich partnerów, mężów, żon, ponieważ dziecko jest najbystrzejszym i najbardziej uważnym obserwatorem i największą wiedzę czerpię z tego co widzi w domu. Więc to w jaki sposób odnoszono się do nas i do innych w dzieciństwie kształtuje nasze postrzeganie mężczyzn, kobiet, wzajemnych relacji jak i nas samych.  W końcu nie bez powodu, każdy, kto korzysta z pomocy psychologa, spotkania zaczyna od wracania do dzieciństwa. Więc ja słyszałam też ostatnio, że żyjemy w świecie, w którym matki niewystarczająco kochają swoje dzieci. Niedbałe, złe matki. Ale matka też jest dzieckiem. Ja nie chciałabym doprowadzić do tego, by moje dziecko musiałoby czekać całe życie na to, bym stała się dla niego/niej matką, która zawsze chciał/a żebym była. Tak jak ja… Chciałabym ukształtować zdrowe postrzeganie ludzi i świata u mojego dziecka. Nie doprowadziłabym do tego, że patrzyłoby w lustro i siebie nienawidziło za każdym razem, gdy zawiedzie czyjeś oczekiwania, a przede wszystkim zawiedzie siebie. Nie uchroniłabym go/jej przed pierwszym złamanym sercem, rozczarowaniami, ale byłabym przy nim/niej, gdyby świat im się zawalił. Nie jako kumpel, bo gdy rodzic staje się dla dziecka kumplem, to dziecko staję się półsierotą. Byłabym ostoją, silną belką, której może się schwytać, gdy spada w przepaść smutku, samotności i rozczarowań. Moje dziecko wiedziałoby, że mogłoby ze mną porozmawiać kiedy czułoby taką potrzebę, i mogłoby ze mną posiedzieć w milczeniu, gdyby i tego wymagała jego/jej sytuacja czy humor. Wiem, że matki mi powiedzą, że mogę sobie tak obiecywać, postanawiać jaka będę bądź nie będę jako matka, bo nic mnie nie jest w stanie na to przygotować. Jednak jestem skora podjąć to wyzwanie bycia matką.
W niektóre dni czuję się jakby cały świat sprzymierzył się przeciwko mnie, a wszyscy dookoła wydają się być tacy złośliwi i nieuprzejmi. Czasami aż goreję z nienawiści. W takie dni też bywam złośliwa. Nie chcę nienawidzić, chcę być dobra i zarażać tą dobrocią innych. Usłyszałam ostatnio, że jeśli skupimy się, uspokoimy i rozglądając się dookoła na ludzi zaczniemy na nich patrzeć jakby kiedyś byli naszymi matkami, to serce nam zmięknie. Ta pomarszczona w autobusie kobieta, której twarz rysuje ciężkie życie, była moją matką, która tuliła mnie, gdy byłam smutna. Ta kobieta z bluetooth’em w uchu wyglądająca na wiecznie zajętą była matką, która tak wiele dla mnie poświęciła. I tu jest i tam jest, otacza mnie z każdej strony. Ostatnio martwię się o swoją matkę, widzę jak życie z niej uchodzi, ochota do życia, zdrowie. Codziennie narzeka na zdrowie, przelewa na mnie swoje zmartwienia, ale potem powtarzam sobie, że ona też jest dzieckiem. Więc koniec z oczekiwaniem na to byś była idealną matką. Będę cierpliwa. Będę troskliwa. Będę matką, którą zawsze chciałam, żebyś była.
Wydaje się nam, że prawdziwa miłość to jedyna rzecz, która może zmiażdżyć Ci serce, że jest rzeczą, która pochłonie całe Twoje życie i nada mu blask albo je zniszczy…i nagle…zostajesz matką. Matką prawdziwą, matką dla ucznia, dla przyjaciela. Matką dla własnej matki.

środa, 2 listopada 2011

upadek tradycji - Halloween vs. Grobbing.


Całkiem niedawno trąbiono o zaskakujących wynikach wyborów parlamentarnych. Zanim ogłoszono wyniki kampania opierała się na nienawiści, obłudzie i wytykaniu sobie błędów. Gdy na przekór połowie Polaków, jak nie większości, do pierwszej trójki wszedł pan Palikot, wywołało to salwy śmiechu, pogardy, jak i miłego zaskoczenia i satysfakcji. I polski cyrk, potocznie zwany polską polityką, zaczął się na nowo. Zrobiło się głośno o palikotowych przewrotnych planach politycznych. Zwłaszcza po programie Tomasza Lisa, w którym przedstawiciele partii Palikota sprzeczali się z PO i PiS o krzyż wiszący w sejmie. Każdy, zaczynając od szanownej pani prof. Środzy i panu Biedronie, kończąc na przedstawicielach kościoła, europośle Cymanśkim i Jeziorańskim, wszyscy dolali oliwy do i tak już rażącego ognia nienawiści. Nie wspominając o kompletnej błazenadzie i 50 minutach rozrywki i śmiechu jaki ten program mi dostarczył. Tematem bya ponownie walka o krzyż. Walka o tradycje. Walka chrześcijaństwa ze świeckością państwa. Walka, walka, walka. Czy 10 kwietnia już dawno nie minął?
Media zalewają nas kłótniami, walkami, starciami, katastrofami. Trudno więc wstać rano i uśmiechnąć się przy kawie i pierwszej stronie jakiejkolwiek czytanej gazety. Ludzie nie nastrajają się nawzajem pozytywnie, a media nam w tym nie pomagają. Gdy ucichną jedne spory pojawiają się następne. Dzień jak co dzień. Poniedziałek 31 października, a tu w każdej stacji dyskusje między etnografami, antropologami, a ludźmi wierzącymi na temat Halloween, zwyczaju, który poniekąd godzi w polską tradycję Wszystkich Świętych. Gdy dziś uczniowie opowiadali mi jak niektóre osoby, do których drzwi pukały je traktowały uznałam to za zdecydowaną przesadę. Polewanie dzieci wiadrem wody? Krzyki, że nie wierzą i wyznają szatana? Przecież one nawet tego nie rozumieją. Nie ma boga, który nazywa się Halloween, żeby dzieci w ten dzień miały wyznawać jakiegoś innego boga. Dla nich to frajda i fajna zabawa. Nikogo się w ten dzień nie obraża. Na drugi dzień idą one tradycyjnie z rodzicami na groby bliskich i zapalają symboliczny, tradycyjny znicz, nie robiąc krzywdy nikomu. Rozumiem ewentualną niechęć do tego dnia, ze względu na np. amerykanizację społeczeństwa. Są osoby, które nie cierpią walentynek, można też nie cierpieć Halloween, ale żeby od razu zarzucać niewinnym dzieciakom brak wiary i łamanie tradycji?
Ja wam powiem, co jest łamaniem tradycji. Bo my się sami już chrześcijaństwa nie trzymamy. Obłuda nadawana przy śniadaniu w wiadomościach, a potem spotkana na mszy na cmentarzu, sprawia, że ów śniadanie podchodzi mi do gardła i pragnie się z niego wyrwać wraz z dwulicowością ludzką. Z roku na rok widzę jak coraz mniej ludzi przychodzi na groby. Jest to parada nowych kolorów włosów, fryzur, kozaczków, płaszczy i mocnego makijażu. Dzień wyciągania najlepszych ubrań z szafy. Idąc alejką na grób dziadków, ciotek, wujów, czułam się zestresowana jak na jakimś wybiegu. Tap Madl jak nic. Ludzie przeszywają cię wzrokiem, bo nie mają co robić. Nie słuchają wcale kapłana i jego kazania, nie oddają się zadumie, nie tęsknią do bliskich, bo nie pamiętają już w większości jak wyglądali, a może nawet ich za życia nieszczególnie lubili. Wieczorem nie wybieramy się podnownie na spacer po cmentarzu dla modlitwy, ale dlatego, że znicze uroczo wyglądają w ciemności, a i pary mogą siebie za dłoń złapać i przeparadować chwaląc się swoją nowo nabytą bądź ciągle stałą drugą połówką. Więc ja się pytam, czemu czepiamy się tego Halloween, krzyża, czegokolwiek godzącego w nasz pozorny chrześcijanin? A gdzie przestrzeganie przykazań na co dzień? Nie pożądaj żony bliźniego  swego, nie kłam. Nadstawianie drugiego policzka, gdy nas się atakuje? Teraz odpieramy ataki, atakujemy czynem, słowem, gestem, spojrzeniem. Jakieś obraźliwe ponownie uwagi? Ten, kto jest bez grzechu, niech rzuci kamień pierwszy. Chrześcijanizm i tradycje, ot co! Niedługo 11 listopada, ciekawe kto ten dzień spędzi zgodnie z tradycją i należytym patriotyzmem w sercu.